Skip to contentSkip to main navigationSkip to footer

Category

Szombierki

Nauczyciele, kino i szybowce – historia szkolnictwa w dawnych Szombierkach, część 2

Nauczyciele, kino i szybowce. Ludzie, ambicje i nowoczesność dawnej szkoły w Szombierkach · część 2

Szombierki · historia szkolnictwa · część 2

Nauczyciele, kino i szybowce. Ludzie, ambicje i nowoczesność dawnej szkoły w Szombierkach · część 2

Szombierski sen o nowoczesności

Po strajku szkolnym z 1920 roku ławki w Szombierkach znów się zapełniły.

Dzieci wróciły do czytania, rachunków, historii i religii. Nauczyciele sprawdzali zeszyty, stawiali oceny, pilnowali dyscypliny. Można by pomyśleć, że po burzliwym początku lat 20. miejscowa szkoła wróciła do zwyczajnego rytmu.

Tymczasem właśnie w następnych kilkunastu latach zaczęły się w niej dziać rzeczy najbardziej niezwykłe.

Pierwszoklasiści uczyli się czytać nową metodą. Nauczyciel fizyki zdobył kwalifikacje kinooperatora i zaczął wyświetlać filmy. Pedagodzy prowadzili chóry, grali na instrumentach i organizowali życie kulturalne miejscowości. Na szkolnym poddaszu powstała modelarnia lotnicza. A w dawnej stajni Dominium młodzież zaczęła budować prawdziwe szybowce.

W cieniu kopalni Hohenzollern wyrósł szkolny świat, którego trudno byłoby się spodziewać po robotniczej miejscowości.

W tym artykule
Grono nauczycielskie szombierskiej szkoły w 1926 roku
Grono nauczycielskie szombierskiej szkoły w 1926 roku. Podpis źródłowy wymienia m.in. Karla Pietscha, Paula Franzkego, Josepha Gojowczyka, Richarda Plewiga, Hermanna Engera, Paula Chwastka, Johannesa Wenndorffa i Alberta Bartelta. Źródło: „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”.

Nowe metody nauczania

Czytać inaczej niż wcześniej

Jedną z nauczycielek zapamiętanych przez dawnych uczniów była Elly Barisch. W pierwszych klasach stosowała Ganzheitsmethode — całościową metodę nauki czytania. Zamiast ograniczać się do tradycyjnego składania liter i sylab, próbowała prowadzić dzieci szybciej ku rozpoznawaniu całych wyrazów.

Nowe podejście wzbudzało nieufność, ale w powojennych wspomnieniach Barisch zapamiętano jako nauczycielkę, która potrafiła obronić swoją metodę wynikami uczniów.

Inny problem miał Albert Pustelnik. Rozpoczął pracę w Szombierkach w 1926 roku, a w latach 1931–1936 był między innymi wychowawcą klasy I b. Uczył dzieci, dla których poprawny literacki niemiecki nie zawsze był językiem wyniesionym z domu. Kłopotliwe wyrazy wracały więc regularnie. Uczniowie mieli je powtarzać i utrwalać, aż błędy znikały.

Według wspomnień metoda była skuteczna. Pojawiają się nawet opisy długich, wielostronicowych wypracowań pisanych z bardzo niewielką liczbą błędów. W tej historii przewija się również Rohrstock — trzcina używana do wymierzania kar cielesnych. Pustelnik miał po nią sięgać rzadko. To drobny, ale ciekawy szczegół. Pokazuje szkołę wciąż należącą do surowej epoki, a jednocześnie nauczyciela próbującego osiągać wyniki przede wszystkim metodą i konsekwencją.

Klasa Alberta Pustelnika podczas spaceru hinter die Berge w Szombierkach w 1935 roku
Klasa III b z wychowawcą Albertem Pustelnikiem, rok szkolny 1935/36. Zdjęcie wykonano jesienią 1935 roku podczas spaceru klasy „hinter die Berge” — „za górkami”. Źródło: „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, grudzień 1976, nr 12.

Germanie, zioła i pięć fenigów

Jeszcze innym typem pedagoga był Richard Plewig. Przybył do Szombierek w 1907 roku i przepracował w miejscowej szkole 38 lat. Dawni uczniowie zapamiętali go jako świetnego opowiadacza. Gdy mówił o życiu dawnych Germanów, historia przestawała być zbiorem dat. Plewig potrafił opowiadać tak, że uczniowie niemal widzieli przed sobą ich stroje, obozowiska i codzienne zajęcia.

Interesował się również ziołolecznictwem. Podczas szkolnych wycieczek zbierał z uczniami rośliny, które później suszył na piecu kaflowym we własnym mieszkaniu i wykorzystywał do naparów. Miał też opinię człowieka niezwykle oszczędnego. Za popołudnie rąbania drewna potrafił podobno zapłacić uczniowi pięć fenigów. Niewiele. Ale chłopcu wystarczało to na słodycze. I właśnie dzięki takim drobiazgom dawna szkoła przestaje być tabelą nazwisk. Zaczynamy widzieć ludzi.

Klasa chłopięca Volksschule Schomberg z nauczycielem Richardem Plewigiem, roczniki 1923/24
Klasa chłopięca Volksschule Schomberg, roczniki 1923/24. W przejściu między uczniami stoi nauczyciel Richard Plewig.

Kino i muzyka

Kino w szkolnej sali

Jedną z największych technologicznych nowości przyniósł do szkoły Paul Chwastek. Pracował w Szombierkach od 1 stycznia 1919 roku i uczył fizyki w starszych klasach Knabenschule — szkoły dla chłopców.

1925 Knabenschule otrzymuje projektor Krupp-Ernemann.
Projektor filmowy Krupp-Ernemann Imperator z początku XX wieku
Projektor Krupp-Ernemann Imperator, konstrukcja z początku XX wieku. Ilustracja poglądowa z „Meyers Lexikon”, wydanie z 1927 roku. Nie jest to fotografia konkretnego urządzenia należącego do szkoły w Szombierkach.

Nie wystarczyło jednak kupić sprzętu. Chwastek ukończył kurs kinooperatora w Gliwicach-Petersdorf i zdał egzamin uprawniający go do prowadzenia pokazów szkolnych i kulturalnych. Dla dzisiejszego ucznia film wyświetlany podczas lekcji nie jest niczym szczególnym. Sto lat temu było inaczej. Zasłonięte okna, pracujący projektor i ruchomy obraz na ekranie pozwalały pokazać dzieciom maszyny, miasta, przyrodę czy doświadczenia, których na co dzień nie mogły oglądać w szkolnej sali.

Filmy nie pozostawały zresztą wyłącznie w szkole. Chwastek wyświetlał je również publicznie w szombierskiej restauracji Bialas. Sam nauczyciel działał również poza szkołą. Był związany z miejscową kasą oszczędnościowo-pożyczkową, a od 1927 roku kierował Ochotniczą Strażą Pożarną. W dawnych Szombierkach nauczyciel rzadko był tylko człowiekiem od tablicy i kredy.

Beethoven między familokami

Podobnie wyglądało życie muzyczne. Albert Bartelt kształcił głos w bytomskim Konserwatorium Cieplika i występował w repertuarze oratoryjnym. Później współtworzył szombierskie życie chóralne, a w latach 1927–1928 prowadził męski chór związany z kopalnią Hohenzollern. Johannes Wenndorff, znany wcześniej jako Wieczorke, był nauczycielem, kierownikiem biblioteki i człowiekiem związanym z miejscową kasą oszczędnościowo-pożyczkową, a jednocześnie dyrygował chórem św. Cecylii.

Konstantin Paczulla zajmował się muzyką i przygotowywaniem nut, a organista Rudolf Merkel, absolwent bytomskiego konserwatorium, również należał do świata muzycznego Szombierek. W źródłach pojawiają się Beethoven, muzyka religijna i repertuar oratoryjny.

Szkolne życie kulturalne nie kończyło się na muzyce i filmie. W 1928 roku jedna z klas, pod kierunkiem konrektora Karla Pietscha, przygotowała na zakończenie nauki przedstawienie teatralne oparte na historii Szombierek.

To piękny kontrast. W dzień wielu ojców uczniów schodziło pod ziemię. Wieczorem część mieszkańców stawała w chóralnym szeregu. A przed nimi często stał nauczyciel.

Nauczyciele i uczniowie

Nauczycielki, o których wiemy mniej

Powojenne wspomnienia znacznie chętniej opowiadały o nauczycielach mężczyznach. O kobietach zachowało się mniej. Wiemy jednak, że były ważną częścią szkolnego świata.

Elly Barisch eksperymentowała z metodą nauki czytania. W Mädchenschule — szkole dla dziewcząt — działała szkoła gospodarstwa domowego, z którą wiązano nauczycielki Krafczyk i Schnurę. Od 1 kwietnia 1937 roku pracowała tam również Maria Liebenhoff z domu Hawellek, wcześniej nauczycielka gimnastyki i sportu, mająca za sobą pracę między innymi w bytomskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej.

Maria Liebenhoff z klasą dziewcząt w Volksschule Schomberg, roczniki 1929/30
Klasa dziewcząt Volksschule Schomberg, roczniki 1929/30, z nauczycielką Marią Liebenhoff. Oryginalny podpis prasowy zachował również nazwiska wielu uczennic. Źródło: „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, listopad 1983, nr 11.

Po innych zostały przede wszystkim nazwiska. To także część historii dawnej szkoły: nie wszystkie biografie zachowały się równie dobrze.

Klasa, która nie chciała zniknąć

Ogromna część naszej wiedzy przetrwała dzięki dawnym uczniom. Szczególne miejsce zajmuje klasa I b — roczniki 1923–1926. Przez tę grupę przewinęło się ponad stu chłopców. Po wojnie rozproszyli się po Niemczech, ale nie pozwolili, by wspólna przeszłość zniknęła.

Nie ograniczali się do organizowania zjazdów. Prowadzili własną Klassenbuch — księgę klasy — przygotowywali kolejne okólniki i zeszyty uzupełniające, zbierali życiorysy mieszkańców, wspomnienia, dokumenty oraz stare fotografie. W 1979 roku zgromadzili już niemal 300 zdjęć Szombierek sprzed 1945 roku i otwarcie pisali, że postawili sobie za zadanie opracowanie historii rodzinnej miejscowości.

Ich materiały trafiały również do Forschungsstelle für Ostmitteleuropa w Dortmundzie. Z około 115 dawnych kolegów z klasy nie udało im się wtedy odnaleźć zaledwie ośmiu.

Wychowawcami grupy byli kolejno Albert Bartelt, Albert Pustelnik, Ladislaus Franzke i Adolf Schwerdtner. To właśnie dzięki tej niezwykłej pracy pamięci znamy dzisiaj wiele historii, których próżno szukać w urzędowych aktach.

Zachowali jednak także liczby tragiczne. W jednym z powojennych zestawień doliczyli się 38 kolegów, których zabrała wojna.

Klasa I b szkoły chłopięcej w Szombierkach z Adolfem Schwerdtnerem, roczniki 1924–1926
Klasa I b szkoły chłopięcej w Szombierkach, roczniki 1924–1926, z nauczycielem Adolfem Schwerdtnerem. To właśnie środowisko tej klasy po wojnie prowadziło niezwykle intensywną pracę nad zachowaniem pamięci o dawnych Szombierkach.
Zanim wojna ich zabrała, część tych chłopców patrzyła przede wszystkim w niebo.

Szybowce i modelarnia

Dzieci górników budują szybowce

1 stycznia 1929 roku pracę w Szombierkach rozpoczął Bernhard Mende. Uczył w Mädchenschule, ale jedną z jego największych pasji stało się lotnictwo. Powojenne wspomnienia przedstawiały go jako pedagoga szczególnie lubianego przez młodzież — uważnego, życzliwego i traktującego uczniów poważnie.

Mende kierował w Szombierkach grupą sportów lotniczych — Flugsportgruppe. Nie ograniczała się ona do rozmów o samolotach. Starsi uczniowie rozpoczęli w dawnej stajni Dominium budowę pełnowymiarowych szybowców.

Bernhard Mende z klasą dziewcząt w Mädchenschule w Szombierkach
Bernhard Mende ze swoją klasą w Mädchenschule w Szombierkach, roczniki 1927/28. Nauczyciel był później szczególnie kojarzony z prowadzoną przez siebie Flugsportgruppe — szombierską grupą sportów lotniczych. Źródło: „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, kwiecień 1981, nr 4.
Dzieci górników budowały prawdziwe szybowce.

Warto zatrzymać się przy tym obrazie. Nie była to zabawka. Nie model ustawiony później w szkolnej gablocie. Młodzież pracowała nad konstrukcją, która miała naprawdę wznieść się w powietrze. Drewniane elementy trzeba było zmierzyć, przyciąć, dopasować i połączyć.

I wszystko to działo się w robotniczych Szombierkach, w starej stajni niedaleko kopalni.

Modelarnia na poddaszu

Dla młodszych uczniów powstało coś jeszcze. Drugą ważną postacią lotniczej historii szkoły był nauczyciel matematyki Adolf Schwerdtner, pracujący w Knabenschule od grudnia 1929 roku. Wspólnie z Mende rozwijał szkolne modelarstwo. Na poddaszu szkoły chłopięcej urządzono warsztat, w którym powstawały modele szybowców.

Była matematyka. Była geometria. Była precyzja. Ale na końcu cała teoria musiała odpowiedzieć na bardzo proste pytanie: poleci czy nie?

Gotowych modeli nie zostawiano na półkach. Wynoszono je na zbocza określane jako „hinter die Berge” — „za górkami”, schodzące w kierunku Bytomki. Tam zaczynał się prawdziwy egzamin. Kilka kroków. Rzut. I po chwili wiadomo było wszystko. Jedne modele łapały powietrze. Inne kończyły lot po kilku sekundach.

To właśnie ten sam rejon, który pojawia się na zachowanej fotografii klasy Alberta Pustelnika z jesieni 1935 roku. Trudno o bardziej przekonującą lekcję fizyki.

To jedna z najbardziej niezwykłych scen całej historii szombierskiej szkoły. Dzieci górników budują maszyny, których zadaniem jest oderwać się od ziemi.

Niestety kilka lat później samoloty zaczęły kojarzyć się z czymś zupełnie innym.

Wojna zabiera szkołę

We wrześniu 1939 roku szkolny świat nie zniknął natychmiast. Najpierw zaczął tracić ludzi. Gerhard Donga, młody nauczyciel sportu, został zmobilizowany i poległ w sierpniu 1944 roku. Albert Pustelnik trafił do wojska. Bernhard Mende został w 1941 roku powołany do Luftwaffe. Paul Chwastek również służył podczas wojny.

1 września 1939 roku

Wojna pozostawiła ślad na szombierskiej szkole już pierwszego dnia. Serwis Fotopolska datuje zachowane fotografie uszkodzeń Knabenschule na 1 września 1939 roku. Pokazują uszkodzenia dachu i elewacji oraz zniszczone wnętrze jednej z sal.

Potem wojna zajęła także samą szkołę. 3 marca 1940 roku budynek Mädchenschule zarekwirowano dla wojska. Zakwaterowano tam żołnierzy 12. kompanii karabinów maszynowych 372. rezerwowego pułku piechoty. Nauka trwała nadal, ale warunki stawały się coraz trudniejsze.

Jesienią 1944 roku dziewczęta uczęszczały już na zajęcia do budynku szkoły chłopców. Szkolne społeczności, które ponad trzydzieści lat wcześniej rozdzielono dzięki nowemu gmachowi dla dziewcząt, ponownie znalazły się pod jednym dachem.

Tym razem nie dlatego, że szkoła się rozwijała. Dlatego, że wojna odbierała jej przestrzeń.

Rozpad grona pedagogicznego

Ostatnie miesiące wojny przyniosły tragedie wielu ludzi związanych ze szkołą. Karl Pietsch nie przeżył ewakuacji. Rektor Zmieschkol miał zostać zastrzelony w 1945 roku. Nauczycielka prac ręcznych Angela Krafczyk została ciężko ranna podczas strzelaniny w nocy z 28 na 29 stycznia. Konrektor Franz Junghans według powojennych przekazów zmarł po deportacji w Karagandzie.

Adolf Schwerdtner został w lutym 1945 roku deportowany do Związku Radzieckiego. Jego dwaj synowie polegli wcześniej na wojnie. Sam nauczyciel zaginął podczas podróży powrotnej we wrześniu 1945 roku. Bernhard Mende powrócił z radzieckiej niewoli dopiero w 1950 roku. Albert Pustelnik przeszedł przez niewolę amerykańską i francuską. Albert Bartelt, Johannes Wenndorff i Richard Plewig zostali po wojnie wysiedleni.

Środowisko budowane przez dziesięciolecia rozpadło się właściwie w ciągu kilku lat.

I w końcu przyszedł dzień, po którym lekcji już nie było.

Styczeń 1945

Świadectwa, których nikt nie odebrał

24 stycznia 1945 roku był ostatnim poświadczonym dniem pracy Ladislausa Franzkego w szombierskiej szkole. Świadectwa dla uczniów były już wypisane i przygotowane do rozdania. Nazwiska. Oceny. Kolejne rubryki. Dokumenty były gotowe.

Nie zostały jednak wręczone. Pozostały zamknięte w klasowych szafach. Cały szkolny porządek istniał jeszcze na papierze.

Dzień później przestał mieć znaczenie.

24 stycznia 1945 świadectwa czekają w szkolnych szafach
25 stycznia 1945 bomba trafia w Knabenschule

25 stycznia 1945 roku

W czwartek 25 stycznia 1945 roku, około południa, nad Szombierkami pojawiło się radzieckie lotnictwo. Według zapisków miejscowego badacza Franza Strzali na miejscowość zrzucono około pięciu dużych bomb oraz bomby zapalające.

Jedna z bomb uderzyła bezpośrednio w Knabenschule przy Beuthener Straße (dzisiejszej ul. Zabrzańskiej). Zniszczenia były poważne. Konstrukcja dachu została naruszona tak mocno, że jej fragmenty chwiały się na wietrze.

Jeszcze poprzedniego dnia w szkolnych szafach leżały gotowe świadectwa. Teraz nad klasami wisiał rozbity dach.

Symbolicznie trudno wyobrazić sobie mocniejsze zakończenie.

Przez ponad sto lat szkoła rosła razem z Szombierkami. Najpierw jedna izba. Potem „siwa szkoła”. Kolejne piętra i budynki. Nowa szkoła dziewcząt. Setki dzieci. Kino. Chóry. Modelarnia. Szybowce.

A na końcu — świadectwa zamknięte w szafach i rozbity dach.

Powojenny epilog

Nie był to oczywiście koniec szkolnictwa w Szombierkach. Był to koniec jednego świata.

A potem znów przyszły dzieci.

Pierwszych miesięcy powojennej szkoły nie udało się jeszcze odtworzyć tak dokładnie jak stycznia 1945 roku. Nie znamy pewnej daty pierwszej lekcji po przejściu frontu ani kompletnego składu pierwszego polskiego grona pedagogicznego. Wiemy jednak, że szkoła wróciła do życia.

Zmieniło się państwo. Zmienił się język nauczania. Zmieniły się programy i nazwiska nauczycieli. Budynki pozostały. W 1974 roku „Życie Bytomskie” wymieniało równocześnie Szkołę Podstawową nr 34, do której uczęszczało 588 uczniów, oraz Szkołę nr 35 liczącą 600 uczniów.

Znów były klasy. Znów nauczyciele. Znów dzieci biegły rano do szkoły.

Jeżeli spojrzeć na cały ten świat przez pryzmat ludzi, trudno sprowadzić dawną szombierską szkołę do ceglanego gmachu i kilku klasowych fotografii.

Elly Barisch próbowała inaczej nauczyć dzieci czytać. Albert Pustelnik ćwiczył z nimi niemiecką ortografię. Richard Plewig zabierał uczniów po zioła. Paul Chwastek uruchamiał projektor. Albert Bartelt prowadził chóry. Bernhard Mende rozwijał z młodzieżą sport lotniczy. Adolf Schwerdtner prowadził chłopców do modelarni. A Ladislaus Franzke zostawił po sobie ostatnie, nierozdane świadectwa.

Może dlatego najlepiej zapamiętać tę historię nie poprzez szkolną tablicę i nie poprzez bombę, która zakończyła dawny świat. Lepiej zatrzymać się kilka lat wcześniej.

Na zboczu nad Bytomką stoi chłopiec. W rękach trzyma model, który sam zbudował. Za plecami ma szkołę, familoki i kopalnię. Przed sobą — trochę wolnej przestrzeni.

Wystarczy puścić.
I zobaczyć, czy poleci.


Bibliografia i materiały źródłowe

Wydawnictwa regionalne i wspomnieniowe

  • Albert Bartelt, „Zur Schulchronik von Schomberg”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, sierpień 1961, nr 8.
    Historia szkoły, wspomnienia o kadrze i szkolnych innowacjach, w tym Elly Barisch.
  • Günther Jendryschik, Siegfried Kowollik, „Ein Schomberger Lehrer feiert seinen 80. Geburtstag!”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, luty 1975, nr 2, s. 15–16.
    Biogram Alberta Pustelnika, jego metody nauczania i wspomnienia dotyczące klasy I b.
  • „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, kwiecień 1975, nr 4.
    Fotografia klasy I b z Adolfem Schwerdtnerem i lista uczniów.
  • „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, styczeń 1976, nr 1.
    Biogram Alberta Bartelta, m.in. jego działalność muzyczna i chóralna.
  • „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, luty 1976, nr 2, cykl „Schomberger Pädagogen”.
    Materiały o Josephie Gojowczyku, Adolfie Schwerdtnerze, Ladislausie Franzkem, Gerhardzie Dondze oraz Bernhardzie Mende i działalności lotniczej młodzieży.
  • „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, lipiec–sierpień 1976, nr 7/8.
    Materiały ze zjazdów klasy I b oraz informacja o 38 ofiarach wojny wśród dawnych uczniów.
  • „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, październik 1976, nr 10, cykl „Schomberger Pädagogen”.
    Biogramy Richarda Plewiga, Hermanna Engera, Bernharda Liebenhoffa i Marii Liebenhoff.
  • „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, grudzień 1976, nr 12.
    Materiały o Klassenbuch klasy I b oraz fotografie klas związanych z Albertem Pustelnikiem i Johannesem Wenndorffem.
  • „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, maj 1977, nr 5.
    Biogram Rudolfa Merkela i materiały dotyczące życia muzycznego Szombierek.
  • Siegfried Kowollik, „Schomberger Bilderbogen”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, listopad 1979, nr 11.
    Działalność dawnej klasy I b, Klassenbuch, gromadzenie materiałów do historii Szombierek, kolekcja niemal 300 przedwojennych fotografii oraz powojenne poszukiwania dawnych uczniów.
  • „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, kwiecień 1981, nr 4.
    Materiały jubileuszowe o Albercie Bartelcie i Bernhardzie Mende; fotografia klasy Mädchenschule oraz informacja o prowadzonej przez Mende Flugsportgruppe.
  • „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, wrzesień 1987, nr 9.
    Fotografia grona pedagogicznego szombierskiej szkoły z 1926 roku.
  • „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, kwiecień 1986, nr 4.
    Fotografia i opis przedstawienia teatralnego o historii Szombierek przygotowanego przez uczniów w 1928 roku pod kierunkiem konrektora Karla Pietscha.
  • Leonhardt Maniura, „Schomberg und der Zweite Weltkrieg”, cz. 2, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, czerwiec 1989, nr 6.
    Materiał oparty m.in. na zapiskach Franza Strzali oraz życiorysie Ladislausa Franzkego; źródło dla wydarzeń 24–25 stycznia 1945 roku i uszkodzenia Knabenschule.
  • „Neustädter Heimatbrief”, czerwiec 1981, nr 6, „Lehrer Albert Bartelt aus Zülz 95 Jahre”.
    Uzupełniający biogram Alberta Bartelta i jego powojennych losów.

Prasa powojenna

  • „Życie Bytomskie”, 1974, nr 37.
    Informacje o funkcjonujących wówczas szkołach podstawowych nr 34 i 35 w Szombierkach.

