Skip to contentSkip to main navigationSkip to footer

Category

Historia Górnego Śląska

Ilustracja historyczna przedstawiająca Źródełko Miłości (Liebesquelle) w Bytomiu oraz sąsiedztwo zabudowy przemysłowej w XIX wieku.

Historia Źródełka Miłości, które przegrało z rewolucją przemysłową

Bytom 1846–1900: Miasto, które utraciło swoje źródła

Zabiła je kolej. Katastrofa hydrologiczna XIX-wiecznego Bytomia i zagłada Źródełka Miłości

Sielska dolina ze źródełkiem u stóp wzgórza jako nastrojowa ilustracja dawnego krajobrazu Bytomia
Sielski krajobraz źródeł i doliny przed nadejściem przemysłowej katastrofy.

Połowa XIX wieku. Bytom (Beuthen O.-S.) liczy niespełna 5000 mieszkańców. To wciąż małe, górniczo-rolnicze miasto. Prowincja, cisza, błoto.

U wjazdu, przy wąskich, nieutwardzonych ulicach, stoi folwark mleczny. W cieniu rosnącej przed nim lipy odpoczywają wędrowni czeladnicy.

W ciasnych warsztatach pracują powroźnik, garncarz i folusznik. Rynek żyje handlem, z dala od wielkomiejskiego tempa. Wokół miasta rozciągają się łąki i mokradła. Jedno z przedmieść nosi adekwatną nazwę: Błotnica (Blotnitza).

Z perspektywy czasu ten detal brzmi jak ponury żart. Miasto zbudowane na podmokłym gruncie wkrótce zacznie dramatycznie tracić wodę.

W dolinie u stóp Wzgórza św. Małgorzaty, pośród rzekomych starożytnych „grobów Hunów” (Hunnengräber), bije Źródełko Miłości — Liebesquelle, lokalnie zwane Klozkiem. Daje około 10 stóp sześciennych krystalicznej wody. Dla miasta położonego na dolomitowych skałach to nie urokliwy detal, lecz infrastruktura przetrwania.

Woda jako warunek życia miasta

Źródełko Miłości nie było tylko romantycznym miejscem. Dla miasta położonego na dolomitowych skałach było częścią realnego systemu wodnego — dawało wodę, zasilało dolinę i podtrzymywało lokalny krajobraz.

Obok płynie potok zasilający rzekę Iserbach (Bytomkę). Zimą staje się naturalnym lodowiskiem, latem nawadnia dolinę i ogrody. Woda jest blisko i wydaje się dobrem trwałym.

Szybko przestanie nim być.

W ciągu zaledwie kilkudziesięciu lat ten ekosystem zostanie rozcięty, osuszony i zasypany. Rzeki zmienią się w kanały ściekowe. Źródła zamilkną. Las przykryją hałdy. Bytom, który dotąd walczył z wszechobecnym błotem, stanie przed widmem pragnienia i epidemii.

Żelazny marsz kapitału i Kolej Konna (Roßbahn)

Kolej konna z wagonikami węglowymi przecinająca zniszczony krajobraz dawnej doliny
Kolej konna jako symbol przecięcia dawnego krajobrazu i uderzenia przemysłu w lokalny układ wodny.

Cezurą jest rok 1854. Rządy w Bytomiu obejmuje burmistrz Manderle. Równocześnie do miasta wkracza wielki kapitał z inwestycją mającą przyspieszyć logistykę: Koleją Konną Pringsheima (Pringsheim’sche Roßbahn).

Z dzisiejszej perspektywy brzmi to niewinnie. W praktyce był to wyrok na lokalną przyrodę. Linia, z której wyewoluuje Górnośląska Kolej Wąskotorowa, wymagała przecięcia podmiejskich łąk, wykopów i wysokich nasypów. Trasa brutalnie rozerwała dawne trakty spacerowe, m.in. te w stronę Szombierek.

Problem nie dotyczył tylko estetyki krajobrazu. Inżynieria lądowa naruszyła płytkie warstwy wodonośne doliny. Delikatny układ hydrologiczny pod miastem został bezpowrotnie przecięty.

Moment przełomu

Rok 1854 jest w tym artykule cezurą katastrofy. Kolej konna, kopalniane odwodnienia i nasypy nie tylko zmieniły krajobraz — one przecięły delikatny układ hydrologiczny pod miastem.

Równolegle wokół Bytomia zaciskał się żelazny pierścień kopalń: „Therese”, „Apfel”, „Heinitz”, „Karsten-Centrum”. Jak pokazuje historia tutejszej geologii i przemysłowej eksploatacji ziemi bytomskiej, przemysł nie tylko wydobywał surowce, ale także konsekwentnie odprowadzał wodę z górotworu. Potężne systemy odwadniające kopalń obniżały poziom wód gruntowych. Warunek konieczny dla górnictwa okazał się zabójczy dla miasta.

Skutek nadszedł błyskawicznie. W ciągu kilku miesięcy od startu budowy kolei konnej lej źródlany Klozka (Liebesquelle) całkowicie wysechł. Podobny los spotkał Źródło Jacka (Jazekquelle) na Rozbarku oraz Źródło Werpisko (Werpisko-Quelle).

Ważne sprostowanie lokalizacyjne

Współczesne użycie nazwy „Źródełko Miłości” w Parku Miejskim im. F. Kachla ma charakter symboliczny i nie oznacza odtworzenia historycznego Liebesquelle. Dawne Źródełko Miłości, które wyschło w 1854 roku wskutek budowy kolei konnej i działalności kopalń, znajdowało się w innym miejscu — u stóp Wzgórza św. Małgorzaty. Tę lokalizację potwierdzają przekazy kronikarskie Franza Gramera oraz dziewiętnastowieczne plany urbanistyczne.

O ile Źródełko Miłości zniknęło pod wpływem drenażu wywołanego przez kolej i kopalnie, o tyle niecka po dawnym Źródle Werpisko została wykorzystana przemysłowo. Dyrekcje kopalń utworzyły tam wielkie stawy osadowe i płuczki mułowe (Schlammteiche) służące do płukania galmanu. W obu przypadkach natura — czy to przez osuszenie, czy przez zalanie osadami — musiała ustąpić miejsca bezwzględnej logice przemysłowej.

Brak wód powierzchniowych uśmiercił wkrótce okoliczne młyny wodne. Zamknęły się zakłady zależne od rzeki Iserbach, w tym Młyn Pielki oraz inne historyczne obiekty. Przemysł nie tylko przebudował Bytom. Zabrał mu pierwotny napęd, wodę i topografię.

Aleja Westchnień w mieście kurzu i tyfusu

Zmęczeni górnicy wracający przez zadymione i zapylone miasto przemysłowe
Miasto pyłu, dymu i zmęczonych ludzi — nastrojowa ilustracja przemysłowego Bytomia po utracie dawnego krajobrazu wodnego.

O skali załamania ekosystemu świadczą listy do „Schlesische Zeitung” z 1857 roku. To nie poetyckie żale, ale twardy raport z miejsca zdarzenia. Wystarczyły zaledwie trzy lata funkcjonowania kolei.

Głos z epoki

Listy do „Schlesische Zeitung” z 1857 roku warto potraktować jako szczególnie mocny punkt artykułu: to nie późniejsza legenda, ale świadectwo ludzi żyjących wśród pyłu, błota, dymu i narastającego kryzysu wodnego.

Wiosna przestała być porą spacerów. Ciężki transport wozami i wagonikami (Vecturanz) wzbijał takie ilości pyłu, że po ulicach nie dało się poruszać bez ochronnego płaszcza (Staubmantel) i maski oddechowej (Respirator). Pył osiadał na twarzach i oknach. Wdzierał się do mieszkań, dusił ulice.

W tym dymie żył i pracował bytomski nauczyciel i kronikarz Franz Gramer. Jego kronika z 1863 roku nie była pisana z dystansu, lecz wyrastała z codziennego doświadczenia miasta, które na jego oczach traciło wodę, zieleń i dawne powietrze.

Ocalały fragment zieleni mieszkańcy ochrzcili ponurym mianem Alei Westchnień (Seufzer-Allee). Zmuszała do żalu za utraconym pięknem. Dawne życie towarzyskie uciekło z plenerów do dusznych sal, takich jak te w hotelu Heilborn. Miasto chowało się przed własnym powietrzem.

Ale pył był jedynie wstępem. Prawdziwe uderzenie przyszło od strony wody.

Odcięty od naturalnych ujęć Bytom musiał sięgnąć po rozwiązanie desperackie. W 1874 roku miasto zaczęło pompować wodę prosto z wyrobisk kopalni „Karsten-Centrum”, z głębokości ponad 100 metrów.

Pod ziemią woda pitna mieszała się jednak z górniczymi zanieczyszczeniami i fekaliami. Prymitywne żwirowe filtry nie wytrzymały. W lipcu 1897 roku miasto sparaliżowała masowa epidemia tyfusu (Typhusepidemie). Diagnoza była bezlitosna: źródłem zakażenia był wodociąg kopalniany.

Sieć natychmiast zamknięto, a rurociągi drastycznie przepłukano roztworem kwasu siarkowego.

To najbardziej wymowny obraz tamtych czasów: miasto, pozbawione własnych źródeł, ratuje wodociągi agresywną chemią.

Ostateczną zagładę sanitarną oddaliło dopiero awaryjne podłączenie do ujęcia kopalni „Rosalie” i budowa potężnej wieży ciśnień (1000 m³) przy Szosie Siemianowickiej. To nie był pomnik postępu. To była architektura przetrwania – inżynieryjna odpowiedź na kryzys wywołany przez inną inżynierię.

Polipowe ramiona przemysłu i płaczące nimfy

Mroczna dolina z wyschniętym korytem i bladymi postaciami jako nastrojowa ilustracja legendy o źródlanych nimfach
Legenda o płaczących nimfach jako pamięć po utraconym źródle i krajobrazie.

Los Źródełka Miłości podzielił Lasek Goj, południowa zielona enklawa miasta.

Teren przecięła Kolej Prawego Brzegu Odry. Przez las poprowadzono ciężki nasyp z trzema tunelami. Skrajne przejęły brudny nurt Iserbachu, środkowym chodzili piesi. W 1921 roku zamknie go drut kolczasty nowej granicy państwowej.

Las dusił się pod rosnącymi hałdami. Zielone wzgórza przysypano czarnoszarymi zwałami. Zamiast śpiewu ptaków słychać było huk zrzucanych z góry, żarzących się odpadów kopalnianych (lohende Glut). To nie była powolna degradacja – to było systematyczne grzebanie natury.

Mimo fizycznej likwidacji, nazwa Liebesquelle przetrwała w dokumentach. Jeszcze w 1866 roku plac pod nowe liceum (budowane z funduszy Schaffgotschów i Donnersmarcków) urzędowo opisywano jako płaskowyż obok Źródełka Miłości. Wody dawno tam nie było, ale punkt orientacyjny trwał.

Z czasem fakty wyparła legenda. Opowiadano, że do wyschniętego leja po zmroku schodzą źródlane nimfy (Quellnymphen). Wędrowcy, słysząc ich ciężkie westchnienia, w panice uciekali w mrok.

Nie była to jednak wyłącznie romantyczna baśń. W tej opowieści widać żal po miejscu, które naprawdę zniknęło z krajobrazu Bytomia. Wodę zastąpił pył, dolinę — przemysłowe płuczki, a las — żużlowa hałda.

Źródełko Miłości nie wyschło naturalnie. Zostało zabite przez nasypy, kopalniane pompy i chłodną logikę przemysłu, która traktowała naturę wyłącznie jako przeszkodę terenową.

Odtąd Bytom musiał uczyć się przetrwania w przestrzeni, którą najpierw brutalnie osuszono, a następnie reanimowano skażoną wodą z wyrobisk.

Bibliografia i źródła archiwalne

Prasa periodyczna i wydawnictwa ziomkowskie (Heimatblätter)

  • „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt”, Rocznik XII, nr 8, sierpień 1959.
  • „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt”, Rocznik XIV, nr 4, kwiecień 1961.
  • „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt”, Rocznik XVII, nr 9, wrzesień 1964.
  • „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt”, Rocznik XVIII, nr 6, czerwiec 1965.
  • „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt”, Rocznik XXII, nr 1, styczeń 1969.
  • „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt”, Rocznik XLI, nr 4, kwiecień 1988.

Historyczna prasa codzienna

  • „Schlesische Zeitung”, Rocznik 116, nr 139, z 21 marca 1857 roku.
  • „Schlesische Zeitung”, Rocznik 125, nr 120, z 10 marca 1866 roku.

Oficjalne raporty inżynieryjne i naukowe

  • „I. Anlagen-Band zum Hauptbericht des Arbeitsausschusses für die Wasserversorgung des oberschlesischen Industriebezirks”.
  • „Zeitschrift des Oberschlesischen Berg- und Hüttenmännischen Vereins”, Jg. 49, nr 10, październik 1910.

Kroniki i opracowania ogólne

  • Franz Gramer, „Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien” (1863).
  • Franz Stodolka, „Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien”.
0
0

Read more

Mroczna grafika tytułowa z napisem Tajemnica wieży Mariackiej, Kapsuła czasu z 1856 roku i zagadka najstarszego zwornika, na tle gotyckiej fary w Bytomiu.

Tajemnica zwornika i kapsuła czasu z wieży Mariackiej w Bytomiu

Bytom · Kościół Mariacki · 1856

Tajemnica zwornika i kapsuła czasu z wieży Mariackiej w Bytomiu

Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Bytomiu kryje w swoich murach więcej pytań niż odpowiedzi. Jedne źródła wskazują rok 1231, inne 1241, jeszcze inne przesuwają początki świątyni na lata 1265–1270. Do tego dochodzi zagadkowy zwornik z datami 1231 i 1257 oraz niezwykłe dokumenty odnalezione w starej gałce wieżowej podczas przebudowy w 1856 roku.

temat: Marienkirche / kościół Mariacki oś czasu: XIII wiek – 1856 wątki: zwornik, wieża, kapsuła czasu
Koncepcyjna ilustracja dawnego Bytomia z wieżą kościelną w tle, utrzymana w mrocznym XIX-wiecznym klimacie
Ilustracja koncepcyjna: mroczny, XIX-wieczny Bytom i zarys wieży kościelnej w tle.
Wyjaśnienie pojęcia

Co to jest zwornik?

Infografika wyjaśniająca działanie zwornika w architekturze

Zwornik, po niemiecku Schlussstein, to kamień zamykający łuk albo sklepienie. W praktyce jest to element umieszczany w najwyższym, kluczowym punkcie konstrukcji.

  • zamyka konstrukcję łuku lub sklepienia,
  • wiąże pozostałe kamienie, czyli kliny sklepienne,
  • przenosi ciężar na filary, ściany lub inne podpory,
  • często bywał dekorowany herbem, datą, znakiem lub rzeźbą.

W kościele Mariackim szczególne znaczenie ma zwornik sklepienia nad organami, na którym według przekazów znajdował się kamień z datami 1231 i 1257.

Wyjaśnienie pojęcia

Czym jest kapsuła czasu?

Infografika przedstawiająca przekrój gałki wieżowej jako kapsuły czasu

Kapsuła czasu to szczelnie zamknięty pojemnik z dokumentami lub przedmiotami, pozostawiony świadomie dla przyszłych pokoleń. W architekturze umieszczano ją często w wieżach, gałkach wieżowych, fundamentach albo pod krzyżem.

  • zawierała zwykle dokument fundacyjny lub opis wydarzeń,
  • mogła przechowywać monety, gazety, listy, cenniki lub nazwiska budowniczych,
  • miała pokazać potomnym, jak wyglądał świat w chwili budowy lub remontu,
  • pełniła funkcję małego, ukrytego archiwum epoki.

W Bytomiu taką rolę pełniła gałka wieżowa kościoła Mariackiego. Po jej zdjęciu w 1856 roku odnaleziono dokumenty z 1755 i 1821 roku, a później umieszczono w niej nowy przekaz dla przyszłości.

Dawny kościół przed wielką przebudową

Na starej rycinie podpisanej „Stadtkirche St. Maria Beuthen/OS. vor 1850!” widzimy bytomską farę jeszcze przed neogotycką przebudową wieży. To nie jest dzisiejszy, strzelisty obraz kościoła Mariackiego. Na ilustracji widać dawną, masywną bryłę świątyni z prostszą wieżą i charakterystycznym dachem.

Podpis pod ryciną zwraca uwagę właśnie na lewą stronę budowli: „Links der alte Glockenturm, dessen Turmknopf 1856 erneuert wurde”, czyli: po lewej stara dzwonnica, której gałka wieżowa została odnowiona w 1856 roku.

I właśnie od tej gałki zaczyna się jedna z najciekawszych historii bytomskiego kościoła Mariackiego.

Stara rycina przedstawiająca kościół Mariacki w Bytomiu przed 1850 rokiem z dawną dzwonnicą po lewej stronie
Kościół Mariacki w Bytomiu przed 1850 rokiem. Po lewej widoczna dawna dzwonnica, której gałkę wieżową odnowiono w 1856 roku. Źródło: dawna rycina prasowa / reprodukcja archiwalna.

3 kwietnia 1856 roku: demontaż starej gałki z wieży

3 kwietnia 1856 roku, w związku z rozpoczęciem wielkiej przebudowy wieży, z dzwonnicy kościoła Wniebowzięcia NMP zdjęto starą, pękatą gałkę wieżową. Nie był to zwykły element architektoniczny. W takich gałkach często umieszczano dokumenty przeznaczone dla przyszłych pokoleń — swoiste kapsuły czasu.

Tak było również w Bytomiu.

Po otwarciu starej gałki odnaleziono dwa dokumenty. Pierwszy był starszy i spisany po polsku. Potwierdzał, że gałkę założono 13 października 1755 roku. Drugi dokument był niemiecki i dotyczył naprawy wieży przeprowadzonej w lipcu 1821 roku.

Dlaczego to istotne?

Ten szczegół pokazuje dawny Bytom nie jako miasto jednojęzyczne i jednowymiarowe, ale jako miejsce pogranicza — polsko-niemieckie, śląskie, katolickie, mieszczańskie i ludowe zarazem.

Ilustracja koncepcyjna przedstawiająca dłonie wyjmujące pożółkłe dokumenty z pośniedziałej gałki wieżowej
Ilustracja koncepcyjna: dokumenty ukryte w gałce wieżowej.

Polski dokument w wieży Mariackiej

Najbardziej poruszający jest właśnie dokument polski z 1755 roku. Został zamknięty wysoko nad miastem, w gałce wieżowej kościoła, który przez stulecia był jednym z najważniejszych punktów orientacyjnych Bytomia.

To nie jest drobiazg. Dla historii miasta taki dokument ma duże znaczenie, ponieważ potwierdza obecność języka polskiego w oficjalnym, kościelnym i miejskim obiegu pamięci. Nie był to język domysłów ani późniejszych opowieści, lecz język konkretnego zapisu ukrytego w wieży.

Drugi dokument, niemiecki, informował o naprawie starej gałki w 1821 roku. W późniejszych przekazach pojawia się przy tej okazji drobna, ale pouczająca rozbieżność: jedne źródła podają 17 lipca, inne 27 lipca 1821 roku. Dla czytelnika może to wyglądać jak szczegół bez znaczenia, ale dla badacza lokalnej historii jest to typowa pułapka przedruków, streszczeń i późniejszych opracowań.

Nowa kapsuła czasu księdza Szafranka

Przebudowa wieży w 1856 roku nie zakończyła się tylko zdjęciem starej gałki. Jesienią tego samego roku, w październiku, w nowej gałce umieszczono kolejny dokument: „Historische Nachrichten der Kreisstadt Beuthen…”, czyli historyczne wiadomości o mieście powiatowym Bytomiu.

Dokument powstał w czasie, gdy proboszczem bytomskiej fary był ks. Józef Szafranek. To jedna z najważniejszych postaci XIX-wiecznego Bytomia: duchowny, społecznik, obrońca języka polskiego i człowiek bardzo mocno związany z lokalną wspólnotą. Rok 1856 był dla niego szczególny także dlatego, że obchodził wówczas jubileusz 25-lecia święceń kapłańskich.

Nowa kapsuła czasu była więc czymś więcej niż technicznym dodatkiem do odnowionej wieży. Była świadomym przekazem dla przyszłości. Ludzie połowy XIX wieku zostawili w niej obraz swojego miasta: z jego mieszkańcami, chorobami, językami, cenami, problemami i nadziejami.

Mała oś czasu wieżowej kapsuły

  1. 13 października 1755 Założenie gałki wieżowej, poświadczone dokumentem w języku polskim.
  2. lipiec 1821 Naprawa starej gałki, udokumentowana pismem niemieckim.
  3. 3 kwietnia 1856 Zdjęcie starej gałki z dzwonnicy w związku z przebudową wieży.
  4. październik 1856 Umieszczenie nowego dokumentu w gałce odrestaurowanej dzwonnicy.

Bytom zapisany dla potomnych

Dokument z 1856 roku zawierał bardzo konkretny portret Bytomia. Pod koniec 1855 roku miasto liczyło 8343 mieszkańców. Wśród nich było 6440 katolików, 793 ewangelików i 1110 wyznawców judaizmu.

