Skip to contentSkip to main navigationSkip to footer

Category

Bytom

Stylizowana rycina przedstawiająca elitę Bractwa Strzeleckiego w Bytomiu (Schützengilde zu Beuthen O.S.) w historycznych mundurach. W centrum znajduje się statuetka srebrnego kura na tle dawnego Domu Strzeleckiego na Górecku.

Bractwo Strzeleckie w Bytomiu / Schützengilde zu Beuthen O.S. Elita, srebrny kur i ostatnie lato starego świata

Bractwo Strzeleckie w Bytomiu / Schützengilde zu Beuthen O.S. Elita, srebrny kur i ostatnie lato starego świata

Privilegierte Schützengilde in Beuthen O.S. — dzieje bytomskich strzelców od średniowiecznych tradycji obrony miasta po czerwiec 1939 roku.

Wstęp: srebrny kur, którego już nie ma

Bytom miał wiele elit: urzędniczą, kupiecką, przemysłową, rzemieślniczą i kościelną. Przez długie stulecia istniała jednak jeszcze jedna wspólnota, w której te światy spotykały się przy tarczach, sztandarach, muzyce i ceremoniale: Bractwo Strzeleckie w Bytomiu, czyli historyczna Schützengilde zu Beuthen O.S.. Określenie „bractwo kurkowe” pozostaje tu użyteczne dla polskiego czytelnika, ale nazwą bliższą źródłom dla dawnej organizacji bytomskiej jest właśnie Bractwo Strzeleckie.

Nie była to tylko grupa ludzi z bronią. Bractwo było miejskim rytuałem prestiżu. Rzeźnicy, piekarze, kupcy, fabrykanci, lekarze, urzędnicy i wojskowi w stanie spoczynku występowali tu jako królowie, rycerze, marszałkowie, mistrzowie strzeleccy, członkowie zarządu i zwycięzcy zawodów. Dla genealoga to materiał szczególny: nazwisko pojawia się często razem z zawodem, funkcją, rokiem i miejscem w miejskiej hierarchii.

Dostojnicy Bractwa Strzeleckiego w Bytomiu w strojach organizacyjnych z odznakami i wieńcami
Dostojnicy Kgl. Priv. Schützengilde Beuthen, czyli Królewskiego Uprzywilejowanego Bractwa Strzeleckiego w Bytomiu. Fotografia prasowa po cyfrowym oczyszczeniu; podpis źródłowy zachowany w obrazie.

Nad tą historią unosi się zagadka zaginionego srebrnego kura. Według tradycji był to najcenniejszy klejnot gildii — srebrny ptak, symbol królewskiego zwycięstwa. W nocy z 3 na 4 marca 1839 roku z sali posiedzeń bytomskiego magistratu skradziono pamiątki Bractwa: insygnia, odznaki i srebrne zawieszki. Ten epizod jest jednym z najbardziej filmowych momentów w dziejach bytomskich strzelców, a zarazem kluczem do krytycznego spojrzenia na legendę o kurze z 1452 roku.

Historia Bractwa zaczyna się więc od dwóch rzeczy naraz: od bardzo starej tradycji miejskiej i od braku pewnego aktu założycielskiego. Mamy tropy średniowieczne, przekazy kronikarskie, odnowienie strzelań królewskich w 1728 roku i dramatyczną kradzież z 1839 roku. Nie mamy jednak jednego dokumentu, który pozwalałby powiedzieć: „tu, tego dnia, narodziło się Bractwo Strzeleckie w Bytomiu”. Dlatego ta opowieść jest nie tylko gawędą, lecz także śledztwem.

Śledztwo historyczne: od średniowiecznych poszlak do kradzieży z ratusza

Miasto bez aktu założycielskiego

Najstarsza historia Bractwa zaczyna się od braku. Nie zachował się dokument powołujący bytomską gildię strzelecką. Według późniejszych opracowań akta mogły przepaść w wielkich pożarach miasta z lat 1515 i 1582. Dlatego początki Bractwa trzeba rekonstruować z poszlak, tradycji i późniejszych wzmianek.

Pierwszy trop prowadzi do 1369 roku, kiedy w dokumencie pojawiają się mieszczanie Mathäus Messer i Schelm Arprost. Nazwisko Arprost bywa wiązane z niemieckim Armbrust, czyli kuszą. To ciekawy ślad językowy i społeczny, ale nie dowód istnienia zorganizowanej gildii. Bezpieczniej mówić o środowisku miejskim związanym z obronnością niż o pewnej, gotowej instytucji.