Materiały ikonograficzne

  • Fotopolska.eu — fotografie uszkodzeń Knabenschule w Szombierkach datowane w serwisie na 1 września 1939 roku.
  • „Meyers Lexikon”, 1927 — ilustracja projektora Krupp-Ernemann Imperator; wykorzystana w artykule wyłącznie jako materiał poglądowy do pokazania urządzenia z epoki.
Uwaga o źródłach: duża część szczegółów dotyczących nauczycieli i codzienności szkolnej pochodzi z powojennych wspomnień publikowanych przez środowisko dawnych mieszkańców Szombierek. Są one niezwykle cenne dla nazwisk, anegdot i życia codziennego, ale mają charakter pamiętnikarski i są zestawiane w artykule z materiałami prasowymi, ikonograficznymi i innymi dostępnymi źródłami.
1
0

Read more

Szkoła nad gorzelnią – historia szkolnictwa w dawnych Szombierkach

Szkoła nad gorzelnią. Jak rodziło się szkolnictwo w dawnych Szombierkach · część 1

Szombierki · historia szkolnictwa · część 1

Szkoła nad gorzelnią. Jak rodziło się szkolnictwo w dawnych Szombierkach

Od jednej izby i mieszkania nauczyciela do wielkiego kompleksu szkolnego, setek uczniów i strajku, który w czerwcu 1920 roku niemal opróżnił szkolne ławki.

Zanim w szombierskiej szkole pojawiły się projektory filmowe, modele samolotów i prawdziwe szybowce, wszystko zaczęło się znacznie skromniej.

Od jednej izby.
Mieszkania dla nauczyciela.
I gorzelni w piwnicy.

Historia szkolnictwa w Szombierkach jest w pewnym sensie historią całej miejscowości w miniaturze. Z niewielkiej wsi wyrasta przemysłowa osada. Kilkadziesiąt dzieci zamienia się w setki uczniów. Jedna klasa przestaje wystarczać, później za mały okazuje się jeden budynek, a w końcu powstaje cały kompleks szkolny przy Beuthener Straße (dzisiejszej ul. Zabrzańskiej).

Zmieniają się również problemy. Najpierw najważniejsze jest to, żeby dzieci w ogóle zaczęły chodzić do szkoły. Sto lat później prawie dziewięciuset uczniów przestaje do niej przychodzić — tym razem nie z biedy, lecz w ramach strajku i sporu o język nauczania.

Pomiędzy tymi wydarzeniami mieści się całe stulecie historii Szombierek.

Spis treści

Zanim Szombierki dostały własną szkołę

Na początku XIX wieku szombierskie dzieci nie miały miejscowej szkoły. Formalnie należały do szkoły w Bytomiu.

Formalnie — bo rzeczywistość wyglądała znacznie gorzej.

W świecie, w którym dzieci od najmłodszych lat pomagały rodzinie, obowiązek szkolny musiał konkurować z codziennym życiem. Latem potrzebne były ręce do pracy. Zimą przeszkodą mogły być brak odpowiedniego ubrania i butów. Dochodziła odległość, bieda i bardzo praktyczne pytanie rodziców: czy dziecko ma przez kilka godzin siedzieć w szkolnej ławie, czy może w tym czasie zrobić coś, co pomoże utrzymać rodzinę?

Frekwencja była więc niska.

Dopiero około Wielkanocy 1820 roku w Szombierkach otwarto pierwszą własną szkołę. Nie powstał jednak jeszcze specjalny budynek. Nauczanie rozpoczęto w należącym do Dominium obiekcie przy późniejszej Beuthener Straße.

Cała szkoła mieściła się właściwie w dwóch przestrzeniach: jednej izbie lekcyjnej i mieszkaniu nauczyciela.

W piwnicy znajdowała się gorzelnia.

Trudno o bardziej symboliczny początek szombierskiej oświaty.

Na górze dzieci poznawały litery i liczby, na dole działał zupełnie inny rodzaj miejscowej edukacji życiowej.

Z dzisiejszej perspektywy brzmi to niemal komicznie, ale pokazuje przede wszystkim, jak skromne były początki szkoły. Nie było osobnego gmachu, korytarzy, gabinetów ani sal specjalistycznych.

Był nauczyciel, jedna klasa i miejsce, które akurat udało się znaleźć.

„Siwa szkoła”

Taki stan nie mógł trwać długo.

W latach 20. XIX wieku powstał nowy budynek szkolny, który późniejsze pokolenia znały jako alte graue Schule — starą szarą, czyli lokalnie „siwą szkołę”.

Dawna kronika szkolna wiąże powstanie tego budynku z rokiem 1826. Budowa miała kosztować 1080 talarów.

Nie był to jednak żaden szkolny pałac.

Początkowo znajdowały się tam:

  • jedna klasa,
  • pokój mieszkalny,
  • komora.

Studnia i ustępy pojawiły się dopiero później.

Ale nawet taki budynek oznaczał ogromną zmianę: Szombierki otrzymały miejsce przeznaczone już rzeczywiście dla szkoły.

W kolejnych dziesięcioleciach „siwa szkoła” rosła razem z miejscowością. W 1870 roku dobudowano piętro. Stary obiekt nie zniknął jednak nawet wtedy, gdy obok zaczęto stawiać znacznie większe gmachy.

Co ciekawe, „siwa szkoła” nie stała się po rozbudowie kompleksu jedynie starym budynkiem pomocniczym. Nadal odbywały się w niej zwykłe lekcje. W latach 20. jedna z klas uczących się w Graue Schule liczyła aż 56 uczniów, a jedna z czterech sal służyła później również jako Handfertigkeitsschule — pracownia zajęć ręcznych. Na poddaszu znajdowało się mieszkanie nauczyciela.

Czyli szkoła pamiętająca czasy sprzed wielkiej industrializacji Szombierek nadal służyła dzieciom w epoce elektryczności, kina i lotnictwa.

Kompleks szkolny w Szombierkach – Knabenschule, Graue Schule i Rektorenhaus
Kompleks szkół powszechnych przy Beuthener Straße (dzisiejszej ul. Zabrzańskiej). Po lewej Knabenschule, pośrodku alte graue Schule — „siwa szkoła”, po prawej Rektorenhaus — dom rektora.

Wieś zaczyna pękać w szwach

Druga połowa XIX wieku przyniosła Szombierkom zmianę skali.

Rozwój przemysłu, kopalni i całego zaplecza gospodarczego przyciągał kolejnych mieszkańców. Powstawały nowe domy, rosła liczba rodzin robotniczych, a wraz z nimi rosła liczba dzieci.

Jedna szkoła przestała wystarczać. Potem przestał wystarczać jeden większy budynek.

Dawne materiały nie pozwalają dziś z absolutną precyzją przypisać każdego fragmentu kompleksu do jednego roku. Albert Bartelt, nauczyciel i późniejszy kronikarz szombierskiej szkoły, pisał o kolejnych etapach rozbudowy około 1880 i 1890 roku. Inne zestawienia wskazują bardziej szczegółowo lata 1891, 1902 i 1907.

Nie ma jednak większego sensu zamieniać tej historii w spór o to, która ceglana ściana powstała trzy lata wcześniej, a która później.

Najważniejsze jest coś innego. Przy Beuthener Straße wyrósł cały kompleks szkolny.

W jego centrum nadal stała stara Graue Schule. Obok znajdowała się większa szkoła przeznaczona później dla chłopców. Powstawały kolejne sale, pomieszczenia dla nauczycieli, gabinet rektora i zaplecze dydaktyczne.

Szkoła zaczęła przypominać mały kampus. A uczniów ciągle przybywało.

Nowa i stara szkoła ludowa w Szombierkach na przedwojennej pocztówce
Nowa i stara szkoła ludowa w Szombierkach (Schomberg) na przedwojennej pocztówce. Serwis Fotopolska datuje materiał szeroko na lata 1915–1944.

Rok 1910: dziewczęta dostają własny gmach

Najważniejsza reorganizacja nastąpiła w 1910 roku.

Przez długi czas w różnych materiałach pojawiały się dwie daty związane z nową szkołą dla dziewcząt: 1908 i 1910. Rozstrzygający okazał się jednak tekst opublikowany współcześnie wydarzeniom.

28 kwietnia 1910 roku „Der Oberschlesische Wanderer” informował o nowo wybudowanej dziesięcioklasowej Mädchenschule — szkole dla dziewcząt — w Szombierkach. Gmach został uroczyście poświęcony w połowie marca, a już na początku kwietnia rozpoczęto w nim zajęcia.

To ważny szczegół. Nie mówimy już o późniejszym wspomnieniu napisanym pół wieku po wydarzeniach. Mamy gazetę z kwietnia 1910 roku opisującą właśnie otwartą szkołę.

Mädchenschule – szkoła dla dziewcząt w Szombierkach na początku XX wieku
Mädchenschule — szkoła dla dziewcząt w Szombierkach. Fotopolska datuje fotografię na lata 1908–1915. Nowy gmach poświęcono w połowie marca 1910 roku, a naukę rozpoczęto w nim na początku kwietnia.

Nowy budynek robił wrażenie. Albert Bartelt określał go później jako jeden z najnowocześniejszych obiektów szkolnych ówczesnego powiatu bytomskiego.

Na parterze działała Haushaltungsschule — szkoła gospodarstwa domowego. Dziewczęta uczyły się tam gotowania, szycia, prania i prasowania.

Dzisiaj taki program może kojarzyć się przede wszystkim z dawnym podziałem ról społecznych. Trzeba jednak pamiętać, że była to równocześnie praktyczna edukacja prowadzona w specjalnie przygotowanych pomieszczeniach.

Jeszcze ciekawsze było inne miejsce.

Szkolna łaźnia

W nowym gmachu znajdował się Baderaum — szkolne pomieszczenie kąpielowe z natryskami.

Korzystały z niego nie tylko dziewczęta. W wyznaczone dni przyprowadzano tam całymi klasami również chłopców z sąsiedniej Schule I.

Dzisiaj szkolny prysznic nie wydaje się osiągnięciem cywilizacyjnym. W robotniczych Szombierkach początku XX wieku sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Łazienka z bieżącą ciepłą wodą nie była oczywistym elementem każdego mieszkania. Szkoła spełniała więc nie tylko funkcję edukacyjną.

Uczyła. Pilnowała higieny. Wprowadzała dzieci w świat nowoczesnej infrastruktury. I coraz bardziej organizowała życie miejscowej społeczności.

W tym samym okresie rozwijano również mieszkania dla nauczycieli. Obok nowego zespołu powstawały domy przeznaczone dla kadry, a w 1912 roku oddano kolejny Lehrerhaus, czyli dom nauczycielski.

Nauczyciel nie był już jednym człowiekiem mieszkającym obok jedynej klasy. Tworzyło się całe środowisko zawodowe.

Chłopcy osobno, dziewczęta osobno

Otwarcie nowej szkoły pozwoliło wyraźniej rozdzielić nauczanie chłopców i dziewcząt.

Funkcjonowały odtąd dwa podstawowe organizmy:

  • Schule I / Knabenschule — szkoła dla chłopców,
  • Schule II / Mädchenschule — szkoła dla dziewcząt.

Dotychczasowy kompleks szkolny przeznaczono przede wszystkim dla chłopców. Stara „siwa szkoła” nie została przy tym porzucona. Nadal stanowiła część całego zespołu.

Zmieniała się również kadra kierownicza. W źródłach pojawiają się nazwiska Franza Mletzki, Franza Kaluzy, a później Paula Franzkego i rektora Zmieschkola.

Najlepsze wyobrażenie o skali szkoły daje jednak nie lista rektorów, lecz liczba uczniów.

Archiwalny widok szkoły chłopięcej w Szombierkach przy dzisiejszej ul. Zabrzańskiej 85
Archiwalny widok części dawnej Knabenschule — szkoły chłopięcej w Szombierkach. Zabudowania znajdują się przy dzisiejszej ul. Zabrzańskiej 85.

814 chłopców

W 1913 roku ukazał się „Handbuch über die katholischen und simultanen Volksschulen der Provinz Schlesien” — urzędowy wykaz szkół katolickich i symultannych prowincji śląskiej.

Przy Schomberg znajdziemy tam bardzo konkretną informację.

Osiemset czternastu. W jednej szkole.

Ta liczba mówi o przemianie Szombierek więcej niż niejeden opis industrializacji. Niecałe sto lat wcześniej miejscowa edukacja mieściła się w jednej izbie. Teraz sama szkoła chłopięca miała ponad ośmiuset uczniów.

W tym samym urzędowym wykazie widnieje dwunastu pedagogów:

Franz Kaluza, Heinrich Winkler, Karl Pietsch, Bruno Mierzowski, Joseph Roskwitalsky, Viktor Nowak, Konstantin Paczulla, Richard Plewig, Rudolf Nimczyk, Hilarius Durynek, Hubert Hentschel i Albert Bartelt.

Klasa Knabenvolksschule w Szombierkach z nauczycielem Hubertem Hentschelem, 1923/24
Jedna z klas Knabenvolksschule w Szombierkach w roku szkolnym 1923/24. Wychowawcą był Hubert Hentschel. Fotografia pokazuje, jak liczne były oddziały w miejscowej szkole chłopięcej.

Część tych nazwisk jeszcze powróci. Niektórzy zostaną w Szombierkach przez dziesięciolecia. Będą prowadzić chóry, organizować biblioteki, wyświetlać filmy, budować z uczniami modele samolotów i szybowce.

Ale zanim szkoła zaczęła marzyć o lataniu, musiała zmierzyć się z problemem znacznie bardziej przyziemnym.

Z językiem.

W jakim języku mówiła szombierska szkoła?

Odpowiedź brzmi: przede wszystkim po niemiecku. Ale to dopiero początek odpowiedzi.

Od lat 70. XIX wieku pruska polityka szkolna coraz wyraźniej ograniczała używanie języka polskiego w szkołach publicznych rejencji opolskiej. Od 1876 roku język niemiecki funkcjonował jako język urzędowy administracji i szkolnictwa.

Ograniczano polskie podręczniki, pomoce i nauczanie w języku polskim. Pewne możliwości pozostawały przede wszystkim przy nauce religii w młodszych klasach.

Tymczasem szkoła nie działała w językowej próżni. Wiele dzieci przychodziło z domów, w których niemiecki nie był jedynym językiem codzienności. Słyszały polski, śląską mowę, niemiecki — często w różnych proporcjach zależnie od rodziny i środowiska.

Dlatego rano dziecko mogło przekraczać szkolne drzwi nie tylko po to, żeby nauczyć się rachunków czy geografii. Przekraczało również granicę językową. W domu mówiło tak, jak mówili rodzice i sąsiedzi. W szkole obowiązywał język państwa. Przez lata ten system funkcjonował, choć napięcia nie znikały.

W 1920 roku przestały mieścić się w szkolnej ławie.

Rozkwitalski i religia po polsku

W raporcie z lutego 1920 roku znajdujemy nazwiska nauczycieli prowadzących religię w języku polskim.

W starszych klasach mieli robić to Rosemann i Skowronek. W młodszych — nauczyciel Rozkwitalski, o którym odnotowano, że dobrze władał polskim.

Wszystko wskazuje na to, że był to ten sam Joseph Roskwitalsky, którego znajdujemy już w urzędowej obsadzie szombierskiej Schule I w 1913 roku.

Kilka miesięcy później skala polskiego nauczania była już większa. W maju 1920 roku języka polskiego uczono w trzech oddziałach obejmujących około 300 uczniów. Dla części miejscowej społeczności było to jednak wciąż za mało.

Rodzice stawiają żądania

20 maja 1920 roku miejscowy komitet plebiscytowy przedstawił postulaty dotyczące szkoły. Nie chodziło jedynie o dodatkową godzinę polskiego. Żądania były znacznie dalej idące.

W klasach I–III nauczanie miało odbywać się wyłącznie po polsku. W klasach starszych — po polsku i niemiecku.

Domagano się również skrócenia zajęć do godziny dwunastej, likwidacji niemieckich Jugendspiele, rezygnacji z przymuszania dzieci do udziału w Schulmesse oraz zaprzestania szykanowania polskich uczniów.

31 maja delegacja ponownie przedstawiła żądania władzom gminnym. Odpowiedź nie zadowoliła rodziców. Następnego dnia dzieci zostały w domach.

1 czerwca 1920 roku

1 czerwca rozpoczął się strajk szkolny w Szombierkach.

Według opracowania opartego na raportach archiwalnych była to pierwsza publiczna szkoła w wiejskim powiecie bytomskim, która przystąpiła wówczas do takiego protestu.

A skala była ogromna.

Dane z 12 czerwca mówiły o prawie 900 strajkujących uczniach.

Około 90 procent wszystkich dzieci objętych szombierskim szkolnictwem publicznym.

Nie należy tych dziewięciuset uczniów przypisywać wyłącznie szkole chłopięcej. Źródła mówią szerzej o szombierskim szkolnictwie publicznym.

Ale nawet z tym zastrzeżeniem liczba robi wrażenie.

Spróbujmy wyobrazić sobie poranek. Budynki stoją jak zawsze. Sale są przygotowane. Nauczyciele przychodzą do pracy. Tyle że ławki pozostają puste.

Nie jedna. Nie jedna klasa. Setki miejsc.

Szkoła, która jeszcze kilka lat wcześniej musiała mieścić ponad osiemset chłopców, nagle doświadcza czegoś odwrotnego — masowej nieobecności.

Tym razem nie z powodu biedy. Nie dlatego, że dzieci musiały pracować. Rodzice świadomie nie wysłali ich do szkoły.

Dawna szkoła w Szombierkach przy ul. Zabrzańskiej 85 – dawniej i dziś
Ten sam fragment dawnego kompleksu szkolnego przy Beuthener Straße i dzisiejszej ul. Zabrzańskiej 85 — widok historyczny i współczesny.

Sto lat przemiany

W 1820 roku największym osiągnięciem było samo uruchomienie jednej klasy.

W latach 20. XIX wieku Szombierki budowały „siwą szkołę”.

W 1870 roku trzeba ją było powiększyć.

Pod koniec stulecia powstawały kolejne budynki.

W 1910 roku dziewczęta otrzymały nowoczesną, dziesięcioklasową szkołę z zapleczem gospodarstwa domowego i natryskami.

W 1913 roku sama Schule I liczyła 814 chłopców.

A siedem lat później prawie dziewięciuset uczniów wzięło udział w strajku dotyczącym między innymi języka nauczania.

Szkoła przestała być już jedynie miejscem, gdzie dzieci poznawały alfabet. Stała się jednym z najważniejszych punktów miejscowej wspólnoty.

Tutaj spotykały się:

  • państwo,
  • rodzina,
  • religia,
  • język,
  • polityka,
  • aspiracje mieszkańców
  • i bardzo zwyczajne dziecięce życie.

Po strajku szkolne ławki oczywiście znów się zapełniły.

I właśnie wtedy zaczyna się druga, chyba najbardziej niezwykła część tej historii.

Bo w następnych latach w tych samych budynkach pojawi się Ganzheitsmethode — całościowa metoda nauki czytania.

Nauczyciel będzie uczył ortografii tak skutecznie, że Rohrstock — trzcina używana do wymierzania kar cielesnych — częściej pozostanie w szafie.

Do szkoły trafi projektor filmowy Krupp-Ernemann. Nauczyciele będą grać Beethovena i prowadzić chóry. Na poddaszu powstanie modelarnia lotnicza.

A w starej stajni Dominium uczniowie zaczną budować coś, czego trudno byłoby się spodziewać po robotniczej szkole w cieniu kopalni.

Prawdziwe szybowce.

Bibliografia i materiały źródłowe
Źródła z epoki
„Der Oberschlesische Wanderer”, 28 kwietnia 1910 r., nr 96. Otwarcie nowej dziesięcioklasowej szkoły dla dziewcząt, reorganizacja dotychczasowej szkoły i rozpoczęcie zajęć w kwietniu 1910 r.
Philipp Deutschmann, Heinrich Neumann, „Handbuch über die katholischen und simultanen Volksschulen der Provinz Schlesien”, 7. wyd., Breslau 1913, s. 159. Volksschule I w Schomberg: 814 chłopców, 12 klas oraz imienny wykaz grona pedagogicznego.
Opracowania naukowe
Joanna Lusek, „School Strikes in the Bytom Commune in 1906 and 1920”, Czech-Polish Historical and Pedagogical Journal, 2017, 9/1, s. 55–77. Podstawowe źródło dla polityki językowej oraz przebiegu strajku szkolnego w Szombierkach w 1920 r., w tym około 900 strajkujących uczniów i postulatów rodziców.
Wspomnienia i materiały regionalne
Albert Bartelt, „Zur Schulchronik von Schomberg”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, sierpień 1961, nr 8. Kluczowy materiał dotyczący historii rozbudowy kompleksu, Graue Schule, Schule II oraz szkolnej infrastruktury.
„Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, wrzesień 1980, nr 9. Materiały wspomnieniowe i fotografie dawnych klas szombierskich szkół.
„Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, wrzesień 1989, nr 9. Materiały dotyczące dawnych klas i nauczycieli.
Materiały ikonograficzne
Fotopolska.eu Fotografie dawnego kompleksu szkolnego w Szombierkach, w tym Mädchenschule oraz pocztówka „Neue Volksschule / Alte Volksschule”. Materiał pomocniczy do identyfikacji i datowania fotografii.
0
0

Read more

Günther Jendryschik i Schamberger Wörterbogen – język dawnych Szombierek

Günther Jendryschik – „Schamberger Wörterbogen”. Dzieciństwo na pograniczu i język przedwojennych Szombierek

Schamberger Wörterbogen · 1987

Wodzonka, Haschok, Maschlonka, Utopletz, Boikes. Na pierwszy rzut oka te słowa z zapisku dawnego mieszkańca Szombierek mogą wyglądać obco. Wystarczy jednak odczytać je zgodnie ze śląskim brzmieniem, by zza niemieckiej pisowni wyłoniły się dobrze znane: wodzionka, hasiok, maślonka, utoplec i bojki. I od razu robi się znajomiej.

Wodzonka→wodzionka Haschok→hasiok Maschlonka→maślonka Utopletz→utoplec Boikes→bojki

Autorem tego osobliwego słowniczka był Günther Jendryschik (1925–1995), rodowity „Szombierkorz”. W listopadzie 1987 roku na łamach „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt” opublikował tekst pod żartobliwym tytułem „Schamberger Wörterbogen” (szombierski słowniczek).

Jendryschik nie próbował tworzyć naukowego słownika. Spisywał język własnego dzieciństwa, zapamiętany po kilkudziesięciu latach. I był to język miejsca rzeczywiście dwujęzycznego. Już w 1975 roku, wspominając razem z Siegfriedem Kowollikiem szkolne lata, pisał o Schombergu jako o „Zweisprachengebiet” – obszarze dwujęzycznym – i zaznaczał, że poza szkołą bardzo dużo mówiło się po polsku.

Język dawnych Szombierek wymykał się sztywnym, podręcznikowym podziałom. Lokalne słownictwo naturalnie mieszało się z niemieckim, a śląski rdzeń bez problemu przyjmował obcą końcówkę. Dobrym przykładem są tutejsze bojki, czyli opowieści i gawędy, które Jendryschik zapisał jako „boikes”.

Spis treści

Podwórko, dom i dzieciństwo

Na podwórku znajdował się hasiok, a czasem także gnojowisko. Jak wspomina Jendryschik, smrodu przy tym nie brakowało. W mieszkaniach podłogi przecierało się szmatą, a do ciasta służyła nudelkula. Wiele domowych czynności wykonywało się na ryczce, która w dziecięcej wyobraźni i miejscowych żartach potrafiła służyć za środek transportu do dalekich podróży – co najwyżej z ryczką pod łóżko, bo większość mieszkańców i tak nigdzie dalej nie wyjeżdżała.

Po domu chodziło się w papuciach lub laćkach, a najmłodsze dzieci biegały w tak krótkich koszulach, że bez trudu można było im zobaczyć pępek. O dyscyplinę dbali rodzice: ojcowie zazwyczaj sięgali po pas, natomiast matki wymierzały sprawiedliwość domowym papuciem. Chłopców, których roznosiła energia, nazywano szusami. Z czasem z takiego małego hopka wyrastał starszy gupielok albo chachar, który razem z innymi chacharami spędzał czas na ulicy. Mała dziewczynka była po prostu dziewką, czasem pieszczotliwie nazywaną kocikiem, zanim dorosła i stawała się dziewą. Jeśli w domu rano rozlegał się płacz niemowlęcia, nazywano je budzikiem.