8343 mieszkańców Bytomia pod koniec 1855 roku
6440 katolików odnotowanych w mieście
1110 mieszkańców wyznania mojżeszowego

To ważna liczba, bo pokazuje Bytom jako miasto wielowyznaniowe. Kościół Mariacki był najważniejszą katolicką świątynią miasta, ale wokół niego funkcjonowała szersza, złożona społeczność, kształtowana przez wieki na styku różnych królestw i kultur.

Jeszcze ciekawsza jest informacja językowa. W dokumencie zapisano, że w Bytomiu używano języka niemieckiego i polskiego, przy czym język polski dominował wśród prostego ludu. To zdanie ma ogromną wartość, ponieważ pochodzi z połowy XIX wieku i oddaje społeczną strukturę miasta bez późniejszych politycznych uproszczeń.

„letztere bei dem gemeinen Manne vorherrschend”
Dokument z gałki wieżowej z 1856 r. o języku polskim jako dominującym wśród prostego ludu.
Bytom był wtedy miastem, w którym niemiecki funkcjonował silnie w administracji, piśmie i życiu mieszczańskim, ale polski pozostawał żywym językiem codzienności znacznej części mieszkańców.
Wniosek z dokumentu umieszczonego w gałce wieżowej w 1856 roku.

Miasto choroby, biedy i przemian

Kapsuła czasu nie była jednak laurką. Dokument z 1856 roku zachował również mroczniejszy obraz miasta.

Bytomianie pamiętali fale cholery azjatyckiej z lat 1831, 1832 i 1837, które dziesiątkowały mieszkańców i rodziły mroczne legendy o bytomskich upiorach. Szczególnie bolesna była epidemia z sierpnia 1855 roku, tuż przed zakończeniem przebudowy kościoła. Według zapisu zachorowało wtedy 81 osób, z czego 48 zmarło.

To dramatyczna proporcja. Za suchymi liczbami kryją się konkretne rodziny, domy i ulice. Gdy w 1856 roku umieszczano dokument w nowej gałce wieżowej, pamięć o tej epidemii była jeszcze świeża.

W grudniu 1855 roku miasto dotknął także pomór bydła, zawleczony z Królestwa Polskiego. Dla dzisiejszego czytelnika może brzmieć to jak ciekawostka, ale w XIX wieku bydło było częścią gospodarczych podstaw życia. Choroba zwierząt oznaczała realne straty, lęk i zagrożenie dla zaopatrzenia.

Do tego dochodziły problemy infrastrukturalne. Ulice oświetlano olejem, ponieważ gaz węglowy uznano za zbyt kosztowny. Stary wodociąg miechowicki wysechł wskutek działalności kopalni galmanu „Theresia”, co zmusiło miasto do szukania nowego ujęcia wody.

W tej kapsule czasu widać więc Bytom w momencie przejściowym: jeszcze stary, przedindustrialny, zmagający się z chorobami i brakiem nowoczesnej infrastruktury, ale już wciągany w świat górnictwa, przemysłu i szybkich przemian.

Ceny pszenicy, żyta, mięsa i słomy

Jednym z najciekawszych elementów dokumentu z 1856 roku był cennik podstawowych produktów. Do aktu dołączono informacje o cenach pszenicy, żyta, wołowiny, a nawet słomy.

To pozornie zwyczajny dodatek, ale właśnie takie szczegóły są dla historyka bezcenne. Dzięki nim można zobaczyć, jak mieszkańcy połowy XIX wieku chcieli opisać swój świat przyszłym pokoleniom. Nie wystarczyło im napisać, kto był proboszczem i ilu ludzi mieszkało w mieście. Chcieli zostawić także obraz codzienności: ile kosztowało zboże, mięso, pasza i rzeczy potrzebne do życia.

Stylizowana karta księgi historycznej z danymi demograficznymi Bytomia oraz cenami rynkowymi z dokumentu z 1856 roku sporządzonego za czasów ks. Józefa Szafranka
Wykaz cen i statystyki z 1856 roku. Wizualizacja danych odnalezionych w dokumencie ks. Szafranka. Zestawienie obrazuje strukturę wyznaniową mieszkańców oraz skutki epidemii cholery z sierpnia 1855 r.
Małe archiwum miejskie

Kapsuła czasu z wieży Mariackiej była więc nie tylko dokumentem kościelnym. Była małym archiwum miejskim — zapisem tego, jak Bytom chciał zostać zapamiętany.

Spór o początki: 1231, 1241 czy 1265–1270?

Historia wieży i kapsuły czasu prowadzi nas do jeszcze starszej zagadki — początków samego kościoła Mariackiego.

W różnych opracowaniach pojawiają się odmienne daty. Jedna tradycja wskazuje rok 1241 i wiąże wzniesienie starszej bryły kościoła z inicjatywą arcybiskupa Władysława z Ostrzyhomia, znanego w źródłach jako Wladislaus von Gran. Inne opracowania podają rok 1231 jako datę fundacji. Jeszcze inny przekaz, przywoływany w prasie z okresu międzywojennego, mówi o fundacji przez arcybiskupa Władysława z Salzburga w latach 1265–1270.

Na pierwszy rzut oka wygląda to jak chaos. Ale właśnie w takich rozbieżnościach często kryje się najciekawsza część lokalnej historii.

W przypadku bytomskiej fary szczególną rolę odgrywał zwornik sklepienia nad organami. Według przekazów znajdował się tam kamień z wyrytymi datami 1231 i 1257. To fizyczny ślad, który mógł wpływać na późniejsze datowanie początków kościoła.

Mroczna wizualizacja architektoniczna przedstawiająca średniowieczny zwornik z wyrytą datą 1231, oświetlony snopem światła.
Zwornik z datą 1231 nad organami. Ilustracja koncepcyjna kamiennego zwornika, który przez lata był punktem odniesienia i zarzewiem sporu o najstarsze datowanie bytomskiej fary.
Ostrożnie z interpretacją

Zwornik nie musi „dowodzić”, że kościół powstał dokładnie w 1231 roku. Raczej tłumaczy, skąd brała się tradycja datowania początków świątyni na ten rok. Nie rozwiązuje całkowicie sporu, ale pokazuje, że rozbieżności nie były przypadkowe.

Miały swoje źródło w materiale architektonicznym, dawnych napisach, lokalnej pamięci i późniejszych interpretacjach kronikarzy.

Kościół romański w lombardzkim typie?

Najstarsza faza kościoła Mariackiego była według późniejszych badań wiązana z architekturą romańską. W opracowaniach z XX wieku pojawia się określenie typu „lombardzkiego” oraz informacja o charakterystycznej zachodniej fasadzie z wieżą.

To bardzo ważne, bo pozwala spojrzeć na bytomską farę nie tylko jako na późniejszą świątynię gotycką czy neogotycko przekształconą, ale jako na obiekt o bardzo głębokiej, średniowiecznej metryce, pamiętający najbardziej burzliwe czasy miasta, w tym głośną zbrodnię i utopienie bytomskiego proboszcza w 1363 roku.

Dzisiejszy wygląd kościoła jest wynikiem wielu przekształceń. Rycina sprzed 1850 roku pokazuje jeszcze inną sylwetkę niż ta, do której przywykliśmy obecnie. A pod kolejnymi warstwami przebudów kryje się jeszcze starsza historia: częściowo zapisana w kamieniu, częściowo w dokumentach, a częściowo w sporach kronikarzy.

Archiwalne zdjęcie kościoła Mariackiego w Bytomiu z widoczną neogotycką wieżą i otoczeniem świątyni
Kościół Mariacki w Bytomiu po przebudowie wieży. Archiwalne zdjęcie pokazuje świątynię już z neogotycką, strzelistą wieżą, odmienną od starszego wyglądu znanego z ryciny sprzed 1850 roku.

Kościół jako archiwum miasta

Historia gałki wieżowej, zwornika i kapsuły czasu pokazuje, że kościół Mariacki w Bytomiu nie jest tylko zabytkiem architektury. Jest archiwum miasta.

W jego murach i wieży spotykają się różne warstwy pamięci: średniowieczna fundacja, sporne daty, dawni proboszczowie, język polski i niemiecki, epidemie, ceny żywności, problemy z wodą, przemysłowe szkody i religijna codzienność mieszkańców.

To właśnie dlatego jedna stara rycina i kilka dokumentów z wieży potrafią otworzyć tak szeroką opowieść. Nie chodzi tylko o to, kiedy dokładnie powstał kościół. Chodzi o to, jak kolejne pokolenia bytomian próbowały zapisać siebie dla przyszłości.

W 1755 roku ktoś zamknął w gałce wieżowej polski dokument. W 1821 roku dopisano niemiecką informację o naprawie. W 1856 roku, za czasów ks. Józefa Szafranka, umieszczono nowy przekaz dla potomnych. A dziś, patrząc na starą rycinę dawnej fary, możemy czytać tę historię od nowa.

Kościół Mariacki w Bytomiu nie tylko góruje nad miastem. On przechowuje jego pamięć.

Uwagi źródłowe

Artykuł opracowano na podstawie zestawienia źródeł i notatek dotyczących kościoła Wniebowzięcia NMP w Bytomiu, w tym informacji o dawnej gałce wieżowej, dokumentach z 1755 i 1821 roku, kapsule czasu z 1856 roku, przekazach o zworniku oraz rozbieżnościach w datowaniu początków świątyni.

Grafiki koncepcyjne pełnią funkcję ilustracyjną i nie są historycznymi fotografiami.

↑ Wróć na początek artykułu

Bibliografia i źródła
  • F. Gramer, Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, 1863. Jedno z najważniejszych drukowanych opracowań dziejów Bytomia. Szczególnie istotne dla kontekstu XIX-wiecznego miasta, dziejów kościoła Mariackiego oraz przekazów związanych z dokumentami umieszczanymi w gałce wieżowej. Warto pamiętać, że do kroniki dołączono liczne dokumenty, w tym materiały ważne dla historii bytomskiej fary.
  • Franz Stodolka, kronika dziejów Bytomia. Źródło pomocne przy rekonstrukcji średniowiecznego kontekstu miasta, zwłaszcza wątków związanych z XIII i XIV wiekiem, dawną parafią oraz konfliktami między miastem, duchowieństwem i władzą książęcą. W artykule kronika stanowi przede wszystkim tło dla najstarszych sporów o początki bytomskiej fary.
  • Dokument z gałki wieżowej kościoła Mariackiego, październik 1856 r., Historische Nachrichten der Kreisstadt Beuthen… Kluczowy przekaz dotyczący przebudowy wieży za czasów ks. Józefa Szafranka. Zawiera informacje o stanie miasta w połowie XIX wieku: liczbie mieszkańców, strukturze wyznaniowej, języku polskim i niemieckim, epidemiach, problemach infrastrukturalnych oraz realiach gospodarczych.
  • Dokument polski z 13 października 1755 r. odnaleziony w starej gałce wieżowej. Świadectwo założenia dawnej gałki wieżowej. Szczególnie ważne jako ślad obecności języka polskiego w oficjalnym, kościelnym i lokalnym obiegu pamięci dawnego Bytomia.
  • Dokument niemiecki z lipca 1821 r. dotyczący naprawy starej gałki wieżowej. Przekaz istotny dla historii kolejnych napraw wieży. W późniejszych opracowaniach pojawia się rozbieżność dzienna: 17 lub 27 lipca 1821 r., co pokazuje typową pułapkę pracy z przedrukami i wtórnymi relacjami.
  • Oberschlesien im Bild, 1925, nr 45. Przekaz prasowy z okresu międzywojennego, przywołujący alternatywną tradycję fundacji kościoła w latach 1265–1270 oraz wzmiankę o zworniku sklepienia nad organami z datami 1231 i 1257. Źródło cenne, ale wymagające ostrożnej interpretacji, ponieważ miesza tradycję lokalną, przekaz architektoniczny i późniejsze opracowania.
  • Jahrbücher für Geschichte Osteuropas, 1940, Jg. 5, H. 3/4. Opracowanie przywoływane w kontekście najstarszej fazy architektonicznej kościoła Mariackiego. Wskazuje na romański charakter pierwotnej budowli oraz typ lombardzki z zachodnią fasadą-wieżą.
  • Das Dekanat Beuthen O/S. In seinem Schlesischen Teil. Opracowanie pomocnicze dotyczące historii dekanatu, parafii Wniebowzięcia NMP, jej zasięgu, duchowieństwa oraz miejsca kościoła Mariackiego w strukturze kościelnej dawnego Bytomia.
  • Materiały prasowe i archiwalne: Oberschlesischer Wanderer, Beuthener Kreisblatt, zasoby SBC i DIGISHELF. Źródła pomocnicze do dalszej kwerendy dotyczącej przebudowy wieży w 1856 roku, haseł takich jak Marienkirche Umbau, Thurmbau Szafranek oraz Kreuzaufsetzung 1856.
0
0

Read more

Mroczna grafika przedstawiająca zabytkową kolumnę z figurą Matki Boskiej w strugach deszczu na tle starych drzew. Widoczny napis: Szombierska Panienka. Historia figury Matki Boskiej, Johanna Jandy i zaginionego oryginału.

Szombierska Panienka. Historia figury Matki Boskiej, Johanna Jandy i zaginionego oryginału

Historia Szombierek

Szombierska Panienka Historia figury Matki Boskiej, Johanna Jandy i zaginionego oryginału

Mijamy ją często, przechodząc obok kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa w Szombierkach. Piękna, smukła figura Matki Boskiej na wysokiej kolumnie wydaje się stać tu od zawsze. Z archiwaliów wyłania się jednak znacznie bardziej złożona historia: losy zaginionego oryginału, przestrzelona terakota, praca wybitnego artysty i mozolne korygowanie mitów, które przez dekady narastały wokół tego miejsca.

Dzisiejsza rzeźba w Szombierkach jest bezpośrednią kontynuacją dawnego założenia, choć w zmienionej formie. Aby poznać jej prawdziwe losy, trzeba cofnąć się do połowy XIX wieku i sięgnąć do niemieckich źródeł prasowych, wspomnień oraz późniejszych relacji, które pozwalają oddzielić fakty od powielanych nieścisłości.

Fundacja z tęsknoty za młodością

Inicjatorką powstania figury była hrabina Johanna Schaffgotsch, słynna spadkobierczyni fortuny Karola Goduli. Z wdzięczności za lata młodości spędzone w Szombierkach zleciła wykonanie pomnika. Bezpośrednią okazją do wzniesienia monumentu w 1864 roku stała się przeprowadzka rodziny do nowego pałacu we Wrocławiu (zlokalizowanego na rogu Schweidnitzer Stadtgraben i Neue Taschenstraße). Za rzeźbę jej mąż, hrabia Hans Ulrich Schaffgotsch, zapłacił okrągłą sumę około 300 talarów.

Czasopismo Schlesische Provinzialblätter. Neue Folge z 1864 roku podaje, że hrabia kazał ustawić figurę przy drodze szombierskiej, w pobliżu dworca Morgenroth, czyli dzisiejszego Chebzia, na „dobrze wybranym miejscu”. Z późniejszych relacji wynika, że był to wysadzany drzewami trakt prowadzący w kierunku ówczesnej granicy państwowej z Królestwem Polskim pozostającym pod panowaniem rosyjskim.

Co ciekawe, sztuczny pagórek pod figurę usypano już trzy lata wcześniej, w 1861 roku. Wykorzystano do tego ziemię z przebudowy i poszerzania pobliskiej Godullahütter Straße. Prace drogowe sfinansowano z prywatnych środków Gräflich Schaffgotsch’schen Werke, ponieważ do czasu wytyczenia nowych granic ulica ta pełniła kluczową rolę jako główna trasa dojazdowa do zakładów w Orzegowie i Chebziu (Morgenroth).

Lokalizacja: figura nie stała pierwotnie przy obecnym kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa w Szombierkach. Jej dzisiejsza lokalizacja jest skutkiem powojennego przeniesienia i wykonania repliki po zniszczeniu oryginalnej, terakotowej rzeźby.

Geniusz z pastwiska: Johann Janda

Zamówienie trafiło do Berlina, do pracowni rzeźbiarza o niezwykłym życiorysie. Johann Janda urodził się w 1827 roku w Klein-Darkowitz, dziś na terenie Czech, jako syn ubogiego stolarza. Zanim został doceniony przez ówczesne elity, swój kunszt ćwiczył, wycinając figurki w drewnie podczas wypasu krów.

Talent młodego Jandy dostrzegł lokalny burmistrz. To otworzyło mu drogę do dalszej edukacji: najpierw we Wrocławiu, a później w Dreźnie. Kariera artysty nabrała tempa w trudnym okresie Wiosny Ludów. W obliczu rewolucyjnych niepokojów jego protektor, baron von Stücker, zmuszony był wyemigrować do Szwajcarii. Zanim to jednak nastąpiło, pomógł Jandzie trafić do Berlina, pod skrzydła słynnego Christiana Daniela Raucha.

Janda odbył także podróż do Włoch w latach 1867–1868 i z powodzeniem tworzył w różnych materiałach: drewnie, metalu, kości słoniowej oraz terakocie. To właśnie z uformowanej i wypalanej gliny przygotował w 1862 roku szombierską figurę Matki Boskiej o ponadnaturalnej wielkości. Monument posadowiono na solidnej konstrukcji: na trzech granitowych płytach wylano metrowy betonowy cokół, który z kolei dźwigał trzymetrową kolumnę z piaskowca.

Szokująca kolorystyka i ochrona z gliny

Pierwotny wygląd dzieła bardzo różnił się od tego, jak zapamiętano je po latach. Figura Matki Boskiej była początkowo wielobarwna (polichromowana), a jej korona lśniła od pozłoty. Z kolei sama podstawa pomnika była szara. Znana z późniejszych lat jednolita, brązowa powłoka była w rzeczywistości warstwą lakieru ochronnego, który nałożono dopiero po czasie, aby zabezpieczyć podatną na uszkodzenia terakotę przed zgubnym wpływem śląskiej pogody.

Deszcz, litania i dwa języki

Uroczyste odsłonięcie i poświęcenie dzieła nastąpiło 14 września 1864 roku. Z miejscowej kaplicy w Szombierkach, położonej przy dawnej drodze, wyruszyła procesja. Pogoda fatalnie nie dopisała. Mimo potężnej ulewy w długim pochodzie wziął udział sam hrabia wraz z małżonką, rzeszą wiernych, urzędników hrabiowskich oraz dzieci szkolnych. Dla tych ostatnich hrabia przygotował wyjątkową niespodziankę – ufundował z tej okazji dodatkową kwotę 50 talarów przeznaczoną bezpośrednio na szkolne potrzeby najmłodszych.

Na miejscu doszło do pięknego, symbolicznego momentu, który odnotowały późniejsze relacje. Ceremonii przewodził słynny bytomski proboszcz, ks. Józef Szafranek (w niemieckich kronikach zapisywany jako Pfarrer Schaffranek). To właśnie on najpierw wygłosił przemówienie w języku polskim do zgromadzonego ludu, a następnie zwrócił się po niemiecku do hrabiego. Ten szczegół dobrze pokazuje językową i społeczną rzeczywistość ówczesnego Górnego Śląska: miejscowy lud, niemieckojęzyczna administracja i arystokratyczni fundatorzy funkcjonowali w jednej, ale wielowarstwowej przestrzeni.

Demontaż oryginału: kule i pszczoły

Oryginalna, terakotowa figura przetrwała w swoim pierwotnym miejscu ponad sto lat. Decyzję o jej przeniesieniu podjęto z powodów prozaicznych. W czerwcu 1968 roku uznano, że obiekt utrudnia rosnący ruch drogowy.

To właśnie podczas operacji przenoszenia doszło do zniszczenia ponadstuletniej rzeźby Jandy. Jak relacjonował Franz Strzala na łamach rocznika Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt w 1970 roku, zdemontowana terakota rozpadła się na kawałki. Wtedy odsłoniło się niezwykłe wnętrze figury: rzeźba była pusta w środku, a przestrzeń tę zaanektował ogromny rój pszczół.

Na powłoce figury odnaleziono również przestrzeliny po kuli karabinowej. Według relacji mogły być one pamiątką po burzliwych wydarzeniach z okresu powstań śląskich albo po kampanii wrześniowej 1939 roku. Pewne jest jedno: terakotowy oryginał nosił na sobie ślady historii znacznie bardziej dramatycznej, niż mogłoby się wydawać z perspektywy spokojnej przydrożnej figury.

Nowe życie pod kościołem

Kawałków terakoty nie dało się już uratować. Zlecono więc wykonanie repliki, a zadania tego podjął się słynny zakład z Piekar Śląskich. Jesienią 1969 roku nową, tym razem malowaną figurę Matki Boskiej, ustawiono na wschód od szombierskiego kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa.

Ciekawostka: Piekarski warsztat Schaeferów

Za wykonanie nowej rzeźby odpowiadał renomowany Zakład Sztuki Kościelnej Kazimierza Schaefera (w niemieckich archiwaliach zapisywany skrótowo jako K. Schaefer). To ważny detal historyczny, ponieważ w późniejszych latach nazwisko to bywało w prasie zniekształcane (np. jako „Schaffer”). Rodzina Schaeferów prowadziła w Piekarach Śląskich niezwykle zasłużoną pracownię rzeźbiarską, z której wyszło mnóstwo wspaniałych dzieł zdobiących śląskie świątynie.