W literaturze pojawiają się też tropy późniejsze: przekaz o towarzystwie łuczniczym istniejącym być może przed 1495 rokiem, data 1508 znana z tradycji kronikarskiej oraz ustalenia Franza Samola, który uznawał początek XVI wieku za najbardziej prawdopodobny horyzont pierwszej korporacji strzeleckiej. Ostrożność jest tu konieczna: w najstarszym okresie mówimy raczej o warstwach tradycji niż o jednej pewnej dacie założenia.

Od 1728 roku do zaginionych insygniów

Przełom nastąpił w maju 1728 roku. Według Franza Samola dokument odnowienia strzelań królewskich nosił datę 1 maja 1728 roku, natomiast Franz Gramer wiązał z początkiem maja ogłoszenie Carla Josefa Henckel von Donnersmarcka pierwszym monarchą brackim. Pierwsze odnowione strzelanie królewskie odbyło się w dniach 17–19 maja 1728 roku, a w przekazie Samola jako zwycięzca i oficjalnie dekorowany król pojawia się chirurg Wilhelm Bresler.

Najważniejszym przechodnim trofeum królewskim było insygnium ufundowane przez protektora: srebrny łańcuch z zawieszką ważącą 28 łutów, ozdobioną herbem Henckel von Donnersmarcków. Dopiero obok niego funkcjonowały inne trofea i zwyczaje, w tym później przywrócony tytuł Króla Ptasiego oraz osobliwy bytomski zwyczaj Króla Serowego.

Nie było to założenie nowego klubu w nowoczesnym sensie, lecz świadome odnowienie dawnej tradycji strzelań królewskich. Od tej chwili bytomscy strzelcy coraz wyraźniej funkcjonowali jako instytucja miejskiej reprezentacji: z własnymi tytułami, insygniami, rytmem świąt, pamięcią o dawnym porządku i protektoratem arystokratycznym.

Najbardziej dramatyczny epizod wydarzył się w nocy z 3 na 4 marca 1839 roku. Z magistratu zniknęły przechowywane tam klejnoty Bractwa: insygnia królewskie, odznaki i srebrne zawieszki fundowane przez dawnych zwycięzców. Strata była nie tylko materialna. Skradziono symbole ciągłości i prestiżu.

Właśnie wykaz skradzionych przedmiotów pozwala oddzielić fakt od legendy. Opowieść o srebrnym kurze z 1452 roku nie znajduje w nim potwierdzenia. Ustalenia Krzysztofa Gwoździa i Marka Wojcika wskazują natomiast na zawieszkę z 1752 roku. To nie odbiera historii uroku, ale przenosi średniowieczną datę z poziomu faktu na poziom późniejszej tradycji.

Barwy, lojalność i porządek

W połowie XIX wieku Bractwo wyraźnie wpisało się w porządek lojalności wobec monarchii pruskiej. W czasie Wiosny Ludów z inicjatywy organizacji powołano w Bytomiu Straż Obywatelską, a sztandar bracki został w 1855 roku udekorowany przez Fryderyka Wilhelma IV wstęgą z orderem rodowym Hohenzollernów. To wyróżnienie potwierdzało wysoką pozycję organizacji i pozwalało jej używać nazwy Königlich privilegierte Schützengilde, czyli Królewskie Uprzywilejowane Bractwo Strzeleckie.

Dom Strzelecki na Górecku: od ogrodu do BECEK-u

Od fosy do Górecka

Historia Bractwa to także historia miejsc. Najstarsze strzelnice wiązały się z obrzeżami dawnego miasta, rejonem murów, fosy i przestrzeniami, które dziś trudno rozpoznać pod współczesną zabudową. Po likwidacji starszej strzelnicy przy murach miejskich nowy obiekt urządzono po północnej stronie miasta, w dawnej fosie. Strzelnicę oddano do użytku 10 września 1809 roku; jej tor miał około 200 metrów i przebiegał w rejonie dzisiejszych ulic Podgórnej oraz Stanisława Webera.

Po ciężarach wojen napoleońskich Bractwo zubożało i 9 lipca 1817 roku sprzedało strzelnicę Jakobowi Sorauerowi, zachowując jednak możliwość odbywania tam ćwiczeń strzeleckich. Dopiero druga połowa XIX wieku przyniosła nowy, trwały etap. W 1861 roku protektor Bractwa, Hugo Henckel von Donnersmarck, odstąpił strzelcom teren na Górecku, dawnym Guretzku. Budowę rozpoczęto wiosną, kamień węgielny wmurowano 6 kwietnia, a uroczyste otwarcie nowej siedziby odbyło się 20 lipca 1861 roku.

Od tej chwili Górecko stało się nie tylko strzelnicą, lecz także ogrodem, miejscem zebrań, koncertów, zabaw i miejskich uroczystości. To właśnie ta lokalizacja prowadzi nas do dzisiejszego Bytomskiego Centrum Kultury.