Szychta i niedzielny strój

Dla ojców rodzin rytm dnia wyznaczała szychta na kopalni. Ojcowie nosili zazwyczaj wąsy, a brodę golili brzytwą. Kiedy szli do pracy zimą, zakładali na głowę baranienkę, a na ramieniu wieszali górniczą torbę. W środku musiała znaleźć się sznita chleba ze szpyrką, a często również plaskówka, czyli płaska butelka. Przerwy w pracy umilał tytoń – starsi palili w fajkach prasówkę, podczas gdy młodsi woleli na szybko zrobić skręta. Elegancja była zarezerwowana na niedzielę. Wtedy ojcowie wyciągali szlips, przypinali do koszuli kraglik, a dziadkowie zakładali odświętne gorsy, pamiętane przez Jendryschika jako Vorhengla, i w takim rynsztunku szli do kościoła. Kobiety w starszym wieku nosiły tradycyjnie zawiązaną chustkę, a młodsze zakładały kiecki i spodnice.

Smaki dawnego Schombergu

Jendryschik w swoim słowniczku przywołuje wiele nazw potraw, które gościły na stołach. Wspomina wodzionkę, ścierkę, smażonkę, karminadle, krupnioki, żymloki, hekerle, placki, maślonkę, kluski, modrą kapustę, królika, makówki, moczkę, pierniki i kakauszale. Wymienia również kupowanie świeżych krupnioków i żymloków u Dingetala w Bytomiu – tak nazwisko zapamiętał autor. Źródła bytomskie rzeczywiście notują w tym czasie nazwisko Dingethal, także w środowisku rzeźniczym.

Dominium i dziecięce wyprawy

Przy opisach jedzenia autor używa w jednym miejscu prostego słowa: bieda. To ona wymuszała oszczędność i zaradność. W piątki dzieci maszerowały do mleczarni w dominium po maślonkę. Na wielkie pola majątku wyprawiano się też po mlecze dla królików. Wymagało to odpowiedniego refleksu i odwagi, bo na horyzoncie zawsze mógł pojawić się konny nadzorca Pitarek. Wtedy najważniejsze było to, by zdążyć uciec do płotu, zanim jeździec zdołał dogonić intruzów.

Jendryschik wspomina, że zimą się kaschelowało. To śląsko-niemiecki czasownik oznaczający ślizganie się po lodzie. Jeśli brakowało sprzętu, dzieci używały klepek ze starej beczki jako nart. Dziś w okolicach Bytomia podobną sytuację opisalibyśmy zapewne słowem klojznąć lub klojzdnąć, choć słowa te niekoniecznie mają wspólną etymologię.

Miejsca i ludzie

Topografia przedwojennych Szombierek opierała się na sieci miejsc i ludzi, do których po prostu się chodziło. Znajomi spotykali się przy figurze Panienki albo obok transformatora przy domu doktora Scholza. Po świeże bułki szło się do Bursiga albo Mazkowskiego. Mięso i kiełbasy kupowano u Kowollika, a na piwo ojcowie chętnie zachodzili do gospody Schyski albo Bialasa. U Pokladnika można było kupić pastylki z salmiaku prosto przez kuchenne okno, a po wyjściu z kościoła kupowano kokosflocken u Kostona. Jendryschik przywołuje też ludzi zapamiętanych z ulicy: grubą Walterkę, starego Kotzybika, małego Kapelonka, nauczyciela Bautka oraz kontrolera mięsa Wenzela.

Bojki przy żeleźnioku

Długie, zimowe wieczory spędzano zazwyczaj przy ciepłym żeleźnioku. Gdy w domach zapalano karbidkę, dorośli zaczynali snuć bojki. W tych miejscowych gawędach pojawiał się utoplec i zmora. W opowieściach powracał także Skarbnik, dobrze znany z górniczego folkloru. Największe wrażenie robiła jednak lokalna bojka o starym Karolu Goduli. Zgodnie z nią, potężny przemysłowiec miał nocami przejeżdżać swoim powozem przez puste ulice Szombierek, a ciągnące go konie miały mieć buchające płomienie zamiast głów.

Rok obyczajów

Rytm roku wyznaczały stałe obyczaje. W okolicach Nowego Roku po domach chodziła kolęda, a w święto Trzech Króli dzieci wędrowały w przebraniach ze śpiewem. Lany Poniedziałek bywał na tyle intensywny, że dziewczyny musiały wyżymać mokre kiecki i spodnice po kilka razy dziennie. Latem, przy okazji ognisk świętojańskich, na boisku sportowym pojawiało się wesołe miasteczko. Działała tam mała dziecięca karuzela, wprawiana w ruch siłą mięśni starszych chłopaków. Zasada była prosta i uczciwa: „dreimal drücken – einmal fahren”, czyli trzy razy pchasz, raz jedziesz. Jesienią puszczano własnoręcznie zrobione latawce i pieczono ziemniaki w ogniskach, a we Wszystkich Świętych znów trzeba było uważać na palce przy zapalaniu cmentarnych świec.

„dreimal drücken – einmal fahren”

Dla górników wielkim dniem była Barbórka, która oznaczała darmowe piwo i kiełbasę. Jendryschik dodaje z humorem, że na ulicach nie brakowało potem pijanych. Na początku grudnia w oknie wystawowym u Zai przy Wilhelmstraße pojawiały się maski Mikołaja. Dzieci stawały wtedy przed szybkim rachunkiem sumienia, wiedząc, że pełna torba prezentów to zdecydowanie lepsza opcja niż wizyta Knechta Ruprechta, albo straszącego dzieci Dzioboka.

Od „Wörterbogen” do „Schomberger Lexikon”

Jendryschik odczytał swój „Schamberger Wörterbogen” podczas jubileuszu 1. Handharmonika-Club 1937 Schomberg w Laubach. Według noty w „Heimatblatcie” tekst wywołał wśród dawnych mieszkańców dużą wesołość i żywiołowy aplauz. Na tym pomysł się nie kończył. Siegfried Kowollik poprosił czytelników o nadsyłanie kolejnych „Schomberger Ausdrücke”. Jeśli materiału zebrałoby się wystarczająco dużo, planował nawet stworzyć „Schomberger Lexikon”.

Do wydania pełnego słownika prawdopodobnie nigdy nie doszło. Zostały jednak te dwie strony Jendryschika – i zaskakująco dużo słów, które po tylu latach nadal brzmią w Bytomiu i Szombierkach całkiem znajomo.

Źródła i bibliografia

Źródło główne

Günther Jendryschik, „Schamberger Wörterbogen”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 11, listopad 1987, s. 31–32.

Źródła podstawowe i kontekstowe

  1. Günther Jendryschik, Siegfried Kowollik, „Ein Schomberger Lehrer feiert seinen 80. Geburtstag!”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 2, luty 1975, s. 15–16.
  2. Günther Jendryschik, „Zirkus Belli in Schomberg”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 5, maj 1978, s. 29–30.
  3. Siegfried Kowollik, „Der Arbeitskreis «Schomberger Heimatgeschichte»”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 4, kwiecień 1979, s. 32–33.
  4. Günther Jendryschik, „Das Schrammelorchester in Schomberg”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 6, czerwiec 1979.
  5. Siegfried Kowollik, „Schomberger Bilderbogen”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 11, listopad 1979, s. 31–33.
  6. „Schomberger Schul- und Harmonikafreunde in Bad Godesberg”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 7/8, lipiec–sierpień 1981, s. 30–33.
  7. Siegfried Kowollik, „Glanzvolle Jubiläumsfeier des 1. Handharmonika-Clubs 1937 Schomberg”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 11, listopad 1987, s. 26–30.
  8. „Drei Schomberger Harmonikafreunde”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 11, listopad 1990.
  9. FamilySearch Family Tree, profil: Guenther Jendryschik (1925–1995), ID M819-Y8S.
0
0

Read more

Sylwetka Paula Glogera na tle industrialnej zabudowy kopalni. Grafika do artykułu o burmistrzu Szombierek w latach 1937-1939.

Paul Gloger — burmistrz Szombierek u progu wojny

Cykl: Gmina, urząd, władza

Paul Gloger — burmistrz Szombierek u progu wojny

Niemiecki urzędnik samorządowy i zarządca przemysłowych Szombierek w latach 1937–1939

1890–1983 Königszelt 1933–1937 Szombierki 1937–1939 Mikulczyce 1939–1945
Paul Gloger, burmistrz Szombierek w latach 1937–1939
Paul Gloger (1890–1983), burmistrz Szombierek. Cyfrowa rekonstrukcja na podstawie fotografii archiwalnej.

Historia Szombierek to nie tylko dzieje kopalń, hut i koncernu Schaffgotschów. To również historia urzędu gminnego, który musiał organizować życie miejscowości niemal całkowicie podporządkowanej wielkiemu przemysłowi. W latach 1937–1939 na jego czele stał Paul Gloger — doświadczony niemiecki urzędnik, wcześniej związany z administracją Königszelt, dzisiejszej Jaworzyny Śląskiej.

Jego kadencja przypadła na ostatnie lata pokoju i pierwsze tygodnie wojny. Zachowane przekazy pokazują go jako sprawnego zarządcę zajętego finansami, sporami komunalnymi, szkodami górniczymi i problemami mieszkaniowymi. Jednocześnie była to kariera rozwijana w realiach narodowosocjalistycznego państwa — kontekstu, którego nie można ani przemilczeć, ani zastąpić prostą oceną.

Pochodzenie i pierwsze doświadczenia

Paul Gloger urodził się 18 sierpnia 1890 roku w Hertwigswalde, dzisiejszych Doboszowicach w powiecie ząbkowickim. Był synem rolnika Paula Glogera i Anny z domu Christoph. Pochodził zatem ze środowiska wiejskiego, ale jego dalsza droga zawodowa bardzo szybko oddaliła go od rodzinnego gospodarstwa.

Ukończył ośmioletnią szkołę ludową jako najlepszy uczeń. Później uczestniczył w kursach rolniczych we Wrocławiu, a z czasem uzupełniał wiedzę z zakresu finansów na tamtejszym uniwersytecie. Z zachowanych danych wyłania się człowiek nastawiony na praktyczne wykorzystanie wykształcenia: rachunkowość, kontrolę, organizację pracy i zarządzanie środkami publicznymi.

Karierę administracyjną rozpoczął w 1908 roku jako wolontariusz w gminie Kohlfurt, dzisiejszym Węglińcu. W latach 1909–1912 pracował jako asystent kontroli rolniczej we Wrocławiu. Był wtedy bardzo młody, ale zdobywał doświadczenie w dziedzinach, które później miały stać się podstawą jego zawodowej pozycji.

Od huzara do urzędnika

W 1912 roku Gloger został powołany do 2. Pułku Huzarów Przybocznych stacjonującego w Gdańsku-Wrzeszczu, znanego jako formacja „Czarnych Huzarów”. Awansował na podoficera. Po wybuchu I wojny światowej nie pełnił jednak wyłącznie służby liniowej. Pracował w biurze płatnika pułku, a w 1915 roku, podczas służby we Francji, otrzymał funkcję polowego płatnika rezerwy.

W 1918 roku wracał z frontu na Ukrainie. Po zakończeniu wojny pracował jeszcze w intendenturze we Wrocławiu, a w 1919 roku został zwolniony z Reichswehry. Wojskowe doświadczenia nie uczyniły z niego zawodowego oficera. Wzmocniły natomiast profil urzędnika obeznanego z finansami, zaopatrzeniem i funkcjonowaniem rozbudowanej organizacji.

W 1922 roku objął stanowisko kierownika handlowego w spółdzielni rolniczej w Münsterberg, dzisiejszych Ziębicach. Włączył się także w działalność samorządową: został radnym, a następnie członkiem magistratu. Od 1929 roku mieszkał w Schweidnitz, czyli Świdnicy, gdzie również wszedł do lokalnej rady.

Königszelt i polityczny kontekst kariery

W 1933 roku Paul Gloger został powołany na naczelnika urzędu i gminy Königszelt, dzisiejszej Jaworzyny Śląskiej. Od października tego samego roku pełnił funkcję burmistrza, formalnie wybranego na dwanaście lat. Oficjalne księgi adresowe rejestrowały go jako urzędującego burmistrza gminy liczącej około 3900 mieszkańców.

Nie był jednak urzędnikiem stojącym poza systemem politycznym swojej epoki. Według opracowań poświęconych przedwojennej Jaworzynie Śląskiej należał do NSDAP od 1930 roku, a w styczniu 1932 roku uczestniczył w trzytygodniowym kursie partyjnym w Monachium. W Königszelt miał również prowadzić prelekcję poświęconą zadaniom gminy w państwie narodowosocjalistycznym.

Istotne zastrzeżenie

Informacje te nie pozwalają przedstawiać Glogera jako całkowicie apolitycznego technokraty. Jego kariera rozwijała się w strukturach III Rzeszy i korzystała z warunków stworzonych przez narodowosocjalistyczny system. Jednocześnie materiały wykorzystane w tym opracowaniu nie dokumentują jego osobistego udziału w represjach ani nie pozwalają przypisywać mu działań, których źródła nie potwierdzają.

Misja w Szombierkach

Paul Gloger objął stanowisko naczelnika urzędu i burmistrza Szombierek 15 października 1937 roku. Według powojennych relacji został sprowadzony z polecenia bytomskiego landrata, Freiherr von Wangenheima, aby uporządkować sytuację po wcześniejszych zarządcach wyłonionych z partyjnego klucza.

Ten obraz pochodzi przede wszystkim z późniejszych wspomnień samego Glogera i środowiska dawnych niemieckich mieszkańców. Należy więc czytać go ostrożnie. Pokazuje jednak, jak po wojnie zapamiętano jego pojawienie się w Szombierkach: jako przyjazd doświadczonego urzędnika mającego opanować problemy finansowe i organizacyjne gminy.

Gmina zależna od przemysłu

W przemówieniu wygłoszonym wiele lat później Gloger oceniał, że około 97 procent mężczyzn w Szombierkach pracowało w górnictwie, a zależność gminy od przedsiębiorstw Schaffgotschów sięgała około 80 procent. Nawet jeżeli potraktujemy te liczby jako wspomnieniowe przybliżenie, dobrze oddają one charakter miejscowości.

7 sporów administracyjnych zakończonych pomyślnie dla gminy
70 000 RM kwota uzyskana od miasta Bytomia na drodze mediacji i sporów
25 rodzin przesiedlonych ze zrujnowanych baraków do nowych mieszkań

Dzięki pozyskanym funduszom zrealizowano inwestycje widoczne w przestrzeni gminy: uporządkowanie lokalnego parku, nową ścieżkę komunikacyjną czy przebudowę wjazdu do miejscowości. Działania te doskonale wpisywały się w wizerunek Glogera – człowieka stawiającego na konkretne, komunalne rozwiązania.

Ludzie urzędu i sprawy komunalne

Administracja nie była dziełem jednej osoby. W powojennych zestawieniach zachowały się nazwiska części urzędników pracujących z Glogerem. Ich obecność przypomina, że za decyzjami burmistrza stał zespół prowadzący codzienną ewidencję i finanse.

Helene Immischsekretariat burmistrza
Hans Bulkaurząd stanu cywilnego
K. Kochanowskikierownik biura głównego
Günter Schyskakasa gminna
Rudolf Griskowydział gospodarczy

Wrzesień 1939 roku

Wybuch wojny postawił nadgraniczne Szombierki w zupełnie nowej sytuacji. Z późniejszych relacji wynika, że miejscowość znalazła się pod ostrzałem polskiej artylerii prowadzonego z kierunku Goduli i rejonu Hubertushütte. Gloger miał kontaktować się z wojskiem, starając się uzyskać ochronę gminy i informacje o rzeczywistym zagrożeniu.

W tej historii najważniejszy nie jest obraz burmistrza „na linii frontu”, lecz próba zdobycia informacji w chwili, gdy plotka i strach zaczynały zastępować działanie urzędu.

Najbardziej znana opowieść dotyczy nocy z 2 na 3 września. Wśród mieszkańców miała narastać panika oraz zamiar ucieczki w stronę Miechowic. Gloger wraz z miejscowym komendantem policji miał udać się w kierunku rowów granicznych, miejscami poruszając się pod ostrzałem, aby rozpoznać sytuację. Po powrocie uspokoił mieszkańców, skutecznie zapobiegając chaotycznej ewakuacji.

Mikulczyce i koniec wojny

15 listopada 1939 roku Gloger zakończył pracę w Szombierkach i objął urząd burmistrza Klausberg (Mikulczyc). Nowa gmina liczyła około 20 000 mieszkańców, co stanowiło wyraźny awans w strukturze urzędniczej. Pozostał tam do stycznia 1945 roku, po czym wyjechał ze Śląska i ostatecznie trafił do amerykańskiego obozu dla internowanych, gdzie przebywał do 1947 roku.

Powojenne losy i pamięć o Szombierkach

Po wojnie Gloger osiadł w heskim Alten-Buseck. Do późnej starości utrzymywał jednak kontakt z dawnymi mieszkańcami Szombierek, uczestnicząc chociażby w zjazdach klasowych (m.in. w 1975 roku w Bonn-Bad Godesberg). Zmarł 26 kwietnia 1983 roku, w wieku 92 lat, zapisując się w pamięci współpracowników jako urzędnik o niebywałej pamięci do detali administracyjnych.

Jak oceniać Paula Glogera?

Paul Gloger nie mieści się wygodnie ani w formule lokalnego dobroczyńcy, ani w uproszczonym portrecie anonimowego funkcjonariusza dyktatury. Był członkiem NSDAP i sprawował urząd dzięki karierze rozwijanej w narodowosocjalistycznym państwie. Tego faktu nie wolno usuwać z biografii.

Jednocześnie zachowane materiały pokazują konkretne decyzje administracyjne: prowadzone spory, pozyskane środki, niewielkie inwestycje, negocjacje mieszkaniowe oraz działania podejmowane w pierwszych dniach wojny. Rzetelny opis zachowuje oba te wymiary – polityczne uwikłanie i codzienny, pragmatyczny warsztat urzędniczy.

Paul Gloger — kalendarium

1890

Narodziny w Hertwigswalde (Doboszowice).

1912–1919

Służba w 2. Pułku Huzarów Przybocznych (m.in. we Francji i na Ukrainie).

1933

Obejmuje urząd burmistrza w Königszelt (Jaworzyna Śląska).

październik 1937

Zostaje powołany na naczelnika urzędu i burmistrza Szombierek.

2/3 września 1939

Podejmuje działania zapobiegające ewakuacji i panice w ostrzeliwanych Szombierkach.

listopad 1939

Awansuje na burmistrza Mikulczyc.

1945–1947

Okres powojennego internowania przez wojska amerykańskie.

1983

Umiera w Alten-Buseck w Hesji.

Bibliografia i źródła

Najważniejsze materiały bazowe wykorzystane przy rekonstrukcji biografii:

Prasa regionalna i ziomkowska

  • Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt — wydania 1975 (nr 9), 1977 (nr 10), 1978 (nr 7/8), 1979 (nr 11), 1983 (nr 6) oraz 1989 (nr 5).
  • Der Oberschlesische Wanderer — wydania z 1938 r. (nr 236) i 1939 r. (nr 46).

Księgi adresowe i rejestry

  • Deutsches Reichs-Adressbuch für Industrie, Gewerbe, Handel (Bd. IV).

Uwaga: Znaczna część informacji pochodzi z powojennych wspomnień środowisk ziomkowskich. W artykule starano się oddzielić weryfikowalne fakty administracyjne od późniejszych, nacechowanych emocjonalnie ocen[cite: 3].

0
0

Read more

Harmoniści z Szombierek – historia 1. Handharmonika-Club 1937 Schomberg

Harmoniści z Szombierek. Historia klubu założonego w 1937 roku

Guzikówki z Szombierek • muzyka • ludzie • 1937–1989

Harmoniści z Szombierek. Historia klubu z 1937 roku

Chodzili z instrumentami na próby do Bobrka, grali na weselach, w gospodach i salach stowarzyszeń, a po kilkudziesięciu latach odnaleźli się ponownie i znów usiedli razem do muzykowania. Historia 1. Handharmonika-Club 1937 Schomberg zachowała się w fotografiach, prasowych wspomnieniach i pamięci jego dawnych członków.

Spis treści

Guzikówka? Co to właściwie jest?

Dziś słowo „guzikówka” może brzmieć trochę zagadkowo. Nie chodzi jednak o żaden osobliwy szombierski wynalazek. Tak potocznie określa się harmonię ręczną — instrument miechowy, w którym zamiast fortepianowej klawiatury znajdują się guziki.

W przypadku szombierskiego klubu źródła mówią wprost o diatonicznych harmoniach ręcznych. Niemieckie określenie Handharmonika miało szerszy zakres i obejmowało różne rodzaje instrumentów miechowych, dlatego nie należy automatycznie utożsamiać go z jednym konkretnym modelem. [1, 11]

Najprościej: miech, guziki i melodia. Właśnie na takich niewielkich instrumentach młodzi mieszkańcy Szombierek uczyli się walców, marszów, tańców i popularnych melodii.
Przedwojenna harmonia guzikowa Hohner – przykład instrumentu nazywanego potocznie guzikówką
Przedwojenna harmonia guzikowa marki Hohner — przykład niewielkiego instrumentu miechowego określanego potocznie jako „guzikówka”. Fotografia ma charakter ilustracyjny; nie przedstawia instrumentu należącego do 1. Handharmonika-Club 1937 Schomberg.
1. Handharmonika-Club 1937 Schomberg w liczbach
1935–1936 młodzi muzycy z Szombierek chodzą na próby do sąsiedniego Bobrka
lipiec 1937 w gospodzie „Deutsches Haus” powstaje własny szombierski klub
40–60 na tyle po latach szacowano liczebność całego stowarzyszenia
8–14 lat tyle miało wielu najmłodszych uczniów Adolfa Schulza
50 fenigów miesięczna składka młodzieży; dorośli płacili 70 fenigów
39 osób losy tylu dawnych członków udało się ustalić do wiosny 1981 roku

Za tymi liczbami byli jednak konkretni ludzie. Dzieci i młodzież wracające wieczorem z prób, nauczyciele po pracy, dziewczęta występujące na lokalnych uroczystościach, górnicy i rodziny spotykające się przy muzyce. Żeby zrozumieć, skąd w Szombierkach wziął się własny klub harmonistów, trzeba najpierw przejść z jego pierwszymi muzykami kilka kilometrów do sąsiedniego Bobrka.

Czytaj także: „Szombierki 1927. Jeden dzień z życia” — opowieść o codzienności tej samej miejscowości kilkanaście lat wcześniej.

Najpierw trzeba było dojść do Bobrka

W latach 1935–1936 młodzi muzycy z Szombierek nie mieli jeszcze własnego stowarzyszenia. Zabierali więc instrumenty i szli do Bobrka, gdzie od końca 1934 roku działał klub związany z Willim Hunnem i Adolfem Schulzem. Próby odbywały się w tamtejszej nowej szkole.

Wśród mieszkańców Szombierek uczęszczających na te zajęcia byli między innymi Alfred Grützner, Rudi Miemietz, Gerhard Krompietz, Rudi Gambka, Luzie Skowronek, Margot Hadzik i Hilde Weindich. [1]

Chętnych przybywało. W 1937 roku podczas spotkania w bobreckim Hüttenkasino uznano, że w Szombierkach można już stworzyć własną organizację. W lipcu 1937 roku w gospodzie „Deutsches Haus” powstał 1. Handharmonika-Club 1937 Schomberg. [1, 2, 3]

Przewodniczącym został Karl Lauer, jego zastępcą Hans Opara. Bruno Jonderko objął funkcję skarbnika, Josef Maniura sekretarza. W rozmowach założycielskich uczestniczył również Josef Skowronek. [1]

Powstanie własnego klubu nie oznaczało zerwania kontaktów z Bobrkiem. Szombierscy harmoniści nadal korzystali z doświadczenia tamtejszych nauczycieli i współpracowali z sąsiadami. Klub wyrósł więc nie z jednej uroczystej decyzji, lecz z wcześniejszych miesięcy nauki, prób i zwyczajnego chodzenia z instrumentem z jednej miejscowości do drugiej.

Willi Hunn i wieczorne próby Adolfa Schulza

Willi Hunn pochodził z Zaisenhausen w Badenii, gdzie urodził się 13 czerwca 1913 roku. Jego ojciec kierował oddziałem firmy Hohner. Sam Willi wyuczył się zawodu budowniczego akordeonów, a następnie kształcił muzycznie w Deutsche Harmonikaschule w Stuttgarcie.