Ocalał natomiast oryginalny, masywny cokół dawnego założenia. Do dziś można odczytać na nim wyrytą w kamieniu łacińską inskrypcję:

ST MARIA REGINA COELI ORA PRO NOBIS Święta Maryjo, Królowo Nieba, módl się za nami.
Widok ogólny na figurę Matki Boskiej wraz z pełną kolumną, cokołem i otoczeniem przed kościołem w Szombierkach Średni kadr na figurę Matki Boskiej w otoczeniu zieleni na tle ceglanej fasady kościoła Zbliżenie na detal figury Matki Boskiej i kapitel zabytkowej kolumny w Szombierkach

Stan obecny: polichromowana replika na oryginalnym cokole przy szombierskim kościele.

Fakty i mity wokół szombierskiej figury

Badanie historii lokalnej często wymaga cierpliwego weryfikowania informacji podawanych w późniejszej prasie. Dobrym przykładem jest artykuł z lokalnego tygodnika z 1999 roku, który na skutek nieścisłości dał początek kilku powielanym później twierdzeniom. Co dokładnie można skorygować na podstawie starszych źródeł?

Mit o dacie zniszczenia

Czasem można spotkać informację, że rzeźba uległa zniszczeniu już w 1868 roku. To niemal na pewno pomyłka drukarska lub tzw. czeski błąd. Oryginał zdemontowano i zniszczono podczas przenosin w 1968 roku.

Mit o lokalizacji

Niekiedy podaje się, że figura miała dawniej stać na dachu szopy przy ul. Godulskiej w Rudzie Śląskiej. To najprawdopodobniej efekt błędnego odczytania niemieckiej nazwy Godullahütter Landstraße, czyli szosy prowadzącej w kierunku huty Godula. Rzeźba od początku stała na wysokiej kolumnie przy drodze w pobliżu dworca Morgenroth.

Przechodząc następnym razem obok szombierskiego kościoła, warto spojrzeć w górę. Znajduje się tam nie tylko symbol religijny, ale namacalny ślad skomplikowanej historii przemysłowego Śląska: pamięć o Schaffgotschach, los zaginionego dzieła Johanna Jandy, echo dawnych granic, wojennych przestrzelin i niezwykłych pszczół ukrytych kiedyś w pustym wnętrzu terakotowej figury.

Źródła i materiały archiwalne
  1. Schlesische Provinzialblätter. Neue Folge, t. 3, 1864, s. 737–738.
  2. Der Schwarze Adler, Jg. 3, Nr. 1, styczeń 1921, rubryka: Gedenktage im Januar.
  3. Oberschlesien im Bild, nr 31, 27 lipca 1928, artykuł: Johann Janda, ein Bildhauer unserer Heimat.
  4. Franz Strzala, Die Marienstatue in Schomberg, w: Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, nr 11, listopad 1970, s. 30–31.
  5. Schomberger Bilderbogen: Marienstatue in Schomberg, w: Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, nr 9, wrzesień 1981, s. 33.
  6. Ernst Kotzbik, Die Mariensäule in Schomberg, w: Schaffgotsch Werks-Zeitung, 1935, Jg. 3, nr 4.
  7. Dokumentacja fotograficzna z lat 1920–1930 oraz zbiory współczesne.
0
0

Read more

Grafika wyróżniająca artykuł Bytom przed Donnersmarckami o Hohenzollernach, kopalniach i sporze o Dąbrówkę

Państwo Bytomskie 1526–1623. Od Hohenzollernów do Donnersmarcków

Katalog archiwalny / historia lokalna / genealogia

Bytom przed Donnersmarckami. Hohenzollernowie, kopalnie i wielki spór o Dąbrówkę

Katalog archiwalny państwa bytomskiego (Herrschaft Beuthen) w latach 1526–1623: od Jerzego Pobożnego do przejęcia zastawu przez ród Henckel von Donnersmarck.

Zakres: 1526–1623 Miejsca: Bytom, Tarnowskie Góry, Dąbrówka Wielka, Bogumin, Karniów Tematy: historia, górnictwo, genealogia, źródła miejskie

Zanim Bytom kojarzono przede wszystkim z Donnersmarckami, miasto i całe państwo bytomskie były areną gry prowadzonej przez Hohenzollernów, Habsburgów, książąt śląskich i samych mieszczan. W XVI wieku decydowały tu nie tylko polityczne układy, lecz także górnictwo, podatki, prawa do kopalń i kontrola nad nowymi ośrodkami wydobywczymi. Jednym z najciekawszych epizodów tej historii był zakup Dąbrówki Wielkiej przez Bytom oraz konflikt z margrabią Jerzym Pobożnym.

W skrócie

  • W 1526 roku Jerzy Pobożny przejął państwa Bytom i Bogumin jako zastaw od Jana II Dobrego, a król Ludwik II jedynie tę transakcję potwierdził.
  • Jerzy rozwinął górnictwo, ale faworyzował Tarnowskie Góry, co osłabiło pozycję samego Bytomia.
  • W 1538 roku Bytom kupił Dąbrówkę Wielką od cystersów z Mogiły pod Krakowem.
  • Margrabia obraził się na Bytomian za ominięcie jego władzy i dopiero 26 stycznia 1542 roku zatwierdził przekazanie wsi.
  • Po wojnie trzydziestoletniej Hohenzollernowie utracili śląskie dobra.
  • W 1623 roku państwo bytomskie przekazano Lazarusowi I Henckel von Donnersmarck jako zabezpieczenie cesarskich długów; dziedziczne prawo zostało uregulowane dopiero później.
Mapa Śląska Silesiae Typus z atlasu Orteliusa z widocznym Bytomiem i Tarnowskimi Górami
Mapa Śląska Silesiae Typus, oparta na tradycji kartograficznej Martina Helwiga z 1561 roku i znana z wydań atlasu Abrahama Orteliusa. W rejonie Górnego Śląska widoczne są m.in. Bytom, Tarnowskie Góry, Gliwice, Opole i Racibórz.
Źródło: Biblioteka Narodowa / Polona, domena publiczna.

1. Czym było państwo bytomskie?

W źródłach nowożytnych pojęcie Herrschaft Beuthen oznaczało nie tylko samo miasto Bytom, ale szerszy kompleks praw i dóbr obejmujących wsie, dochody, sądownictwo, obciążenia fiskalne oraz — co szczególnie ważne — obszary związane z eksploatacją surowców. Dlatego dzieje państwa bytomskiego w XVI i na początku XVII wieku to zarazem historia miejskiej samorządności, władzy dynastycznej i gospodarki górniczej.

Uwaga redakcyjna: w artykule konsekwentnie stosujemy zapis: Mogiła, nie „Mogilno”. Chodzi o klasztor cystersów w Mogile pod Krakowem (dziś obszar Krakowa-Nowej Huty).

2. Jak Hohenzollernowie weszli do gry

Kluczową postacią początku tej historii był margrabia Jerzy z Brandenburgii-Ansbach, znany jako Jerzy Pobożny (Georg der Fromme). Jego rosnące znaczenie na Śląsku wiązało się zarówno z polityką dynastyczną, jak i z bardzo praktycznym interesem w górnictwie oraz dochodach płynących z ziem śląskich.

Trzeba tu jednak zachować precyzję: Jerzy nie otrzymał Bytomia w prostym akcie „nadania” od króla. W 1526 roku przejął państwa Bytom i Bogumin jako zastaw od księcia opolskiego Jana II Dobrego, a król Czech i Węgier Ludwik II Jagiellończyk potwierdził tę transakcję 16 stycznia 1526 roku.

Ta różnica nie jest drobiazgiem. Pokazuje bowiem, że Jerzy wchodził do gry nie jako bierny odbiorca królewskiej łaski, lecz jako aktywny uczestnik śląskiej polityki finansowo-prawnej.

Jerzy Pobożny i rozwój górnictwa na Górnym Śląsku
Jerzy Pobożny jako inicjator nowego etapu rozwoju górnictwa i administracji w państwie bytomskim.

3. Jerzy Pobożny i górniczy zwrot Bytomia

Jerzy Pobożny wniósł do państwa bytomskiego doświadczenia wyniesione z Frankonii, gdzie górnictwo należało do najważniejszych gałęzi gospodarki. Już 30 kwietnia 1526 roku ogłoszono w Bytomiu pierwszą górnośląską wolność górniczą (Bergfreiheit), a w kolejnych latach margrabia sprowadzał fachowców i inżynierów oraz porządkował administrację skarbową i gruntową.

Z punktu widzenia samego Bytomia skutki były jednak ambiwalentne. Rozwój wydobycia sprzyjał bowiem przede wszystkim nowemu ośrodkowi — Tarnowskim Górom (Tarnowitz), które szybko przejęły rolę głównego centrum górniczego. Dla mieszczan bytomskich oznaczało to realne straty gospodarcze i osłabienie pozycji miasta.

Najważniejsze działania Jerzego Pobożnego

  • 1526 — potwierdzenie przejęcia zastawu Bytomia i Bogumina.
  • 30 kwietnia 1526 — ogłoszenie wolności górniczej.
  • 1526–1528 — rozwój organizacji wydobycia i napływ fachowców.
  • 1532 — sporządzenie urbarza regulującego obciążenia i dochody.

4. Zakup Dąbrówki Wielkiej i konflikt z margrabią

W odpowiedzi na rosnącą dominację Tarnowskich Gór Bytom szukał własnej przeciwwagi gospodarczej. Taką szansę dostrzegł w Dąbrówce Wielkiej (Groß-Dombrowka), gdzie rozwijało się górnictwo.

8 czerwca 1538 roku burmistrz Jan Kneflik (Johann Knefflik) kupił w imieniu miasta Dąbrówkę Wielką wraz z lasami od cystersów z Mogiły za 800 florenów. Transakcja obejmowała też trzy jatki mięsne i wolny plac w Bytomiu.

Problem polegał na tym, że Bytomianie — obawiając się sprzeciwu margrabiego — poprosili o zatwierdzenie transakcji bezpośrednio króla Ferdynanda I, z pominięciem Jerzego Pobożnego. Margrabia potraktował to jako zamach na swój autorytet. Nałożył na miasto karę, a swój gniew wyraził również w korespondencji politycznej.

Ostatecznie przekazanie i potwierdzenie odstąpienia Dąbrówki Wielkiej radzie oraz gminie Bytomia nastąpiło 26 stycznia 1542 roku. To jedna z tych dat, które warto zapamiętać, bo dobrze pokazują napięcie między interesem miasta a interesem margrabiego.

„Najciekawsze w tej historii jest to, że walka o jedną wieś była w istocie walką o gospodarczą przyszłość Bytomia.”
Scena zakupu Dąbrówki Wielkiej przez radę miejską Bytomia
Zakup Dąbrówki Wielkiej przez Bytom można potraktować jako próbę odzyskania gospodarczej równowagi wobec Tarnowskich Gór.

5. Kolejni margrabiowie i spór o regalia górnicze

Po śmierci Jerzego Pobożnego sytuacja Bytomia nie stała się prostsza. Miasto doświadczało pożarów, kryzysów gospodarczych i sporów o zakres praw władzy nad kopalniami. Szczególnie ważny był przeciągający się konflikt o tzw. Bergregal, czyli regalia górnicze.

Habsburgowie próbowali dowodzić, że akt z 1526 roku nie obejmował praw do eksploatacji złóż, a więc Hohenzollernowie nie mieli pełnego tytułu do korzyści płynących z górnictwa. Spór ten ciągnął się przez dekady i pokazuje, że bytomskie kopalnie były nie tylko lokalnym zasobem, ale też przedmiotem gry prawnej w skali całego Śląska.

6. Upadek Hohenzollernów na Śląsku

Ostateczny cios przyniosła wojna trzydziestoletnia. Jan Jerzy Hohenzollern stanął po stronie protestantów i „Króla Zimowego”, Fryderyka V. Po klęsce pod Białą Górą w 1620 roku cesarz uderzył w swoich przeciwników z całą surowością.

W efekcie Jan Jerzy został objęty banicją cesarską (Reichsacht), a jego śląskie dobra — w tym Bytom — uległy konfiskacie. Tym samym epizod Hohenzollernów w dziejach państwa bytomskiego dobiegł końca.

Symboliczna scena końca rządów Hohenzollernów na Śląsku
Wojna trzydziestoletnia zamknęła śląski rozdział Hohenzollernów.

7. Wejście Donnersmarcków

Po upadku Hohenzollernów państwo bytomskie weszło w orbitę wpływów rodu Henckel von Donnersmarck. Nie był to jednak prosty akt „nowego dziedziczenia” już w 1623 roku.

Cesarz przekazał wówczas Lazarusowi I Henckel von Donnersmarck państwa Bytom i Bogumin jako zabezpieczenie ogromnych długów. Lazarus I był jednym z najważniejszych finansistów związanych z dworem cesarskim, a skala zadłużenia była ogromna.

Prawo dziedziczne do tych ziem nie zostało jednak od razu przypisane jemu. Dopiero później Lazarus II, za zgodą cesarza, odkupił dziedziczne prawo własności od spadkobierców hrabiego von Harrach za 50 000 reńskich guldenów. To właśnie ten moment zamknął definitywnie przejściowy charakter wcześniejszego przekazania zastawu.

8. Najważniejsze daty

16 I 1526
Ludwik II potwierdza przejęcie zastawu Bytomia i Bogumina przez Jerzego Pobożnego.
30 IV 1526
Ogłoszenie pierwszej górnośląskiej wolności górniczej.
8 VI 1538
Bytom kupuje Dąbrówkę Wielką od cystersów z Mogiły.
4 I 1539
Gniewny list margrabiego Jerzego po ominięciu jego zwierzchności przez Bytomian.
26 I 1542
Potwierdzenie odstąpienia i przekazania Dąbrówki Wielkiej miastu.
1620–1621
Po Białej Górze Jan Jerzy traci śląskie dobra.
18 III 1623
Przekazanie Bytomia i Bogumina Lazarusowi I jako zabezpieczenia cesarskich długów.
Symboliczne przejście od Hohenzollernów do Donnersmarcków
Symboliczna scena finansowego przejęcia państwa bytomskiego przez Lazarusa Henckel von Donnersmarcka w 1623 roku

9. Aneks genealogiczno-katalogowy

Poniższe zestawienia mają charakter pomocniczy i katalogowy. To materiał szczególnie cenny dla badaczy dziejów lokalnych, historii społecznej Bytomia oraz genealogii rodzin miejskich.

Urbarz z 1532 roku — przykładowe wydatki miejskie
Funkcja / celWysokość uposażenia / koszt
Pisarz miejski3 marki, 4 grosze
Strażnik bramy3 marki, 12 groszy
Sługa miejski3 marki, 3 grosze
Policjant3 marki, 3 grosze
Pasterz3 marki, 22 grosze
Nakręcanie zegara wieżowego3 marki, 1 grosz
Pomocnik szkolny3 marki, 1 grosz, 14 halerzy
Kat i oprawca3 marki, 8 groszy
Danina dla księcia20 florenów
Urbarz z 1532 roku — przykładowe stawki celne
Rodzaj towaru / usługiStawka
Sól, żelazo, miedź, ołów (za konia w zaprzęgu)3 grosze
Zboże, słód (za wóz)2 grosze
Beczka miodu, śledzi, oleju, ryb solonych2 grosze
Trójlitr wina12 groszy
Beczka piwa świdnickiego3 grosze
Worek chmielu6 groszy
Sztuka sukna4 grosze
Bydło rogate (za sztukę)1 grosz
Wprowadzenie się Żyda z dobytkiem24 grosze lub według oszacowania
Rejestr nazwisk z 1532 roku — wybrane osoby
  • Lorenz Perko
  • Johann Tschenska
  • Stenzel Goldschmied
  • Martin Beck
  • Kunz Schmied
  • Peter Putner
  • Hans Mennich
  • Nickel Leinweber
  • Jakob Rademacher
  • Urban Rademacher
  • Hans Hirsch
  • Simon Stolka
  • Erhard Eißler
  • Anton Knefflik
  • Mathes Wolny
  • Jan Käschitz
  • Jan Schimansky
  • Jan Oparka
  • Stenzel Sadosky
  • Paul Puchner
  • Thomas Schuster
  • Jakob Perk
  • Martin Glaser
  • Johann Wolschofski
  • Johann Guzler
  • Markwarts
  • Gregor Stan
  • Jakob Pornikars
  • Mar. Wroneka
  • Walter Zahn
  • Nikol Kalus
  • Wittko Kürschner

Uwaga: pisownia nazwisk została zachowana w formie zbliżonej do źródła i może występować w różnych wariantach.

Poglądowa panorama dawnego Bytomia i okolic jako ilustracja państwa bytomskiego w epoce Hohenzollernów
Poglądowa panorama dawnego Bytomia i jego zaplecza. Ilustracja ma charakter nastrojowy i pokazuje miasto jako centrum życia administracyjnego, gospodarczego i lokalnego w epoce Hohenzollernów.

10. Bibliografia / źródła

  • P. Kytzia, artykuł dotyczący dziejów Bytomia i państwa bytomskiego, w: Oberschlesien. Zeitschrift zur Pflege der Kenntnis und Vertretung der Interessen Oberschlesiens, 1. Jahrgang, Mai 1902, Heft 2.
  • Franz Stodolka, Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien.
  • Franz Gramer, Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, Beuthen 1863.
  • Oskar Klaußmann, Oberschlesien vor 55 Jahren und wie ich es wiederfand — fragmenty cytowane przez Franza Stodolkę.
  • W. Pissarski, Der Selbstschutzkampf um Beuthen 1921/22 — pozycja wymieniana w aparacie źródłowym Stodolki.
  • Materiały archiwalne przywoływane w opracowaniach: urbarze państwa bytomskiego, akta miejskie Bytomia, dokumenty dotyczące skarg mieszczan oraz przekazania praw do Dąbrówki Wielkiej.
0
0

Read more

Panorama przemysłowych Lipin i Chropaczowa z hutami, kopalniami i kominami

Cynk, węgiel i miasto z dymu. Jak przemysł zmienił Lipiny i Chropaczów (Część II)

Lipiny i Chropaczów — część II

Cynkowe imperium i miasto z dymu. Jak przemysł stworzył nowoczesne Lipiny i Chropaczów

W 1853 roku historia Lipin i Chropaczowa gwałtownie przyspieszyła. Dawny świat lasów, karczm i ubogich chat zaczął ustępować hutom, kopalniom, szkołom, kościołom i robotniczym koloniom.

W pierwszej połowie XIX wieku Lipiny i Chropaczów były jeszcze światem lasów, folwarków, karczm, błotnistych dróg i ubogich chat. W lokalnej pamięci trwały opowieści o rozbójnikach, ciemnych traktach i miejscach, do których prawo docierało z trudem. Ale pod tą pozornie peryferyjną ziemią kryło się bogactwo, które miało zmienić wszystko.

Węgiel, rudy cynku, galman, zapotrzebowanie na paliwo, kapitał arystokracji i techniczna energia XIX wieku sprawiły, że dawny leśny krajobraz w ciągu kilku dekad został niemal całkowicie przepisany od nowa. Tam, gdzie wcześniej stały gliniane chaty, leśniczówki i karczmy, wyrosły huty, szyby kopalniane, kolonie robotnicze, szkoły, kościoły, wodociągi i całe dzielnice pracujące w rytmie fabrycznego gwizdka.

To nie była spokojna ewolucja. To była eksplozja — demograficzna, techniczna, przestrzenna i społeczna.

Momentem przełomowym był rok 1853.

Rok 1853: chwila, w której zapłonął przemysł

W 1853 roku Śląska Spółka Akcyjna dla Górnictwa i Hutnictwa Cynkowego — Schlesische Aktien-Gesellschaft für Bergbau und Zinkhüttenbetrieb — przejęła od hrabiego Henckla von Donnersmarcka miejscowe huty cynku, kopalnie węgla oraz znaczną część gruntów związanych z obszarem dworskim Chropaczowa.

Była to jedna z tych dat, które w historii lokalnej znaczą znacznie więcej niż zwykłą zmianę właściciela. Od tego momentu Lipiny i Chropaczów zaczęły wchodzić w orbitę wielkiego przemysłu.

Spółka nie była tylko przedsiębiorstwem wydobywczym czy hutniczym. Stała się siłą organizującą całą przestrzeń. Przemysł potrzebował robotników, robotnicy potrzebowali mieszkań, ich dzieci potrzebowały szkół, rodziny potrzebowały kościołów, lekarzy, sklepów, wody, kanalizacji i dróg. W ten sposób dawna wieś i dawne kolonie zaczęły zmieniać się w gęsty, wielofunkcyjny organizm przemysłowy.

Nie budowano już pojedynczych domów. Budowano całe ulice, kolonie i systemy zależności. Praca w hucie albo kopalni nie kończyła się za bramą zakładu. Organizowała rytm dnia, strukturę rodziny, drogę dziecka do szkoły, zakupy, opiekę lekarską, religijność i sposób myślenia o przyszłości.

Rok 1853 był więc nie tylko początkiem nowej epoki gospodarczej. Był początkiem nowego świata.

Pierwsze kominy i zabudowania przemysłowe w Lipinach i Chropaczowie po 1853 roku
Rok 1853 symbolicznie otworzył nowy etap w historii Lipin i Chropaczowa — od świata folwarków i lasów ku przemysłowej organizacji przestrzeni.

Cynkowe serce Lipin

Jeśli węgiel był paliwem tej przemiany, to cynk był jej najważniejszym metalem. W XIX wieku cynk należał do kluczowych surowców przemysłowych Górnego Śląska. Używano go w budownictwie, przemyśle, rzemiośle i produkcji blach. Lipiny stały się jednym z najważniejszych miejsc związanych z jego wytopem i obróbką. Szerzej o tym procesie pisałem w osobnym tekście: Lipiny. Narodziny dzielnicy przemysłowej 1780–1939.