1877–1878: Paul Jackisch i reprezentacyjny Dom Strzelecki

Pierwszy budynek na Górecku szybko okazał się za mały. W latach 70. XIX wieku przeprowadzono dużą przebudowę według planów Paula Jackischa, jednego z ważnych architektów związanych z Bytomiem i Górnym Śląskiem. Rozbudowany obiekt miał już ambicje prawdziwego domu towarzyskiego: z dużą salą, sceną, garderobami, jadalnią, salą bilardową, mieszkaniami dla obsługi oraz osiemnastometrową wieżą z belwederem.

Uroczyste otwarcie nastąpiło w styczniu 1878 roku. Od tego momentu kompleks na Górecku stał się jednym z ważnych punktów życia społecznego Bytomia. Organizowano tu nie tylko wydarzenia brackie, ale również bale, koncerty, spotkania i uroczystości miejskie.

1888: pożar sceny

W 1888 roku kompleks częściowo spłonął. Ogień strawił między innymi scenę. Zachowane akta Królewskiej Policji Budowlanej pokazują, że odbudowa ruszyła bardzo szybko: dokumenty z lipca i sierpnia 1888 roku potwierdzają prace przy scenie oraz garderobach.

To ważny szczegół, bo pokazuje, że Dom Strzelecki nie był tylko zapleczem zawodów. Scena, sale i ogród były potrzebne miejskiemu życiu kulturalnemu i towarzyskiemu. Ten epizod warto widzieć także w szerszym kontekście historii straży pożarnej na Śląsku i w Bytomiu, ponieważ pożary budynków publicznych należały do tych zdarzeń, które szczególnie mocno wpływały na organizację bezpieczeństwa, przepisy budowlane i codzienne funkcjonowanie miasta.

1907–1912: konkurs, Walter i nowy gmach

Na początku XX wieku stary Dom Strzelecki nie odpowiadał już ambicjom Bractwa ani roli, jaką Bytom odgrywał w Górnośląskim Związku Strzeleckim. W 1907 roku podjęto decyzję o budowie nowej siedziby. W 1910 roku rozpisano konkurs architektoniczny na projekt Domu Strzeleckiego i hali strzeleckiej. To ważna korekta: rok 1910 oznacza konkurs, nie inaugurację gmachu.

Konkurs wygrał Hilmar Möller z Hamburga, ale jego projekt nie został zrealizowany w pierwotnej formie. Ostateczne prace powierzono bytomskiemu architektowi Eugenowi Walterowi, który przygotował projekt ukończony w maju 1911 roku. Stary budynek rozebrano w 1911 roku, a nowa siedziba została ukończona w 1912 roku. Uroczysta inauguracja odbyła się 18 sierpnia 1912 roku.

Goście przy poświęceniu nowego Domu Strzeleckiego w Bytomiu
Goście podczas uroczystości poświęcenia nowego budynku Bractwa. W centrum widoczny duchowny dokonujący kościelnego poświęcenia obiektu. Zdjęcie pokazuje, że Dom Strzelecki był miejscem reprezentacyjnym, łączącym środowisko brackie, władze miejskie i lokalne elity.

Nowy Dom Strzelecki miał wielką salę dla około tysiąca osób, mniejszą salę, restaurację, tarasy, zaplecze oraz halę strzelecką. Główna oś strzelecka liczyła 175 metrów, a dodatkowo wyznaczono krótsze dystanse: 65 metrów do strzelań myśliwskich i 35 metrów do pistoletów. Był to więc jednocześnie dom zebrań, sala balowa, przestrzeń koncertowa i nowoczesny obiekt sportowy.

Dostojnicy Bractwa Strzeleckiego w Bytomiu oraz nowy budynek, do którego przylegała strzelnica
Dostojnicy bytomskiego Bractwa oraz nowy budynek, do którego przylegał Schießstand, czyli część strzelecka kompleksu. Ilustracja dobrze pokazuje związek ceremoniału, architektury i infrastruktury strzeleckiej.

BECEK jako spadkobierca

Dzisiejszy BECEK stoi w miejscu, które od drugiej połowy XIX wieku było związane z koncertami, sceną, zgromadzeniami i miejską celebracją. Pod współczesną warstwą wydarzeń kulturalnych leży starszy porządek: park strzelecki, sala balowa, strzelnica, tarcze, królewskie proklamacje i potrzeba wspólnego uczestnictwa w życiu miasta. To dlatego dzieje Bractwa są tak mocno związane z historią architektury: budynki nie były tłem, ale współtworzyły rytuał.

Bytomska elita: genealogiczne serce Bractwa

Dla genealogów najcenniejsze jest to, że nazwiska brackie nie wiszą w próżni. Przy wielu pojawia się zawód, funkcja, tytuł, data, a czasem seria sukcesów rozciągnięta na całe dekady. Bractwo było miejską sceną społeczną, na której można obserwować awans, prestiż, rodzinne branże i trwałość pozycji.