W lutym 1934 roku rozpoczął pracę w bytomskim domu muzycznym Th. Cieplika przy Bahnhofstraße. Wkrótce organizował zespoły w kolejnych miejscowościach górnośląskiego okręgu przemysłowego, a pod koniec 1937 roku otworzył własną szkołę muzyczną w Gliwicach. [2]

Nad szombierskim klubem sprawował ogólne kierownictwo muzyczne. Codzienna praca z uczniami spoczywała przede wszystkim na Adolfzie Schulzu z Bobrka — ślusarzu zatrudnionym w Julienhütte. Pracował na dziennej zmianie, dzięki czemu wieczory mógł przeznaczyć na naukę młodych harmonistów. Wielu z nich miało zaledwie od ośmiu do czternastu lat. [1, 2]

Willi Hunn, nauczyciel i dyrygent związany z 1. Handharmonika-Club 1937 Schomberg
Willi Hunn, nauczyciel i dyrygent związany z 1. Handharmonika-Club 1937 Schomberg oraz innymi górnośląskimi zespołami harmonistów. Portret opublikowano przy artykule z okazji jego siedemdziesiątych urodzin; data wykonania fotografii nie została podana. Źródło: „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, maj 1983, s. 21. Fotografia archiwalna w wersji poddanej cyfrowemu odświeżeniu.

Guzikówka, nuty i pięćdziesiąt fenigów

Próby miały ustalony porządek. Najpierw Schulz pracował indywidualnie z najmłodszymi i początkującymi. Później ćwiczyła grupa licząca około piętnastu–dwudziestu osób, a na końcu starsi muzycy.

Zajęcia odbywały się w budynkach szombierskiej szkoły chłopięcej, a później również w Katolickim Domu Stowarzyszeń — Katholisches Vereinshaus przy ówczesnej Godullahütter Straße. [1]

Sama umiejętność naciskania odpowiednich guzików nie wystarczała. Trzeba było nauczyć się zapisu muzycznego. We wspomnieniach członków klubu pojawia się dziesięcioliniowy system Helbling, a także systemy Habla, Record, Claude i Holzschuh.

Muzycy zaczynali od prostszych melodii, a później sięgali po walce koncertowe, marsze, tańce i opracowania popularnych utworów. Wśród wykonywanych kompozycji pojawiały się nazwiska Hermanna Schittenhelma i Alfonsa Holzschuha, a także tytuły „Aus dem schönen Wien”, „Blaue Adria” czy „Elsäßische Bauerntänze”. [1]

Na początku nie dysponowano osobnym instrumentem basowym. Wspomnienie mówi o wykonywaniu pierwszego i drugiego głosu. To dobry przykład, jak od podstaw budowano miejscowy zespół: zaczynano od tego, czym dysponowano, a dopiero z czasem sięgano po coraz trudniejszy repertuar.

Klub miał też swoją mniej romantyczną stronę: składki, opłaty i książeczki członkowskie. Młodzież płaciła miesięcznie 50 fenigów, dorośli 70. Jednorazowa opłata organizacyjna wynosiła 10 fenigów, książeczka członkowska kosztowała 15, a wpisowe dla członków pasywnych — wspierających działalność — wynosiło 5 marek. Liczebność całego stowarzyszenia szacowano po latach na około 40–60 osób. [1]

Szombierki słuchają

Kiedy dokładnie klub po raz pierwszy wystąpił przed publicznością? Zachowane przekazy nie dają jednej prostej odpowiedzi. Przedruk doniesienia z „Ostdeutsche Morgenpost” opisuje występ sylwestrowy pod koniec 1937 roku w „Deutsches Haus”, prowadzony przez Krzisinskiego z Bytomia. Z kolei dawni członkowie klubu wspominali po latach, że ich pierwszym publicznym występem był koncert w Poniedziałek Wielkanocny 1938 roku w Hüttenkasino w Bobrku. [1, 4]

Nie ma potrzeby na siłę godzić obu relacji. Ważniejsze jest to, że na przełomie 1937 i 1938 roku szombierskie harmonie wychodziły już z sal prób przed publiczność.

Podczas wielkanocnego występu w Bobrku, pod kierownictwem Hunna, zabrzmiały „Bauernhochzeit”, „Rheinländer-Polka” oraz walc „Am Weichselstrande”. W następnych miesiącach harmoniści grali w Szombierkach, Bytomiu i sąsiednich miejscowościach. [1]

Regularnie występowali w gospodzie Bialasa i w Katholisches Vereinshaus. Zapraszano ich na zaręczyny, wesela, uroczystości rodzinne i imprezy zakładowe. Starsi wykonawcy uzupełniali klubowy repertuar melodiami dobrze sprawdzającymi się podczas takich spotkań. [1, 5]

Grupa 1. Handharmonika-Club 1937 Schomberg w ogrodzie gospody Bialasa w Szombierkach około 1938 roku
Grupa 1. Handharmonika-Club 1937 Schomberg w ogrodzie gospody Bialasa w Szombierkach, około 1938 r. Od lewej: Rudi Gambka, Ursula Plottek z domu Kirschniok, Leonhardt Maniura, Hilde Zips z domu Weindich, Trudel Opara, Rosel Kosor z domu Walloschek, Alfred Maniura, Margot Speerschneider z domu Hadzik, Gerhard Krompietz, Helmut Czysch oraz Karl Lauer, pierwszy przewodniczący klubu. Źródło: „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, kwiecień 1983 . Fotografia archiwalna w wersji poddanej cyfrowemu odświeżeniu.

Prasa odnotowała także większy koncert jesienią 1938 roku. Publiczność powitał Karl Lauer, wieczór prowadził Müller, a obok całej orkiestry wystąpiło dwoje dwunastoletnich solistów. Drugą część programu wypełnił zespół z Bobrka oraz solowe popisy Hunna. [4]

Konferansjer Karl Müller potrafił nadać występom mocno lokalny charakter. Siegfried Kowollik zapamiętał szczególnie wiersz o słowie „Pieronje”, które w zależności od sytuacji mogło wyrażać złość, ulgę albo zachwyt. W przywołanej anegdocie używał go nawet Górnoślązak stojący przed bramą nieba. Drobiazg, ale doskonale pokazujący atmosferę tych wieczorów. [1]

W działalności klubu dużą rolę odgrywały również dziewczęta. Jedna z zachowanych fotografii pokazuje grupę młodych wykonawczyń w szombierskim Vereinshaus. Według późniejszego podpisu zdjęcie powstało prawdopodobnie podczas zabawy karnawałowej jednego ze stowarzyszeń kościelnych. Dokładnej daty nie znamy. [5]

Dziewczęca grupa 1. Handharmonika-Club 1937 Schomberg w Katholisches Vereinshaus w Szombierkach
Dziewczęca grupa 1. Handharmonika-Club 1937 Schomberg w szombierskim Katholisches Vereinshaus, prawdopodobnie podczas zabawy karnawałowej stowarzyszenia kościelnego. W pierwszym rzędzie od lewej: dziewczyna nienależąca do klubu, następnie Ursula Kirschniok, Margot Hadzik, Luzie Skowronek, Rosel Walloschek i Trudel Opara, w powojennym podpisie wymieniona jako Trudel Kulik. Dokładna data wykonania nie jest znana. Fotografię udostępnił Siegfried Kowollik. Źródło: „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, kwiecień 1983, s. 31. Fotografia archiwalna w wersji poddanej cyfrowemu odświeżeniu.

Jeszcze ciekawsza jest fotografia opublikowana kilka lat później pod tytułem „Harmonikamädchen im »Schomberger Kloster«”. Towarzyszył jej apel o rozpoznanie pozostałych osób. Wśród wymienionych członkiń znalazły się również Gretel Orant i Hertha Breitkopf, których nie udało się wówczas odnaleźć.

Tak właśnie powstawało powojenne archiwum klubu: ktoś przesyłał odbitkę, ktoś rozpoznawał koleżankę, ktoś inny dopisywał nazwisko lub nowy adres. [6]

Grupa młodych harmonistów w Szombierkach na fotografii opisanej jako Harmonikamädchen im Schomberger Kloster
Fotografia grupowa opublikowana pod tytułem „Harmonikamädchen im »Schomberger Kloster«” — „Dziewczęta z harmoniami w »szombierskim klasztorze«”. Towarzysząca publikacji notatka wymieniała również członkinie klubu Gretel Orant i Herthę Breitkopf oraz prosiła o identyfikację pozostałych osób. Dokładna data wykonania nie została podana. Fotografię udostępnił Siegfried Kowollik. Źródło: „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, kwiecień 1987, s. 27. Fotografia archiwalna w wersji poddanej cyfrowemu odświeżeniu.

2 lipca 1939. Klub jedzie na wycieczkę

Klub nie oznaczał wyłącznie nut, prób i koncertów. W niedzielę 2 lipca 1939 roku grupa szombierskich harmonistów wybrała się do Böhmswalde w powiecie gliwickim. Podróżowano tramwajem i koleją. We wspomnieniu zapisano granie w lokalu, zabawy w ogrodzie, wspólny obiad oraz późniejszy spacer. [1]

Zachowała się również fotografia jedenastoosobowej grupy. Dzięki podpisowi znamy wszystkich widocznych na niej uczestników. To sprawia, że nie patrzymy na anonimowych „młodych ludzi sprzed wojny”, lecz na konkretnych mieszkańców Szombierek.

Członkowie 1. Handharmonika-Club 1937 Schomberg podczas wycieczki do Böhmswalde, 2 lipca 1939 roku
Członkowie 1. Handharmonika-Club 1937 Schomberg podczas wycieczki do Böhmswalde w powiecie gliwickim, 2 lipca 1939 r. Od lewej, z przodu: Rudi Gambka, Leonhardt Maniura i Addi Jonderko; w środkowym rzędzie: Rosel Kosor z domu Walloschek, Margot Speerschneider z domu Hadzik i Ursula Plottek z domu Kirschniok; z tyłu: Luzie Pixa z domu Skowronek, Hilde Zips z domu Weindich, Marion Mehrtens z domu Blachowski, Trudel Kulik z domu Opara i Siegfried Kowollik. Nazwiska podano według powojennego podpisu. Fotografię udostępnił Siegfried Kowollik. Źródło: „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, kwiecień 1981, s. 30. Fotografia archiwalna w wersji poddanej cyfrowemu odświeżeniu.

W ostatnim rzędzie stoi Siegfried Kowollik. Latem 1939 roku jest po prostu jednym z uczestników klubowej wycieczki. Czterdzieści lat później będzie jednym z ludzi, którzy zaczną szukać dawnych kolegów, zbierać ich adresy, podpisywać fotografie i ratować historię tego środowiska przed zapomnieniem.

Nie tylko jeden klub. Muzyczne Szombierki lat trzydziestych

1. Handharmonika-Club 1937 Schomberg nie był jedyną miejscową formacją muzyczną. Zachowane fotografie pokazują jednak kilka środowisk, których nie wolno automatycznie ze sobą utożsamiać.

Osobno działała Handharmonika-Spielgruppe der Hohenzollerngrube, czyli grupa harmonistów przy kopalni Hohenzollern. We wrześniu 1981 roku „Heimatblatt” opublikował jej fotografię z 1937 roku i wyraźnie odróżnił tę grupę od szombierskiego klubu. Rozpoznano jedynie pana Angresa stojącego pierwszy z lewej. [7]

Handharmonika-Spielgruppe der Hohenzollerngrube Schomberg, grupa harmonistów kopalni Hohenzollern w 1937 roku
Handharmonika-Spielgruppe der Hohenzollerngrube Schomberg — grupa harmonistów przy kopalni Hohenzollern, 1937 r. Pierwszy z lewej: pan Angres; w publikacji nie podano jego imienia ani nazwisk pozostałych osób. Zespół opisano jako odrębny od 1. Handharmonika-Club 1937 Schomberg. Właścicielką fotografii była Trudel Seidel z domu Pakosch. Źródło: „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, wrzesień 1981, s. 35. Fotografia archiwalna w wersji poddanej cyfrowemu odświeżeniu.

Trzecią znaną formacją był Fanfarenzug Schomberg, skupiający doboszów i fanfarzystów. Notatka z 1991 roku wymienia jego dawnych kierowników: Gerharda Schmaiducha, Oswalda Kostona i Gerharda Matloka.

Nie znamy dziś dokładnych zależności organizacyjnych między tymi grupami. Najbezpieczniej traktować je jako odrębne środowiska muzyczne działające w przedwojennych Szombierkach. [8]

Wojna dociera do klubowej sali

Przedwojenna działalność stowarzyszenia odbywała się w realiach III Rzeszy. Według relacji Siegfrieda Kowollika klub podlegał ujednoliconym zasadom związanym z Reichsmusikkammer. Autor wspominał także o obowiązku udziału w wydarzeniach politycznych. To świadectwo uczestnika pozwala dostrzec zarówno zwyczajne życie muzyczne, jak i narzucone organizacji ramy epoki. [1]

Po wybuchu wojny starsi muzycy kolejno odchodzili do służby pracy i wojska. Powołano Hunna oraz Karla Lauera. Lauer przekazał kierowanie klubem Brunonowi Jonderce, natomiast Adolf Schulz nadal prowadził zajęcia. Próby udawało się organizować jeszcze około 1944 roku. [1, 2]

Zachowała się nawet data jednego z wojennych spotkań: 31 stycznia 1943 roku w gospodzie Kluzika odbyły się walne zebranie i klubowa uroczystość bożonarodzeniowa. [1]

Wcześniej klub stracił sekretarza. Josef Maniura zginął w wypadku w kopalni Hohenzollern w kwietniu 1940 roku. Wspomnienie umieszcza jego śmierć dwa dni po koncercie w Orzegowie z 14 kwietnia, co wskazuje na 16 kwietnia.

Bruno Jonderko po wkroczeniu Armii Czerwonej został wywieziony w głąb ZSRR. Według wspomnienia zmarł 17 czerwca 1945 roku w Nowosybirsku. [1]

Wśród zmarłych i poległych członków klubu wymieniano również Adolfa Schulza, Hansa Oparę, Alfreda Grütznera, Georga Augustinioka, Brunona Dreihana, Adolfa i Joachima Jonderków oraz Engelberta Kliema. Poszczególne losy tych ludzi wymagają jeszcze osobnego odtworzenia. Nie wszystkich można sprowadzić do jednego określenia „polegli na froncie”. [1, 9]

Najpierw ubywało wykonawców, później rozproszyło się całe środowisko. Część dawnych członków pozostała jednak na Śląsku. Dopiero po wielu latach rozpoczęto systematyczne odtwarzanie zerwanych kontaktów.

Czytaj także: „Szombierki 1945. Tragedia mieszkańców” — o dramatycznych losach miejscowej ludności u schyłku wojny.

Znaleźć adres, odnaleźć kolegę

Odbudowanie więzi wymagało listów, zapytań i cierpliwego zbierania informacji. Szczególną rolę odegrał Siegfried Kowollik, wspierany między innymi przez rodziny Alfreda i Leonhardta Maniurów. Poszukiwano dawnych kolegów szkolnych i klubowych, gromadzono fotografie i dopisywano nazwiska.

„Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, pismo dawnych mieszkańców regionu, stało się jednym z głównych miejsc publikowania apeli, fotografii i kolejnych ustaleń. [10]

Wiosną 1981 roku Kowollik informował, że udało się ustalić losy 39 członków klubu. Jedenastu już nie żyło, a siedmioro nadal mieszkało na Śląsku. [1]

Pierwszy powojenny zjazd odbył się od 29 do 31 maja 1981 roku w Bonn-Bad Godesberg. Połączono go ze spotkaniem dawnych uczniów klasy Ib szombierskiej szkoły chłopięcej. Przyjechało ponad sześćdziesiąt osób, a relacja wymienia trzynastu członków klubu. Obecni byli również Karl Lauer i Willi Hunn. [10]

Deutscher Harmonika-Verband uhonorował dawnych muzyków odznaczeniami. Ważniejsza była jednak sama możliwość ponownego wspólnego grania.

Hunn po wojnie osiadł w Hamburgu, gdzie ponownie uczył muzyki i prowadził zespoły. W Bad Godesberg wrócił jednak do melodii znanych ze Szombierek. Dawni wykonawcy zagrali między innymi „Kuckucks-Walzer” i „Wien bleibt Wien”. Uczestnicy śpiewali też „Rosen und Jugend”, korzystając z przygotowanych tekstów. [2, 10]

Zorganizowano nawet konkurs rozpoznawania dawnych utworów. Hasłem okazało się nazwisko Adolfa Schulza — nauczyciela, który nie mógł już usiąść wśród swoich uczniów. Rozwiązanie odgadli Reinhold Maniura i Margot Speerschneider. [10]

Muzyka dopisuje dalszy ciąg

Spotkanie z 1981 roku nie było końcem tej historii. W maju 1984 roku dawni harmoniści spotkali się w Trossingen — mieście silnie związanym z produkcją instrumentów. Zwiedzili zakłady Hohnera i uczestniczyli w pokazach w studiu muzycznym. [9]

Trzy lata później, od 17 do 20 września 1987 roku, obchodzono pięćdziesięciolecie klubu w Grävenwiesbach-Laubach w Taunus. Przyjechało prawie siedemdziesiąt osób, w tym osiemnastu dawnych członków. [9]

Karl Lauer i Willi Hunn otrzymali honorowe członkostwo oraz pamiątkowe puchary. Ośmioro wykonawców przywiozło instrumenty. Pod kierownictwem dawnego dyrygenta ponownie ćwiczyli, a później zagrali melodie wykonywane przed wojną w Szombierkach. [9]

Na jubileusz Heinz Engl skomponował specjalny utwór. Uczestnicy wybrali dla niego tytuł „Schomberger Bilderbogen” — „Obrazki z Szombierek”. Obok dawnych melodii pojawiła się więc zupełnie nowa kompozycja, napisana specjalnie dla tej wspólnoty. [9]

Dwa lata później muzyka zabrzmiała ponownie. We wrześniu 1989 roku podczas obchodów 700-lecia Szombierek w Recklinghausen grupa dawnych harmonistów otworzyła uroczystości marszem „Junges Blut”. [12]

Jeszcze w 1991 roku planowano kolejne spotkanie w Trossingen, wyznaczone na 17–20 czerwca 1993 roku. Poszukiwano przy tej okazji również dawnych członków Fanfarenzug Schomberg. Zachowana zapowiedź nie pozwala jednak stwierdzić, czy zjazd rzeczywiście odbył się w planowanym terminie. [8]

Gdy patrzymy dziś na fotografię z 2 lipca 1939 roku, wiemy coś, czego nie mogli wiedzieć stojący przed obiektywem młodzi ludzie. Za dwa miesiące rozpocznie się wojna, która rozbije ich świat i rozproszy klubowych kolegów.

Nie mogli też wiedzieć, że po czterdziestu latach będą szukać swoich adresów, rozpoznawać twarze na starych odbitkach i ponownie otwierać nuty.

Zostały fotografie, nazwiska, wspomnienia oraz melodie, które po wielu dziesięcioleciach nadal potrafili razem zagrać. I właśnie dzięki temu historia niewielkiego klubu harmonistów stała się częścią historii Szombierek.

Uwagi źródłowe i bibliografia

Uwagi źródłowe

Podstawą artykułu są przede wszystkim wspomnienia i materiały publikowane po wojnie w „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”. Znaczną część dokumentacji zgromadzili dawni uczestnicy opisywanych wydarzeń, szczególnie Siegfried Kowollik i Leonhardt Maniura. Relacje powstawały po kilkudziesięciu latach, dlatego zachowane rozbieżności wymagają ostrożności.

  • Data założenia: źródła podają 13 albo 24 lipca 1937 roku. W tekście głównym przyjęto bezpieczne sformułowanie „w lipcu 1937 roku”.
  • Pierwszy występ: wspomnienie z 1981 roku wskazuje Poniedziałek Wielkanocny 1938 roku, natomiast przedruk notatki z „Ostdeutsche Morgenpost” opisuje wcześniejszy występ sylwestrowy w 1937 roku. Nie ma pewności, czy oba przekazy dotyczą dokładnie tego samego składu wykonawców.
  • Czysch: w relacji z 1981 roku występuje imię Theo, natomiast w wykazie z 1987 roku Helmut. Nie połączono tych zapisów w jeden pewny biogram.
  • Josef Skowronek: wzmianka o tym, że nie żył w 1987 roku, nie pozwala ustalić daty ani okoliczności jego śmierci.
  • Trossingen 1993: zachowany materiał jest zapowiedzią spotkania, a nie potwierdzeniem jego przeprowadzenia.

Bibliografia i źródła fotografii

  1. „Der 1. Harmonika-Club 1937 Schomberg”, „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, kwiecień 1981, nr 4, s. 29–32. s. 29 · s. 30 · s. 31 · s. 32
  2. Siegfried Kowollik, „Harmonika-Pionier Willi Hunn, 70 Jahre”, maj 1983, nr 5, s. 21–22. s. 21 · s. 22
  3. „50 Jahre 1. Handharmonika-Club 1937 Schomberg”, maj 1987, nr 5, s. 25–26. s. 25 · s. 26
  4. Leonhardt Maniura, „Aus der Frühzeit des 1. Handharmonika-Clubs Schomberg 1937”, wrzesień 1990, nr 9, s. 13. zobacz skan
  5. „Eine Mädchenspielgruppe im Schomberger Vereinshaus”, kwiecień 1983, nr 4, s. 31. zobacz skan
  6. „Harmonikamädchen im »Schomberger Kloster«”, kwiecień 1987, nr 4, s. 27. zobacz skan
  7. „Handharmonika-Spielgruppe der Hohenzollerngrube Schomberg”, wrzesień 1981, nr 9, s. 35. zobacz skan
  8. „Fanfarenzug Schomberg”, grudzień 1991, nr 12, s. 15. zobacz skan
  9. Siegfried Kowollik, „Glanzvolle Jubiläumsfeier des 1. Handharmonika-Clubs 1937 Schomberg”, listopad 1987, nr 11, s. 26–30. s. 26 · s. 27 · s. 28 · s. 29 · s. 30
  10. „Schomberger Schul- und Harmonikafreunde in Bad Godesberg”, lipiec/sierpień 1981, nr 7/8, s. 30–33. s. 30 · s. 31 · s. 32 · s. 33
  11. „Tafel 3: Handharmonika und Kirche”, miejska ścieżka historyczna w Klingenthal. Materiał pomocniczy dotyczący terminologii i historycznych typów harmonii ręcznych. zobacz stronę
  12. Relacja z obchodów 700-lecia Szombierek w Recklinghausen, „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, październik 1989, nr 10. Informacja o występie dawnych harmonistów i wykonaniu marsza „Junges Blut”.
0
0

Read more

Krowy na węglu – artystyczna wizualizacja Dominium Szombierki na tle przemysłowego krajobrazu

Krowy na węglu. Nieznane życie Dominium Szombierki

Szombierki · Dominium · 1749–1936

Krowy na węglu. Nieznane życie Dominium Szombierki

Gdy myślimy o dawnych Szombierkach, trudno uciec od węgla. Hohenzollerngrube, szyby, dym, kolej, hałdy i tysiące ludzi żyjących w rytmie szychty przesłoniły niemal wszystko, co było tu wcześniej.

A jednak w 1912 roku ktoś mógł przejść z przemysłowego krajobrazu wprost do obory, w której stały dziesiątki starannie wybranych krów. Mleko ważono, filtrowano i badano, butelki myły maszyny, chłodnica osiągała wydajność około 350 litrów na godzinę, a do Bytomia trafiały mleko dziecięce, kefir i jogurt.

Nie jest to późniejsza legenda. Zachował się szczegółowy opis zatytułowany „Die Gutsmolkerei Schomberg im Jahre 1912. Ein moderner Milchwirtschaftsbetrieb im oberschlesischen Industriegebiet” — „Mleczarnia majątku Szombierki w roku 1912. Nowoczesne przedsiębiorstwo mleczarskie w górnośląskim okręgu przemysłowym”.

I właśnie to określenie jest kluczem do całej historii. Krowy nie pasły się gdzieś na uboczu, daleko od przemysłu. Gut Schomberg należący do zakładów Schaffgotschów leżał około dwóch kilometrów od ówczesnego Bytomia i — jak pisał F. Meyers — był dookoła otoczony hutami i kopalniami.

Węgiel nie zabił tu gospodarstwa. Paradoksalnie pomógł mu się rozwinąć.

Krowy w Dominium Szombierki na tle przemysłowego krajobrazu początku XX wieku – wizualizacja
Artystyczna wizualizacja szombierskiego gospodarstwa mlecznego na tle przemysłowego krajobrazu początku XX wieku. Grafika poglądowa inspirowana realiami Dominium Schomberg.