Początki śląskiego hutnictwa cynku sięgały końca XVIII wieku. Szczególne znaczenie miała metoda wytopu cynku w zamkniętych mufach, której pionierskie zastosowanie wiązano z Rubergiem i piecem uruchomionym w 1798 roku w Wesołej. Początkowo technologia ta była traktowana niemal jak tajemnica przemysłowa. Z czasem jednak rozprzestrzeniła się na Górnym Śląsku, dając regionowi ogromną przewagę w produkcji cynku.

Tajemnica Ruberga

Wspomniany Ruberg to Johann Christian Ruberg, genialny hutnik, który w 1798 roku w Wesołej wynalazł piec muflowy do wytopu cynku. Wcześniej monopol na produkcję tego metalu posiadali Anglicy, którzy pilnie strzegli swoich tajemnic. Wynalazek Ruberga (pozwalający na tani i masowy wytop z użyciem węgla) zrewolucjonizował śląski przemysł i utorował drogę takim gigantom jak huty w Lipinach.

Po 1853 roku Śląska Spółka Akcyjna rozpoczęła wielką modernizację przejętych zakładów. W Lipinach rozbudowano kompleks hutniczy Silesia, obejmujący huty Silesia I, Silesia II i Silesia III. To właśnie one przez dziesięciolecia wyznaczały rytm życia osady.

Huty nie były tylko miejscem pracy. Były centrum całego świata. Od nich zależał transport, mieszkalnictwo, handel, szkoły, dochody rodzin i kierunek rozwoju przestrzeni. Wokół nich powstawały kolonie, drogi, bocznice, warsztaty, składy i domy robotnicze.

Nawet katastrofy nie zatrzymywały rozwoju. Gdy w 1858 roku spłonęła huta Silesia III, odbudowano ją w ciągu zaledwie roku. Był to znak epoki: przemysł nie znał długiego postoju. Jeśli coś się paliło, odbudowywano to większe, sprawniejsze i bardziej nowoczesne.

Dawny leśny krajobraz ustępował nie pod wpływem jednej decyzji, lecz pod naciskiem tysięcy codziennych działań: budowy pieców, rozbiórki starych zabudowań, wytyczania torów, dowozu surowców, organizowania pracy i osiedlania kolejnych rodzin.

Lipiny przestały być dawną osadą. Zaczęły działać w rytmie hut, kopalń i robotniczych kolonii.
Huta cynku Silesia w Lipinach jako centrum przemysłowej przemiany
Hutnictwo cynku stało się jednym z najważniejszych motorów rozwoju Lipin. Wokół zakładów Silesia powstawał cały przemysłowy organizm.

Walcownia, mufy i metal cienki jak bibułka

Szczególnym powodem dumy Lipin była walcownia cynku, uruchomiona w latach 1857–1859. Napędzana parą, należała do największych i najnowocześniejszych zakładów tego typu w Europie. Jej wyroby zdobywały uznanie daleko poza Górnym Śląskiem.

W dawnych opisach podkreślano, że w Lipinach potrafiono walcować blachę cynkową niezwykle cienką — tak delikatną, że porównywano ją do bibułki. Ten obraz jest bardzo sugestywny: ciężka, dymiąca huta, a jej produktem blacha niemal papierowej grubości. W tym kontraście widać całą finezję przemysłu XIX wieku. Energia maszyn służyła precyzji.

Walcownia cynku w Lipinach z maszynami do produkcji cienkiej blachy cynkowej
Walcownia cynku była jednym z symboli technicznej nowoczesności Lipin — ciężkie maszyny pozwalały uzyskiwać blachę niezwykle cienką i cenioną daleko poza regionem.

W 1865 roku uruchomiono centralną fabrykę muf. Mufy, czyli specjalne naczynia wykorzystywane w procesie wytopu cynku, wcześniej wykonywano ręcznie. Mechanizacja ich produkcji oznaczała ogromny wzrost wydajności. Huta stawała się coraz mniej rzemieślnicza, a coraz bardziej fabryczna — powtarzalna, szybka, podporządkowana rytmowi maszyn.

Rosła także skala logistyki. Zakłady zużywały gigantyczne ilości węgla. Korzystały z własnych torów, wagonów, lokomotyw i koni pociągowych. Surowce i produkty musiały nieustannie krążyć między kopalniami, hutami, składami, bocznicami i odbiorcami.

Węgiel przyjeżdżał do pieców. Rudy i półprodukty trafiały do zakładów. Blacha cynkowa opuszczała Lipiny. Robotnicy codziennie przechodzili między domem a bramą huty. Pieniądze, materiały, ludzie i energia tworzyły jeden wielki obieg.

Tak narodziło się cynkowe imperium Lipin.

Węgiel: czarne serce przemysłowego organizmu

Huty cynku potrzebowały paliwa. Ogromnych ilości paliwa. Dlatego rozwój hutnictwa natychmiast pociągał za sobą rozbudowę kopalń węgla. Bez węgla nie było ognia, bez ognia nie było cynku, bez cynku nie było przemysłowej potęgi Lipin.

Śląska Spółka Akcyjna rozbudowywała przejęte kopalnie i pola wydobywcze. Warto tu pamiętać także o kopalni Matylda, której osobną historię opisałem w cyklu Matylda. Poczuj ducha dawnej kopalni, cz. 1 oraz Matylda, cz. 2: 1919–1930. W źródłach pojawiają się również nazwy takie jak König Saul, Mathilde-Ostfeld, Mathilde-Westfeld czy Karsten-Centrumgrube.

Kopalnictwo oznaczało jednak nie tylko wydobycie. Oznaczało też walkę z żywiołami. Najgroźniejszym przeciwnikiem była woda. Podziemne potoki i dopływy mogły zatopić wyrobiska, zatrzymać eksploatację i zniszczyć całe przedsięwzięcie. Aby utrzymać kopalnie przy życiu, montowano potężne maszyny odwadniające, których moc budziła podziw daleko poza okolicą.

Wypompowywana woda nie zawsze była traktowana wyłącznie jako problem. Wykorzystywano ją również do zasilania stawów i systemów wodnych. Przemysł zmieniał więc nie tylko powierzchnię ziemi, lecz także ukryty obieg wody. To, co wcześniej było przeszkodą w kopalni, mogło stać się elementem miejskiej infrastruktury.

W ten sposób podziemie i powierzchnia zostały ze sobą trwale związane. Huta potrzebowała kopalni, kopalnia potrzebowała maszyn, maszyny potrzebowały paliwa, a całość potrzebowała ludzi. Każdy element napędzał następny.

Nowoczesność nie przyszła tu jako abstrakcyjne hasło. Przyszła jako system rur, torów, szybów, pomp, pieców, kominów i ludzi schodzących pod ziemię.

Podziemna kolejka i sztolnia ze światłem elektrycznym

Jednym z najbardziej niezwykłych przykładów przemysłowej pomysłowości była instalacja podsadzkowa. Huty produkowały ogromne ilości popiołu i odpadów. Przy zakładach rosły hałdy, które zajmowały teren, pyliły i zmieniały krajobraz. Jednocześnie kopalnie potrzebowały materiału do wypełniania pustek po wydobyciu węgla, aby ograniczać zapadanie się gruntu i zabezpieczać wyrobiska.

Połączono więc oba problemy w jeden system. Materiał z hutniczych hałd kierowano do kopalnianych pustek. Według dawnych opisów służyła temu specjalna kolejka linowa biegnąca podziemną, wybrukowaną i elektrycznie oświetloną sztolnią.

To jeden z tych obrazów, które najlepiej pokazują skalę przemysłowej wyobraźni XIX wieku. Pod ziemią, w sztolni oświetlonej elektrycznością, poruszał się transport materiału podsadzkowego. Popiół z hut wracał pod ziemię, aby wypełnić przestrzeń po wydobytym węglu. Powierzchnia i podziemie zostały połączone w jeden techniczny obieg.

Versatzanlage – ratunek przed zapadaniem się ziemi

Instalacja podsadzkowa (niem. Versatzanlage) była genialna w swojej prostocie. Intensywne wydobycie węgla tworzyło pod ziemią ogromne pustki, co groziło zawaleniem się powierzchni. Przesyłanie tam bezużytecznego popiołu z hut (często z użyciem wody jako tzw. podsadzka płynna) stabilizowało grunt i jednocześnie rozwiązywało problem rosnących w nieskończoność hałd.

Podziemna sztolnia z kolejką podsadzkową i oświetleniem elektrycznym w rejonie Lipin i Chropaczowa
Podziemna sztolnia z kolejką podsadzkową dobrze pokazuje techniczną skalę przemysłowej epoki: odpady z hut wracały pod ziemię, by stabilizować przestrzenie po wydobyciu węgla.

Dawny świat lasu i karczmy znikał nie tylko dlatego, że wycinano drzewa i budowano huty. Znikał, bo cała ziemia — od powierzchni po głębokie wyrobiska — została włączona w logikę produkcji.

To już nie był krajobraz, po którym człowiek po prostu chodził. To był krajobraz podporządkowany pracy.

Chropaczów dołącza do wyścigu

Lipiny wcześniej i mocniej kojarzyły się z hutnictwem cynku, ale Chropaczów również został wciągnięty w przemysłową przemianę. Początkowo zachowywał bardziej wiejski charakter. Rolnictwo, zagrody, przewóz towarów, tradycyjna gospodarka — wszystko to jeszcze przez pewien czas było obecne w krajobrazie.

Ale przemysł nie zostawiał takich miejsc na uboczu. Gdy raz pojawiła się sieć kopalń, hut, dróg, kolei i zapotrzebowania na siłę roboczą, dawna wieś nie mogła trwać w niezmienionej formie.

Przełomem dla Chropaczowa było otwarcie kopalni Schlesiengrube w 1883 roku. Była to kopalnia nowoczesna, zasobna w dobry węgiel i zatrudniająca tysiące pracowników. Cztery lata później, w 1887 roku, uruchomiono hutę Guidottohütte, która dodatkowo wzmocniła przemysłowy charakter miejscowości.

Od tego momentu Chropaczów przestał być tylko zapleczem. Stał się aktywnym uczestnikiem przemysłowego wyścigu. Zmieniała się struktura społeczna, znikało dawne rolnictwo, rosła liczba robotników, pojawiały się nowe domy, sklepy, warsztaty, szkoły i instytucje.

Dawny chłopski Chropaczów stawał się robotniczy. Szersze tło dziejów miejscowości zebrałem również w tekście Najstarsza dzielnica Świętochłowic. Dzieje Chropaczowa w pigułce.

Ten proces nie oznaczał jedynie zmiany zawodu mieszkańców. Oznaczał zmianę całej logiki miejsca. Ziemia przestawała być przede wszystkim polem i zapleczem folwarku. Stawała się terenem inwestycji, transportu, zabudowy, wydobycia i pracy najemnej.

Chropaczów wszedł do przemysłowej epoki później niż Lipiny, ale gdy już wszedł, nie było odwrotu.

Eksplozja demograficzna

Najbardziej spektakularnym dowodem przemiany są liczby. W latach dwudziestych XIX wieku gmina Chropaczów, obejmująca wieś oraz kolonie Lipiny i Brzezinę, liczyła około 250 mieszkańców. Była to niewielka społeczność zagrodników, chałupników, drwali i robotników dworskich.

Na początku XX wieku ten sam obszar zamieszkiwało już niemal 30 tysięcy ludzi: około 10 tysięcy w Chropaczowie i około 20 tysięcy w Lipinach oraz ich koloniach.

Skala przemiany demograficznej

ok. 250 mieszkańców gminy Chropaczów z Lipinami i Brzeziną w latach 20. XIX wieku
ok. 30 000 mieszkańców tego obszaru na początku XX wieku
Kolonie robotnicze i gęsta zabudowa Lipin i Chropaczowa na przełomie XIX i XX wieku
W ciągu kilku pokoleń dawny krajobraz folwarków i kolonii zmienił się w gęstą przestrzeń robotniczych domów, ulic i zakładów.

Trudno przecenić skalę tej zmiany. To nie był naturalny, powolny przyrost. To był demograficzny wybuch. Ludzie przybywali za pracą. Rodziny rosły wokół zakładów. Dzieci robotników zapełniały szkoły. Ulice, które jeszcze niedawno były drogami przez wieś lub las, zaczęły obsługiwać dziesiątki tysięcy mieszkańców.

Z takiego wzrostu rodziły się wszystkie kolejne problemy i potrzeby: mieszkania, szkoły, kanalizacja, woda, handel, opieka lekarska, bezpieczeństwo, organizacja religijna, transport. Przemysł nie tylko zatrudniał ludzi. Przemysł wymuszał budowę całego świata dookoła siebie.

W tym sensie Lipiny i Chropaczów stały się miastem, zanim jeszcze zaczęły wyglądać jak klasyczne miasto. Nie potrzebowały rynku, ratusza i reprezentacyjnych placów, aby mieć miejski charakter. Wystarczyła gęstość ludzi, pracy, infrastruktury i zależności.

To była miejskość zrodzona nie z planu urbanisty, lecz z potrzeb produkcji.

Szkoła: od jednej klasy do tysięcy uczniów

Jedną z najważniejszych zmian był rozwój szkolnictwa. Przedindustrialny system edukacji był bardzo skromny. Pierwsza szkoła obsługująca ten ogromny teren mieściła się w Brzezinie. Do jednej placówki należały Lipiny, Brzezina, Świętochłowice, Łagiewniki Górne i Średnie, południowa część Królewskiej Huty, Pniaki oraz część kolonii Schwarzwald.

Dla dzieci oznaczało to długie marsze, błotniste drogi i nieregularną naukę. W praktyce wiele z nich zaczynało szkołę późno, w wieku ośmiu lub dziewięciu lat, a kończyło ją bardzo wcześnie. Wiedza, którą wynosiły z takiej szkoły, była elementarna.

Także warunki pracy nauczycieli należały jeszcze do dawnego świata. W 1825 roku pojawia się nazwisko nauczyciela Hellera, później Kruppy i Borunskiego. Ich uposażenie obejmowało nie tylko pieniądze, lecz także zboże, słomę, drewno, paszę i prawo do wypasu zwierząt. Nauczyciel był więc jednocześnie urzędnikiem, gospodarzem i częścią lokalnej gospodarki naturalnej.

Industrializacja zmieniła wszystko. Już w 1856 roku otwarto drugi lokal szkolny w dominium chropaczowskim, później przeniesiony do Lipin. Pierwszym adiunktem został Josef Cebulla. W 1862 roku zarząd huty ufundował w Lipinach szkołę hutniczą, wzorowaną na placówkach z Gliwic i Królewskiej Huty. Była przeznaczona dla dzieci pracowników Spółki i od początku zatrudniała kilku nauczycieli.

Dzieci robotnicze przed szkołą hutniczą w Lipinach w okresie industrializacji
Rozwój przemysłu wymusił rozwój szkolnictwa. Z jednej klasy i jednego nauczyciela wyrosły wieloklasowe systemy szkolne dla tysięcy dzieci.

W 1866 roku powstała nowa, trzyklasowa szkoła w Chropaczowie. W latach osiemdziesiątych XIX wieku, wobec dalszego wzrostu liczby dzieci, rozbudowano placówki w Chropaczowie i Lipinach. Ostatecznie systemy szkolne obu gmin zostały rozdzielone.

Liczby z początku XX wieku robią ogromne wrażenie. Około 1853 roku Chropaczów i Lipiny miały łącznie jedną klasę, jednego nauczyciela i około 80 uczniów. W 1903 roku sam Chropaczów miał 25 klas, 22 nauczycieli i 1875 uczniów. Lipiny miały trzy niezależne systemy siedmioklasowe, 51 klas, 49 nauczycieli i 3855 uczniów.

To była prawdziwa rewolucja edukacyjna. W ciągu pięćdziesięciu lat szkoła przestała być odległym, słabo dostępnym dodatkiem do życia. Stała się jedną z podstaw robotniczej społeczności.

Szkoła była też znakiem nowej epoki. Dawny świat mógł funkcjonować z jedną klasą i nauczycielem opłacanym częściowo w naturze. Świat przemysłowy potrzebował umiejętności, dyscypliny, organizacji i podstawowej edukacji dla tysięcy dzieci.

Kościoły i duchowa organizacja przemysłowej osady

Równolegle z edukacją rozwijało się życie religijne. W pierwszej połowie XIX wieku mieszkańcy Lipin i Chropaczowa należeli do rozległej parafii kościoła Mariackiego w Bytomiu. Obejmowała ona ogromny obszar, a nieliczni duchowni nie byli w stanie zapewnić regularnej opieki duszpasterskiej wszystkim wiernym.

Dla mieszkańców oznaczało to długą drogę do kościoła. W świecie błotnistych traktów i leśnych odległości sama podróż na mszę mogła być poważnym wysiłkiem. Religijność istniała, ale brakowało lokalnej infrastruktury, która mogłaby ją organizować.

Zmiana nastąpiła w 1872 roku, gdy Chropaczów i Lipiny przydzielono do parafii św. Barbary w Królewskiej Hucie. W szkole hutniczej w Lipinach urządzono salę modlitw, do której dojeżdżali duchowni. Szybko jednak okazało się, że rosnąca społeczność potrzebuje własnej świątyni.

Tu znów widoczna była rola przemysłu. Z inicjatywy dyrektora generalnego Schmiedera Śląska Spółka Akcyjna wsparła budowę okazałego kościoła katolickiego. Pierwszym proboszczem został ks. Michalski, zapamiętany jako znakomity kaznodzieja, określany mianem „Apostoła Górnego Śląska”. W dawnych opisach podkreślano jego wpływ na moralne odrodzenie miejscowej ludności oraz dbałość o piękno kościelnego wyposażenia.

Na początku XX wieku w Lipinach powstał również kościół ewangelicki, wspierany przez kapitał przemysłowy i związany z osobistym zaangażowaniem dyrektora generalnego Scherbeninga.

W ten sposób przemysłowa osada zyskała pełniejszą strukturę społeczną. Nie była już tylko miejscem pracy. Była przestrzenią życia: narodzin, nauki, modlitwy, choroby, zakupów, odpoczynku i śmierci.

Wielki kapitał nie budował więc wyłącznie pieców, szybów i hal. Budował także instytucje stabilizujące społeczność. Można widzieć w tym troskę, można widzieć interes, można widzieć jedno i drugie. Stabilny robotnik, związany z miejscem pracy mieszkaniem, szkołą dziecka, parafią i sklepem, był częścią przemysłowego porządku.

Robotnicza codzienność: mieszkania, łaźnie i wodociągi

Wielki przemysł potrzebował stabilnej załogi. Robotnik, który miał rodzinę, mieszkanie, dostęp do szkoły, sklepu, lekarza i kościoła, był bardziej związany z miejscem pracy. Dlatego przedsiębiorstwa nie ograniczały się do budowy zakładów. Tworzyły infrastrukturę codzienności.

Drewniane chaty kryte słomą zaczęły ustępować murowanym domom. Powstawały kamienice, kolonie robotnicze, zajazdy, domy noclegowe i koszary dla pracowników. Rodziny robotnicze otrzymywały mieszkania z pokojami i kuchnią, często za umiarkowany czynsz. Dla samotnych robotników budowano Schlafhäuser, czyli domy noclegowe. W Chropaczowie znane były robotnicze koszary o nazwach „Paryż”, „Metz” i „Strasburg”.

Domy sypialne i stowarzyszenia spożywcze

Gwałtowny napływ samotnych mężczyzn poszukujących pracy wymusił budowę Schlafhäuser – tanich domów noclegowych przypominających hotele robotnicze. Z kolei Konsumvereine (stowarzyszenia spożywcze) miały chronić załogę przed lokalnymi sklepikarzami, którzy często drastycznie zawyżali ceny podstawowych produktów. Dzięki własnym sklepom robotnicy mogli kupować towary taniej.

Społeczny obraz Chropaczowa z początku XX wieku dobrze uzupełnia także analiza księgi adresowej z lat 1910–1911, w której widać już gęstą sieć ulic, zawodów i nazwisk tworzących codzienność przemysłowej osady.

Rozwijała się także infrastruktura sanitarna. Budowano łaźnie z systemami suszenia odzieży roboczej, pralnie z maglami dla żon robotników, wodociągi, kanalizację i urządzenia poprawiające warunki higieniczne. W Chropaczowie szczególne wrażenie robiła żelazna wieża ciśnień, uznawana za przykład efektownej konstrukcji technicznej.

Ulice kanalizowano i polewano wodą latem, aby ograniczyć zapylenie. Był to szczegół bardzo praktyczny, ale wiele mówi o realiach życia. Przemysłowy krajobraz nie był czysty. Pył, sadza, dym i błoto były codziennością. Nowoczesność wymagała więc nieustannej walki z własnymi skutkami ubocznymi.

Rozwijała się również opieka lekarska. W 1883 roku na ogromny obszar przypadał zaledwie jeden lekarz. Dwie dekady później w samych Lipinach było ich już kilku, a w okolicy kilkunastu. Powstawały także stowarzyszenia spożywcze, czyli Konsumvereine, które miały chronić robotników przed zawyżonymi cenami i ułatwiać dostęp do podstawowych produktów.