Nadburmistrz Geisler przechodzi przed frontem strzelców Bractwa Strzeleckiego w Bytomiu
Nadburmistrz dr Geisler przechodzi przed frontem strzelców. Fotografia dobrze pokazuje publiczny, miejski charakter Bractwa: salut, szyk, obecność władz i rytuał reprezentacyjny.

Zachowana fotografia członków sprzed około 1880 roku pokazuje starszą warstwę tego środowiska. Widzimy tam między innymi Thomasa Blasiusa Garusa, rentiera; Paula Sosnę, mistrza piekarskiego; Franza Przybilkę, weterynarza powiatowego; Josepha Hahna, kupca i radnego; Ludwiga Bojaka, inspektora szpitala; oraz Augusta Goretzkiego, komornika aktuarialnego. Już ten zestaw pokazuje, że Bractwo łączyło rzemiosło, administrację, samorząd, opiekę publiczną i mieszczański kapitał.

Rzemieślnicy, kupcy i zaplecze Bractwa

Wśród nazwisk Bractwa Strzeleckiego szczególnie dobrze widać miejską elitę praktyczną: właścicieli warsztatów, kupców, restauratorów, urzędników, wojskowych i ludzi zaplecza. Tytuły strzeleckie nie były tylko odznaczeniami — często mówiły także o pozycji rodzin, zakładów i całych środowisk zawodowych.

Rzeźnicy

  • Max Hentschel — mistrz rzeźnicki, jedna z najważniejszych postaci brackich. Król Ptasi w latach 1903, 1926 i 1927; I Rycerz Ptasi w 1923 roku, II Rycerz w 1933 roku.
  • Max Bulla — mistrz rzeźnicki, Król Tarczowy w 1939 roku.
  • Lomnitz — Król Ptasi z 1923 roku.
  • Paul Goretzki — rzeźnik odnotowany w 1931 roku.

Piekarze

  • Emanuel Marcinek — starszy mistrz piekarski, Król Strzelecki w 1927 roku, I Rycerz Ptasi w 1929 roku, później II Rycerz Strzelecki.
  • Mucha, prawdopodobnie Johann — mistrz piekarski, Król Tarczowy w 1930 oraz 1938 roku.
  • Paul Sosna — mistrz piekarski widoczny już w starszej warstwie ikonograficznej, na fotografii sprzed około 1880 roku.

Kupcy

  • Koch — nazwisko wymagające ostrożności, ponieważ w źródłach występuje kilka osób: zmarły przed marcem 1922 roku prezes, Carl Koch, Król Strzelecki z 1923 roku i wiceprezes w 1933 roku, oraz Max Koch, wyróżniony w Preisschießen w 1933 roku i rewident kasowy w 1935 roku.
  • Neumann — wiceprezes w 1922 roku i Król Strzelecki w 1926 roku.
  • Johannes Syrzisko — Król Tarczowy w 1927 i 1929 roku, następnie Król Strzelecki w 1934 roku.
  • Paul Ullmann — Król Strzelecki w 1929 i 1939 roku.
  • Georg Hahn — II Rycerz w 1931 roku i I Rycerz w 1939 roku.

Fabrykanci i urzędnicy

  • Uthemann — dyrektor, I Rycerz Strzelecki w 1926 roku.
  • Wilhelm Stuka — właściciel fabryki, członek zarządu od 1922 roku, II Rycerz Ptasi w 1923 i 1929 roku, Książę Koronny / I Rycerz Strzelecki w 1927 roku, wiceprezes w 1935 roku.

Wojskowi

  • Klimke — major w stanie spoczynku, prezes od 1922 roku do końca lat 30.
  • Deetz — major w stanie spoczynku, prowadził strzelania.
  • Steinitz — major a.D., potwierdzony jako 1. Mistrz Strzelecki w 1936 i 1939 roku.

Ludzie zaplecza

  • Franz Smuda — restaurator, prowadził lokal spotkań sekcji brackich około 1931 roku.
  • Richard Jendrusch — mistrz kowalski, zawodnik w 1927 roku, II Mistrz Strzelecki w 1932 oraz 1936 roku.
  • Hampel — mistrz kowalski, II Rycerz w 1939 roku.
  • Wloczyk — ustrzelił jabłko orła.
  • Thiel — mistrz stolarski, ustrzelił koronę orła.

Przykład genealogiczny: Peter Flatzek

Wśród dobrodziejów Bractwa pojawia się także Peter Flatzek, właściciel cegielni. W 1905 roku przekazał na potrzeby altany z kolumnadą kamień budowlany i cegły, a ponadto zapisał Bractwu 600 marek. Kilka lat później jego nazwisko funkcjonowało już w kalendarzu zawodów jako legat Flatzka.