1. Zanim węgiel przejął krajobraz

Naszą historię można zacząć dużo wcześniej, ale nie ma sensu po raz kolejny opowiadać całych dziejów wsi. Wystarczy zajrzeć do katastru z 1749 roku.

Czterech wymienionych półrolników miało po dwie krowy, ośmiu zagrodników po jednej. Łącznie w tych dwunastu gospodarstwach było więc 16 krów. Za bramą Dominium stało ich 25.

Dwór miał również zdecydowanie większe zasiewy i zapasy siana. W połowie XVIII wieku różnicę między zwykłym gospodarzem a właścicielem majątku można było niemal policzyć w krowach, szeflach ziarna i furach siana.

Ten świat opisałem szerzej w artykule „Zanim nastał węgiel. Chłopskie Szombierki i kataster z 1749 roku”. Tutaj interesuje nas to, co wydarzyło się później.

Bo mogłoby się wydawać, że wraz z nadejściem wielkiego przemysłu krowy powinny zniknąć. Stało się coś znacznie ciekawszego.

2. Kopalnia i obora w jednym Dominium

Na przełomie XIX i XX wieku istniały obok siebie Gemeinde Schomberg — gmina Szombierki — oraz odrębny Gutsbezirk Schomberg, czyli obszar dworski. To właśnie w Gutsbezirk znajdowała się Hohenzollerngrube.

O historii kopalni, która przeobraziła rolniczą osadę w jeden z charakterystycznych przemysłowych krajobrazów regionu, pisałem osobno w tekście „Hohenzollerngrube / KWK Szombierki – Żelazny gigant, który wchłonął Szombierki”.

Tutaj spójrzmy na tę przemianę z drugiej strony.

F. Meyers zauważył w 1912 roku coś pozornie paradoksalnego. Rozwój hut i kopalń oznaczał gwałtowny wzrost liczby mieszkańców. A rosnąca ludność potrzebowała nie tylko węgla i mieszkań. Potrzebowała również żywności.

W tym mleka.

Przemysł stworzył więc dla Dominium ogromny rynek zbytu. Dawne gospodarstwo nie zostało po prostu zmiecione przez kopalnię. Zaczęło się modernizować i produkować na potrzeby wielkiego przemysłowego skupiska ludności.

3. Rok 1912: setki krów

Skala zaskakuje.

Według Meyersa od kilku lat na Gut Schomberg utrzymywano 200 krów, a na folwarku Schwarzwald dalszych 40. Po urządzeniu jesienią 1911 roku wzorcowej obory — Musterstall — ogólny stan zwiększono jeszcze o około 50 sztuk.

Autor nie podaje jednej zbiorczej liczby, ale proste zestawienie danych prowadzi do poziomu około 290 krów w całym opisanym systemie gospodarczym.

Nie były to przypadkowo kupowane zwierzęta. Krowy sprowadzano między innymi z renomowanych obszarów hodowlanych Prus Wschodnich i Fryzji Wschodniej. Liczyły się zdrowie oraz wydajność mleczna.

Słabe sztuki brakowano. Jeżeli krowa dawała zbyt mało mleka i nie było powodów, by wiązać spadek wydajności z cielnością, mogła wypaść ze stada. Cieląt zasadniczo nie odchowywano: po pierwszych dniach, gdy pobierały siarę, sprzedawano je rzeźnikom.

Chore zwierzęta trafiały do osobnej obory. Ich mleko nie mogło trafić do ludzi — zużywano je jako paszę dla świń.

To nie był już dawny folwark działający siłą przyzwyczajenia. Produkcją zarządzano jak przedsiębiorstwem.

Wizualizacja wnętrza wzorcowej obory Musterstall w Dominium Szombierki około 1912 roku
Wizualizacja poglądowa fragmentu wzorcowej obory (Musterstall) przy Gutsmolkerei Schomberg, inspirowana opisem F. Meyersa z 1912 roku.

4. Obora jak laboratorium

Najbardziej zadziwia poziom kontroli.

Obory miały być przestronne, jasne i dobrze wentylowane. Koryta i podłogi wykonywano z materiałów łatwych do zmywania, a wnętrza bielono cztery razy w roku. Zwierzęta codziennie czyszczono, w razie potrzeby myto, a dwa razy w roku strzyżono.

W Musterstall wymagania były jeszcze ostrzejsze. Stosowano świeżą ściółkę, myto zwierzęta, dbano nawet o to, aby ogony krów nie brudziły stanowisk. Przed dojeniem czyszczono wymiona. Dojarki myły ręce i ramiona, pracowały w jasnych fartuchach i nakryciach głowy, a pierwsze strugi mleka odrzucano.

Krowy dojono trzy razy dziennie, karmiono pięć razy.

Do tego dochodziła kontrola liczbowa. Stado należało do związku kontroli bydła dla prowincji Saksonia. Specjalny urzędnik prowadził dokumentację, wykonywał próbne udoje, a raz w miesiącu badano zawartość tłuszczu w mleku każdej krowy metodą Gerbera. Sprawdzano też stopień jego zanieczyszczenia.

Wzorcowa obora z 50 krowami pozostawała pod nadzorem królewskiego weterynarza powiatowego. Miała dostarczać szczególnie dobre mleko przeznaczone między innymi dla niemowląt, dzieci, chorych i rekonwalescentów.

Kilkaset metrów dalej górnicy zjeżdżali pod ziemię. Tutaj ktoś zapisywał wydajność pojedynczej krowy i badał tłuszcz w jej mleku.

Dwa światy? W rzeczywistości jeden gospodarczy organizm.

5. Z obory prosto do butelki

Po udoju zaczynała się druga część procesu.

Mleko ponownie filtrowano, między innymi przez specjalnie przygotowaną watę. Autor opisu podkreślał szybkie schładzanie zamiast ogrzewania — zgodnie z ówczesnymi poglądami miało to ograniczać namnażanie drobnoustrojów bez pogarszania właściwości świeżego mleka.

Instalacja chłodnicza korzystała z układu z kwasem węglowym i była napędzana silnikiem elektrycznym o mocy 22 KM. Wydajność chłodnicy określono na około 350 litrów na godzinę.

Były też maszyny.

Butelki myto mechanicznie od wewnątrz i z zewnątrz. Osobna maszyna napełniała jednocześnie 40 butelek, które następnie zamykano sterylizowanymi krążkami.

To już nie obraz mleka przelewanego z wiadra do bańki. Gutsmolkerei Schomberg działała jak nowoczesny zakład spożywczy.

W opisie z 1912 roku pojawia się około 2500 litrów mleka uzyskiwanego w szombierskich oborach. Zachowany tekst nie dopowiada w tym miejscu jednoznacznie jednostki czasu, dlatego nie warto robić z tej liczby precyzyjnej dobowej statystyki. Wiadomo natomiast, że Schomberg pozyskiwał dodatkowo około 1000 litrów z majątków leżących poza ścisłym okręgiem przemysłowym.

Wizualizacja wnętrza Gutsmolkerei Schomberg i urządzeń do obróbki mleka około 1912 roku
Wizualizacja poglądowa wnętrza Gutsmolkerei Schomberg, inspirowana szczegółowym opisem urządzeń mleczarni z 1912 roku.

6. Kefir, jogurt i mleczne lody

Mleczarnia nie kończyła działalności na zwykłym mleku.

W 1912 roku oferowała mleko dziecięce, mleko butelkowane i sprzedawane z większych naczyń, a także kefir oraz jogurt. Latem produkowano nawet mleczne lody.

Cennik wyglądał następująco:

Kindermilch, 1 litr — 35 fenigów

Kindermilch, 1/2 litra — 18 fenigów

Flaschenmilch, 1 litr — 23 fenigi

Bottichmilch, 1 litr — 20 fenigów

Kefir, 1 litr — 40 fenigów

Yoghurt, 1 litr — 50 fenigów

Jogurt był wówczas w Szombierkach stosunkowo nowym produktem. Meyers pisał, że mleczarnia wytwarzała go od około roku, używając fermentu określanego nazwą „Maya”.

W tekście znajdziemy też typową dla epoki fascynację właściwościami zdrowotnymi kefiru i jogurtu. Warto czytać te fragmenty jako świadectwo ówczesnej wiedzy i reklamy żywności, a nie współczesne zalecenia medyczne.

Dla mieszkańca przemysłowego Schombergu wybór był jednak całkiem nowoczesny: zwykłe mleko, mleko dla dzieci, kefir, jogurt — a w lecie nawet lody.

7. Szombierskie mleko jedzie do Bytomia

Najlepszym klientem był pobliski Bytom.

Latem Gutsverwaltung Schomberg prowadziła sprzedaż mleka w bytomskim Stadtgarten. Stał tam specjalny Milchhäuschen — niewielki punkt, w którym można było napić się świeżego mleka.

W samych Szombierkach mleko sprzedawano także przy mleczarni i na folwarku. A sieć dystrybucji nie zniknęła wraz z końcem epoki wilhelmińskiej.

Spis telefoniczny z 1936 roku wymienia już wprost „Gutsverwaltung u. Molkerei Schomberg-Bobrek” należącą do Gräfl. Schaffgotsch’sche Werke GmbH. Mleczarnia miała wtedy co najmniej dwa własne punkty sprzedaży w Bytomiu: przy Kattowitzer Straße 3 oraz Ostlandstraße 30b.

To dobry moment, by przypomnieć sobie codzienny handel dawnych Szombierek. Sklepy, piekarnie, rzeźnicy, mleczarze i gospody pojawiają się szerzej w artykule „Szombierki 1927. Od kopalnianej szychty po wieczór u Schyski”.

Szombierska Gutsmolkerei działała jednak w innej skali. Była częścią gospodarki wielkiego przedsiębiorstwa Schaffgotschów i obsługiwała rynek wykraczający poza samą miejscowość.

8. Mleko zamiast gorzałki

W 1912 roku przy mleczarni powstawał jeszcze jeden ciekawy projekt.

Milchgarten miał mieć około 4300 metrów kwadratowych. Planowano go jako Volksgarten — ogród dla mieszkańców, z miejscami dla dzieci, ławkami i stolikami.

Nie chodziło wyłącznie o rekreację.

Autor pisał wprost o Arbeiterwohl, czyli dobru robotników. Łatwy dostęp do świeżego mleka miał zachęcać pracowników i ich rodziny do jego spożywania. W tekście pojawia się nawet porównanie, że za cenę litra wódki można było kupić dwu- lub trzykrotnie większą ilość mleka.

Przekaz jest czytelny: zamiast szynku — mleczny ogród.

Brzmi to szczególnie przewrotnie w Szombierkach, gdzie alkohol miał znacznie starszą i mniej niewinną historię. O dawnym przymusie propinacyjnym, piwie i gorzałce pisałem szerzej w artykule „Od propinacji do piwnej metropolii. Historia piwa w Szombierkach i Bytomiu”.

W 1912 roku administracja Dominium próbowała przynajmniej symbolicznie odwrócić ten kierunek. Dziecięce twarze przy ladzie z mlekiem — pisał Meyers — dawały przyjemniejszy widok niż tłum przed dobrze prosperującym szynkiem.

Wizualizacja planowanego Milchgarten przy mleczarni Dominium Szombierki w 1912 roku
Wizualizacja planowanego w 1912 roku Milchgarten przy Gutsmolkerei Schomberg. Ogród o powierzchni około 4300 m² miał łączyć sprzedaż świeżego mleka z wypoczynkiem robotniczych rodzin.

9. Od Höhensonne do firmowych sklepów

Historia nie kończy się w 1912 roku.

W 1931 roku z okazji 25-lecia Turn- und Spielverein 06 Schomberg ukazał się Festschrift z reklamami miejscowych firm. Oryginał tej publikacji trafił po latach do Siegfrieda Kowollika, który opisał reklamy na łamach „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt”.

Molkerei Schomberg zachwalała wtedy między innymi pełne mleko naświetlane „Höhensonne” przeciw krzywicy, zdrowe mleko surowe oraz mleko butelkowane. Reklama podkreślała stałą kontrolę instytutu higienicznego, filtrację przez watę i intensywne chłodzenie.

Co szczególnie ważne, stado bydła miało być objęte państwowym programem zwalczania gruźlicy.

Mleczarnia przypominała również swoje wcześniejsze sukcesy: pierwszą nagrodę na IV wystawie mleczarskiej w Kilonii w 1912 roku oraz wyróżnienie podczas 6. Grüne Woche w Berlinie.

To pokazuje ciągłość. Zakład, który Meyers przedstawiał w 1912 roku jako nowoczesny eksperyment w środku okręgu przemysłowego, dwie dekady później nadal budował markę na higienie, jakości i nowoczesności.

A książka telefoniczna z 1936 roku potwierdza, że „Gutsverwaltung u. Molkerei Schomberg-Bobrek” nadal działała w strukturze przedsiębiorstwa Schaffgotschów.

Stylizowana reklama Molkerei Schomberg inspirowana szombierską reklamą mleczarni z 1931 roku
Artystyczna wizualizacja inspirowana reklamą Molkerei Schomberg zamieszczoną w szombierskim Festschrifcie z 1931 roku. Kompozycja nie jest reprodukcją oryginalnego ogłoszenia.

10. Krowy na węglu

W połowie XVIII wieku za bramą Dominium stało 25 krów.

Półtora wieku później ten sam szombierski majątek działał już w środku jednego z najbardziej uprzemysłowionych obszarów Europy. W granicach Gutsbezirk znajdowała się wielka Hohenzollerngrube, a jednocześnie Gut Schomberg utrzymywał setki krów i prowadził nowoczesną mleczarnię.

To nie jest historia o sielskiej wsi, która cudem przetrwała napór przemysłu.

Jest ciekawsza.

Rolnictwo samo zostało uprzemysłowione. Krowy selekcjonowano według wydajności, mleko kontrolowano, chłodzono i filtrowano, butelki obsługiwały maszyny, produkty jechały do Bytomia, a reklamy chwaliły się higieną, nagrodami i walką z chorobami bydła.

Węgiel i mleko nie były więc dwoma oddzielnymi światami. Oba należały do tej samej gospodarki Schaffgotschów i odpowiadały na potrzeby tego samego, gwałtownie rosnącego okręgu przemysłowego.

Dlatego „krowy na węglu” nie są tylko żartobliwym tytułem.

To właściwie najkrótszy opis Dominium Szombierki na początku XX wieku.

A jeśli chcecie zobaczyć, co jeszcze potrafiła zorganizować gospodarka Schaffgotschów, gdy w grę wchodziło jedzenie dla tysięcy pracowników, warto zajrzeć również do „Operacji Świąteczna Gęś” — historii poszukiwania 5500 gęsi w 1934 roku.

Bibliografia i źródła
  1. F. Meyers, „Die Gutsmolkerei Schomberg im Jahre 1912. Ein moderner Milchwirtschaftsbetrieb im oberschlesischen Industriegebiet”, przedruk w „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt”, kwiecień 1982 (4), s. 30–33 oraz maj 1982 (5), s. 26–28. Tekst opisuje stan z 1912 roku; miejsce pierwodruku nie zostało dotąd ustalone.
  2. Franzke, „Einige Daten aus Schombergs Vergangenheit”, „Aus dem Beuthener Lande”, Jg. 2, nr 3, s. 12, Beuthen O/S., 21 stycznia 1925; przedruk w „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt”, wrzesień 1976.
  3. Siegfried Kowollik, „Erinnerungen an Schomberg. 4. Teil. Geschäftsanzeigen im Jahre 1931”, „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt”, maj 1980 (5), s. 35–36.
  4. „Spis abonentów sieci telefonicznych Dyrekcji Okręgu Poczt i Telegrafów w Katowicach oraz central niemieckiego Górnego Śląska: Beuthen, Gleiwitz i Hindenburg na 1936 r.” — wpis „Gutsverwaltung u. Molkerei Schomberg-Bobrek” oraz wykaz punktów sprzedaży w Bytomiu.
  5. Franz Stodolka, „Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen” — informacje o Gutsbezirk Schomberg i położeniu Hohenzollerngrube na obszarze dworskim.
0
0

Read more

Schaffgotsch 1934 – akcja zakupu 5500 świątecznych gęsi dla pracowników

Operacja „Świąteczna Gęś”. Jak dyrektor-lotnik uratował święta w zakładach Schaffgotschów

Górny Śląsk · 1934 · historie z przymrużeniem oka

Operacja „Świąteczna Gęś”. 5500 ptaków, Orient Express i podwójny koniak

Jak zakłady Schaffgotschów ruszyły na polowanie po bożonarodzeniowy prezent dla swoich pracowników — i dlaczego zwykły pomysł szybko zamienił się w logistyczną komedię?

Jesień 1934 roku. W dyrekcji zakładów Schaffgotscha rodzi się pomysł: na Boże Narodzenie trzeba zdobyć 5500 żywych gęsi.

Pięć tysięcy pięćset.
Żywych.

Na papierze wszystko wyglądało znakomicie. Potem o szczegółach dowiedział się inspektor Mende z Bobrka.
Humorystyczna czarno-biała ilustracja przedstawiająca mężczyznę niosącego żywą świąteczną gęś na Górnym Śląsku w 1934 roku
Ilustracja: świąteczna gęś w realiach Górnego Śląska lat 30.

Lotnik, który miał słabość do ptaków

Autorem tego odważnego pomysłu był dr Hans Verres, jeden z ludzi kierujących potężnymi zakładami Schaffgotschów.

Zakładowa gazeta wyjaśniała jego inicjatywę w sposób, którego po ponad dziewięćdziesięciu latach właściwie nie trzeba poprawiać. Verres, jak napisano, był lotnikiem i dlatego najwyraźniej „miał słabość do ptaków”.

Żart był dla ówczesnych czytelników całkowicie zrozumiały. Verres rzeczywiście należał do ważnych postaci górnośląskiego środowiska lotniczego. W 1934 roku kierował Fliegeruntergruppe Oberschlesien, a regionalna prasa chwaliła organizację lotnictwa pod jego kierownictwem. Jako jej widoczny sukces wskazywano trzecie miejsce w ogólnoniemieckim Deutschlandflug.

Na urodziny gliwiccy lotnicy wręczyli mu nawet odlane w miejscowej państwowej hucie popiersie Hindenburga.

Krótko mówiąc: kiedy lotnik Verres wpadł na pomysł zakupu kilku tysięcy gęsi, autor „Schaffgotsch Werks-Zeitung” dostał żart niemal podany na tacy.

Pomysł zatwierdził generalny dyrektor dr Berve. Więc do dzieła!

Karykatura dyrektora zakładów Schaffgotscha prezentującego plan zdobycia 5500 żywych gęsi w 1934 roku
Ilustracja: plan był prosty — 5500 gęsi. Szczegóły miały pojawić się później.

Mende bierze ołówek i tu robi się niewesoło

Do ekspedycji przydzielono specjalistów. Był inspektor majątku Mende, był szef zakupów dr Schwenzer, był kierowca Fonfara. Ruszyli samochodem przez Rosenberg (Olesno), Kreuzburg (Kluczbork), Oppeln (Opole) i Deschowitz (Zdzieszowice).

Zadanie było proste: znaleźć 5500 gęsi.

Mende jednak popełnił pierwszy błąd.

Zaczął liczyć.

Według wyliczeń Mendego 5500 gęsi potrzebowałoby każdego dnia około 55 cetnarów owsa i 165 cetnarów marchwi.

Czyli po dzisiejszemu: 2,75 tony owsa + 8,25 tony marchwi = około 11 ton paszy dziennie.

Przez dwadzieścia dni dawało to około 220 ton jedzenia dla gęsi.

W tym momencie świąteczny prezent zaczął przypominać mobilizację średniej wielkości armii.

Mende zaczął więc przekonywać kierowcę Fonfarę, że może należałoby jednak zawrócić. Szef zakupów próbował uspokajać sytuację. Przecież wielki majątek ziemski powinien sobie z taką drobnostką poradzić. Trochę owsa tutaj, trochę marchwi tam…

Tyle że Mende przypomniał sobie kolejny szczegół:

on tych 5500 gęsi nie miał nawet gdzie trzymać.

„To może coś dobudujemy?”

Towarzyszący komisji człowiek z Landwirtschaftliche Warenzentrale Oppeln, czyli opolskiej centrali handlu artykułami rolnymi, zaproponował rozwiązanie godne sprawnego administratora:

Trzeba coś dobudować.

Mende był zachwycony mniej więcej tak, jak można się spodziewać po człowieku, którego właśnie poinformowano, że dla świątecznych gęsi powinien rozbudować gospodarstwo.

Jego majątek dopiero po dłuższym czasie zaczął przynosić niewielki zysk, a tu nagle trzeba ponieść dodatkowe koszty, bo ktoś na górze uznał, że 5500 żywych gęsi będzie znakomitym pomysłem na święta.

Oszczędność! Rozsądek! Żelazna pracowitość! …i kilka tysięcy gęsi.

Nadjeżdża Orient Express

Mende wyobraził sobie swoje pola w Bobrku.

A na nich: 5500 swobodnie spacerujących gęsi.

I wtedy obok przejeżdża pociąg.

Nie byle jaki.

Orient Express.

Mende widział to już oczami wyobraźni: przejeżdża pociąg, gęsi dostają zbiorowej paniki i całe 5500 sztuk zrywa się do lotu. Świąteczny prezent właśnie opuszcza Bobrek…

Wyobraźmy sobie tę scenę. Bobrek, rok 1934. Na dole kopalnie i kominy. Na torach Orient Express. A nad wszystkim gigantyczna chmura uciekających gęsi!

Humorystyczna wizja inspektora Mende: tysiące gęsi uciekają nad Bobrkiem spłoszone przez Orient Express
Ilustracja: najgorszy sen inspektora Mende — Orient Express uruchamia wielką gęsią migrację nad Bobrkiem.

Doktor Schwenzer przepisuje lekarstwo

Inspektor Mende był już, jak wynika z tekstu, całkowicie załamany. I tutaj na wysokości zadania stanął szef zakupów, dr Schwenzer.

Postawił kolegę na nogi przy pomocy …koniaku i to podwójnego!

Metoda musiała wyglądać obiecująco, bo chwilę później Schwenzer uznał, że profilaktycznie sam zastosuje to samo lekarstwo.

Komisja mogła kontynuować podróż.

Gęsi jednak nadal nie było.

Gdzie się podziały wszystkie gęsi?

Jeździli od wsi do wsi i od miasta do miasta, ale wszędzie było podobnie: gęsi brak.

W końcu odkryto przyczynę katastrofy.

Miesiąc wcześniej przez okolicę przeszli handlarze z rejonu Trebbina w Brandenburgii. Skupowali drób przeznaczony później dla smakoszy w Lipsku, Dreźnie i Berlinie.

Według zakładowego reportażu zdążyli wykupić około 100 000 gęsi.

Na szczęście rolnicy mieli „cichą rezerwę”

Sytuacja wydawała się beznadziejna do chwili, gdy miejscowi gospodarze usłyszeli bardzo ważną wiadomość.

Nowa Schaffgotsch-Gänseaufkäufer-Kommission — czyli Komisja Skupu Gęsi Schaffgotscha — była gotowa płacić lepiej niż poprzedni handlarze.

I wtedy stał się cud!

Gęsi zaczęły się odnajdywać.

Okazało się, że tu i ówdzie gospodarze mają jeszcze pewną „stille Reserve” — „cichą rezerwę”.

Oczywiście nie chodziło o pieniądze. Absolutnie nie. Jak ironizował autor, rolnicy chcieli przecież tylko umożliwić „biednym górnikom” zjedzenie świątecznej pieczeni.

To, że Schaffgotsch płacił lepiej, było zapewne wyłącznie szczęśliwym zbiegiem okoliczności.

20 000! Mamy ich za dużo!

Nagle sytuacja odwróciła się o 180 stopni.

Jeden gospodarz obiecał tyle. Drugi jeszcze więcej. Trzeci znalazł kolejną „cichą rezerwę”.

Komisja zapisywała deklaracje, ale zachowywała rozsądną zasadę:

„Erst Ware, und dann das Geld!”
Najpierw towar, potem pieniądze!

Wreszcie w Zdzieszowicach podliczono wszystkie deklaracje.

Potrzeba: 5500 gęsi
Obiecane dostawy: 20 000 gęsi

I wtedy Mende, który jeszcze przed chwilą martwił się, że gęsi nie będzie, zaczął martwić się, że będzie ich za dużo.

„Dwadzieścia tysięcy gęsi! Co my zrobimy z tyloma gęsiami?!”

Człowiek naprawdę nie miał łatwego życia.