To wszystko pokazuje ambiwalentny charakter przemysłowego postępu. Z jednej strony zakłady dawały pracę, mieszkania, wodę, szkołę i lekarza. Z drugiej strony to one tworzyły warunki, które wymagały tych instytucji: przeludnienie, pył, choroby, wypadki, zależność ekonomiczną i twardą dyscyplinę pracy.

Awans cywilizacyjny był realny. Ale miał swoją cenę.

Miasto z dymu

Lipiny i Chropaczów na początku XX wieku nie były już dawnymi osadami. Były przemysłowym organizmem, choć formalnie nie musiały przypominać klasycznego miasta. Ich miejskość wynikała nie z ratusza, rynku i eleganckich kamienic, lecz z gęstości ludzi, zakładów, infrastruktury i codziennego ruchu.

Było to miasto z dymu, cynku, węgla, cegły i pary. Miasto familoków, kominów, bocznic, szkół i kościołów. Miasto, które narodziło się nie z planu urbanistów, ale z potrzeb produkcji.

Przestrzeń podporządkowano rytmowi przemysłu. Mieszkania budowano blisko zakładów. Drogi prowadziły do hut, szybów i składów. Kolej łączyła kopalnie z hutami. Szkoły rosły tam, gdzie rosła liczba robotniczych dzieci. Kościoły powstawały tam, gdzie wielotysięczna społeczność potrzebowała duchowego centrum.

Dawny leśny krajobraz nie zniknął bez śladu. Jego resztki trwały w nazwach, wspomnieniach, opowieściach o karczmach i rozbójnikach, w kontrastach między kominami a ostatnimi pasami zieleni. Ale realna władza nad przestrzenią należała już do przemysłu.

To właśnie przemysł określał, gdzie będzie droga, gdzie stanie dom, gdzie popłynie woda, gdzie znajdzie się szkoła, gdzie powstanie kościół, a gdzie hałda.

Nowe Lipiny i nowy Chropaczów nie były prostą kontynuacją dawnej wsi. Były jej gwałtownym przekształceniem.

Josephswarte: spojrzenie na nowy świat

Symbolicznym finałem tej historii jest widok z Josephswarte — wieży obserwacyjnej znajdującej się na remizie straży pożarnej w Chropaczowie. Z wysokości około 25 metrów można było spojrzeć na cały przemysłowy świat, który wyrósł na dawnym leśnym pograniczu.

Na wschodzie i południu rozciągało się morze kominów, hut i kopalń: Królewska Huta, Chorzów, Bismarckhütte, Falva, Friedenshütte. Między nimi widniał Schwarzwald — dawny leśny obszar, wyniszczony przez kwaśne gazy i przemysłowe wyziewy.

Na zachodzie i północy krajobraz był bardziej zróżnicowany. Kominy Goduli, Orzegowa, Zaborza i Zabrza mieszały się z polami, lasami i bardziej malowniczymi fragmentami okolicy. Był to obraz Górnego Śląska w stanie przejścia: między naturą a przemysłem, między wsią a miastem, między dawnym porządkiem a nowoczesnością.

Najbardziej niezwykły musiał być jednak widok nocą. Gdy zapadał zmrok, przemysłowy krajobraz nie gasł. Przeciwnie — zaczynał świecić. Lampy łukowe, czerwone łuny wielkich pieców, rozżarzone niebo nad hutami, para unosząca się nad maszynami i rytmiczny ruch zakładów tworzyły obraz niemal apokaliptyczny, ale zarazem fascynujący.

To musiało wyglądać jak osobne miasto ognia. Nie zasypiało, lecz pracowało. Oddychało dymem, syczało parą, drżało od maszyn i świeciło czerwonym blaskiem hut.

Z tej wysokości można było zobaczyć nie tylko zakłady. Można było zobaczyć kres dawnego świata.

Nowoczesność, która przyszła gwałtownie

Historia przemysłowych Lipin i Chropaczowa nie jest prostą opowieścią o postępie. To raczej historia gwałtownej wymiany jednego świata na drugi. Dawny świat lasów, folwarków, karczm i ubogich chat został wyparty przez świat hut, kopalń, szkół, kościołów, wodociągów i robotniczych kolonii.

Przemysł przyniósł awans cywilizacyjny. Dał pracę tysiącom ludzi. Zbudował szkoły, świątynie, mieszkania, łaźnie, wodociągi i sieci transportowe. Stworzył społeczność, która z czasem wykształciła własną tożsamość, pamięć i dumę.

Ale ten sam przemysł przyniósł dym, pył, choroby, hałas, degradację krajobrazu i podporządkowanie życia logice produkcji. Nowoczesność nie przyszła tu jako łagodna obietnica. Przyszła jako siła — potężna, brudna, rozświetlona ogniem i napędzana węglem.

Lipiny i Chropaczów nie weszły w XX wiek spokojnie. Zostały wepchnięte w nowoczesność przez cynk, węgiel, kapitał i tysiące robotniczych rąk.

Tam, gdzie kiedyś podróżny bał się leśnej drogi i karczemnych band, po kilkudziesięciu latach stały huty, kopalnie, szkoły, kościoły, familoki, wodociągi i kolejowe bocznice.

Z wysokości Josephswarte można było zobaczyć nie tylko kominy i huty. Można było zobaczyć kres dawnego świata. Las, który dawał schronienie drwalom, biedakom i rozbójnikom, ustąpił miejsca cywilizacji cynku, węgla, pary i żelaznej dyscypliny.

Tak narodziły się przemysłowe Lipiny i przemysłowy Chropaczów — miasta z dymu, ognia i pracy.

Czytaj także na flaczek.com

Nota źródłowa

Podstawą artykułu jest dawne opracowanie J. Kani O powstawaniu i rozwoju Chropaczowa—Lipin, wykorzystane jako punkt wyjścia do popularyzatorskiego opisu przemysłowej przemiany Lipin i Chropaczowa.

Tekst został zredagowany współczesnym językiem i uzupełniony kontekstem lokalnym oraz odsyłaczami do powiązanych artykułów opublikowanych na flaczek.com.

Koniec dwuczęściowej opowieści

Pierwsza część prowadziła przez las, karczmy, rozbójników i dawny świat przedindustrialny. Druga pokazuje moment, w którym cynk, węgiel, kapitał i praca tysięcy ludzi stworzyły nowoczesne Lipiny i Chropaczów.

0
0

Read more

Błotnista droga między lasem a pierwszymi kominami przemysłowymi Lipin i Chropaczowa

Lipiny i Chropaczów przed wielką industrializacją (Część I)

Lipiny i Chropaczów — część I

Od leśnych zbójców do pierwszych kominów. Lipiny i Chropaczów przed wielką industrializacją

Zanim nad Lipinami i Chropaczowem wyrosły kominy, szyby i hutnicze hale, rozciągał się tu świat zupełnie inny — leśny, ubogi, błotnisty i pełen lęku.

Trudno dziś wyobrazić sobie Lipiny i Chropaczów jako miejsca dzikie, odludne i niebezpieczne. Nazwy te kojarzą się raczej z gęstą zabudową, robotniczą historią, śladami hutniczej przeszłości, familokami, kopalnianym krajobrazem i przemysłowym sercem Górnego Śląska. A jednak zanim nad tą częścią regionu wyrosły kominy, szyby i hutnicze hale, rozciągał się tu świat zupełnie inny — leśny, ubogi, błotnisty i pełen lęku.

Zanim Lipiny stały się Lipinami przemysłowymi, a Chropaczów częścią gwałtownie rosnącego organizmu górnośląskiej industrializacji, były to okolice słabo zaludnione, rozproszone i zależne od lasu, folwarku oraz nielicznych dróg. Tam, gdzie później miały pracować tysiące robotników, stały zaledwie ubogie chaty, leśniczówki, zabudowania dworskie i karczmy.

Tam, gdzie później pojawiły się kolonie robotnicze, szkoły, kościoły i zakłady przemysłowe, wcześniej dominowały dzikie ostępy, ciemne trakty i niepewność.

Ta historia nie zaczyna się od hałd i kominów. Zaczyna się od drogi przez las.

Kiedy zamiast kominów był las

Na początku XIX wieku okolice dzisiejszych Lipin i Chropaczowa nie przypominały jeszcze późniejszego przemysłowego krajobrazu. Nie było tu gęstej zabudowy, wielkich zakładów, hałd, bocznic kolejowych ani robotniczych osiedli. Przestrzeń wyznaczały przede wszystkim lasy, podmokłe łąki, rozproszone pola, folwarki i nędzne drogi.

Rozległy leśno-bagienny krajobraz dawnych Lipin i Chropaczowa przed rozwojem przemysłu
Zanim pojawiły się huty i kopalnie, okolice Lipin i Chropaczowa tworzyły lasy, mokradła, pola i rozproszone osady.

Był to świat surowy i ubogi. Ludzie żyli blisko ziemi, lasu i dworu. Utrzymywali się z pracy sezonowej, gospodarki leśnej, drobnego rolnictwa, przewozów, najmu i różnych form zależności od właścicieli ziemskich. Nie była to sielanka. Choć późniejsze wspomnienia czasem idealizowały „dawne dobre czasy”, rzeczywistość musiała być twarda.

Stary porządek nie dawał wielu szans. krajne ubóstwo było powszechne, a instytucje, które mogłyby porządkować życie społeczne — szkoła, kościół, administracja, policja — działały słabo albo znajdowały się zbyt daleko.

W dawnych opisach uderza kontrast między późniejszym przemysłowym rozmachem a wcześniejszą pustką. W miejscu, gdzie po kilkudziesięciu latach powstały huty, walcownie, kolonie i drogi, wcześniej znajdował się świat niemal pograniczny. Nie tyle miejski, nie do końca wiejski, ale leśny i niepewny.

Ten dawny krajobraz miał jednak w sobie coś, czego na powierzchni nie było widać. Pod ziemią czekały surowce, które miały zmienić wszystko: węgiel, rudy cynku, galman. Na razie jednak nie one rządziły codziennością. Codzienność wyznaczały las, błotniste drogi, ubóstwo i niepewność jutra.

Lipiny przed Lipinami

Pierwotne Lipiny były czymś znacznie skromniejszym niż późniejsza przemysłowa osada. Ich zalążkiem był niewielki folwark. Według dawnego przekazu jego nazwa pochodziła od nazwiska ostatniego prywatnego właściciela — Lipiny.

Wokół folwarku stała stara leśniczówka i kilka nędznych, glinianych chat. Zamieszkiwali je ubodzy drwale, robotnicy dworscy i ludzie związani z gospodarką leśno-rolną. Trudno mówić tu o stabilnym, wygodnym życiu. Była to egzystencja zależna od pór roku, możliwości zarobku, stanu dróg, decyzji właścicieli i kaprysów natury.

To ważne, bo dzisiejsza pamięć o Lipinach najczęściej biegnie w stronę przemysłu: huty, cynku, robotników, kopalń, familoków i wielkiej przemiany społecznej. Tymczasem przed tym wszystkim istniały Lipiny niemal niewidoczne — mały folwark, leśniczówka, kilka chat i ludzie żyjący na skraju przetrwania.

Nie było jeszcze wielkiego planu. Nie było miejskiej ambicji. Nie było poczucia, że właśnie tutaj powstanie jeden z ważnych punktów przemysłowego Śląska. Na powierzchni ziemia wyglądała biednie. Jej prawdziwa wartość kryła się głębiej.

Chropaczów, Brzezina i arystokratyczna gra o ziemię

Choć okolica wyglądała skromnie, już w pierwszych dekadach XIX wieku stała się przedmiotem ważnych transakcji własnościowych. Dobra chropaczowskie, folwark Brzezina i związane z nimi tereny przechodziły przez ręce ludzi z najwyższych warstw europejskiej arystokracji.

Brzezina była dawnym folwarkiem, a później kolonią położoną między Chropaczowem a Świętochłowicami. W latach dwudziestych XIX wieku Chropaczów obejmował wieś Chropaczów oraz folwarki Kopanina, Brzezina i Lipina, licząc łącznie około 250 mieszkańców. To właśnie z Brzeziną wiązano początki lokalnego szkolnictwa obsługującego rozległy rejon.

Stara mapa przedstawiająca Chropaczów, Brzezinę i Lipiny
Fragment dawnej mapy z widocznymi nazwami Chropaczów, Brzezina i Lipiny. Brzezina była dawnym folwarkiem i kolonią położoną między Chropaczowem a Świętochłowicami.

Najpierw obszar ten należał do Wielkiego Księcia Hesji. Następnie przeszedł w ręce króla Bawarii Maksymiliana. Pod koniec lat dwudziestych XIX wieku całą posiadłość nabył hrabia Lazarus Henckel von Donnersmarck ze Świerklańca, którego ród miał już silną pozycję w sąsiednich Świętochłowicach i Hajdukach.

W tym miejscu widać jeden z najciekawszych paradoksów tej historii. Dla mieszkańców była to ziemia trudna, uboga i nie zawsze bezpieczna. Dla arystokratów i przyszłych przemysłowców była to przestrzeń potencjału. Tam, gdzie jedni widzieli las, nieprzyjazne tereny i folwarki, inni zaczynali dostrzegać kapitał ukryty pod ziemią.

Jeszcze przez pewien czas nic nie zapowiadało gwałtownej przemiany. Ale własność ziemi, dostęp do surowców i zainteresowanie wielkich rodów tworzyły warunki pod przyszły wybuch industrializacji. Zanim pojawiły się piece i szyby, musiała pojawić się kontrola nad ziemią.

Droga przez las i strach przed napadem

Jedną z najważniejszych arterii dawnego krajobrazu była droga prowadząca od dzisiejszego Chebzia, znanego wówczas jako Morgenroth, w stronę Gliwic. Wiodła przez ciemne lasy i stanowiła ważny trakt komunikacyjny między Gliwicami a osadami położonymi dalej na wschód, aż ku granicy z zaborem rosyjskim.

Morgenroth, czyli dzisiejsze Chebzie

Obecnie jest to jedna z dzielnic Rudy Śląskiej. W połowie XIX wieku, dzięki poprowadzeniu tędy linii kolejowej (od 1845 r.), Morgenroth stał się jednym z najważniejszych węzłów komunikacyjnych na rodzącym się przemysłowym Górnym Śląsku. To właśnie m.in. z powodu strategicznego położenia na szlaku w stronę Gliwic okoliczne lasy tak bardzo przyciągały rabusiów.

W dni targowe droga ożywała. Poruszali się nią kupcy, podróżni, wozy z towarami, okoliczni mieszkańcy i ludzie jadący do miasta. Ale im większy był ruch, tym większa była pokusa dla tych, którzy żyli z kradzieży i napadów. Leśna droga nie była więc tylko szlakiem komunikacyjnym. Była także miejscem ryzyka.

Dawne przekazy mówią o szerzącym się złodziejstwie i o miejscowej ludności, która nie zawsze chętnie współpracowała z władzami. Kronikarski zapis, że mieszkańcy Chropaczowa, Lipin i Brzeziny „bardzo mało przestrzegali siódmego przykazania”, brzmi dziś surowo, moralizatorsko, może nawet przesadnie. Ale dobrze oddaje atmosferę nieufności, jaka panowała w oczach ówczesnych autorów.

„Nie kradnij”, czyli o siódmym przykazaniu

Kiedy kronikarz J. Kania ubolewał, że miejscowi mało przejmowali się siódmym przykazaniem, miał na myśli po prostu plagę kradzieży. W gęstych, słabo nadzorowanych lasach pokusa przywłaszczenia sobie cudzego drewna, plonów czy towarów z przejeżdżających wozów bywała dla żyjących w skrajnym niedostatku mieszkańców znacznie silniejsza niż kościelne zakazy.

Nie chodzi wyłącznie o jednostkowe kradzieże. Chodzi o cały układ warunków: biedę, rozproszenie osad, słaby nadzór, ciemne lasy, ruchliwy trakt i karczmy, w których można było zniknąć. To był świat, w którym droga przez las wymagała ostrożności.

Rozbójnicy z chropaczowskich lasów

Najbardziej mroczną częścią tej opowieści są rozbójnicy. Gęste lasy rozciągające się od podmokłych łąk Kopaniny i Drobotschki, przez okolice późniejszych zakładów, aż ku Bytomiowi, dawały znakomite schronienie ludziom działającym poza prawem.

Leśna kryjówka rozbójników w okolicach dawnych Lipin i Chropaczowa
Dawne przekazy wspominają o rozbójnikach, którzy mieli ukrywać się w lasach między Chropaczowem, Lipinami i Bytomiem.

W dawnych opisach pojawiają się nazwiska lokalnych watażków: Pilarski, Weiser, Schidlo, Scheliga, Kowalski. Byli to ludzie, których obecność miała budzić strach w całej okolicy. Nie działali jednak w próżni. Każda banda potrzebuje zaplecza: kryjówek, informatorów, miejsc przechowywania łupów i ludzi gotowych milczeć.

Szczególnie sugestywny jest motyw chropaczowskich stodół z tajnymi, podziemnymi sklepieniami, które miały służyć do ukrywania zrabowanych rzeczy. Nawet jeśli potraktujemy te opowieści z ostrożnością właściwą dla dawnych kronik i lokalnych podań, ich znaczenie jest ogromne. Pokazują, jak głęboko pamięć o przedindustrialnym bezprawiu wrosła w lokalną świadomość.

Rozbój był tu nie tylko serią przestępstw. Był elementem krajobrazu społecznego. Ludzie bali się drogi, lasu, nocy i karczemnych układów. Władza była daleko albo działała nieskutecznie. Porządek publiczny nie miał jeszcze tej siły, którą później przyniosą przemysł, administracja, większa liczba mieszkańców, szkoły, zakładowa dyscyplina i policyjny nadzór.

Zanim fabryczny gwizdek zaczął wyznaczać rytm życia, rytm tej okolicy wyznaczały droga, las i lęk.

Karczmy jako centra półświatka

W dawnym świecie karczma była czymś więcej niż miejscem picia. Była punktem spotkań, wymiany informacji, schronienia i nieformalnej władzy. W okolicach Lipin i Chropaczowa karczmy miały także swoją ciemną stronę.

Wnętrze dawnej leśnej karczmy w Lipinach jako miejsce spotkań półświatka
Karczmy w dawnych Lipinach i okolicy Chebzia były nie tylko miejscami odpoczynku, ale też punktami spotkań ludzi drogi i lokalnego półświatka.

Szczególną sławą cieszyła się stara leśna karczma w Lipinach, stojąca w miejscu późniejszej gospody Metza lub Goldsteina przy placu rynkowym. Według przekazów dochodziło tam do krwawych starć między policją a zbójami. Miejsce to miało być dobrze znane przestępczemu półświatkowi, a karczmarz — jak opowiadano — sympatyzował z ludźmi lasu.

Opisy jego zachowania brzmią niemal jak scena z filmu. Gdy policja wpadała na trop bandytów, karczmarz miał zajmować funkcjonariuszy rozmową w jednym pomieszczeniu, podczas gdy w innym poszukiwani spokojnie dzielili łupy, pili i przygotowywali się do ucieczki. Zawsze starano się, by w porę mogli zniknąć w pobliskim lesie.

Drugim miejscem o złej sławie była karczma szwarcwaldzka w Chebziu, znana pod ironiczną nazwą „Pod przyczajoną kurą”. Sama nazwa brzmi niemal groteskowo, ale za nią kryła się rzeczywistość strachu. W świecie ubogim, słabo kontrolowanym i przeciętym leśnymi drogami karczma mogła być centrum życia społecznego, ale równie dobrze mogła stać się bezpieczną przystanią dla ludzi spoza prawa.

To właśnie w takich miejscach dawny porządek pokazywał swoją słabość. Prawo formalnie istniało, ale jego egzekwowanie bywało trudne. Policja mogła przyjść, mogła zrobić rewizję, mogła próbować ścigać zbójów. Ale las był blisko, ludzie milczeli, a karczmarz potrafił grać na zwłokę.

Sołtys Spruß i granice dawnej władzy

Najbardziej dramatycznym epizodem tej części historii jest napad na sołtysa Sprußa. W dawnym przekazie przedstawiono go jako człowieka prawego i energicznego, który próbował zwalczać rozbójniczy proceder. W świecie, gdzie lokalne układy i strach często były silniejsze od prawa, taka postawa musiała budzić wrogość.

Scena napadu na sołtysa Sprußa podczas sianokosów w okolicach Chropaczowa
Opowieść o napadzie na sołtysa Sprußa pokazuje, jak słaba była lokalna władza w przedindustrialnym świecie Chropaczowa i Lipin.

Pewnego razu Spruß wyjechał zaprzęgiem na sianokosy na leśną łąkę. Wtedy z lasu wyszło kilku uzbrojonych mężczyzn. Kazali mu odejść od koni, jeśli życie było mu miłe. Po chwili padły strzały. Oba konie leżały martwe w kałuży krwi.

Napastnicy nie zabili sołtysa. Zostawili mu jednak ostrzeżenie: jeśli nie zaprzestanie pościgu i prób zaprowadzania porządku, spotka go ten sam los.

Ta scena jest mocna, bo pokazuje granice dawnej władzy. Sołtys formalnie reprezentował porządek, ale w starciu z uzbrojonymi ludźmi lasu był samotny. Państwo, policja i administracja nie miały tu jeszcze takiej siły, by skutecznie chronić tych, którzy próbowali egzekwować prawo.