Strzelanie związane z tym legatem odnotowano między innymi w 1910 roku, gdy nagrody zdobyli Paul Gowik i Hans Polotzek, oraz w 1913 roku, gdy zwyciężyli Julius Michalik i Paul Horn.

Uwaga genealogiczna: nekrolog rodzinny dopowiada, że Flatzek był później dyrektorem administracyjnym Beuthener Ortskrankenkasse i radnym miejskim Partii Centrum. W tym miejscu informacja służy jedynie jako przykład, jak dane brackie można łączyć z innymi źródłami rodzinnymi.

Obyczaje i kurioza: precle, ser, orły i weterani

Rok bracki

Rok bytomskich strzelców miał własny rytm: walne zgromadzenia, wybory zarządu, wspomnienia zmarłych, audyty kasy, zimowe bale, noworoczne strzelania, Zielone Świątki, pochody, królewskie proklamacje i wieczorne zabawy.

W styczniu odbywało się Brezelschießen, czyli noworoczne strzelanie o precle. Nagrodami było 16 wielkich precli, jeden precel tarczowy oraz wielki piernik dla pechowca. W 1927 roku zwyciężył Wollny z wynikiem 54 punktów, Kukofka zajął drugie miejsce, Spenner trzecie, Koschuch zdobył głównego precla za punkt centralny, a Michatz otrzymał wielki piernik.

Najważniejsze święto przypadało przy Zielonych Świątkach. Pfingstkönigsschießen obejmowało przemarsz, orkiestrę, strzelanie do tarczy i ptaka, proklamację królów oraz Bal Królewski. W jednej uroczystości łączyły się sport, honor, towarzyskość i miejska reprezentacja.

Drewniany orzeł i Król Serowy

Schützenkönig, czyli Król Strzelecki, był wyłaniany w precyzyjnym strzelaniu do tarczy. Vogelkönig, czyli Król Ptasi albo Kurkowy, zwyciężał w strzelaniu do drewnianego ptaka, najczęściej określanego w źródłach jako orzeł. Osobno premiowano zestrzelenie korony, jabłka, berła oraz skrzydeł. Dzięki temu w gazetach mogło pojawić się kilka nazwisk z jednej konkurencji.

Nadburmistrz Adolf Knakrick wita nowego króla strzeleckiego w Bytomiu
Nadburmistrz dr Adolf Knakrick wita nowego króla strzeleckiego. Ten gest dobrze pokazuje, że tytuł Schützenkönig miał znaczenie nie tylko sportowe, lecz także społeczne i reprezentacyjne.

Jednym z najosobliwszych zwyczajów był Król Serowy, czyli Käsekönig. Regulamin z 1728 roku przewidywał, że opłaty startowe dzielono na trzynaście części. Dwanaście przeznaczano dla najlepszych strzelców, a trzynasta fundowała trofeum dla zawodnika z trzynastego miejsca: „pozłacany polski ser” — vergoldeter pohlischer Käse. To znakomity przykład miejskiego humoru wpisanego w poważny ceremoniał.

Liersch i weterani 22. pułku

Pięknym epizodem personalnym jest historia Lierscha, emerytowanego sekretarza pocztowego. W 1926 roku był Rycerzem Ptasim, a w końcu lat 30. zdobył tytuł Króla Ptasiego w wieku 70 lat. Ten szczegół pokazuje wielopokoleniowy charakter Bractwa: liczyły się nie tylko młodość i siła, ale także doświadczenie, cierpliwość i spokój.

Osobną warstwą była sekcja dawnych żołnierzy 1. Górnośląskiego Pułku Piechoty im. Keitha nr 22. Weterani mieli własną kategorię królewską. Wśród związanych z nią nazwisk pojawiają się między innymi Barth, Löbinger, Pospich, Roter / Rother, Stoschek, Ullmann i Wodarz. To dla genealogów ważna wskazówka: nazwisko w tabeli strzeleckiej może prowadzić dalej, do akt wojskowych, list weteranów, nekrologów i organizacji kombatanckich.

Ostatni akord: czerwiec 1939 roku

W latach 30. Bractwo funkcjonowało już w świecie innym niż ten z 1728, 1861 czy 1912 roku. Dawny mieszczański ceremoniał trwał nadal, ale został wpisany w porządek państwowego sportu strzeleckiego III Rzeszy. Trzeba więc zachować podwójną perspektywę: nie udawać, że lata 30. były niewinną kontynuacją dawnego obyczaju, ale też widzieć, że dla wielu członków Bractwo pozostawało przestrzenią rodzinnej pamięci, zawodów, znajomości i lokalnego prestiżu.