Na szczęście Schwenzer zachował zimną krew. Przewidział mniej więcej: spokojnie, dobrze będzie, jeśli z tych dwudziestu tysięcy rzeczywiście przyjedzie pięć.

I jak się okazało, miał rację.

20 000 na papierze. 2000 w rzeczywistości

Komisja wróciła do domu.

Minął dzień. Drugi. Trzeci. Czwarty. Piąty.

Z obiecanych 20 000 realnie pozostało około 2000 gęsi.

Mende odetchnął.

Nie trzeba było kupować gigantycznych ilości paszy. Nie trzeba było rozbudowywać majątku. I przede wszystkim przez pola Bobrka nie przemaszeruje na raz armia dwudziestu tysięcy ptaków.

Był tylko jeden drobiazg:

do wymaganych 5500 nadal sporo brakowało.

A może kupić martwe?

Mende podsunął więc pomysł człowieka praktycznego.

Po co właściwie gęś ma być żywa?

Można przecież kupić gęsi już ubite. W końcu rezultat na świątecznym stole będzie mniej więcej ten sam.

Propozycja nie przeszła.

Szef zakupów nie chciał słyszeć, żeby pracownik Schaffgotscha dostał jakąś podejrzaną „krepierte Gans” — padłą gęś niewiadomego pochodzenia, o której nie wiadomo, kiedy i w jakich okolicznościach zakończyła swój żywot.

Gęś miała dotrzeć do pracownika żywa.
Kropka.

Rusza druga ofensywa

Tym razem poszukiwania rozszerzono.

„Zwiadowcy” ruszyli między innymi do Bytomia, Raciborza, Głubczyc i Niemodlina.

Instrukcja była właściwie prosta:

Wszystko, co przypomina gęś, brać.

Wtedy z pomocą przyszła Landwirtschaftliche Warenzentrale w Opolu.

Ciężarówkę przerobiono na wielką ruchomą klatkę. I rozpoczął się rajd: od wsi do wsi, od miasta do miasta.

Tam, gdzie pojawiała się gęś, pojawiała się komisja. Tam, gdzie pojawiała się komisja, pojawiała się gotówka. A gdzie pojawiała się gotówka, tam — zadziwiającym zbiegiem okoliczności — coraz częściej pojawiały się także gęsi.

Zakładowy autor podsumował to bez złudzeń: opór właścicieli ptaków najskuteczniej przełamywała „klingende Münze” — brzęcząca moneta.

Humorystyczna ilustracja ciężarówki przerobionej na klatkę do przewozu gęsi podczas akcji Schaffgotschów w 1934 roku
Ilustracja: ruchoma klatka, gotówka i druga ofensywa Komisji Zakupu Gęsi.

A co z Szombierkami?

Cała historia dotyczyła załóg wielkiego koncernu Schaffgotschów, do którego należała przecież kopalnia Hohenzollern w Szombierkach.

I właśnie tutaj dobrze widać, że 5500 gęsi to nie liczba wyssana z palca.

Schaffgotschowie organizowali dla swoich pracowników zakładowe uroczystości naprawdę z rozmachem. W zachowanym przedwojennym opisie jednej z Barbórek na Hohenzollerngrube czytamy o ponad 3000 pracowników. Cechownia nie wystarczała. Do świętowania wykorzystywano również łaźnię, hale maszynowe i inne pomieszczenia.

Maszyny przykrywano świerkowymi gałęziami. Stawiano długie rzędy stołów. Na nich pojawiały się piwo, kiełbasa, bułki i coś do palenia.

Na jeden dzień zawieszano nawet zwykły regulamin zakładowy i ogłaszano specjalne barbórkowe zasady. Przez sale przechodzili dyrektor generalny Berve oraz dr Verres, witając się z załogą.

Przy takim rozmachu pomysł: „A na Boże Narodzenie kupimy 5500 gęsi” mógł początkowo naprawdę nie brzmieć szczególnie groźnie.

(Do chwili, gdy ktoś policzył paszę).

Było zabawnie, ale czasy niekoniecznie były wesołe

Za humorystyczną opowieścią kryło się oczywiście bardziej przyziemne tło.

W tym samym 1934 roku dr Verres pojawił się na kopalni Hohenzollern w Szombierkach podczas wizyty Baldura von Schiracha. W czasie spotkania mówił między innymi o sytuacji płacowej na Górnym Śląsku i wyrażał nadzieję na jej poprawę.

Nie wiemy, czy właśnie dlatego kilka miesięcy później pojawił się pomysł świątecznych gęsi.

Ale można powiedzieć jedno: żywa gęś przed Bożym Narodzeniem była prezentem znacznie bardziej konkretnym niż kolejna nadzieja na rychłą poprawę płac.

„A jeśli moja gęś będzie za chuda?”

Reportaż nie zdradza nam niestety najważniejszego rezultatu całej operacji. Nie wiemy, czy ostatecznie udało się zgromadzić pełne 5500 sztuk?.

Wiemy natomiast, że zakładowa komisja nadal wierzyła w sukces i miała nadzieję, że każdy pracownik Schaffgotscha otrzyma swoją Weihnachtsgans (świąteczną gęś).

Pozostał jednak jeszcze jeden problem.

Co będzie, jeśli któryś górnik otrzyma gęś zbyt chudą?

Co, jeśli przyjdzie z reklamacją?

Co, jeśli postanowi osobiście odnaleźć ludzi odpowiedzialnych za zakup?

Dr Schwenzer i inspektor Mende najwyraźniej również o tym pomyśleli. Dlatego na okres świąteczny przezornie wystąpili o:

14 dni urlopu wypoczynkowego.

I — jak napisała sama komisja — żywili cichą nadzieję, że „ze względu na niebezpieczeństwo sytuacji” urlop zostanie im przyznany.

Po 5500 gęsiach, setkach kilometrów, 4400 cetnarach potencjalnej paszy, wizji Orient Expressu, dwudziestu tysiącach obietnic, dwóch tysiącach realnych ptaków i przynajmniej jednym podwójnym koniaku…

trudno im się dziwić.

Kandydaci do garnka

Oryginalny reportaż nosił tytuł „Auf der Jagd nach Weihnachtsgänsen” — „Na polowaniu na bożonarodzeniowe gęsi”.

Jedno ze zdjęć podpisano: „In Erwartung der Kumpels” — „W oczekiwaniu na górników”.

Ale najlepszy podpis redakcja zostawiła na koniec. Grupę ludzi z ptakami opisano:

„Abmarsch der Kochtopfaspiranten”
„Wymarsz kandydatów do garnka”.

Minęło ponad dziewięćdziesiąt lat. Nie wiemy, ile z owych 5500 gęsi rzeczywiście trafiło przed świętami do domów pracowników Schaffgotschów.

Ale jedno udało się na pewno. Komisja Zakupu Gęsi Bożonarodzeniowych zapewniła nam jedną z najbardziej absurdalnych i zabawnych historii z przemysłowego Górnego Śląska.

A inspektor Mende?
Mamy tylko nadzieję, że dostał urlop.
I że przez te czternaście dni nikt przy nim nie wspominał o gęsiach.

Źródła i materiały wykorzystane przy opracowaniu
  • Schaffgotsch Werks-Zeitung, 1934, Jg. 2, nr 26: „Auf der Jagd nach Weihnachtsgänsen” — podstawowe źródło całej historii.
  • Oberschlesische Volksstimme, 1934, Jg. 60, nr 284 — wizyta na Hohenzollerngrube i wypowiedź dra Verresa dotycząca stosunków płacowych na Górnym Śląsku.
  • Der Oberschlesische Wanderer, 1934, Jg. 107, nr 183 — działalność dra Verresa w górnośląskim środowisku lotniczym i wzmianka o Deutschlandflug.
  • Oberschlesische Volksstimme, 1934, nr 216, 253 i 311 — materiały dotyczące działalności lotniczej dra Verresa.
  • Ostdeutsche Morgenpost, 1934, nr 214 i 229 — działalność środowiska lotniczego oraz związki z górnośląskim przemysłem.
  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, listopad 1963 — retrospekcyjny opis jednej z przedwojennych Barbórek na Hohenzollerngrube w Szombierkach.
  • Unser Oberschlesien, 1958 i 1968 — późniejsze materiały biograficzne dotyczące dra Hansa Verresa.
0
0

Read more

Schomberg 1927 – ilustracja codziennego życia w przedwojennych Szombierkach

Szombierki 1927. Od kopalnianej szychty po wieczór u Schyski

Dziś Szombierki są jedną z dzielnic Bytomia. Ich dawne centrum bardzo się zmieniło, część ulic nosi inne nazwy, wiele budynków zniknęło, a po licznych sklepach, gospodach i warsztatach nie pozostał już żaden ślad.

Spróbujmy jednak zrobić coś innego niż zwykle…

Nie będziemy opowiadać historii Szombierek od średniowiecza do współczesności ani przepisywać kolejnych nazwisk z księgi adresowej.

Jest rok 1927.

Wyjdźmy na ulicę i spróbujmy przeżyć jeden zwyczajny dzień w ówczesnych Szombierkach. Zobaczmy, gdzie kupilibyśmy chleb, mleko i mięso, do kogo poszlibyśmy z bolącym zębem, gdzie bawiły się dzieci, czym poruszano się po ulicach i gdzie wieczorem spotykali się mieszkańcy.

Nie będzie to historia jednego człowieka. To rekonstrukcja złożona z dziesiątek drobnych informacji zachowanych w księgach adresowych, dokumentach oraz wspomnieniach dawnych mieszkańców.

Rok 1927 będzie jej punktem odniesienia. Część szczegółów dotyczących cen, obyczajów czy codziennych zajęć znamy jednak z późniejszych wspomnień opisujących Szombierki lat 20. i początku lat 30. Nie będziemy więc udawać, że wszystko wydarzyło się dokładnie tego samego dnia.

Chcemy zobaczyć coś znacznie prostszego: jak wyglądało codzienne życie przedwojennych Szombierek.

Spis treści
Szombierki i okolice w 1927 roku z zaznaczoną granicą niemiecko-polską
Szombierki i okolice w listopadzie 1927 roku. Współczesne opracowanie graficzne na podstawie urzędowego planu Bytomia ze Stadtvermessungsamt Beuthen O/S. Widoczna granica niemiecko-polska.

1. Szombierki są już zupełnie innym miejscem

Jeszcze sto lat wcześniej były niewielką wsią, ale w 1927 roku żyją już przede wszystkim w rytmie przemysłu.

Dwa lata wcześniej, 1 października 1925 roku, do gminy włączono obszar dworski wraz z kopalnią Hohenzollern. Po połączeniu gminy i dominium liczba mieszkańców przekraczała osiem tysięcy.

Na ulicach nadal spotkamy furmanki i wozy konne. Rymarz wciąż ma pełne ręce roboty, piekarze rozwożą pieczywo, a węgiel trafia do domów również na końskich wozach.

Jednocześnie mieszkańcy korzystają już z tramwajów, telefonów i elektryczności. Działają przedsiębiorstwa budowlane wykorzystujące żelazobeton, a na ulicach pojawiają się pierwsze samochody.

Stary i nowy świat funkcjonują obok siebie.

Beuthenerstraße w przedwojennych Szombierkach, pałac Karola Goduli i elektrownia w tle
Beuthenerstraße, dzisiejsza ul. Zabrzańska. Po prawej stronie widoczny jest pałac Karola Goduli, dalej zabudowa Szombierek, a na horyzoncie charakterystyczna bryła elektrowni.

2. Rano. Kopalnia wyznacza rytm dnia

Nie sposób zacząć opowieści o Szombierkach bez Hohenzollerngrube. To właśnie kopalnia nadawała rytm codziennemu życiu miejscowości: wyznaczała godziny pracy, porządek dnia i źródło utrzymania dla setek rodzin.

Kopalnia była największym zakładem pracy w Szombierkach. Według późniejszych wspomnień Siegfrieda Kowollika miało w niej pracować nawet 97 procent dorosłych miejscowych mężczyzn. Liczbę tę należy traktować jako relację dawnego mieszkańca, ale dobrze pokazuje ona skalę uzależnienia całej gminy od górnictwa.

Górnicy pracujący pod ziemią w kopalni Hohenzollerngrube w Szombierkach
Górnicy pod ziemią w kopalni Hohenzollerngrube. To właśnie taka praca wyznaczała rytm dnia w przedwojennych Szombierkach i decydowała o bycie wielu miejscowych rodzin.

W źródłach z 1927 roku pojawiają się nazwiska ludzi stojących na czele zakładu: dyrektora Hübnera oraz Janika i Fromlowitza. Niedaleko działa również elektrownia, której dyrektorem był Hilger, a kierownikiem inżynier Kober. Wielkie zakłady przemysłowe tworzyły więc w Szombierkach gęstą sieć powiązań, od której zależała codzienność mieszkańców.

Kopalnia dawała zatrudnienie ogromnej części miejscowych mężczyzn i zapewniała górniczym rodzinom deputat węglowy. Zarobione w wielkich zakładach pieniądze wracały później do miejscowych sklepów, piekarni, warsztatów i gospod, napędzając życie całej osady.

Węgiel był obecny również po zakończeniu szychty. Górnicy otrzymywali go jako deputat, a pozostali mieszkańcy mogli kupić opał i zamówić jego dowóz. Według wspomnień Antona Rzyli węgiel rozwożono wozem konnym: fura obejmująca 20 cetnarów miała kosztować osiem marek, a za sam transport pobierano kolejne dwie.

Dla zainteresowanych dziejami samego zakładu warto dodać, że historia Hohenzollerngrube zasługuje na osobne omówienie. Szerszy materiał o kopalni znajduje się w osobnym artykule: KWK Szombierki / Hohenzollerngrube – historia kopalni.

3. Rano trzeba kupić chleb

Przenieśmy się na Beuthenerstraße, dzisiejszą ulicę Zabrzańską.

Księga z 1927 roku pozwala niemal zaglądać do kolejnych lokali.

Pod numerem 5 działa sklep mięsny Gebauera, pod 12 sklep kolonialny Straubego. August Piechatzek pod numerem 13 wykonuje prace malarskie, dekoracyjne i szyldy, a Josef Gorski pod numerem 16 sprzedaje produkty mleczne.

Pod numerem 37 znajduje się natomiast piekarnia Josefa Bursiga.

Ten adres ma dla mnie również znaczenie rodzinne. Josef Pius Bursig był mężem Elisabeth z domu Flatzek — siostry mojego pradziadka Wincentego Flaczka. Piekarz z Beuthenerstraße 37 był więc jego szwagrem.

Piekarnia Josefa Bursiga przy Beuthenerstraße 37 w Szombierkach
Beuthenerstraße 37 — piekarnia Josefa Bursiga. Obok widoczny jest sąsiedni lokal oznaczony jako „Gasthaus”. Późniejsze źródła lokalizują pod numerem 38 Gasthaus Grisko, późniejszy „Deutsches Haus”. Rysunek przedstawia więc oba sąsiadujące lokale.

Bursig nie był jedynym piekarzem.

Przy Orzegowerstraße działał Anton Juraschek, przy Verbindungsstraße Franz Oblong, a przy Wilhelmstraße Karl Matzkowski. W późniejszych latach piekarnię po zmarłym Juraschku przejął również Theo Flatzek.

Nazwisko Oblonga możemy dziś odczytać bez żadnych wątpliwości dzięki zachowanej fotografii. Nad wejściem do zakładu widnieje duży szyld:

„Brot-Weiss-Fein-Bäckerei Franz Oblong”.

Piekarnia Franza Oblonga w Szombierkach z szyldem Brot-Weiss-Fein-Bäckerei Franz Oblong
Piekarnia Franza Oblonga w Szombierkach. Nad wejściem widoczny szyld „Brot-Weiss-Fein-Bäckerei Franz Oblong”.

Późniejsze wspomnienia zachowały nawet cenę zwykłej bułki. Semmel miała kosztować 5 fenigów.

Wnętrze piekarni Franza Oblonga w Szombierkach podczas wypieku pieczywa
Wnętrze piekarni Franza Oblonga w Szombierkach. Pierwszy z prawej stoi właściciel zakładu, Franz Oblong. Przy piecu trwa wypiek — z pieca wyjmowany jest kołocz z posypką.

4. Piekarz Matzkowski i jego kucyk Max

Z piekarnią Karla Matzkowskiego wiąże się jeden z tych drobnych szczegółów, których próżno szukać w urzędowej księdze adresowej.

Matzkowski miał osobiście rozwozić pieczywo po Szombierkach specjalnym wozem konnym. Wóz ciągnął niewielki kucyk o imieniu Max, a dowóz chleba kosztował 10 fenigów.

Nietrudno więc wyobrazić sobie poranną Wilhelmstraße: wóz Matzkowskiego z pieczywem, furmanki i grupy górników idących do pracy albo wracających z szychty.

Jednocześnie na ulicach zaczynają pojawiać się samochody.

Przy Wilhelmstraße 19 działał wcześniej sklep kolonialny Marii Walter. Zachowała się fotografia lokalu z lat około 1915–1925, z dużym szyldem „M. Walter”. Przy wejściu stoi córka właścicielki, Gertruda Ochmann z domu Walter.

W późniejszych wspomnieniach dom ten funkcjonował jako dom „Walterki”. Pani Walter miała używać jednego z pierwszych w Szombierkach samochodów — lub pojazdu trójkołowego — między innymi do zaopatrywania swojego sklepu.

Sklep kolonialny Marii Walter przy Wilhelmstraße 19 w Szombierkach
Sklep kolonialny Marii Walter przy Wilhelmstraße 19, ok. 1915–1925. Przy wejściu stoi córka właścicielki, Gertruda Ochmann z domu Walter.

Koński zaprzęg i automobil spotykały się więc na tych samych ulicach. Szombierki końca lat 20. znajdowały się dokładnie pomiędzy tymi dwoma światami.

5. Dzieci ruszają do szkoły

W 1927 roku Szombierki mają dwie duże szkoły powszechne — dla chłopców i dziewcząt. Szkołą chłopięcą kieruje Paul Franzke, żeńską Zmieschkol. W źródłach pojawiają się również Pietsch i Schweter. Działa ponadto szkoła zawodowa dla przyszłych górników oraz zajęcia dokształcające w handlu i rzemiośle.

Najstarsza Graue Schule — Szara Szkoła — pamiętała jeszcze XIX wiek. Nazwę zawdzięczała szaremu tynkowi. Na początku lat 20. posiadała cztery sale lekcyjne, z których jedna służyła także do zajęć praktycznych.

Graue Schule, dawna szkoła chłopięca w Szombierkach
Graue Schule – dawna szkoła chłopięca w Szombierkach. Budynek dawnej Volksschule zachował się do dziś przy ul. Zabrzańskiej 85 w Bytomiu.

Z 1927 roku zachowała się również fotografia jednej z klas chłopięcej szkoły ludowej wraz z konrektorem Pietschem. Dzięki podpisom znamy nazwiska wielu uczniów: Buchta, Schubert, Purgoll, Matuschowitz, Skowronek, Gabrysch, Kraiczyk, Heiduk, Kalka, Pfeiffer, Gawlik, Pollok, Duda i wielu innych.

Uczniowie chłopięcej szkoły powszechnej Knabenvolksschule w Szombierkach
Uczniowie chłopięcej szkoły powszechnej w Szombierkach. Wnętrze jednej z klas dawnej Knabenvolksschule.

Z tego samego okresu pochodzi fotografia klasy szkoły żeńskiej w Schombergu z rocznika 1927/28. Wychowawcą był Bernhard Mende. Także tutaj zachowany podpis pozwala poznać nazwiska uczennic:

Franziska Widera, Ursel Mnochy, Christa Sczyrba, Hedel Held, Ursula Stasch, Anneliese Willisch, Lotte Bergmann, Maria Kolano, Hilde Myrzik, Erna Palm, Alice Kuklinski, Inge Skupin, Theresia Schendzielarz, Rosel Jendretzki, Ruth Schwarz, Maria Oczko, Angela Mikolajczyk, Edith Biskup, Bärbel Sladek, Agnes Strzik, Emilie Menzel, Misch, Hilde Gabrysch, Wieja, Waltraud Cholewa, Eva Brewko, Ilse Ritter, Lydia Polotzek, Margot Hadzik, Elisabeth Mosgalla, Amalie Langner, Irene Badziura, Erna Pardella, Rosa Smolarczyk, Maria Tyrol, Margarete Dronia, Elfriede Polczyk, Sprysch, Sowa, Christa Soja, Heidel Nierle, Gertrud Kansi, Hilde Mrosek, Hilde Golla, Hilde Kotzybik, Respondek, Ruth Gilsok i Hedwig Zeglarek.

Uczennice szkoły żeńskiej w Szombierkach w roczniku 1927/28 z nauczycielem Bernhardem Mende
Klasa szkoły żeńskiej w Schombergu, rocznik 1927/28. Po prawej stoi wychowawca Bernhard Mende.

Dziś patrzymy na te dzieci jak na uczniów odległej epoki.

Wtedy po prostu rano szły do szkoły.

6. Wilhelmstraße — handel i codzienne sprawy

Przed południem zajrzyjmy na Wilhelmstraße, późniejszą ulicę Witosa.

Księga adresowa z 1927 roku pokazuje ją jako jedną z najbardziej handlowych ulic Szombierek.

Pod numerem 4 sklep prowadzi Viktor Kempa. Pod 5 działa rzeźnik Wittkowski. Pod 7 Franz Rzyla zajmuje się handlem pojazdami.

Pod numerem 8 znajduje się restauracja Karla Schyski — do niej wrócimy jeszcze wieczorem.

Dalej znajdziemy piekarnię Matzkowskiego, lokal Kluzika, przedsiębiorstwo Paula Kowolika, sklepy Heera i Ledwiga, sprzedaż książek, rzeźników, fryzjera oraz kolejne działalności rodziny Rzyla.

U Ledwigów można kupić „na zeszyt”

Przy Wilhelmstraße 20 stała duża kamienica Blasiusa Ledwiga. Według wspomnień mieszkało w niej 12 rodzin.

Sklep spożywczy prowadziła Marie Ledwig, której pomagały córki Else, Magdalena i Marie.

Górnicy robili tam zakupy również auf Pump — na kredyt, mówiąc po prostu: na zeszyt — czekając na najbliższą wypłatę.

Był to handel oparty w dużej mierze na osobistej znajomości i zaufaniu. Należność można było uregulować później.

W tej samej kamienicy mieszkali m.in. szewc Johann Morawietz z rodziną, pracownik sądu Max Bernard, agent ubezpieczeniowy Wlodarczyk i kelner Kompalla.

Kosz prania i 15 fenigów

Historia codzienności nie składa się wyłącznie z życia kopalni i ratusza. Tworzą ją również najbardziej przyziemne obowiązki: pranie, noszenie ciężkich koszy, suszenie bielizny czy maglowanie.

Na podwórzu Ledwigów mieszkańcy mogli korzystać z ręcznego magla. Wymaglowanie pełnego kosza miało kosztować 15 fenigów. Drugi magiel znajdował się obok sklepu mlecznego Griski.

Dzisiaj taki szczegół może wydawać się błahy. Wówczas był częścią zwykłego tygodnia wielu szombierskich rodzin.

7. Co dziś na obiad?

Mięso można było kupić m.in. u Gebauera przy Beuthenerstraße oraz u kilku rzeźników przy Wilhelmstraße. Warzywa sprzedawał Drescher. Produkty mleczne oferował Gorski.

Wóz konny rozwożący mleko na Wilhelmstraße w Szombierkach
Dostawa mleka na Wilhelmstraße, dzisiejszej ul. Witosa. Wóz konny miejscowego zaopatrzenia mlecznego pokazuje, jak jeszcze na początku lat 30. towary rozwożono po Szombierkach bezpośrednio ulicami.

Późniejsze wspomnienia dokładniej opisują sklep Marii Drescher. Prowadziła go we własnym mieszkaniu. Oprócz warzyw można było kupić tam mleko, słodycze oraz ryby — śledzie, szproty i piklingi.

Mleko u Griski miało kosztować 21 fenigów za litr, natomiast pęto popularnej „Oppelner”, czyli kiełbasy opolskiej, zapamiętano w cenie 60 fenigów.

Nie każdą rodzinę było jednak stać na regularne zakupy u rzeźnika.

W miejscowej pamięci zachował się Georg Gebauer, który miał pomagać biednym rodzinom wielodzietnym, rozdając bezpłatnie zupę wędliniarską, nieraz z dodatkiem krupnioków i żymloków.

Dla biedniejszej wielodzietnej rodziny była to bardzo konkretna pomoc — możliwość nakarmienia wszystkich domowników do syta.