W tej historii nie chodzi tylko o przestępczy incydent. Chodzi o obraz świata, w którym władza lokalna była krucha, a przemoc mogła skutecznie zatrzymać próby zmiany. To ważny kontrast wobec tego, co nastąpi później. Przemysł przyniesie własną brutalność, zależność i dyscyplinę, ale przyniesie też organizację, kontrolę i instytucje, których ten dawny świat wyraźnie nie miał.

Szkoła i kościół daleko od ludzi

Przed nadejściem wielkiego przemysłu także edukacja i życie religijne były słabo zakorzenione w codzienności mieszkańców. Pierwsza szkoła obsługująca ten rozległy teren znajdowała się w Brzezinie — dawnym folwarku i późniejszej kolonii położonej między Chropaczowem a Świętochłowicami. Do jednej placówki należały nie tylko Lipiny i Brzezina, ale także Świętochłowice, Łagiewniki Górne i Średnie, południowa część Królewskiej Huty, Pniaki oraz część Schwarzwaldu.

Dzieci idące błotnistą drogą do dawnej szkoły w Brzezinie
Przed rozwojem przemysłu dzieci z Lipin, Chropaczowa i okolic musiały pokonywać długie, grząskie trakty do szkoły w Brzezinie.

Dla dzieci oznaczało to długą drogę przez marne polne i leśne trakty. W praktyce wiele z nich zaczynało naukę dopiero w wieku ośmiu lub dziewięciu lat, a kończyło ją bardzo wcześnie. Frekwencja była słaba, a poziom wykształcenia skromny. Szkoła istniała, ale nie była jeszcze instytucją zdolną realnie ukształtować całą społeczność.

Podobnie wyglądała sprawa z życiem religijnym. Mieszkańcy Chropaczowa i Lipin należeli pierwotnie do parafii kościoła Mariackiego w Bytomiu, obejmującej ogromny obszar. Droga do kościoła była długa i uciążliwa, a nieliczni duchowni nie mogli regularnie docierać do wszystkich miejscowości. Religia była obecna, ale brakowało lokalnej infrastruktury, która pozwoliłaby jej mocniej organizować życie wspólnoty.

Dawni autorzy łączyli słabość szkoły i kościoła z moralnym upadkiem okolicy. Dziś można spojrzeć na to ostrożniej. Bieda, rozproszenie, brak dróg, odległość od instytucji i słabość administracji tworzyły warunki, w których trudno było oczekiwać trwałego porządku społecznego. Ludzie żyli w świecie, który dawał mało szans i wymagał codziennej walki o przetrwanie.

Szkoła hutnicza a szkoła gminna – jaka to różnica?

Zanim system edukacji stał się powszechny, oświatę na Śląsku ratowali przemysłowcy. Szkoły hutnicze (tzw. Hüttenschule) były placówkami w pełni finansowanymi przez wielkie spółki wyłącznie dla dzieci swoich pracowników. Oferowały znacznie wyższy standard nauczania, lepsze budynki i wyższe pensje dla nauczycieli niż powszechne, państwowe szkoły gminne.

Przed świtem przemysłu

W połowie XIX wieku ten dawny świat zaczął się kończyć. Nie od razu i nie łagodnie. Najpierw pod ziemią odkryto wartość, potem pojawił się kapitał, a następnie przemysł zaczął przekształcać przestrzeń z siłą, której wcześniejsze pokolenia nie mogły sobie wyobrazić.

Las, który dawał schronienie drwalom, biedakom i rozbójnikom, zaczął ustępować. Błotniste trakty miały zostać zastąpione drogami, bocznicami i liniami transportowymi. Gliniane chaty — domami robotniczymi. Karczemny półświatek — zakładową dyscypliną, szkołą, administracją i instytucjami.

Nie oznaczało to końca wszystkich problemów. Oznaczało raczej wymianę jednego trudnego świata na drugi.

Bo przemysł nie przyniósł wyłącznie światła. Przyniósł również dym, pył, hałas, choroby, wypadki i podporządkowanie życia rytmowi produkcji. Ale przyniósł też pracę, mieszkania, szkoły, kościoły, lekarzy, wodociągi i gwałtowny awans cywilizacyjny.

Dawne Lipiny i dawny Chropaczów stały więc na progu przemiany. Jeszcze żyły opowieści o karczmach, zbójach i drodze przez las. Jeszcze pamiętano trud na pograniczu przetrwania, strach i bezsilność lokalnej władzy. Ale pod powierzchnią działały już siły, które miały zmienić wszystko.

W 1853 roku Śląska Spółka Akcyjna dla Górnictwa i Hutnictwa Cynkowego przejęła miejscowe huty i kopalnie. Od tego momentu historia przyspieszyła — szerzej o tym procesie pisałem także w artykule „Lipiny. Narodziny dzielnicy przemysłowej 1780–1939”.

Dawny świat nie skończył się nagle. Najpierw na horyzoncie pojawił się dym…

Za nim przyszły piece, szyby, kolej, robotnicy i przemiana tak gwałtowna, że dawne Lipiny i dawny Chropaczów w ciągu jednego pokolenia stały się niemal nie do poznania.

Źródła

Podstawą artykułu jest dawne opracowanie J. Kani O powstawaniu i rozwoju Chropaczowa—Lipin, uzupełnione materiałami własnymi dotyczącymi Brzeziny, Chropaczowa, Lipin i początków lokalnego szkolnictwa.

Tekst ma charakter popularyzatorski — zachowuje najważniejsze informacje ze źródeł, ale został zredagowany współczesnym językiem i ułożony w formie artykułu blogowego.

W części drugiej

Cynkowe imperium Lipin, kopalnie Chropaczowa, szkoły, kościoły, robotnicze kolonie i panorama przemysłowego świata z wieży Josephswarte.

1
0

Read more

Ilustracja dawnej szkoły w XVI-wiecznym Bytomiu z nauczycielem, uczniami, łacińskimi sentencjami i tablicą „Duo verba die”.

Szkolne rygory, łacina i dwa słówka dziennie. Jak wyglądała nauka w XVI-wiecznym Bytomiu?

Historia edukacji · Bytom · XVI wiek

Szkolne rygory, łacina i dwa słówka dziennie. Jak wyglądała nauka w XVI-wiecznym Bytomiu?

Cztery zniszczone karty dawnej ordynacji szkolnej wystarczyły, by zajrzeć do świata, w którym dzieci uczyły się katechizmu, liter, łacińskich słówek i posłuszeństwa. To opowieść o dawnej szkole w Bytomiu, reformacyjnych ambicjach, surowej dyscyplinie i podręcznikach, które przez stulecia kształtowały europejską edukację.

Źródło główne: Karl Siegel, 1902 Temat: ordynacja szkolna margrabiego Jerzego Fryderyka Miejsca: Bytom, Tarnowskie Góry, Księstwo Karniowskie
Zniszczone karty dawnej ordynacji szkolnej leżące w archiwum jako symbol źródeł do historii edukacji w Bytomiu.
Cztery uszkodzone karty dawnej ordynacji szkolnej stały się punktem wyjścia do opowieści o XVI-wiecznej szkole.

1Wstęp: cztery karty z dawnego archiwum

W bytomskim Archiwum Miejskim, pośród wielu zakurzonych akt, przez stulecia spoczywały cztery mocno nadgryzione zębem czasu i zniszczone przez wilgoć karty folio. Stanowią one jedyne zachowane fragmenty XVI-wiecznej ordynacji szkolnej, wydanej przez margrabiego Jerzego Fryderyka Brandenburskiego, zmarłego w 1603 roku, dla Księstwa Karniowskiego (Jägerndorf) oraz podległych mu ziem, w tym miasta Beuthen — Bytomia i Tarnowitz — Tarnowskich Gór.

Dzięki skrupulatnej analizie, jakiej w 1902 roku na łamach czasopisma „Oberschlesien” dokonał badacz Karl Siegel, możemy dziś otworzyć drzwi do dawnych sal lekcyjnych i z bliska przyjrzeć się edukacyjnej machinie z przełomu XVI i XVII wieku.

Warto jednak pamiętać, że szkolnictwo funkcjonowało tu już wcześniej. Jak notuje w swojej kronice Franz Stodolka, powołując się na miejski urbarz, czyli księgę podatkową z 1532 roku, miasto opłacało pomocnika szkolnego, po niemiecku Schulgeselle. Na jego utrzymanie przeznaczano z kasy miejskiej 3 marki, 1 grosz i 14 halerzy rocznie. Ordynacja margrabiego miała ten wczesny system wziąć w karby.

Oryginalny nagłówek artykułu Karla Siegela z 1902 roku o ordynacji szkolnej margrabiego Jerzego Fryderyka.
Publikacja Karla Siegela w czasopiśmie „Oberschlesien” z 1902 roku.
Dlaczego to źródło jest tak ciekawe?

Nie mamy tu pełnego obrazu całej szkoły. Mamy fragmenty — zniszczone, niepełne, urwane. Ale właśnie w tych fragmentach zachowały się konkretne szczegóły: godziny nauki, obowiązki uczniów, tytuły nauczycieli, podział klas i nazwy podręczników.

2W obronie przed barbarzyństwem

XVI-wieczny protestancki kaznodzieja wygłaszający naukę na bytomskim rynku w czasach reformacji.
Rozwój reformacji w XVI-wiecznym Bytomiu – kaznodzieja na rynku miejskim.

Aby zrozumieć cel powstania tego dokumentu, musimy spojrzeć na tło epoki. Był to czas silnego rozwoju protestantyzmu na Górnym Śląsku. Już w 1531 roku wzniesiono kościół ewangelicki w Tarnowitz, czyli Tarnowskich Górach. Z kolei w zachowanych testamentach z okresów głodu i zarazy, od 1552 roku, niezwykle często wymieniano Biblie jako najcenniejsze pamiątki rodowe.

Ostatecznie, jak podaje słynna kronika F. Gramera, a co precyzuje F. Stodolka — na mocy oficjalnego pisma kancelarii margrabiego z Jägerndorf, czyli Karniowa, z 11 marca 1569 roku — zatrudniono w Bytomiu pierwszego protestanckiego kaznodzieję przy kościele Mariackim.

Ordynacja szkolna wpisywała się w ten sam nurt przemian. We wstępie dokumentu władca wprost zaznaczał, że w owych „złych czasach” zanika znajomość sztuk wyzwolonych i języków, a brak edukacji grozi utratą Słowa Bożego, szerzeniem się kacerstwa i zwykłym „barbarzyństwem”.

Bez bogobojnych i uczonych mężów — argumentowano — nie przetrwają ani urzędy kościelne, ani świeckie państwo, ani nawet porządek w domowych gospodarstwach.

Szkoła nie była tu tylko miejscem nauki czytania. Miała być zaporą przeciw chaosowi: religijnemu, społecznemu i obyczajowemu.

Margrabia wypowiedział też wojnę oświatowej samowoli. Nakazano wprowadzenie jednolitego porządku lekcji, ostro krytykując sytuacje, w których „każdy nowy mistrz szkolny wprowadza własne zasady według własnej głowy”. Edukacja miała stanowić płynny proces, bez ciągłego zapominania i powtarzania tego, co uczniowie już przyswoili.

3Wojskowa dyscyplina w ławkach: dekurioni i nomenklatorzy

Uczeń pełniący funkcję dekuriona pilnujący porządku podczas lekcji w XVI-wiecznej szkole.
Rygor w XVI-wiecznej szkole – uczniowie nadzorowani przez dekuriona.

Uczniowie byli dzieleni na cztery klasy, nazywane także zastępami, pod okiem nauczycieli określanych mianem Praeceptorów. Co jednak najciekawsze, system utrzymania dyscypliny w klasach przypominał nieco struktury znane ze starożytnych obozów wojskowych.

Każdą klasę dzielono na mniejsze sekcje, tzw. dekurie. Na ich czele stali wyróżniający się, starsi uczniowie.

Decurio

Odpowiadał za bezpośredni nadzór i odpytywanie przypisanej mu grupy chłopców. Był więc uczniem, ale jednocześnie pełnił rolę pomocnika w utrzymywaniu porządku.

Nomenclator

Pełnił rolę strażnika obyczajów, moralności i odpowiedniego zachowania swoich kolegów, określanego w źródle jako mores und Sitten.

Ten szczegół jest wyjątkowo ciekawy. Pokazuje bowiem, że szkoła była nie tylko instytucją przekazywania wiedzy, ale także miejscem ćwiczenia posłuszeństwa, hierarchii i kontroli społecznej. Starszy lub lepszy uczeń nie tylko sam się uczył — on miał już pilnować innych.

4Klasa pierwsza: pamięciówka i dwa łacińskie słówka

Uczniowie w XVI-wiecznej szkole uczący się liter i pisania na drewnianych tabliczkach.
Nauka pisania w XVI-wiecznym Bytomiu – zamiast zeszytów używano tabliczek i prostych przyborów pisarskich.

Nauczyciel prowadzący najniższą klasę nosił tytuł Katechety. Plan zajęć był niezwykle rygorystyczny. Nauka odbywała się cztery razy w tygodniu — w poniedziałki, wtorki, czwartki i piątki — w dwóch blokach: od 7:00 do 10:00 rano oraz od 12:00 do 15:00.

Rytm dnia

W praktyce oznaczało to sześć godzin nauki dziennie, z przerwą w środku dnia. Do tego dochodziły obowiązki religijne, obecność w kościele i zadania pamięciowe.

Czego uczono najmłodszych?

  • Poranki: pierwsza godzina polegała na mozolnym, pamięciowym opanowywaniu niemieckiego katechizmu. Nauczyciel recytował, a uczniowie powtarzali.
  • Kolejne godziny: przeznaczano na rozpoznawanie liter, składanie ich w słowa, a ostatecznie na naukę płynnego czytania.
  • Popołudnia: ćwiczono pisanie na tablicy, a następnie odpytywano i utrwalano materiał.

Dzieci nie mogły liczyć na zupełny odpoczynek w dni wolne od szkoły. Nauczyciel musiał egzekwować obowiązkową obecność w kościele we wszystkie niedziele i święta oraz na sobotnich nieszporach. Co więcej, po każdym niedzielnym nabożeństwie uczniowie byli odpytywani z tego, co zapamiętali z kazania.

Dodatkowo, na koniec każdego dnia powszedniego, przypisywano im do domu zadanie: zapisać i opanować na pamięć dwa łacińskie słówka.

Najbardziej obrazowy szczegół

Te dwa łacińskie słówka dziennie są drobiazgiem, ale właśnie taki drobiazg pozwala najlepiej wyobrazić sobie dawną szkołę: nie wielkie reformy na papierze, lecz codzienny obowiązek małego ucznia, który po lekcjach nadal musiał ćwiczyć pamięć.

5Klasa druga: starożytne mądrości i podręcznik „Donat”

Starsi uczniowie studiujący łaciński podręcznik gramatyki Donat w dawnej szkole.
Nauka łaciny: praca z podręcznikiem „Donat” w klasie drugiej.

Do wyższej klasy, prowadzonej przez nauczyciela z tytułem Bakalarza (bacalaureus), trafiali chłopcy, którzy opanowali płynne czytanie, znośnie pisali i mieli w głowie cały niemiecki katechizm. Tu edukacja wchodziła na zupełnie inny poziom, a głównym narzędziem stawała się łacina.

Wymiar godzin był identyczny, ale materiał znacznie bardziej wymagający. Katechizmu uczono już wyłącznie po łacinie. Rozpoczynano też tłumaczenie, czyli „wykładanie”, łacińskiej Ewangelii oraz intensywną naukę gramatyki.

W zachowanych kartach padają konkretne tytuły ówczesnych podręczników.

Donat

Dzieło Aeliusa Donatusa, rzymskiego gramatyka z połowy IV wieku n.e. Jego mniejsza gramatyka, czyli ars minor, przetrwała całe średniowiecze, stanowiąc w XVI-wiecznym Bytomiu fundament edukacji językowej.

Disticha Catonis

„Dwuwiersze Katona” były używane podczas popołudniowych lekcji do tłumaczeń. Był to popularny w Europie zbiór krótkich, łacińskich reguł mądrości i sentencji moralnych.

Co ciekawe, imię Katona w tytule miało dodawać dziełu powagi i wskazywać na rygorystyczną, moralizatorską treść, a nie na historycznego autora. Oprócz dwuwierszy i gramatyki chłopcy zmagali się z klasycznymi bajkami Ezopa, a po powrocie do domów czekały na nich ćwiczenia z analizy części mowy, czyli accidentia partium orationis.

Na opisie ambitnych zadań domowych dla klasy drugiej ocalałe fragmenty dokumentu urywają się bezpowrotnie. Te cztery zniszczone karty to jednak wspaniałe okno, przez które możemy zajrzeć w przeszłość edukacji w naszym regionie — pełnej dyscypliny, zapachu drewnianych tabliczek, mozolnej nauki łaciny i wielkich reformacyjnych ambicji.

Bibliografia i źródła

Źródła główne

  • Siegel K., Eine Schulordnung des Markgrafen Georg Friedrich, „Oberschlesien. Zeitschrift zur Pflege der Kenntnis und Vertretung der Interessen Oberschlesiens”, 1. Jahrgang, Heft 3, czerwiec 1902, s. 173–174.
  • Siegel K., Eine Schulordnung des Markgrafen Georg Friedrich (przedruk), „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 8, sierpień 1970, s. 43.
  • Stodolka F., Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien — fragmenty kroniki dotyczące szkolnictwa i dziejów reformacji w Bytomiu.

Źródła historyczne cytowane w opracowaniu

  • Codex diplomaticus Silesiae, tom XX, s. 259.
  • Gramer F., Chronik der Stadt Beuthen, s. 83–89.
  • Schneeberger Chronik, s. 184.
  • Annaberger Chronik, tom I, s. 204.
0
0

Read more

Grafika tytułowa artykułu. Kolaż w stylu retro przedstawiający starą mapę Bytomia z lupą, mikrofon lektorski oraz szkice historycznych miejsc: dworca, kopalni, synagogi i pływalni Stadthallenbad. Widnieje na niej tytuł: Bytom Arno Lubosa: Zmysłowa rekonstrukcja Beuthen O.S.

Bytom oczami Arno Lubosa. Dzieciństwo w cieniu hałdy i swastyki – WIRTUALNY SPACER!

flaczek.com · Bytom literacki i industrialny

Bytom oczami Arno Lubosa

Dzieciństwo w cieniu hałdy i swastyki

Przedwojenne miasto nie jest tu tylko zbiorem dat, ulic i archiwalnych nazw. To zapamiętane zapachy, szkolne wybryki, światła kopalń, stadionowe emocje, płonąca synagoga i narastający terror, który wdarł się w codzienność nastolatka.

W tej odsłonie: opowieść historyczno-literacka łączy wspomnienia Lubosa z wirtualnym spacerem po Bytomiu 1930-1945 i nagraniami lektora.

1. Wstęp

Miasto zapisane w pamięci

Historia Bytomia to zazwyczaj twarde daty, archiwalne dokumenty i oficjalne kroniki. Ale miasto to przede wszystkim ludzie, zapachy ulic, szkolne anegdoty i emocje, które zostają w pamięci na całe życie.

Dziś spojrzymy na przedwojenny i wojenny Bytom, czyli lata 30. i 40. XX wieku, przez pryzmat unikalnych wspomnień naocznego świadka.

2. Świadek i syn kopalni

Arno Lubos – chłopak z miasta kopalń

Arno Lubos, urodzony w Bytomiu w 1928 roku, był postacią nietuzinkową. Jako niemiecki historyk literatury, pisarz i pedagog, po II wojnie światowej wykonał tytaniczną pracę na rzecz zrozumienia skomplikowanego dziedzictwa naszego regionu.

W swojej wielkiej, trzytomowej syntezie Geschichte der Literatur Schlesiens stanowczo upomniał się o polską i czeską literaturę na Śląsku, twierdząc, że bez nich obraz tego regionu byłby ubogi i fałszywy.

Zanim jednak stał się szanowanym badaczem i budowniczym kulturowych mostów, był po prostu chłopcem dorastającym w cieniu wielkich kopalń i narastającego nazistowskiego terroru. Pochodził z rodziny urzędnika kopalnianego, co tłumaczy jego tak głębokie i zmysłowe rozumienie górnośląskiego przemysłu.

Biograficzny punkt zwrotny Brutalne wplątanie w wielką historię nastąpiło szybko – już w 1944 roku, jako szesnastolatek, Lubos został wcielony do służby jako pomocnik Luftwaffe. Jego esej „Beuthener Impressionen” z 1970 roku to niezwykła, bardzo osobista topografia miasta.

Wirtualny spacer

Mapa, lektor i ślady dawnego Bytomia

Kliknij grafikę, aby uruchomić interaktywną mapę

Spacer prowadzi przez miejsca związane ze wspomnieniami Arno Lubosa: od dworca i głównych ulic miasta, przez szkołę, teatr, synagogę, kopalnie i Park Miejski, aż po symboliczne punkty pamięci.

To późniejsza, bardziej mroczna odsłona tej samej idei, którą rozwijał wcześniejszy wirtualny spacer po dawnym Bytomiu z lat 1900-1914.

  • Audioprzewodnik: każdy przystanek ma własne nagranie lektora.
  • Tryb spaceru: można przechodzić przez historię krok po kroku albo eksplorować mapę samodzielnie.
  • Najlepszy efekt: czytaj artykuł i uruchamiaj mapę w miejscach, które opisuje tekst.
Uruchom mapę Otwórz w nowej karcie

3. Wielki świat i podziemne mroki

Dworzec, granice i Gambrinus-Keller

Połączenia komunikacyjne determinowały życie mieszkańców. Pamiętajmy, że po podziale Śląska Bytom był z trzech stron otoczony granicą państwową. W mieście kursowały dwie linie tramwajowe, a stacja kolejowa mogła pochwalić się imponującą przeszkloną halą, naśladującą dworzec w Stuttgarcie.