Bytomscy Jungschützen: Herbert Langner, Engelbert Babczynski, Georg Zygan i Walter Mendrowsky
Bytomscy Jungschützen: Herbert Langner jako król, Engelbert Babczynski jako I Rycerz, Georg Zygan jako II Rycerz oraz Walter Mendrowsky jako Król Ptasi. Fotografia pokazuje młodzieżowy wymiar Bractwa w latach 30. XX wieku.

Czerwiec 1939 roku był ostatnim udokumentowanym wielkim świętem strzeleckim przed wybuchem II wojny światowej. W tabeli królewskiej pojawiają się nazwiska, które brzmią jak ostatni zapis dawnego Bytomia: Paul Ullmann jako Król Strzelecki, Max Bulla, mistrz rzeźnicki, jako Król Tarczowy, Georg Hahn jako I Rycerz i Hampel, mistrz kowalski, jako II Rycerz. W tym samym roku występują także Sklorz i Hübner jako marszałkowie / rycerze tarczowi.

Paul Ullmann nie był przypadkowym zwycięzcą ostatniego sezonu. Był Królem Strzeleckim już w 1929 roku, I Rycerzem w 1934 roku i ponownie Królem Strzeleckim w 1939 roku. Jego nazwisko tworzy symboliczną klamrę między końcem lat 20. a ostatnim latem przed katastrofą.

Za kilka miesięcy wybuchnie wojna. Stary świat górnośląskich bractw, bali, gazetowych notatek, lokalnych hierarchii i wielopokoleniowych rytuałów zostanie przecięty przez historię. Dlatego dzieje Bractwa Strzeleckiego w Bytomiu nie są tylko historią sportu. Są historią miasta widzianego przez ludzi: przez rzeźników, piekarzy, kupców, kowali, urzędników, wojskowych, restauratorów, architektów i rodziny, których nazwiska zachowały się w prasie, protokołach, planach budowlanych, fotografiach i opowieściach.

Na końcu zostaje obraz niemal symboliczny: srebrny kur, którego już nie ma; Dom Strzelecki, który zmieniał funkcje i znaczenia; oraz długa lista nazwisk, z których każde może być początkiem osobnej rodzinnej historii. Właśnie dlatego bytomscy strzelcy zasługują na pamięć — nie jako ciekawostka z marginesu dziejów, ale jako jedna z tych instytucji, przez które dawne miasto mówi do nas najpełniejszym głosem.

Indeks nazwisk: Bractwo Strzeleckie w Bytomiu / Schützengilde zu Beuthen O.S., 1369–1939

Pokaż indeks nazwisk i wyszukiwarkę

Indeks ma charakter pomocniczy i SEO. Hasła skrócono do formuły: nazwisko — zawód; funkcja; lata / kontekst.