8. Lekarz, rymarz, samochód — zmieniające się Szombierki

Jeżeli boli nas ząb, nie musimy jechać do Bytomia.

Przy Beuthenerstraße 19 praktykę dentystyczną prowadzi M. Janik. Doktor August Scholz przyjmuje pod numerem 48.

W Szombierkach pracują również położne, działa Theresien-Apotheke, kasa chorych, opieka nad niemowlętami i pomoc dla osób chorych.

Szombierki nie były już wsią, której mieszkańcy z każdą poważniejszą sprawą musieli jechać do Bytomia.

Kilka ulic dalej wciąż pracuje rymarz Baron — rzemieślnik potrzebny wszędzie tam, gdzie podstawą transportu pozostają konie i wozy.

Tymczasem przy Feldstraße 14 Richard Pauly prowadzi przedsiębiorstwo zajmujące się budownictwem naziemnym, podziemnym oraz konstrukcjami żelazobetonowymi.

Jeszcze trzeba naprawiać końską uprząż, a obok buduje się już z żelazobetonu.

9. Tramwajem w stronę granicy

Na ulicach słychać również tramwaje.

Przez Szombierki kursowała linia nr 5, jadąca w kierunku Bobrka, Biskupic i dalej Zabrza.

Jeszcze ciekawszą trasę miała linia nr 8, biegnąca Godullahütter Straße w stronę polskiej Goduli. Tramwaj mijał cmentarz, Vereinshaus, Sommerschacht oraz budynek celny — Zollhaus.

Po drodze pasażerowie przejeżdżali obok dobrze znanej mieszkańcom figury nazywanej „Panienką”. Ufundowała ją w 1864 roku hrabina Joanna Schaffgotsch jako osobiste wotum wdzięczności.

Dalej tramwaj dojeżdżał niemal pod samą granicę państwową. Tutaj kończył się niemiecki odcinek trasy. Przy przejściu znajdowały się posterunki i urzędy celne obu państw, a po polskiej stronie dalszą komunikację zapewniała kolejka wąskotorowa.

Przejście graniczne Schomberg-Godullahütte z tramwajem i polskim urzędem celnym
Przejście graniczne Schomberg–Godullahütte w latach 1922–1939. Po lewej widoczny polski urząd celny; od strony niemieckich Szombierek do granicy prowadziła Godullahütter Straße, dzisiejsza ul. Frycza-Modrzewskiego.

Główne przejście w stronę Goduli miało funkcjonować w godzinach od 6.00 do 19.00, natomiast przejście przy ulicy Orzegowskiej zlikwidowano w 1925 roku.

Dawne drogi rodzinne, handlowe i zawodowe zostały po podziale Górnego Śląska przecięte granicą państwową. Po jednej stronie pozostały niemieckie Szombierki i Bytom, po drugiej znalazły się m.in. Godula, Orzegów, Chebzie, Lipiny czy Chropaczów.

I właśnie tutaj historia Szombierek łączy się bezpośrednio z historią mojej rodziny.

Mój pradziadek Wincenty Flaczek urodził się w Szombierkach, ale później związał swoje życie z polską częścią Górnego Śląska. W roku 1927 był funkcjonariuszem polskiej Straży Celnej, następnie pracował w Urzędzie Celnym w Chebziu, a od 1932 do sierpnia 1939 roku jako starszy dozorca celny w Urzędzie Celnym Godula.

Niemiecki Zollhaus na przejściu granicznym Schomberg–Godullahütte
Niemiecki Zollhaus na przejściu granicznym Schomberg–Godullahütte. To właśnie w rejonie tej granicy toczyła się codzienna służba celna, z którą związany był również Wincenty Flaczek.

Dla Wincentego granica nie była więc tylko przeszkodą na drodze do rodzinnej miejscowości — była także częścią jego codziennej służby.

Stała się jego zawodem.

Późniejsze wspomnienia mieszkańców mówią także o przemytnikach działających w rejonie Sommerschachtu. To również należało do życia pogranicza, choć zdecydowanie mniej oficjalnego.

10. Po lekcjach: boiska, stawy i „hinter den Bergen”

Po szkole dzieci i młodzież miały własne miejsca.

Teren pomiędzy Godullahütter Straße i Orzegower Straße nazywano „hinter den Bergen”. Według wspomnień był popularnym miejscem zabaw miejscowej młodzieży. W okolicy znajdowały się również boiska, ogród szkolny oraz liczne stawy i niewielkie zbiorniki wodne.

Właśnie w 1927 roku powstała DJK Hertha Schomberg. Z czasem rozwijała drużyny piłkarskie seniorów i młodzieży, tenis stołowy, szachy, kolarstwo, teatr oraz własny Spielmannszug.

Sport w Szombierkach nie zaczynał się więc od późniejszych sukcesów Szombierek Bytom. Znacznie wcześniej istniał już cały świat lokalnych klubów, boisk i stowarzyszeń.

A jeśli dziecko miało kilka fenigów w kieszeni, późniejsze wspomnienia prowadzą nas jeszcze do Kluzika, u którego można było kupić lody i napoje.

Fryzjer, książki i ostatnie sprawunki

Zanim nadejdzie wieczór, można jeszcze odwiedzić fryzjera. Przy Beuthenerstraße działa Josef Welzel, a przy Wilhelmstraße 29 swój zakład prowadzi Josef Haiduk.

Zakład fryzjerski Josefa Haiduka przy Wilhelmstraße 29 w Szombierkach
Zakład fryzjerski Josefa Haiduka przy Wilhelmstraße 29 — dzisiejszej ul. Witosa 13. Przy wejściu widoczny jest praktykant fryzjerski Max Purgol.

Przy Wilhelmstraße 21 można było kupić książki, a późniejsze wspomnienia mówią także o sklepie papierniczym Czai, dobrze znanym szkolnej młodzieży.

Powoli jednak kończy się dzień pracy.

11. Wieczorem idziemy do Schyski

Wracamy na Wilhelmstraße.

Pod numerem 8 działa restauracja Karla Schyski. Księga adresowa z 1927 roku potwierdza jej istnienie, a wspomnienia dawnych mieszkańców pokazują, że był to jeden z ważniejszych punktów miejscowego życia towarzyskiego.

Gasthaus Karla Schyski przy Wilhelmstraße 8 w Szombierkach
Gasthaus Karla Schyski przy Wilhelmstraße 8 — na rogu dzisiejszych ulic Witosa i Skromnej. To właśnie tutaj skupiała się część wieczornego życia towarzyskiego dawnych Szombierek.

Na pierwszym piętrze znajdowała się sala taneczna. Urządzano tam zabawy, między innymi z okazji Barbórki i 1 Maja. Spotykali się również miejscowi szachiści.

Schyska nie był oczywiście jedynym gospodarzem w miejscowości. Przy Beuthenerstraße Julius Cygan prowadził kawiarnię, działała restauracja Griski i lokal Kluzika.

Ale dzisiaj zostajemy właśnie tutaj.

Po szychcie przychodziła pora na piwo, kieliszek czegoś mocniejszego i spotkanie ze znajomymi. Wspomnienia dawnych mieszkańców zachowały nawet nazwę popularnego, niedrogiego trunku podawanego w szombierskich gospodach — Kutscherkorn.

I tym razem nie musimy sobie tej sceny wyobrażać.

Zachowała się fotografia wykonana w gospodzie Schyski już w 1928 lub 1929 roku — zaledwie rok czy dwa po naszym spacerze. Przy jednym stole siedzą ludzie, których nazwiska pojawiają się również wcześniej w historii szombierskiego handlu: mistrzowie rzeźniccy Mroß i Georg Gebauer, Peter Rzyla i inni mieszkańcy. Z tyłu stoi sam gospodarz Karl Schyska.

Stammtisch w gospodzie Karla Schyski przy Wilhelmstraße 8 w Szombierkach w latach 1928 lub 1929
Stammtisch w gospodzie Karla Schyski przy Wilhelmstraße 8, 1928/29. Wśród sfotografowanych znajdują się m.in. mistrzowie rzeźniccy Mroß i Georg Gebauer oraz Peter Rzyla; z tyłu stoi gospodarz Karl Schyska.

Oryginalny opis fotografii wspomina dawnym szombierskim górnikom:

„manchmal recht ‚beschwipste‘ Stunden”

czyli: „czasem całkiem podchmielone godziny”.

Trudno o lepsze zakończenie naszego dnia.

Przy piwie, rozmowach po szychcie, może przy partii szachów, a jeśli akurat odbywała się zabawa — także przy muzyce i tańcach.

Za oknem trwa jeszcze ruch na Wilhelmstraße. Kilka ulic dalej piekarze przygotowują się już do kolejnego poranka.

Jutro wszystko zacznie się od nowa.

12. Jeden zwyczajny dzień

Oczywiście nie wydarzył się dokładnie taki dzień.

Nie wiemy, czy tego samego ranka wóz Matzkowskiego przejechał obok konkretnej grupy dzieci idących do szkoły ani czy wieczorem u Schyski rozegrano partię szachów.

Ale miejsca, ludzie i opisywane działalności są prawdziwe.

Księga adresowa z 1927 roku pozwala ustalić, gdzie działali piekarze, rzeźnicy, sklepikarze, restauratorzy, lekarze, położne czy rzemieślnicy.

Wspomnienia dawnych mieszkańców dodają to, czego w urzędowym spisie nigdy byśmy nie znaleźli: pięciofenigową bułkę, kucyka Maxa, zakupy „na zeszyt”, piętnastofenigowy magiel, lody dla dzieci, samochód „Walterki” czy pomoc rzeźnika dla biednych rodzin.

Dzięki takim drobiazgom dawne Szombierki przestają być tylko zbiorem dat, nazwisk i czarno-białych fotografii.

Były miejscem, w którym ludzie rano szli na szychtę, dzieci do szkoły, ktoś kupował chleb u Bursiga, ktoś zanosił pranie do magla, ktoś jechał tramwajem w stronę granicy, a wieczorem spotykał znajomych u Schyski.

Był to mały, ale niezwykle gęsty świat, w którym ogromna część codziennego życia mieściła się na kilku ulicach.

I chyba właśnie dlatego, niemal sto lat później, wciąż tak ciekawie spaceruje się po dawnych Szombierkach — nawet jeśli dzisiaj prowadzą nas już głównie stare mapy, fotografie, księgi adresowe i wspomnienia mieszkańców.

Bibliografia i źródła

Źródła podstawowe:

  • Beuthen in Oberschlesien, plan opracowany przez Stadtvermessungsamt Beuthen O/S., listopad 1927, skala 1:8000.
  • Księga adresowa Bytomia i okolic z 1927 roku — wykazy mieszkańców, przedsiębiorstw, urzędów i usług dla Schomberg.
  • Siegfried Kowollik, Erinnerungen an Schomberg — wspomnienia publikowane w „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”; źródło informacji o codziennym życiu, cenach, sklepach, transporcie, gospodach i lokalnych zwyczajach. Materiał ten stanowi istotną część obecnej bazy wiedzy o Szombierkach.
  • Materiały fotograficzne i podpisy z cyklu „Schomberger Bilderbogen” oraz fotografie dawnych mieszkańców publikowane w „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”.
  • Rodzinne materiały genealogiczne Flatzek / Flaczek / Bursig, w tym karta Josefa Piusa Bursiga i zachowane fotografie rodzinne.
  • Szombierki_Baza_Wiedzy — opracowanie zbiorcze dla flaczek.com przygotowane na podstawie ksiąg adresowych, prasy, materiałów ziomkowskich i pozostałych źródeł dotyczących przedwojennych Szombierek.
0
0

Read more

Szkic historyczny przedstawiający dawną wieś Szombierki. Na pierwszym planie leży otwarta księga katastru z 1749 roku, za nią widać skromną chłopską chałupę i krowę pasącą się na łące. W tle góruje murowany, bogaty dwór (dominium).

Zanim nastał węgiel. Chłopskie Szombierki i kataster z 1749 roku

Historia Szombierek · świat przed przemysłem

Zanim nastał węgiel. Chłopskie Szombierki

Dwór, 20 gospodarzy i kataster z 1749 roku — podróż do czasów, gdy potęgę można było policzyć w szeflach ziarna, furach siana i krowach.

Wyobraź sobie Szombierki bez wieży szybu Krystyna, bez dymu nad przemysłowym krajobrazem i bez ceglanych domów wyrastających wokół kopalni.

Jest połowa XVIII wieku. W dwunastu chłopskich gospodarstwach wymienionych w miejscowym katastrze stoi łącznie szesnaście krów. Kilkaset metrów dalej, za bramą dominium należącego do Georga von Markloffsky’ego, jest ich dwadzieścia pięć.

Bogactwo liczy się w wysianym ziarnie, furach siana, bydle i ziemi. Sołtys ma karczmę i stawy rybne, chłop kupujący grunt nadal może być zobowiązany do pracy na rzecz dworu, a granica między szlachecką wsią a pobliskim Bytomiem potrafi kończyć się sporem o wozy i konie.

To jeszcze nie jest świat węgla. Ziemia nie kryła największego skarbu pod powierzchnią. Sama była skarbem.

Rycerz z Miśni i ślad, który urywa się w Pradze

Przez dziesięciolecia w lokalnych opracowaniach powtarzano bardzo atrakcyjną historię o początkach Szombierek.

Nazwa miejscowości miała pochodzić od rycerskiego rodu von Schönberg z Miśni. Z tym rodem łączono Fridericusa de Schonenburch, wymienionego w dokumencie księcia Kazimierza bytomskiego wystawionym w Pradze 10 stycznia 1289 roku.

Opowieść właściwie pisała się sama. Rycerz otrzymuje ziemię, sprowadza ze swojej miśnieńskiej ojczyzny osadników, a nowa wieś przyjmuje nazwę od jego rodu.

Tyle że średniowieczne dokumenty są mniej romantyczne.

Fridericus rzeczywiście występuje w akcie z 1289 roku — ale wyłącznie jako jeden z licznych świadków. Dokument nie mówi ani słowa o Schombergu, nie nazywa go właścicielem tutejszych ziem i nie wspomina o żadnym nadaniu czy zakładaniu wsi.

Artystyczna wizualizacja wystawienia dokumentu w Pradze w 1289 roku z rycerzem jako jednym ze świadków aktu
Wizualizacja poglądowa. Wśród świadków dokumentu księcia Kazimierza bytomskiego wystawionego w Pradze w 1289 roku wymieniono Fridericusa de Schonenburch. Nie znamy jego wyglądu ani nie mamy dowodu, że był właścicielem lub założycielem Szombierek.

Co więcej, forma Schonenburch nie prowadzi automatycznie do miśnieńskich Schönbergów. W tym samym okresie działał również odrębny ród von Schönburg, obecny w czesko-morawskim środowisku politycznym i zapisywany w dokumentach bardzo podobnymi formami nazwiska.

Stara teoria nie musi więc być całkowicie niemożliwa. Ale dziś nie możemy już opowiadać jej jako pewnego faktu.

Początek XIV wieku. Wieś wychodzi z mroku

Historia źródłowa Szombierek zaczyna się prawdopodobnie wcześniej, niż przez długi czas przyjmowano w lokalnych opracowaniach.

Historyk Jan Kopiec, powołując się na badania językoznawcy Henryka Borka, wskazuje wzmiankę już z 1315 roku. Szombierki miały pojawić się wówczas przy okazji nadania połowy młyna Janowi, prepozytowi kościoła św. Małgorzaty w Bytomiu.

Kolejne ślady pojawiają się w 1321 roku, gdy źródła zapisują osobę określoną jako Jan Zchamboris, oraz w 1346 roku, kiedy występuje forma de Sambor.

Szczególnie jednoznaczny jest jednak dokument z 26 stycznia 1369 roku. Pojawia się w nim nazwa Schonenberg, a wraz z nią konkretna informacja o samej miejscowości: Szombierki zostały objęte dynastycznym podziałem ziemi bytomskiej pomiędzy linie cieszyńską i oleśnicką.

Tutaj nie mamy już człowieka o podobnie brzmiącym nazwisku ani późniejszej rekonstrukcji.

Mamy wieś i konkretny fakt z jej historii.

Nadal nie wiemy, kiedy dokładnie Szombierki zostały założone. Nie znamy ich dokumentu lokacyjnego ani nazwiska człowieka, który pierwszy wytyczył miejscowe gospodarstwa.

Dźwięk dwudziestu groszy

W opracowaniu dotyczącym najstarszych dziejów Szombierek, przypisywanym rektorowi i regionaliście Paulowi Franzkemu, pojawia się niezwykle ciekawy zapis z 22 kwietnia 1660 roku.

Według Franzkego w bytomskiej księdze miejskiej odnotowano wówczas składkę okolicznych miejscowości na naprawę ważnego mostu. Każdy chłopski posiadacz miał wpłacić jeden czeski grosz.

1 czeski grosz od posiadacza
20 groszy wpłaciły Szombierki
20? posiadaczy według wniosku Franzkego

Franzke wyciągnął z tego prosty wniosek: opłatą objętych było dwudziestu miejscowych posiadaczy.

Jeszcze ciekawsze jest to, że — również według jego relacji — pasował do tego urbarz z 1672 roku, który obok sołtysa wymieniał dziewiętnastu innych posiadaczy.

Sołtys nie był jednak tylko jednym z dwudziestu. Miał większe gospodarstwo, a oprócz niego karczmę i dwa stawy rybne.

Artystyczna wizualizacja dawnego Schombergu z gospodarstwem sołtysa, karczmą i stawami rybnymi
Wizualizacja poglądowa. Według materiału przywołującego urbarz z 1672 roku szombierski sołtys dysponował większym gospodarstwem, karczmą i dwoma stawami rybnymi. Układ oraz wygląd zabudowy na ilustracji są umowne.

Franzke poszedł w swojej rekonstrukcji dalej. Uznał, że układ dwudziestu gospodarstw mógł sięgać aż czasów założenia wsi i właśnie stąd wyprowadził późniejszą historię o zasadźcy i dziewiętnastu osadnikach z Miśni.

Panowie z Szombierek kontra bytomscy mieszczanie

Nowożytny Schomberg był wsią szlachecką i dobrem rycerskim.

To bardzo ważne, bo pobliski Bytom był zupełnie innym organizmem: miastem z własnymi władzami, mieszczanami, prawami i interesami.

Kilka kilometrów odległości nie oznaczało wspólnej jurysdykcji.

I czasami iskrzyło.

Franz Gramer wspomina o konfliktach, podczas których panowie szombierscy odbierali bytomskim mieszczanom wozy i konie, gdy ci jechali przez ich teren po drewno do lasu.

Artystyczna wizualizacja sporu na drodze między przedstawicielami dóbr szombierskich a bytomskimi mieszczanami
Wizualizacja poglądowa. Franz Gramer wspomina o odbieraniu bytomskim mieszczanom wozów i koni podczas przejazdu przez ziemie Szombierek. Wygląd postaci, wozu i krajobrazu ma charakter ilustracyjny.

Nie musimy dziś rozstrzygać, która strona uważała swoje działanie za prawnie uzasadnione.

Sam fakt pokazuje coś ważniejszego: granica między Bytomiem a Szombierkami nie była tylko linią na mapie. Była granicą własności, uprawnień i władzy.

Franz Stodolka, powołując się na akta księgi gruntowej państwa stanowego Bytom z 1700 roku, wymienia:

Friedrich von Koschitzki auf Schomberg.

Pan na Szombierkach przestaje być anonimowy.

Ale jeszcze ciekawsze jest to, co wydarzy się pół wieku później. Wtedy dokumenty pokażą już nie tylko właściciela majątku.

Pokażą ludzi chodzących za pługiem.

Pruski urzędnik zagląda do obory

Po przejęciu większej części Śląska przez Prusy nowa administracja zaczęła systematycznie liczyć majątek, od którego można było pobierać podatki.

Kataster dla powiatu bytomskiego ukończono 13 sierpnia 1749 roku.

Paul Franzke dotarł do tego materiału i w 1925 roku opublikował w czasopiśmie „Aus dem Beuthener Lande” zestawienie dotyczące Szombierek.

Dzięki niemu możemy zrobić coś niezwykłego.

Możemy niemal zajrzeć XVIII-wiecznym Szombierczanom do stodół i obór.

Artystyczna wizualizacja sporządzania katastru w Szombierkach w 1749 roku i rejestrowania bydła gospodarza
Wizualizacja poglądowa. Kataster z 1749 roku rejestrował m.in. wielkość zasiewów, ilość siana oraz liczbę krów należących do gospodarstw Schombergu. Wygląd urzędnika, gospodarstwa i mieszkańców jest umowny.

Urzędnika nie interesowało, czy gospodarz był lubiany przez sąsiadów ani jak wyglądał jego dom. Chciał wiedzieć, ile ziemia może wyprodukować.

Grunty orne opisywano według ilości ziarna potrzebnego do zasiewu. Łąki — według ilości zbieranego z nich siana.

A obok zapisywano bydło.

I nagle zza kolumn cyfr wychodzą konkretni ludzie.

Ludzie zapisani w katastrze

Półrolnicy — mocniejsi gospodarze

Czterech Halbbauerów miało gospodarstwa o niemal identycznych parametrach: po 9 szefli wysiewu zimowego i 9 letniego, po 2 fury siana oraz po 2 krowy.

  • Matthes Polpantzek
  • Casper Pawlitta
  • Michel Klokotsch
  • Laurentz Bontzek

Jedna krowa i kilka szefli ziemi

Większość z ośmiu Gärtnerów, czyli zagrodników, miała po 3 szefle wysiewu zimowego i 3 letniego, około 2/3 fury siana oraz 1 krowę.

  • Andreas Baboroffsky
  • Michel Mierswa
  • Friedrich Krauß
  • Matthes Dzilinsky
  • Blasek Mierswa
  • Valentin Gayda
  • Johann Galea
  • Sophia Kubisca

Dwadzieścia pięć krów za bramą dominium

Dopiero po zestawieniu chłopskich gospodarstw z majątkiem dworskim widać prawdziwą skalę miejscowych różnic.

16 krów w dwunastu wymienionych gospodarstwach chłopskich
kontra
25 krów należących do dominium

Czterech półrolników miało łącznie 8 krów. Ośmiu zagrodników — kolejnych 8.

Za bramą dworu stało ich więcej niż u wszystkich tych gospodarzy razem.

Jeszcze większą dysproporcję widać w zasiewach. Podczas gdy typowy zagrodnik miał zapisane po 3 szefle wysiewu zimowego i letniego, dominium osiągało 115 szefli i 8 Metzen w każdej z tych dwóch kategorii.

Do tego dochodziło 12 fur siana.

Właścicielem majątku był wówczas Georg von Markloffsky.

I trzeba pamiętać, że Gutsherrschaft Schomberg nie oznaczała jedynie dworu stojącego przy szombierskiej drodze. Do tego kompleksu dóbr należały w 1749 roku także Orzegów i Bobrek.

Później majątek znalazł się w rękach braci Leopolda i Karla von Hochberg, a następnie przeszedł do Freiherra von Gruttschreibera. Franzke podawał cenę zakupu: 34 000 talarów rzeszy.

Zmieniały się nazwiska właścicieli.

Chłopski rytm życia zmieniał się znacznie wolniej.

Karpie i nauczyciel, którego nie potrafimy znaleźć

Kataster przechował również szczegóły, które dla współczesnego czytelnika brzmią niemal egzotycznie.

Roczną kontrybucję gminy wyliczono na 418 talarów, 2 srebrne grosze i 5 halerzy.

Jednocześnie mieszkańcom przysługiwał coroczny przydział ryb: ¾ kopy „Karpfen-Samm” oraz 1½ kopy „Strich-Karpfen”.

Paul Franzke sam zauważył sprzeczność i próbował ją wyjaśnić. Nie mógł jednak dotrzeć do tomu nr 198 katastru, który mógł zawierać dodatkowe informacje.

Czy chodziło o wcześniejszą funkcję nauczycielską? O związane z nią świadczenie lub grunt? O zapis, którego znaczenie zmieniło się z czasem?

Nie mamy odpowiedzi.

I chyba właśnie dlatego ten pojedynczy Schulmeister jest tak ciekawy.

Kupiłeś ziemię. Ale czy byłeś wolny?

Na początku XIX wieku stary system zaczynał się rozszczelniać.

W 1807 roku z dominium Schomberg sprzedawano kolejne grunty.

Jedną z parcel leżących przy dawnym Młynie Pielki — Pilkermühle — nazywano Zydowiną . Kupił ją młynarz Koschmieder.