Stąd odchodziły pociągi do Berlina i Wrocławia, podczas gdy we wschodniej części stacji stał pociąg polski.

Zaraz przy tym oknie na wielki świat funkcjonowało jednak bytomskie „drugie dno”. Bezpośrednio za budynkiem poczty schodziło się do podziemnego Gambrinus-Keller. Dla wielu było to popularne, wręcz rodzinne miejsce, gdzie za 10 fenigów uruchamiało się automaty ze srebrnymi kulkami, popijając lemoniadę.

Fasada budynku Café Reste-Berger w Bytomiu z wejściem do podziemnego lokalu Gambrinus-Keller.
Wejście do Gambrinus-Keller pod Café Reste-Berger. Wspomnienia Lubosa pokazują to miejsce jako popularny punkt rodzinnych wizyt, ale źródła prasowe dopisują do niego znacznie ciemniejszą legendę.
Mroczna legenda lokalu Archiwalne kroniki policyjne i akta przedwojennego sądu ławniczego odsłaniają ciemniejszą stronę tego miejsca: dzierżawca lokalu był oskarżony o dodawanie do koniaku środków odurzających, by wynosić nieprzytomnych, okradzionych gości tylnymi drzwiami.

4. Salon i propaganda na bulwarze

Bahnhofstraße między elegancją a totalitaryzmem

Wychodząc z podziemi i kierując się główną osią miasta – ulicą Dworcową, dawną Bahnhofstraße – można było poczuć prawdziwie europejski oddech. Niezaprzeczalnym symbolem luksusu był tu elegancki Hotel Kaiserhof.

To tam Bytom prężył muskuły, a wystawne życie bogatych kupców i przemysłowców brutalnie kontrastowało z usmolonymi twarzami górników wracających z szychty.

Jednak nawet w tych wielkomiejskich salonach szybko zagościł totalitaryzm lat 1933-1945. Na głównym bulwarze wyrósł „Brunatny Dom”, czyli siedziba NSDAP. Propaganda wdzierała się wszędzie: wystawy sklepów z zabawkami zaroiły się od miniaturowych czołgów, a na deptaku postawiono tekturową makietę bomby lotniczej, mającą przypominać o nadchodzącej wojnie.

Nocny widok dawnej Bahnhofstraße w Bytomiu, dzisiejszej ulicy Dworcowej, z oświetlonymi witrynami sklepów.
Dawna Bahnhofstraße, dzisiejsza ulica Dworcowa, nocą. Reprezentacyjna oś przedwojennego Bytomia — miejsce handlu, wielkomiejskich świateł i codziennego ruchu miasta.

5. Kultura, edukacja i pechowe pomniki

Szkoła, teatr i legenda „Starego Fryca”

Edukacja w przedwojennym Mieście Szkół miała swoje blaski i cienie. Lubos uczęszczał do Gimnazjum Humanistycznego, leżącego niedaleko Teatru Miejskiego, wspominając surowego dyrektora i klasowego błazna.

Młodzież potrafiła zorganizować bunt w postaci marszu „gęsiego”, czyli z jedną nogą na krawężniku, drugą w rynsztoku, albo zakłócić koncert orkiestry Luftwaffe wybuchem petardy w szkolnej auli.

Wolny czas toczył się wokół Teatru Miejskiego, czyli Oberschlesische Landestheater, schowanego nie na wielkim placu, lecz kameralnie, za rozłożystymi kasztanowcami. Lubos nazywał go najlepszym teatrem na Górnym Śląsku, chwaląc brak snobizmu i otwartość na eksperymenty.

Swoje wspomnienia kończył przywołaniem pomnika „Starego Fryca”, czyli Fryderyka Wielkiego, który stał na pięknym trawniku przed Oberrealschule, dzisiejszym IV LO. Monumentalna rzeźba kryła w sobie lokalną, tragiczną legendę: koniowi króla brakowało ostróg. Szeptano, że rzeźbiarz, zorientowawszy się w swoim niedopatrzeniu, odebrał sobie życie.

Dawna Oberrealschule przy Kaiserplatz w Bytomiu z widocznym pomnikiem Fryderyka Wielkiego.
Oberrealschule, późniejsze IV LO, i pomnik Fryderyka Wielkiego. To właśnie ten widok Lubos przywołuje w symbolicznej końcówce swoich bytomskich wspomnień.
Źródło: fotopolska.eu / archiwalna pocztówka.

6. Ślady utraconego dziedzictwa

Płonąca synagoga i aryzacja miasta

Ten młodzieńczy świat brutalnie zderzył się z totalitaryzmem. Wspomnienia Lubosa z czasów pożogi lat 1933-1945 dostarczają wstrząsającego obrazu Nocy Kryształowej z listopada 1938 roku.

Jak wspominał, podczas dobrowolnej lekcji religii uczniowie widzieli przez otwarte okna płonącą bytomską synagogę. Nauczyciel wykrzyczał w stronę klasy całą swoją odrazę do tego aktu. Uczniowie w milczeniu zamknęli okna – gest tyleż symboliczny, co pokazujący bezradność wobec terroru.

Chwilę później na głównych ulicach rozpoczęła się „aryzacja”. Znikały tradycyjne szyldy żydowskich kupców. Dom Konfekcyjny Bielschowsky stał się Wiedersumem, a matka Lubosa przestała kupować materiały u Cohna przy Gleiwitzer Straße.

7. Kontrasty bytomskiej codzienności

Hałdy, światła, stadion i miejska nowoczesność

Do miasta prowadziły właściwie tylko dwie drogi, z czego jedna wiodła przez Szombierki w kierunku dawnego Zabrza, czyli Hindenburga. Patrząc na dawny Bytom, łatwo ulec fascynacji potęgą lokalnego górnictwa i takich zakładów jak kopalnia Heinitz.

Lubos redefiniuje pojęcie romantyzmu – dla niego nie były to zabytkowe ruiny, ale industrialny krajobraz. Z nostalgią wspominał „romantyczny” Bytom nocą: rozświetlone potężne wieże wyciągowe kopalń Hohenzollerngrube w Szombierkach i Heinitzgrube w Rozbarku, głębokie zapadliska oraz żółte hałdy ciągnące się w stronę Tarnowskich Gór. Opowiadał też o 42 elektrycznych żarówkach rozwieszonych w formie girland nad głównymi ulicami w okresie świątecznym.

Bytom nocą: kopalniany romantyzm i świąteczne iluminacje. Krótki klip tworzy pauzę między wspomnieniem o światłach miasta a mrocznym obrazem biedy na hałdach.

Ten „romantyzm” miał jednak dramatycznie mroczne oblicze. Lubos brutalnie zderza nocne iluminacje z ekstremalną biedą dnia codziennego. Na czarnych hałdach kopalni Bytom, w cieniu sunących nieustannie wagoników urobku, bezrobotni i dzieci przesiewali węglowy pył.

Zaginiony zawód biedoty polegał na pakowaniu ocalonych bryłek węgla do worków i mozolnym transporcie do domów. Cetnar sprzedawano za 90 fenigów.

„Nie było tu miejsca na romantyzm, gdy spojrzało się na sprawę z tej strony”.

Prawdziwą religią miasta była jednak piłka nożna. Autor opisuje mecze na stadionie legendy – klubu Beuthen 09 przy kopalni Heinitz w Rozbarku. Wspomina historyczne, potężne zwycięstwo Ślązaków nad Berlinem 9:0, które oglądał jako czternastolatek w otoczeniu berlińczyków śmiejących się z „Antka i Franzka” – aż do czwartej bramki.

Po takich emocjach wracało się spacerem przez Park Miejski, czyli Stadtwald, mijając korty tenisowe, staw łabędzi i wypożyczalnię łódek. Przy napojach dyskutowano o losach meczu, a w pobliżu można było karmić trzymane w zwierzyńcu foki i niedźwiedzie.

Tam, wśród drzew, wznosił się kolejny luksus kontrastujący z hałdami – Miejski Zakład Kąpielowy, czyli Stadthallenbad. Z wielkim, przejrzystym basenem, kawiarnią obłożoną palmami, kafelkami i gabinetami masażu stanowił wysepkę higieny i nowoczesności w sercu węgla.

8. Podsumowanie

Pamięć bez ostróg

Być może wybrakowany pomnik „Starego Fryca” to najlepsza metafora dawnego Bytomia: miasta o wielkiej, kulturalno-przemysłowej chwale, któremu historia brutalnie odcięła korzenie.

Została nam po nim wiedza archiwalna i takie cenne, pełne autentycznego życia impresje, które pozwalają niemal usłyszeć gwar przedwojennej Bahnhofstraße.

Bibliografia projektu rozwiń źródła, opracowania i wybrane dzieła Arno Lubosa

Źródła bezpośrednie

Materiały wykorzystane przy analizie topograficznej, narracji artykułu oraz budowie interaktywnej mapy.

  1. Lubos Arno, „Beuthener Impressionen (Fortsetzung und Schluß)”, „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, Jg. 1970, nr 8, s. 21–22.
  2. „Wissenschaftler und Schriftsteller Dr. Arno Lubos aus Beuthen/Oberschlesien” [notatka biograficzna], „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, Jg. 1984, nr 5, s. 30.
  3. „Gäste betäubt und beraubt” [doniesienie prasowe o procesie karnym Konrada Krausego przed sądem ławniczym w Bytomiu], archiwalny wycinek prasowy z epoki, b.d.
  4. Die Bauperioden der Stadt Beuthen O.-S. während 100 Jahren, skala 1:2500, oprac. Stadtvermessungsamt Beuthen, grudzień 1925, druk: Lengfeld & Mentey, Gleiwitz-Beuthen O.S. [historyczny plan rozwoju miasta wykorzystany w systemie mapowym].

Opracowania i kontekst naukowy

  1. Szewczyk Grażyna Barbara, „Arno Lubos i jego wizja literatury śląskiej” [analiza krytycznoliteracka i kontekst naukowy śląskiego dialogu].

Wybrane dzieła Arno Lubosa

Publikacje podane jako kontekst biograficzny i literacki, pokazujący szerszy dorobek autora.

  1. Lubos Arno, Geschichte der Literatur Schlesiens, Bd. 1, 1960; Bd. 2, 1967; Bd. 3, 1974, München: Bergstadtverlag Wilh. Gottl. Korn.
  2. Lubos Arno, Die schlesische Dichtung im 20. Jahrhundert, München: Bergstadtverlag Wilh. Gottl. Korn, 1961.
  3. Lubos Arno, Erinnerungen an Schlesien, Frankfurt am Main: Das Viergespann, 1967.
  4. Lubos Arno, Schwiebus [powieść], München: Ullstein, 1980.
0
0

Read more

Grafika wyróżniająca przedstawiająca dawną ulicę Bytomia z 1899 roku, dorożki i fabryczne kominy w tle.

Zaginione zawody, raki na eksport i ubezpieczenia krów. Czego nie wiesz o Bytomiu z 1899 roku?

Zaginione zawody, raki na eksport i ubezpieczenia krów. Czego nie wiesz o Bytomiu z 1899 roku?

Gdy myślimy o rozwoju Bytomia u progu XX wieku, przed oczami stają nam monumentalne kamienice, rosnące kominy hut i wielkie fortuny przemysłowców. Prawdziwe życie miasta toczyło się jednak na poziomie bruku, w setkach warsztatów, suterenach i na zapleczach sklepów.

Warto uświadomić sobie dynamikę ówczesnego organizmu miejskiego. W 1893 roku Bytom (wraz z silnie uprzemysłowioną dzielnicą Schwarzwald i stacjonującym garnizonem) liczył dokładnie 33 159 mieszkańców. Zaledwie trzy lata wcześniej miasto zrzuciło z siebie prowincjonalny gorset, stając się w 1890 roku samodzielnym powiatem grodzkim (Stadtkreis). Ten status pociągnął za sobą rewolucję.

Zanurzając się w oryginalne bytomskie księgi adresowe z 1893 i 1899 roku, możemy odbyć fascynującą podróż w czasie. To właśnie tam, między długimi listami nazwisk i adresów, kryją się największe dziwactwa, zapomniane profesje i biznesy, o których dzisiejsi mieszkańcy nie mają pojęcia. Zapomnijmy na chwilę o wielkiej polityce. Zejdźmy na ulice Bytomia sprzed ponad 120 lat, co możecie też przeżyć, wybierając się na nasz wirtualny spacer po dawnym Bytomiu z lat 1900-1914.

Bytomskie raki na europejskich stołach

Jeśli wydaje się Wam, że pod koniec XIX wieku Bytom eksportował wyłącznie węgiel, cynk i stal, jesteście w ogromnym błędzie. Księgi adresowe ujawniają działalność absolutnie unikalną – funkcjonowało tu profesjonalne przedsiębiorstwo zajmujące się… eksportem raków (Krebs-Exportgeschäft).

Statystyki z 1893 roku wymieniają je jako jedyne takie w mieście. Kto za tym stał? Księga z 1899 roku rozwiązuje tę zagadkę: przy Bahnhofstraße 17(dzisiejsza ulica Dworcowa), gdzie znajdował się Hotel Kaiserhof, Reinhold Glauer prowadził zarejestrowane przedsiębiorstwo zajmujące się wysyłką raków — Krebs-Exportgeschäft. Śląskie raki musiały cieszyć się ogromnym powodzeniem, skoro firma utrzymała się na rynku przez lata wielkiego boomu przemysłowego, wysyłając swój towar do europejskich restauracji.

Eksport raków, Bytom okolice dworca, 1899 rok
Okolice Bahnhofstraße pod koniec XIX wieku – to stąd wysyłano słynne bytomskie raki.

Kawa, wosk i globalny kapitał

Ówczesny rynek był niesamowicie chłonny na luksus. Z jednej strony miasto przyciągało potężnych graczy – przy Bahnhofstraße 5 swoje biura otworzyła frankfurcka spółka elektryczna Lahmeyer u. Co., a niedaleko ulokował się hamburski oddział produkującej maszyny do szycia The Singer Manufacturing Company. Z drugiej strony, w mikroskali zaczęły pojawiać się biznesy zwiastujące nadejście nowoczesnej, codziennej konsumpcji.

To tu Alois Kuhna otworzył „Pierwszą bytomską palarnię kawy” (Erste Beuthener Kaffee-Rösterei). Równie innowacyjny był Philipp Kochmann, który przy Gartenstraße 18 (dzisiejsza ulica Powstańców Warszawskich) prowadził „Największą śląską fabrykę aparatów naftowych i… nalewaków do piwa” (Bierdruck-Apparaten Fabrik). Miasto, w którym piwo lało się strumieniami (o czym doskonale świadczy imponująca kariera dorożkarza Ignatza Hakuby), potrzebowało technologii do jego serwowania. Funkcjonowało tu również „Pierwsze Górnośląskie Towarzystwo Piwa Syfonowego” Maxa Silberberga.

Na liście najdziwniejszych branż tamtych lat wysoko plasuje się firma przy Hohenzollernstraße 21 (obecnie ulica Jagiellońska). Guiseppo Michelotti i jego wspólnicy prowadzili tam oficjalny zakład odlewania figur gipsowych i… woskowych (Gips- u. Wachsfigurengießer). Z kolei przy Schießhausstraße 4 (dzisiejsza ulica Podgórna) Louis Reimann własnoręcznie konstruował akordeony i harmonie (Harmonikabauer).

Armia praczek, szczurołapy i koński rzeźnik

Podczas gdy potężne spółki planowały elektryfikację, codzienne życie opierało się na ciężkiej pracy fizycznej. W 1893 roku w mieście pracowało m.in. 15 bednarzy, 105 szwaczek, 9 kucharek i 81 zrejestrowanych praczek. Sześć lat później księgi adresowe drukowały już całe kolumny z nazwiskami tych ostatnich. Kobiety takie jak Pauline Biskup z Kirchstraße czy Flora Dworatzek z Piekarerstraße pracowały w oparach ługu w piwnicach i na poddaszach bytomskich kamienic, obsługując klasę średnią, która nie prała już sama swoich ubrań.

Praczki przy pracy, dawny Bytom, XIX wiek
Ciężka, codzienna praca bytomskich praczek w oparach ługu stanowiła zaplecze wielkomiejskiego blichtru.

Rozrastająca się, gęsta zabudowa rodziła specyficzne problemy. Dlatego w oficjalnym spisie rzemieślników z 1899 roku znajdziemy aż trzech zawodowych „szczurołapów” i tępicieli szkodników (Kammerjäger). Byli to Johann Grittner (Dyngosstr. 18), August Haucke (Gr. Blottnstr. 38) oraz Herm. Klose (Dyngosstr. 9).

Innym zapomnianym zawodem był koński rzeźnik (Roßschlächter). Zakład tego typu, zaopatrujący w tanie mięso biedniejszą część robotników, prowadził przy Feldstraße 2 Karl Böhm. Z kolei Karl Letzel przy Gleiwitzerstraße 21(dzisiejsza ulica Gliwicka) zarabiał na życie, prowadząc „Panoramę” – obwoźny teatr optyczny, będący dla ówczesnych bytomian jedną z form wizualnej rozrywki, poprzedzającej epokę kina.

Ubezpieczenie od gradobicia i… krowy

Bytom z końca XIX wieku to miasto opanowane przez gorączkę ubezpieczeń. Ówczesny rynek finansowy był niezwykle rozwinięty i rozdrobniony. Zamiast wykupować jedną polisę, bytomscy mieszczanie mieli do dyspozycji dziesiątki agentów reprezentujących towarzystwa ubezpieczeniowe z całych Niemiec. Sama infrastruktura państwowa również budziła respekt – w mieście działała filia Banku Rzeszy oraz potężny Sąd Krajowy (Landgericht) przy Tarnowitzer Straße 24.

Można było ubezpieczyć się dosłownie od wszystkiego. Działało tu aż sześć towarzystw zajmujących się ubezpieczaniem szyb wystawowych (für Spiegelglas) oraz siedem firm ubezpieczających od gradobicia (gegen Hagelschaden). Najciekawsze były jednak polisy inwentarskie (Vieh-Versicherungen). W mieście, gdzie wciąż działało sporo rolników, agenci tacy jak Eduard Niederlinski z sukcesem sprzedawali bytomianom polisy na życie ich krów i koni.

Ubezpieczenia krów i inwentarza żywego w Bytomiu
Ubezpieczenia inwentarza (Vieh-Versicherungen) cieszyły się dużą popularnością wśród podmiejskich hodowców.

Bilet na telefon, hotele i tajemnica „Boulevardu”

W 1893 roku w całym mieście i pobliskim Rozbarku było zaledwie 17 skrzynek pocztowych. Jeśli mieszkaniec chciał zadzwonić z publicznego aparatu, musiał wykupić kwit (Fernsprechschein). Za 5 minut lokalnej rozmowy płaciło się 25 fenigów, a za połączenie z innym miastem przemysłowego Śląska – stawkę zaporową 50 fenigów.

Fizyczny transport przechodził jednak niewyobrażalną metamorfozę. Jeszcze w połowie dekady królowali licencjonowani tragarze miejscy. W sierpniu i wrześniu 1893 roku zaczęto rozkopywać miasto pod budowę tramwajów parowych (więcej dat z tego okresu znajdziecie w naszej historycznej osi czasu Bytomia). Efekt? W 1899 roku przy Feldstraße e w Rozbarku tętniła już życiem potężna zajezdnia (Depot der Oberschl. Dampfstraßenbahn).

Wraz z rozwojem technologii rosła strefa luksusu. To w tym okresie ukształtowała się słynna bytomska baza hotelowa. Goście zatrzymywali się w Hotel Sanssouci przy Bahnhofstraße 15, jednak absolutną perłą był legendarny hotel Deutsches Haus. Księgi adresowe ucinają dawne spekulacje i ostatecznie potwierdzają, że ten elegancki obiekt zarządzany przez rodzinę Goldsteinów zajmował dumną pozycję w samej pierzei dawnego bytomskiego Rynku (Ring 13).

Dopełnieniem miejskiego tygla była przestrzeń spotkań. Osią dawnego życia towarzyskiego stał się trójkątny plac u wylotu ulicy Gliwickiej, nazywany „Boulevardem”. Skąd ta francuska elegancja? Kroniki podają, że nazwa przylgnęła do tego miejsca na pamiątkę przetrzymywanych tam po wielkich zmianach lat 70. XIX wieku i wojnie francusko-pruskiej jeńców wojennych. Obok kawiarni i hoteli silnie rozwijało się również życie zrzeszone – jednym z najważniejszych ośrodków intelektualnych stało się założone w 1869 roku Katolickie Kasyno.

Tramwaj parowy na Boulevardzie w Bytomiu, 1893
Początki rewolucji transportowej – tramwaj parowy przecinający bytomski Boulevard.