Brak wyników dla wpisanej frazy.
  • Bloch, Max, dr — radca sanitarny; pośmiertny fundusz / legat bracki; 1930.
  • Bloch, Friedrich — syn dr. Maxa Blocha; dyrektor kopalni w Zabrzu; wykonawca woli / przekazanie 300 marek na rzecz Bractwa; 1930.
  • Bresler, August — mistrz krawiecki; król Bractwa; fundator srebrnej puszki; XVIII wiek.
  • Bresler, Wilhelm — chirurg; pierwszy zwycięzca po odnowieniu strzelań królewskich; 1728.
  • Büchs, Rochus — wytwórca kiełbas i wędlin; król ptasi; 1902.
  • Burtzik, Alfred — kupiec; zdobywca odznaki w strzelaniu fundowanym przez Reinholda Trojana; 1922.
  • Cohn, Josef — zmarły darczyńca; rodzina przekazała Bractwu 500 marek; 1930.
  • Czapla — dobrodziej Bractwa; wymieniony wśród darczyńców do 1906 roku.
  • Dintner, Johannes — mistrz krawiecki; Król Strzelecki; 1933.
  • Duda, Anton — kupiec; zwycięzca turniejowy / zdobywca odznaki; 1903, 1905.
  • Epbinder, Georg — prokurent; marszałek / rycerz; zwycięzca turnieju odpustowego; 1905.
  • Flatzek, Peter — właściciel cegielni; dobrodziej Bractwa Strzeleckiego; darczyńca materiałów na altanę z kolumnadą; zapis 600 marek; patron legatu Flatzka; według nekrologu także dyrektor administracyjny Beuthener Ortskrankenkasse i radny miejski; 1905, 1910, 1913, 1919.
  • Frankowitz, August — mistrz malarski; zdobywca odznaki w turnieju z okazji urodzin Wilhelma II; 1911.
  • Friedlaender, Moritz — dobrodziej Bractwa; darczyńca przy urządzaniu Parku Strzeleckiego; XIX wiek.
  • Gasch, Franz — nadsztygar; Król Związkowy Górnośląskiego Związku Strzeleckiego; 1878.
  • Gawenda, Gerhard — księgarz / strzelec; Król Ptasi; zwycięzca Legatu Testamentowego; lata 20.–30.
  • Geiger, Erich — mistrz malarski; marszałek / rycerz; dostojnik sekcji młodzieżowej; 1928–1936.
  • Geiger, Willi — mistrz malarski; Król Strzelecki; zwycięzca nagrody Wilhelma Krügera; 1924, 1925.
  • Gemander, Anton — zarządca dóbr Johanny von Schaffgotsch; darczyńca; wystrzelał tytuł królewski dla Fryderyka Wilhelma IV; 1857, 1861.
  • Generlich, Robert — kupiec; Król Ptasi; 1888.
  • Giller, Julius — kuśnierz; marszałek / rycerz; jubilat Bractwa; 1894, 1905.
  • Giller, Wilhelm — kuśnierz; darczyńca Bractwa; 1912.
  • Gohla, Johann — wytwórca kiełbas i wędlin; marszałek / rycerz; zwycięzca turniejowy; 1909–1910.
  • Gruschka, Amand — główny ogrodnik z Osiedla Borsiga; zwycięzca turniejowy; 1905.
  • Grziwok, Emanuel — drogerzysta; Król Strzelecki; zwycięzca Legatu Testamentowego; 1925, 1932.
  • Hakuba, Ignaz — radca miejski; pierwszy zwierzchnik / wiceprezes Bractwa; Król Ptasi; fundator złotego łańcucha funkcyjnego; darczyńca i patron legatu Hakuby; 1905–1911.
  • Hanke, Julius — mistrz tokarski; zdobywca odznaki w turnieju z okazji urodzin Wilhelma II; 1908.
  • Henckel-Gaschin von Donnersmarck, Edgar — protektor Bractwa; darczyńca 200 marek rocznie; patron turniejów i medali; 1909–1929.
  • Hoffmann, Bruno — sekretarz organizacji; przewodniczył proklamacji po wyborze Paula von Hindenburga na króla honorowego; 1928.
  • Horn, Paul — sekretarz magistratu; zwycięzca strzelania o legat Flatzka; marszałek / rycerz; 1910, 1913.
  • Iwan, Oskar — registrator; Król Strzelecki; marszałek / rycerz; 1902, 1906.
  • Jagusch, Heinrich — zegarmistrz z Mikołowa; I Rycerz Górnośląskiego Związku Strzeleckiego; 1896.
  • Jaworski, Ernst — kupiec; Król Strzelecki; 1894.
  • Joscht, Leopold / Josef — kupiec z Tarnowskich Gór; zdobywca odznaki okolicznościowej; 1900.
  • Jusczyk, Walter — zwycięzca Legatu Testamentowego; 1925.
  • Kabus, Albert — mistrz piekarski; Król Ptasi; lata 20.–30.
  • Kaller, Josef — kupiec; marszałek / rycerz; jubilat Bractwa; 1888, 1889, 1905.
  • Kammler, Josef, dr — lekarz; pośmiertne świadczenie przeznaczone na legaty; 1920.
  • Kannewischer, Wilhelm — producent kiełbas i wędlin; zdobywca odznaki okolicznościowej; 1900.
  • Karas, Franz — mistrz piekarski; zwycięzca turnieju odpustowego; 1905.
  • Kirchner, Hans — inżynier; marszałek / rycerz; dostojnik Bractwa; lata 20.–30.
  • Kirchner, Otto — zwycięzca Legatu Testamentowego; 1925.
  • Kirsch, Arthur — mistrz blacharski z Miechowic; Król Ptasi; 1922, 1925.