Inne działki nabyli m.in. orzegowski sołtys Krzionska oraz chałupnik Michael Janiczek.

Brzmi już niemal nowocześnie. Jest ziemia. Jest kupujący. Jest umowa.

Tylko że zakup gruntu nie oznaczał jeszcze zerwania wszystkich więzów z dawnym porządkiem.

Unterthänigkeit Zależność poddańcza wobec dominium nadal pozostawała elementem stosunku prawnego.
Laudomium Przy zmianie posiadacza przewidziano opłatę w wysokości 10 procent.
Robot Dawna powinność robocizny na rzecz dworu. Michael Janiczek miał podczas żniw przez dwa dni zapewnić zdolną do pracy osobę.
Artystyczna wizualizacja obowiązkowej pracy przy żniwach na rzecz dominium Schomberg na początku XIX wieku
Wizualizacja poglądowa. Umowa z 1807 roku nakładała na Michaela Janiczka obowiązek dwóch dni robocizny na rzecz dominium w czasie żniw, wykonywanej przez zdolną do pracy osobę. W źródle powinność tę określono dawnym terminem Robot.
Można było kupić ziemię. Ale kawałek twojego czasu nadal należał do dworu.

To właśnie początek XIX wieku jest jednym z najciekawszych momentów tej historii.

Są opłaty. Jest jeszcze Robot — obowiązkowa robocizna na rzecz dworu. Stary porządek wciąż działa.

Ale ziemia coraz wyraźniej staje się także towarem. Jest dzielona, sprzedawana i przechodzi w ręce nowych właścicieli.

Stary system nie kończy się jedną ustawą i jednego poranka. Po prostu coraz bardziej pęka.

Lata 20. XIX wieku. Na scenę wchodzi Godula

Według materiałów dotyczących badań Paula Franzkego, w 1826 roku Karol Godula nabył dobra Szombierki–Orzegów na przymusowej licytacji.

To doskonała granica naszej opowieści.

Nie dlatego, że następnego ranka zniknęły pola, a gospodarze zamienili kosy na górnicze kilofy.

Rolnicze Szombierki istniały jeszcze długo.

Ale samo nazwisko Goduli zapowiada już zmianę sposobu myślenia o tej ziemi.

Przez stulecia jej wartość można było mierzyć tym, ile ziarna przyjmie pole, ile fur siana da łąka i ile bydła zdoła wyżywić gospodarstwo.

W XIX wieku coraz większego znaczenia nabierało coś innego: to, co znajdowało się pod ziemią.

Jak wyglądało dalsze przejście od dawnej wsi do przemysłowych Szombierek, opisuję szerzej w artykule „Szombierki, jakich już nie ma. Dawna wieś, kopalnia i koniec starego świata” .

Z czasem nad polami wyrosną szyby. Pojawi się kopalnia Hohenzollern . Wiejski krajobraz zacznie znikać pod drogami, torami, domami robotniczymi i przemysłową zabudową.

Byli Polpantzek, Pawlitta, Klokotsch i Mierswowie.

Była Sophia Kubisca ze swoim niewielkim gospodarstwem.

Był sołtys z karczmą i stawami.

Było szesnaście chłopskich krów.

I dwadzieścia pięć dworskich.

Zanim rytm Szombierek zaczęła wyznaczać kopalniana szychta, wyznaczały go siew, sianokosy i żniwa. A potęgę można było policzyć w krowach.

Źródła i literatura
  1. Paul Franzke, Einige Daten aus Schombergs Vergangenheit, „Aus dem Beuthener Lande”, Jg. 2, nr 3, Beuthen O/S., 21 stycznia 1925 r.; przedruk w „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, wrzesień 1976.
  2. Schomberg. IV. Gründung des Dorfes; der Name, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, styczeń 1977; autorstwo przypisane w publikacji prawdopodobnie rektorowi Paulowi Franzkemu; materiał ze zbiorów Franza Strzali, nadesłany przez Siegfrieda Kowollika.
  3. Franz Gramer, Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, Beuthen 1863.
  4. Franz Stodolka, Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien.
  5. Lehns- und Besitzurkunden Schlesiens und seiner einzelnen Fürstenthümer im Mittelalter, t. II — dokument księcia Kazimierza bytomskiego z 10 stycznia 1289 r.
  6. Streifzüge durch Oberschlesien — materiał dotyczący badań Paula Franzkego oraz przejęcia dóbr Szombierki przez Karola Godulę w 1825 r.
1
0

Read more

Ratusz w Szombierkach przed 1945 rokiem – Ratusz w cieniu kopalni

Ratusz w cieniu kopalni

Cykl: Gmina, urząd, władza

Ratusz w cieniu kopalni

Jak zarządzano Szombierkami przed 1945 rokiem — samodzielna gmina między mieszkańcami, koncernem Schaffgotschów, narodowym socjalizmem i wojną

Schomberg / Szombierki administracja gminna kopalnia i samorząd 1919–1945

W szombierskim ratuszu nie wydobywano węgla, lecz niemal każda ważniejsza decyzja urzędu zaczynała się pod ziemią. Kopalniane wyrobiska przesądzały, gdzie można budować. Koncern Schaffgotschów posiadał zakłady, mieszkania i tereny, bez których trudno było rozwiązać nawet zwyczajny problem komunalny.

Przed 1945 rokiem Szombierki nie były jeszcze dzielnicą Bytomia. Stanowiły dużą gminę przemysłową z własnym ratuszem, władzami i rozbudowanym personelem. Urząd prowadził kasę, podatki, urząd stanu cywilnego, pomoc społeczną, zakłady komunalne i techniczną obsługę miejscowości.

Nie jest to więc tylko opowieść o kolejnych niemieckich urzędnikach. To historia miejsca, jego instytucji i problemów, które nie zniknęły wraz ze zmianą państwowości w 1945 roku.

Historyczny widok ratusza i przemysłowych Szombierek
Ratusz był centrum administracji samodzielnej gminy funkcjonującej w bezpośrednim sąsiedztwie kopalń i zakładów Schaffgotschów.

Zanim Szombierki stały się dzielnicą

Dzisiejsze spojrzenie na Szombierki łatwo podporządkować historii Bytomia. Przez większą część pierwszej połowy XX wieku miejscowość funkcjonowała jednak jako osobna gmina, posiadająca własne władze, budżet i administrację.

Szerszą opowieść o dawnej wsi, jej mieszkańcach i przemianie w ośrodek przemysłowy przedstawia artykuł „Szombierki, jakich już nie ma. Dawna wieś, kopalnia i koniec starego świata” .

Do 1945 roku gmina znajdowała się w granicach Niemiec. Językiem urzędowym był niemiecki, a stanowiska nosiły nazwy takie jak Gemeindevorsteher, Gemeindeschulze czy Bürgermeister. Urząd zarządzał jednak konkretną górnośląską społecznością o złożonej tożsamości językowej, regionalnej i narodowej.

W księgach rejestrowano narodziny, małżeństwa i zgony mieszkańców. Z kasy gminnej finansowano szkoły, ulice, oświetlenie i pomoc społeczną. W ratuszu rozpatrywano podatki, pozwolenia i skargi, niezależnie od tego, jakim językiem mieszkańcy posługiwali się w swoich domach.

Szombierki były przy tym miejscowością przemysłową w stopniu trudnym dzisiaj do odtworzenia. Kopalnia nie była jednym z wielu zakładów. Wpływała na rozwój przestrzenny, zabudowę, zatrudnienie i codzienne życie większości rodzin.

Rozwiń skróconą chronologię władz gminy
do 1918

Anton Schigulski — naczelnik gminy.

1918 – 29 stycznia 1919

Zarząd przejściowy; nazwisk dotąd nie ustalono.

1919–1929/1930

Gerhard Enger — naczelnik urzędu i gminy.

1930 – około 1933/1934

Dr Hans Kuhna — burmistrz.

1934

Morczinek — potwierdzony jako zwierzchnik gminy.

marzec 1937

Walter Hauptmann — potwierdzony jako burmistrz.

15 października 1937 – 14 listopada 1939

Paul Gloger — naczelnik urzędu i burmistrz.

21 listopada 1939 – połowa września 1941

Joseph Lison — burmistrz lub zwierzchnik gminy.

jesień 1941 – 19 lutego 1942

Osoba kierująca gminą pozostaje nieustalona.

20 lutego 1942 – 15 stycznia 1945

Reinhold Mandrella — burmistrz; Josef Bursig jako zastępca.

Samorząd pod ziemią

Gerhard Enger objął kierowanie urzędem i gminą 29 stycznia 1919 roku. Szombierki wychodziły wówczas z wojny, rewolucji i rozpadu dawnego porządku cesarskiego. Wkrótce miały nadejść powstania śląskie, plebiscyt, kryzys gospodarczy i inflacja.

Jedno z powojennych źródeł wskazuje, że Enger kierował wcześniej urzędem stanu cywilnego w Mikulczycach. Nie podano jednak, kiedy i jak długo pełnił tę funkcję.

Ważniejsze od szczegółów jego życiorysu jest to, czym zajmowała się gmina. Remontowano sale szkolne, instalowano centralne ogrzewanie w szkole dla chłopców, porządkowano szkolny dziedziniec, modernizowano oświetlenie w stronę Bytomia i prowadzono prace związane z oczyszczaniem ścieków.

Nie były to przedsięwzięcia nadające się na monumentalny pomnik. Właśnie z takich decyzji składało się jednak zarządzanie miejscowością gwałtownie rosnącą wokół kopalni.

Historię zakładu, który ukształtował przestrzeń, zatrudnienie i społeczną strukturę miejscowości, opisuje osobny artykuł: „Hohenzollerngrube / KWK Szombierki — Żelazny gigant, który wchłonął Szombierki” .

W 1929 roku Enger został jednogłośnie ponownie wybrany na zwierzchnika gminy. Wybór wymagał jeszcze zatwierdzenia przez władzę nadzorczą, co przypomina, że lokalny samorząd nie był całkowicie niezależny od powiatu i państwa.

Na fotografii Ochotniczej Straży Pożarnej Enger występuje obok sekretarza gminnego Dulla, elektryka gminnego Glenza oraz innych przedstawicieli miejscowej społeczności. Starsze zdjęcie tej samej organizacji przedstawia Antona Schigulskiego, zmarłego w 1918 roku naczelnika gminy.

W 1930 roku urząd objął dr Hans Kuhna, prawnik związany wcześniej z zarządem kopalń Schaffgotschów. Jego doświadczenie dobrze pasowało do miejscowych realiów. Większe inwestycje wymagały bowiem nie tylko pieniędzy, lecz także uzgodnień z właścicielem terenów, zabudowy i podziemnych wyrobisk.

Zależność od koncernu jeszcze wyraźniej ujawniła się w czasie urzędowania Paula Glogera. Szkody górnicze ograniczały możliwości budowlane, a gmina mogła planować rozwój tylko w granicach wyznaczanych przez działalność kopalni.

Dobrym przykładem była sprawa 25 rodzin mieszkających w zrujnowanych barakach. Urząd nie posiadał środków ani lokali pozwalających samodzielnie rozwiązać problem. Według relacji Gloger prowadził negocjacje z dyrekcją Schaffgotschów, w wyniku których rodziny miały otrzymać mieszkania w sąsiedniej miejscowości.

Samorząd mógł reprezentować mieszkańców i prowadzić negocjacje, lecz nie posiadał pełnej kontroli nad zabudową, mieszkaniami i przestrzenią gminy.

Właśnie na tym polegało życie ratusza w cieniu kopalni.

Gdy partia weszła do urzędu

Lata trzydzieste przyniosły zmianę głębszą niż zwykła wymiana jednego zwierzchnika na drugiego. Po przejęciu władzy przez narodowych socjalistów lokalny samorząd był stopniowo podporządkowywany państwu i NSDAP.

Z zachowanych powojennych relacji wynika, że Hans Kuhna nie należał do partii, a jego konflikt z powiązanym z NSDAP kasjerem kościelnym posłużył jako pretekst do usunięcia go ze stanowiska. Dokumentu odwołania dotąd nie odnaleziono, wiadomo jednak, że przed 1934 rokiem nie kierował już Szombierkami.

W 1934 roku na czele gminy znajdował się Morczinek, określony w prasie jako Gemeindeschulze i członek NSDAP. Nadal zajmował się zwykłymi sprawami administracyjnymi: podatkami, obciążeniami powiatowymi, składem przedstawicielstwa gminnego czy zasadami działalności lokali.

Jednocześnie prowadził działalność w Bund Deutscher Osten, organizacji narodowo-politycznej i propagandowej. Funkcja urzędowa oraz aktywność ideologiczna zaczynały tworzyć jeden mechanizm.

W marcu 1937 roku urząd burmistrza Szombierek sprawował Walter Hauptmann. Jego późniejsza kariera wiodła przez aparat NSDAP, działalność propagandową i stanowisko kierownika partyjnego w Bytomiu. Szombierski urząd okazał się jednym z etapów politycznego awansu.

Ogłoszenie rodzinne Waltera Hauptmanna wymieniające go jako burmistrza Szombierek w 1937 roku
Ogłoszenie o narodzinach Dietlind Ingwalde Hauptmann, opublikowane w „Der Oberschlesische Wanderer”, rocznik 109, nr 79 z 1937 roku. Walter Hauptmann został w nim wymieniony jako burmistrz Szombierek.

Ratusz nie przestał przez to zajmować się szkołami, podatkami, pomocą społeczną i infrastrukturą. Zmieniło się jednak otoczenie, w którym podejmowano decyzje. Administracja została włączona w system dyktatury, a urzędnik mógł być jednocześnie kierownikiem lokalnej instytucji i działaczem aparatu politycznego.

Paul Gloger, kierujący Szombierkami od października 1937 roku, również należał do NSDAP. Zachowane relacje pokazują go przede wszystkim przy sprawach finansowych, inwestycyjnych i mieszkaniowych, ale jego urząd funkcjonował już w ramach państwa narodowosocjalistycznego.

Wojna wchodzi do ratusza

We wrześniu 1939 roku obok zwykłych spraw komunalnych pojawiły się skutki wojny: zagrożenie ostrzałem, ruchy wojska, niepokój mieszkańców i konieczność utrzymania porządku.

Gloger wspominał nocny wyjazd z komendantem policji w rejon zagrożenia oraz uspokajanie mieszkańców przygotowujących się do opuszczenia miejscowości. Po kilku tygodniach został przeniesiony do Mikulczyc.

Od 21 listopada 1939 roku Szombierkami kierował Joseph Lison, określony w powojennym źródle jako wojenny kierownik organizacyjny Związku Studentów. Pozostał na stanowisku do połowy września 1941 roku.

Po jego odejściu pojawia się kilkumiesięczna luka. Nie wiadomo, kto formalnie prowadził gminę do lutego 1942 roku. Większą rolę mógł odgrywać Josef Pius Bursig, ale w dotychczas odnalezionych dokumentach nie został nazwany pełniącym obowiązki burmistrza.

Bursig prowadził piekarnię w Szombierkach. W 1926 roku został radnym, trzy lata później ławnikiem gminnym, a w 1942 roku występował już jako zastępca burmistrza. Nie był prawnikiem koncernu ani funkcjonariuszem skierowanym z zewnątrz. Przez kilkanaście lat przechodził kolejne szczeble miejscowego samorządu.

20 lutego 1942 roku wręczył akt nominacyjny Reinholdowi Mandrelli. Nowy burmistrz kierował gminą do 15 stycznia 1945 roku.

O jego konkretnych decyzjach wiadomo niewiele. Urząd nadal jednak prowadził rejestry, ściągał podatki, obsługiwał mieszkańców, zarządzał pomocą społeczną i infrastrukturą. Wojna nie zniosła codziennej administracji. Zwiększyła natomiast liczbę regulacji i poleceń przekazywanych z góry.

Dobrym przykładem ciągłości jest Günter Sandler. W styczniu 1940 roku rozpoczął w szombierskim urzędzie szkolenie na przyszłego urzędnika administracyjnego. Zakończył je w lipcu 1942 roku, gdy gminą kierował już Mandrella.

W ciągu tego okresu zmieniali się zwierzchnicy, a wojna obejmowała kolejne kraje. Kandydat na urzędnika nadal uczył się prowadzenia dokumentacji i wykonywania procedur.

W dotychczas zgromadzonych materiałach nie odnaleziono dokumentu pokazującego uporządkowane przekazanie urzędu w styczniu 1945 roku. Znana relacja opisuje raczej rozpad administracji w warunkach zbliżającego się frontu.

Ciąg dalszy historii Szombierki 1945: Tragedia mieszkańców i koniec pewnej epoki Wejście Armii Czerwonej, ofiary cywilne, spalenie pałacu, deportacje górników, los kobiet i administracyjny epizod „Chruszczowa”.

Ludzie za okienkami

Historia administracji łatwo zamienia się w spis burmistrzów. Tymczasem urząd nie działał dzięki jednej osobie siedzącej w reprezentacyjnym gabinecie.

Najlepszym dowodem jest fotografia personelu administracji gminnej Szombierek, wykonana prawdopodobnie w latach 1937–1939. Przed obiektywem ustawiono blisko trzydzieści osób reprezentujących cały mechanizm codziennego działania gminy.

Personel administracji gminnej Szombierek z burmistrzem Paulem Glogerem
Personel administracji gminnej Szombierek z Paulem Glogerem, prawdopodobnie w latach 1937–1939. Zdjęcie opublikowano w październiku 1977 roku.
Finanse Kasa gminna, podatki, egzekucja administracyjna i kontrola rachunkowa.
Sprawy mieszkańców Urząd stanu cywilnego, urząd główny, registratura i centrala telefoniczna.
Pomoc społeczna Urząd socjalny, opiekunki społeczne oraz wsparcie rodzin robotniczych.
Gospodarka komunalna Zakłady komunalne, urząd gospodarczy i obsługa lokalnych usług.
Infrastruktura Elektryczność, sieć rurowa, budynki szkolne i urządzenia techniczne.
Kierownictwo Zwierzchnik podejmował decyzje, ale zawodowi pracownicy utrzymywali procedury.

Josef Müller zajmował wysokie stanowisko inspektora administracji gminnej. Powojenny nekrolog przedstawiał go jako urzędnika dobrze znanego mieszkańcom i zasłużonego dla gminy, choć nie wymieniał konkretnych osiągnięć.

Helene Nowak z domu Heiduk pracowała w administracji i posiadała rozległą wiedzę o szombierskiej pracy socjalnej. Jest bardzo prawdopodobne, że była Heleną Heiduck widoczną na fotografii personelu.

Josef Glenz pracował jako mistrz elektryk. Najprawdopodobniej jest tą samą osobą, którą na wcześniejszej fotografii straży podpisano jako elektryka gminnego. Byłby więc przykładem ciągłości personelu technicznego pomimo zmian kierownictwa.

Część pracowników administracji angażowała się także w miejscowe organizacje. Na fotografiach straży obok zwierzchników gminy pojawiają się sekretarz Dull i elektryk Glenz. Administracja wspierała również lokalne stowarzyszenia, między innymi Turn- und Spielverein Schomberg 06.

Rozwiń wykaz personelu ze zdjęcia

Funkcje podano zgodnie z podpisem opublikowanym w październiku 1977 roku. Datowanie zdjęcia na lata 1937–1939 wynika z obecności Paula Glogera.

  • Günter SchyskaKasa gminna.
  • Rudolf GriskoUrząd gospodarczy.
  • Walter SwobodaFunkcja niepodana.
  • Johannes „Hans” BulkaUrząd stanu cywilnego.
  • Paul GlogerBurmistrz.
  • Konrad KochanowskiUrząd główny.
  • Rudolf MeierUrząd socjalny.
  • Josef GlenzMistrz elektryk.
  • Fräulein BoenischUrząd gospodarczy.
  • Fräulein StrauchFunkcja niepodana.
  • Helene ImmischSekretariat burmistrza.
  • Osoba niezidentyfikowanaDrugi rząd.
  • Liesel ImmischUrząd socjalny.
  • Martha SchneiderRegistratura i centrala telefoniczna.
  • Klara KnappeOpiekunka społeczna.
  • Helene HeiduckPrawdopodobnie późniejsza Helene Nowak.
  • Josef RollikMistrz sieci rurowej.
  • Agnes TeichmannZakłady komunalne.
  • August GratzaPodatki.
  • Georg DrabantUrząd socjalny.
  • Reinhold BregullaFunkcja niepodana.
  • Karl MüllerUrząd gospodarczy.
  • Anton WoschGospodarz budynków szkolnych.
  • August MrutzekUrzędnik egzekucyjny.
  • Osoba niezidentyfikowanaTrzeci rząd.
  • Eberhard DornKontrola rachunkowa.
  • TobisKasa gminna; imię nieustalone.

Co pozostało po 1945 roku

W styczniu 1945 roku zakończyła się historia niemieckiej administracji Szombierek. Nie zakończyła się jednak historia miejscowości ani jej codziennych potrzeb.

Polska administracja obejmowała miejscowość posiadającą ratusz, szkoły, drogi, sieci komunalne i zabudowę ukształtowaną przez wcześniejsze dziesięciolecia. Musiała też zmierzyć się z tymi samymi materialnymi problemami: szkodami górniczymi, potrzebami mieszkaniowymi i obsługą dużej społeczności przemysłowej.

Nie oznaczało to prostej ciągłości kadrowej ani prawnej. Zmieniły się państwo, język urzędowy i system polityczny. Ciągłość dotyczyła przede wszystkim miejsca: nadal trzeba było prowadzić urząd stanu cywilnego, utrzymywać szkoły, naprawiać ulice, zapewniać światło i wodę oraz pomagać rodzinom.

Dlatego dzieje ratusza sprzed 1945 roku nie są tylko historią urzędników, których już tu nie ma. Wyjaśniają, jak funkcjonowały Szombierki, zanim stały się częścią powojennego Bytomia.

Zmieniały się systemy, nazwiska i urzędowe pieczęcie. Kasa nadal musiała się zgadzać. Dzieci trzeba było rejestrować, rodziny wspierać, szkoły utrzymywać, a uszkodzone przez górnictwo budynki naprawiać. Właśnie w tej codzienności kryje się prawdziwa historia szombierskiego ratusza.

Bibliografia i materiały źródłowe

Prasa i źródła z epoki

  • „Katolik”, 1929, rocznik 62, nr 113.
  • „Katolik Codzienny”, 1926, rocznik 29, nr 10; 1929, rocznik 32, nr 218.
  • „Der Oberschlesische Wanderer”, 1934, rocznik 107, nr 253.
  • „Der Oberschlesische Wanderer”, 1935, rocznik 108, nr 250.
  • „Der Oberschlesische Wanderer”, 1937, rocznik 109, nr 79.
  • „Amtsblatt der Regierung zu Oppeln für 1932”, tom 117, nr 30 i 49.
  • „Kattowitzer Zeitung”, 1940, rocznik 72, nr 62 i 212.
  • „Gau-Anordnungsblatt” der Gauleitung Oberschlesien, 12 grudnia 1941 r.

Wydawnictwa ziomkowskie i wspomnienia

  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, maj 1967, nr 5, Adolf Derschat, „Bürgermeister Carl Czichy aus Klausberg”.
  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, luty 1978, nr 2, „Der Schomberger Bürgermeister Gerhard Enger”.
  • Siegfried Kowollik, „Der Schomberger Bürgermeister Dr. Hans Kuhna”, „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, czerwiec 1979, nr 6.
  • Leonhardt Maniura, „Schomberg und der Zweite Weltkrieg”, „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, czerwiec 1989, nr 6.
  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, czerwiec 1991, nr 6 — fotografie Ochotniczej Straży Pożarnej w Szombierkach.
  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, październik 1977, nr 10 — fotografia personelu administracji gminnej.
  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, wrzesień 1979, nr 9 — nekrolog Heleny Nowak z domu Heiduk.
  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, luty 1981, nr 2 — nekrolog Josefa Müllera.
  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, czerwiec 1978, nr 6 — „Zum Gedenken an Günter Sandler, Schomberg”.

Opracowania i materiały pomocnicze

  • „Pod rządami gauleiterów: elity i instancje władzy w rejencji katowickiej w latach 1939–1945”.
  • „Górny Śląsk podczas II wojny światowej: między utopią niemieckiej wspólnoty narodowej a rzeczywistością okupacji na terenach wcielonych do Trzeciej Rzeszy”.
  • Drzewo genealogiczne i wiedza rodzinna Bursig / Flaczek.
1
0

Read more