Bibliografia i źródła katalogowe

Źródła archiwalne i opracowania:

  • Lasik G., Beuthen OS. im 19. Jahrhundert, „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 3, marzec 1970.
    (Kluczowe źródło statystyczne i demograficzne oparte na niedostępnej dziś w formie cyfrowej księdze adresowej miasta Bytomia z 1893 roku).
  • Mejer G. von (red.), Adreß-Buch der Stadt Beuthen O.-S. einschließlich des Verwaltungsbezirks Schwarzwald und der Gemeinde Roßberg 1899 1900, druk Th. Kirsch, Bytom 1899.
    (Obszerna baza danych adresowych, wykaz firm, cechów, rzemiosła oraz urzędów).
  • Stodolka F., Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien.
    (Opracowanie historyczne wykorzystane do usystematyzowania tła społecznego i urbanistycznego).
0
0

Read more

Zderzenie rolniczych Szombierek z rosnącą kopalnią Hohenzollern. Drewniane wozy i chłopi na pierwszym planie, a w tle dymiące kominy we mgle.

Szombierki, jakich już nie ma. Dawna wieś, kopalnia i koniec starego świata

Historia Szombierek

Szombierki, jakich już nie ma. Dawna wieś, kopalnia i koniec starego świata

Opowieść o dawnym Schombergu: gospodarzach, stawach, Szarej Szkole, kopalni Hohenzollern, Walku Rzyli i katastrofie 1945 roku.

Zanim niecka bytomska zapadła się pod ciężarem własnego bogactwa, a nad południowym skrajem Bytomia zaczęły górować szyby, kominy i przemysłowe zabudowania kopalni Hohenzollern, późniejszej KWK Szombierki, istniał tu świat zupełnie inny: rolniczy, powolny, zanurzony w rytmie pór roku, polnych dróg, stawów, ogrodów i rodzinnych gospodarstw.

Według lokalnej tradycji, utrwalonej między innymi we wspomnieniach Karla Grzeschika, dawna nazwa miejscowości wiązała się z położeniem osady na łagodnym, pięknie usytuowanym wzniesieniu — stąd Schönberg, czyli „piękna góra”. W dawnych dokumentach i zapisach pojawiały się różne formy tej nazwy: Schoeneberg, Schoenberg, Schomberg, Schambirk czy Schambirik. Sami dawni mieszkańcy mieli z czułością mówić o sobie jako o „Schoneberskich” albo „Schonebergerach”.

Dziś, patrząc na Szombierki przez pryzmat kopalni, elektrociepłowni, familoków i powojennych przemian, łatwo zapomnieć, że przez stulecia była to przede wszystkim wieś gospodarzy. Aby zrozumieć dawny Schomberg, trzeba odsunąć na bok obraz industrialnej dzielnicy i wrócić do czasów, gdy najważniejszym punktem odniesienia nie była kopalniana szychta, lecz ziemia, woda, droga, kościół, szkoła i rodzinne gospodarstwo.

Korzenie dawnej osady: od XVII-wiecznych metryk do katastru z 1843 roku

Historia szombierskich rodów to zapis długiego trwania, które przetrwało epidemie, wojny, zmiany państwowe i całkowitą przemianę krajobrazu. Najwcześniejsze zachowane ślady demograficzne, uchwycone w księgach metrykalnych parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Bytomiu z lat 1676–1708, pokazują żywą, rozwijającą się wspólnotę rolniczą.

Na kartach tych dawnych ksiąg pojawiają się ojcowie rodzin, którzy należeli do najstarszej uchwytnej warstwy mieszkańców Szombierek: Wawrzyniec Banas, Stanisław Duda, Maciej Mierzwa, Jan Wloka, a także przedstawiciel lokalnej szlachty Jan Jerzy Mitrowski. Obecność wielopokoleniowych rodzin, takich jak Mierzwowie, dowodzi, że chłopska tkanka osady była silna i głęboko zakorzeniona w tej ziemi.

Oś czasu – Kluczowe daty starego Schomberga
1676–1708
Najstarsze zachowane metryki parafii Wniebowzięcia NMP w Bytomiu z nazwiskami mieszkańców Szombierek.
1843
Powstanie mapy i wykazu gruntów Schomberger Rustical Feldmark, przywoływanych przez Karla Pietscha.
1869
Początek prac przy budowie szybów kopalni Hohenzollern – koniec epoki czysto rolniczej.

Ponad sto lat po najstarszych zapiskach, podobną ciągłość widać w materiałach związanych z dawną mapą i wykazem gruntów Schomberger Rustical Feldmark z 1843 roku. Przekazane nam przez Karla Pietscha archiwalia wymieniają czternastu gospodarzy posiadających grunty w dawnym Schombergu:

Gospodarze Szombierek (1843 r.)

Norbert Cygan, Wojtek Matura, Walek Skorka, Joseph Matuschik, Joseph Donath, Peter Malcherczyk, Wojtek Klokosch, Johann Malcherczyk, Franz Fitzek, Gregor Przibila, Johann Prizibila, Peter Lukoschczyk, Johann Lukoschczyk oraz Valek Skorka.

Ich posiadłości znajdowały się po obu stronach dawnej szosy, późniejszej Beuthener Straße, a także w kierunku południowo-zachodnim, ku granicom z Orzegowem i Bobrkiem, aż po okolice Czarnej Drogi — Schwarzer Weg. Był to jeszcze świat jednej głównej drogi, bocznych dojazdów do gospodarstw i pól wchodzących w obręb dawnego dominium.

Z czasem, wraz z przesunięciami własnościowymi, małżeństwami i osiedlaniem się nowych rodzin, w szombierskim krajobrazie pojawiały się kolejne nazwiska: Rzyla, Mikolajczyk, Mierzwa, Mokrzki, Kowollik oraz Flatzek (zapisywany także jako Flaczek). Nie byli oni oderwanymi epizodami, lecz częścią procesu, w którym dawna wiejska wspólnota powoli rozszerzała się i zmieniała. Był to ostatni moment, kiedy gospodarze mogli z okien swoich domów oglądać horyzont niezakłócony wieżami szybowymi.

Geografia zaginionego świata: stawy, wąwozy i dawne szlaki

Przestrzeń, w której żyli dawni gospodarze, radykalnie różniła się od dzisiejszej siatki ulic. Zanim potrzeby kopalni Hohenzollern wymusiły budowę nowych połączeń komunikacyjnych, a później — w 1912 roku — wytyczono nową drogę orzegowską, dawny Schomberg był miejscem polnych traktów, podmokłych obniżeń i lokalnych nazw terenowych, które tworzyły osobną mapę pamięci mieszkańców.

Centralnym punktem dawnej wspólnoty był Wiesny Dół, czyli Dorfanger — wiejski plac, pastwisko i wspólna przestrzeń mieszkańców. W późniejszym czasie wzdłuż tego dawnego układu powstała ulica Dorfangerstraße (dzisiejsza ul. ks. bp. Adriana Włodarskiego). Z kolei schodząc drogą w kierunku Orzegowa, trafiało się do Głębokiego Dołu. W pobliżu zlokalizowanego tam dawnego domu celnego (Zollhaus), lokalne legendy umiejscawiały siedlisko śląskiego Utopca, co tylko potwierdza, jak mocno tutejszy wodny krajobraz pobudzał ludową wyobraźnię.

Na północno-wschodnich obrzeżach, przy dawnym Młynie Pielki, leżało pole zwane Zydowiną, a dalej, tuż przy granicy z Bobrkiem – Graniecznik. Były to nazwy przechowujące cenną wiedzę o dawnym użytkowaniu ziemi i lokalnych granicach.

Szczególnie ważnym elementem tego przedprzemysłowego krajobrazu była Cegielnia Galonska. Gdy po pierwszej wojnie światowej zakończyła działalność, jej głębokie wyrobiska zaczęły wypełniać się wodą. Tak powstał malowniczy system stawów, znanych jako Galonska-Teiche. Jeszcze na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku w Szombierkach istniały mniejsze i większe zbiorniki: Schuster-Teich, Skowronek-Teich czy Pauly-Teich.

Dzieci bawiące się w wysokich trzcinach nad mętnym stawem po dawnej cegielni Galonska w Szombierkach. W tle zarysy budynków.
Glinianki po dawnej cegielni Galonska, znane jako Galonska-Teiche, były ulubionym, choć bywało, że i niebezpiecznym miejscem zabaw szombierskich dzieci (wizualizacja).

Z biegiem czasu glinianki ustępowały miejsca postępowi. Zostały zasypane i zrekultywowane, a na ich terenie wybudowano lodowisko, ogrody szkolne, boiska oraz plac targowy. Jednak w pamięci najstarszych mieszkańców, Szombierki na zawsze pozostały krainą dzikich stawów, trzcin i beztroskich, dziecięcych wypraw nad wodę.

Szara Szkoła, nauczyciel z wędką i psoty na stawach

Serce dawnej osady biło także w murach Katolickiej Szkoły Ludowej. Ze względu na swój surowy, popielaty tynk, budynek zyskał przydomek „Szarej Szkoły” (Graue Schule). W latach dwudziestych XX wieku był to już bardzo stary, około stuletni gmach, liczący zaledwie cztery sale lekcyjne. Jedno z małych pomieszczeń na poddaszu długo służyło za skromne mieszkanie dla nauczycieli.

Z uwagi na rosnącą populację osady, w jednej klasie nierzadko tłoczyło się ponad pięćdziesięcioro dzieci. Kroniki i pamiętniki wspominają wyrazistą kadrę: matematyka Henschla, przyrodnika Chwastka oraz wychowawcę Winklera, który przeszedł do lokalnej legendy jako postać wyjątkowo barwna.

Winkler był wędkarzem wręcz fanatycznym. Wydzierżawił część dawnych stawów po cegielni (przez co zaczęto je nazywać Winkler’sche Teiche) oraz dwa stawy w lesie Goj. Każdy wolny czas spędzał nad taflą wody, a dzieci uwielbiały mu w tym asystować. Ponieważ jego mały syn na widok każdego połowu krzyczał radośnie: „Ottl, ein Fisch!”, owo zawołanie błyskawicznie stało się szkolnym przezwiskiem srogiego pedagoga.

Surowy nauczyciel w starodawnym stroju z wędką w dłoni stoi nad brzegiem stawu. W tle widoczny szary budynek dawnej szkoły.
Surowy nauczyciel Winkler, zwany przez uczniów „Ottl, ein Fisch”, gotowy do wyciągnięcia swoich podopiecznych z opresji na stawie (wizualizacja).

Karl Grzeschik we wspomnieniach z pietyzmem przywołuje pewną letnią anegdotę. Podczas szkolnej wyprawy nad jeden ze stawów, Winkler wspaniałomyślnie pozwolił dzieciom na kąpiel, wyznaczając jednak surowy limit: nie wolno było odpływać dalej niż dwa, trzy metry od brzegu. Kiedy jednak wychowawca całkowicie pochłonął się holowaniem dorodnej ryby, chłopcy dostrzegli szansę na mały bunt.

Wypatrzyli gruby, trzymetrowy pień drzewa i postanowili użyć go jak tratwy, spychając na głębszą wodę. Pech chciał, że na pniu znalazł się uczeń, który kompletnie nie potrafił pływać. Gdy „tratwa” odbiła od brzegu, chłopiec wpadł w panikę, krzycząc i niebezpiecznie miotając się w wodzie. Winkler, z twarzą purpurową ze strachu i złości, w jednej chwili musiał porzucić wędkę i w pełnym, eleganckim stroju nauczycielskim wskoczyć wpław do stawu. Choć zdołał uratować mokrego psotnika, solidna bura, która po tym nastąpiła, zakończyła szkolne wycieczki nad stawy na bardzo długi czas.

W cieniu kopalni Hohenzollern i zmierzch dawnych tradycji

Ten sielski, przesiąknięty zapachem gliny i trzcinowisk rolniczy świat, zaczął bezpowrotnie pękać wraz z nastaniem ery wielkiego węgla. Jak można przeczytać w historii KWK Szombierki (Hohenzollerngrube), wbicie pierwszej łopaty pod nowe szyby w 1869 roku na zawsze zmieniło krajobraz tej ziemi. Ziemia, która przez pokolenia żywiła chłopów, stała się bezlitosną przestrzenią przemysłową.

Gwałtowny rozwój kopalni, zarządzanej przez wpływową administrację Schaffgotschów, wymagał dróg, nowej infrastruktury i przede wszystkim tysięcy rąk do pracy. Do Szombierek masowo napływali robotnicy z różnych zakątków. Aby ich pomieścić, budowano specjalne kolonie mieszkalne. Powstawały tam domy przeznaczone dla kilku rodzin, projektowane wzdłuż wytyczanych arterii: Wilhelmstraße, Feldstraße, Godullahütterstraße czy Rathausstraße.

Ponieważ nowi pracownicy w dużej mierze wywodzili się jeszcze ze środowisk chłopskich, administracja świadomie łagodziła im szok urbanizacyjny. Przy budynkach takich jak słynne „Kleine Häusel” przewidziano przydomowe ogródki oraz przybudówki gospodarcze dla drobnego inwentarza. Górnik po morderczej dniówce mógł nadal uprawiać pole i dbać o zwierzęta, utrzymując swoisty, hybrydowy rytm życia.

Kopalnia Hohenzollern: Żelazny gigant

Industrializacja nie pukała do drzwi Szombierek – ona wyważyła je z impetem. Powstanie kopalni Hohenzollern (późniejszej KWK Szombierki) na zawsze zmieniło krajobraz osady. To wtedy rolnicze Schomberg zaczęło znikać pod warstwą węglowego pyłu.

Archiwalna fotografia przedstawiająca potężne szyby, dymiące kominy i przemysłową zabudowę dawnej kopalni Hohenzollern w Szombierkach.
Kopalnia Hohenzollern – żelazny gigant, który na zawsze zmienił krajobraz i strukturę demograficzną Szombierek. Fotografia archiwalna.

Kiedy spojrzymy do Księgi adresowej z lat 1910/1911, widać już wyraźnie ten moment przejściowy. Obok nielicznych wciąż gospodarzy i tradycyjnych rzemieślników, takich jak rzeźnicy czy szewcy, dziesiątki stron wypełniają nazwiska sztygarów, maszynistów wyciągowych, urzędników i zwykłych rębaczy pracujących dla koncernu.

Mimo industrialnego gorsetu, Szombierki ambitnie walczyły o przestrzeń do rekreacji. W 1933 roku dawną Bażantarnię (Fasanerie) z rozmachem przekształcono w Volkspark — piękny park wypoczynkowy pełen zieleni, ławek do gry w skata i zacienionych alejek. Równie prężnie rozwijało się życie towarzyskie. Zmęczeni robotnicy chętnie spotykali się przy kuflu piwa (więcej o tym w artykule o historii piwnych tradycji Bytomia), a w letnie popołudnia słuchali górniczej orkiestry w ogrodach Gräflich Schaffgotsch’sche Gasthaus. Wyjątkową renomą cieszyła się także restauracja Juliusa Cygana, która w cieniu kominów oferowała swoim gościom absolutnie luksusową rozrywkę — romantyczne rejsy gondolami po prywatnym stawie.

Walek Rzyla — ostatni Szombierczanin w chłopskim stroju

Na skrzyżowaniu tych dwóch światów, węglowego i rolniczego, trwał uparcie stary porządek. Choć dawny stan chłopski kurczył się w zastraszającym tempie, do lat 40. XX wieku przetrwały jeszcze gospodarstwa Mikolajczyków, Kowollików czy rodziny Rzyla. To właśnie reprezentant tej ostatniej familii stał się chodzącym symbolem minionej epoki.

Valentin „Walek” Rzyla był ostatnim Szombierczaninem, który z nieukrywaną dumą, na co dzień nosił dawny śląski strój chłopski (Bauerntracht). Walek kochał ten wizerunek – posiadał w szafie aż pięć kompletnych, odświętnych garniturów. Wyjątkową czcią otaczał swoje tradycyjne, zamszowe spodnie z jeleniej skóry (Hirschlederhose). Nikomu nie pozwalał się do nich zbliżyć: prał je wyłącznie własnoręcznie i sam osobiście barwił luksusowym szafranem.

Vinzent Rzyla i jego zięć Knura ubrani w odświętne, tradycyjne śląskie stroje chłopskie. Mężczyźni mają na sobie jasne koszule, zamszowe spodnie, wysokie buty i ciemne kapelusze.
Bauerntracht z Szombierek. W takim stroju dumnie kroczył ulicami Walek Rzyla, manifestując przywiązanie do gasnącej tradycji.

Obdarzony znakomitą pamięcią i krzepą, Rzyla był duszą towarzystwa. Doskonale znał stare obyczaje, uwielbiał tańczyć i nigdy nie odmawiał dobrego trunku. W październiku 1938 roku, razem z żoną Marią z domu Mokrzki, hucznie obchodzili złote gody. Był to prawdopodobnie jeden z ostatnich radosnych akordów starego Schomberga.

Odejście nestorów rodu Rzyla
29 X 1938
Złote gody Walentego „Walka” Rzyli i Marii z domu Mokrzki (rodziców sześciorga dzieci).
16 II 1944
Śmierć Walentego Rzyli (82 lata). Został pochowany w swoim najlepszym, ubarwionym szafranem stroju.
9 III 1944
Śmierć Marii Rzyli (72 lata). Zmarła niespełna miesiąc po swoim mężu.

Walenty zmarł zimą 1944 roku i zgodnie z ostatnią wolą spoczął w ziemi w swoim najlepszym ubiorze. Wraz ze śmiercią jego i jego żony zamknął się pewien rozdział historii – i z perspektywy czasu dobrze się stało, że Walek Rzyla nie dożył tego, co na tę uświęconą tradycją ziemię miało spaść rok później.

Katastrofa 1945 roku i administracyjny epizod „Chruszczowa”

Rok 1945 dla mieszkańców Szombierek nie oznaczał politycznego wyzwolenia, ale gwałtowny i okrutny koniec ich dotychczasowego świata. Jak szczegółowo rekonstruuje to opracowanie poświęcone tragedii 1945 roku, wejście Armii Czerwonej przyniosło falę strachu, gwałtów, wywózek i bezpowrotnych zniszczeń.

Z końcem stycznia na mroźnych ulicach padły pierwsze ofiary cywilne, w tym młody Valentin Paracz, zastrzelony tuż przy zabudowaniach plebanii w drodze do domu. 2 lutego 1945 roku spłonął doszczętnie wspaniały, neogotycki Pałac Schaffgotschów (wzniesiony dla spadkobierców Karola Goduli) – tracąc w płomieniach nie tylko zabytkowe mury, ale i olbrzymią część dziedzictwa materialnego dzielnicy.

Zniszczona wieś pokryta śniegiem i gruzami. W tle płonie potężny neogotycki pałac. Czerwona łuna ognia i czarny dym dominują nad zimowym krajobrazem.
Rok 1945. Data, która złamała kręgosłup dawnej, wielopokoleniowej wspólnocie Szombierek (wizualizacja).

Wkrótce z placu kopalni Hohenzollern wyruszyły bydlęce wagony wywożące śląskich górników (jak Georg Matlok czy Hans Likar) do morderczej pracy w łagrach Związku Radzieckiego. Wiele kobiet zostało przymusowo zapędzonych do demontażu fabryk w obozie Blechhammer. Osada, która przez lata tak harmonijnie łączyła wieś i przemysł, nagle opustoszała i spłynęła łzami.

Dopełnieniem tej tragedii była urzędowa farsa, jaką miejscowość przeszła po wojnie. W ferworze przymusowej repolonizacji i odcinania wszelkich więzi z poniemiecką przeszłością, nowy aparat władzy zmienił nie tylko wszystkie tabliczki z nazwami ulic, ale na kilka lat ochrzcił dumny Schomberg całkowicie sztuczną nazwą „Chruszczów”. Był to gorzki i bolesny paradoks dla nielicznych, ocalałych z wojennej zawieruchy mieszkańców.

Zakończenie: Bytomska Atlantyda

Dziś dawny Schomberg przypomina zatopioną Atlantydę. Pod grubą warstwą asfaltu, blokowisk, żelbetowych szybów i powojennych uproszczeń, ukrywa się świat Banasów, Mierzwów, Flaczków, Rzylów i dziesiątek innych rodzin. Świat chłopskich zagród, tajemniczych, mrocznych stawów po cegielniach, surowej Szarej Szkoły i dumnych gospodarzy barwiących swoje spodnie szafranem.

Wbrew pozorom ten stary świat nie zniknął całkowicie w pyle historii i kopalnianych zawałach. Jego echa wciąż rezonują w pożółkłych księgach metrykalnych, strzępkach ludowych legend i takich wspomnieniach, jakie pozostawił po sobie Karl Grzeschik. Dopóki mamy odwagę rekonstruować tę opowieść — nie z perspektywy węgla i kominów, ale z perspektywy ludzi, którzy tu żyli, śmiali się i płakali — dopóty duch Szombierek, jakich już nie ma, wciąż pozostaje żywy.

Źródła i opracowania

  1. Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, September 1980, nr 9.
  2. Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, Juni 1983, nr 6.
  3. Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, Juli/August 1983, nr 7/8.
  4. Materiały i opracowania opublikowane na blogu flaczek.com, w tym m.in:
  5. KWK Szombierki (Hohenzollerngrube) – Historia Żelaznego Giganta.
  6. Dawne nazwy terenowe Szombierek wg Paula Franzkego z 1925.
  7. Szombierki (Schomberg) w księdze adresowej 1910/1911: ulice, zawody i nazwiska.
  8. Szomberki 1945: Tragedia mieszkańców i koniec pewnej epoki.
  9. Tajemnice ksiąg metrykalnych: Odkryj nazwiska mieszkańców Szombierek (1676–1708).
3
0

Read more