  • Klytta, Julius — kupiec / przedstawiciel handlowy; Król Strzelecki; lata 30.
  • Knakrick, Adolf, dr — inspektor Bractwa; przyjmował Edgara Henckel-Gaschin von Donnersmarcka w Domu Strzeleckim; 1929.
  • König, Otto — powiatowy budowniczy; Król Strzelecki; 1925.
  • Kolonko, Max — zegarmistrz z Tarnowskich Gór; marszałek / rycerz; zdobywca nagród; 1903, 1905, 1907.
  • Koschwitz, Carl — geodeta / mierniczy; zwycięzca turnieju z okazji urodzin Wilhelma II; autor planu sytuacyjnego terenów Bractwa; 1911.
  • Kozlik, Rudolf — elektryk; nagrodzony w turnieju królewskim / Tarcza Królewska; 1936.
  • Krause, Karl — restaurator; Król Strzelecki; 1935.
  • Krüger, Wilhelm — zegarmistrz; Król Strzelecki; fundator nagrody; 1925–1926.
  • Lampka, Theophil — właściciel cegielni parowej; komendant Bractwa; darczyńca terenu i legatu; Król Strzelecki; strzelał w imieniu Wilhelma II; 1902–1912.
  • Langer, Paul — sprzedawca wyrobów tytoniowych; zdobywca odznaki w turnieju z okazji urodzin Wilhelma II; 1911.
  • Leschek, Gerhard — właściciel hotelu; nagrodzony w turnieju królewskim / Tarcza Rycerska; 1936.
  • Lison, Robert — członek zarządu; dekorował zwycięzcę turnieju z okazji jubileuszu Edgara Henckel-Gaschin von Donnersmarcka; 1929.
  • Mende, Hugo — kupiec; upamiętniony corocznym strzelaniem w dniu urodzin; darowizna krewnych 350 marek; 1912.
  • Michalik, Julius — starszy mistrz cechu szewskiego i rentier; Król Strzelecki; wystrzelał tytuł honorowy dla Paula von Hindenburga; darczyńca 1000 marek; zwycięzca legatów; 1912–1936.
  • Mika, Theofil — mistrz piekarski; Król Ptasi; dostojnik Bractwa; lata 20.–30.
  • Milka, Josef — rentier; lewy marszałek / II Rycerz; 1907.
  • Mlynka — zwycięzca turnieju z okazji jubileuszu Edgara Henckel-Gaschin von Donnersmarcka; 1929.
  • Nikolai, Oskar — inżynier; marszałek / rycerz; 1904.
  • Nitsche, Emil — mistrz stolarski; zwycięzca turnieju okolicznościowego; 1897.
  • Oblonczek, Hans — budowniczy miejski; marszałek / rycerz; 1927.
  • Paikert, Johannes — handlarz wina; Król Strzelecki / Król Ptasi; 1906, 1909.
  • Pätzold, Albert — restaurator; marszałek / rycerz; lata 20.
  • Pfeiler, Arthur — mistrz piekarski; Król Strzelecki; 1922.
  • Polotzek, Hans — budowniczy miejski; zwycięzca legatu Flatzka; marszałek / rycerz; lata 20.–30.
  • Polotzek, Johann — miejski mistrz budowlany; Król Ptasi; 1924.
  • Przykling, Hugo — radca miejski; pierwszy zwierzchnik / wiceprezes Bractwa; członek honorowy; darczyńca pośmiertny; patron legatu Przyklinga; 1896–1907.
  • Rieger, Josef — mistrz ślusarski; zwycięzca turnieju z okazji urodzin Wilhelma II; 1889.
  • Scharla, Konstantin — producent wody mineralnej z Królewskiej Huty; marszałek / rycerz; 1903.
  • Schlesinger, Julius — mistrz murarski; wykonawca prac przy nowym Domu Strzeleckim; Król Ptasi; darczyńca / patron funduszu; 1907, 1911–1913, 1930.
  • Schmid, August / Schmidt, August — restaurator z Chropaczowa; marszałek / rycerz; nagrodzony w turnieju z okazji urodzin Wilhelma II; 1902–1903.
  • Schölling, Friedrich — radca miejski; darczyńca 320 marek na rzecz Bractwa; 1909.
  • Segnitz, Konrad — mistrz murarski; Król Strzelecki; darczyńca 336 marek; patron legatu; 1888, 1909–1912.
  • Seidemann, Hermann — mistrz brukarski; Król Ptasi; 1925.
  • Sollich, Alfons — wytwórca mydła; zdobywca odznaki; 1905, 1908.
  • Sotzik, Franz — mistrz murarski; pośmiertne świadczenie przeznaczone na legaty; 1920.
  • Stanossek, Karl — mistrz stolarski; zdobywca odznaki; wykonawca prac stolarskich przy nowym Domu Strzeleckim; 1905, 1911.
  • Stütza, Albert — miejski radca budowlany; widoczny w kontekście pochodu i turnieju królewskiego; 1929.
  • Tatzel, Hubert — handlarz sukna; marszałek / rycerz; 1928.
  • Thoma, Oskar — właściciel mleczarni; zdobywca złotej odznaki okolicznościowej; 1913.
  • Tokarz, Stefan — mistrz ślusarski; marszałek / rycerz; zdobywca odznaki; 1905, 1907.
  • Trojan, Reinhold — przedsiębiorca; fundator odznaki w strzelaniu brackim; 1922.
  • Warkotsch, Raimund — restaurator z Rozbarku; Król Ptasi; 1910.
  • Wehowsky, Johannes — dobrodziej Bractwa; darczyńca wymieniony w grupie ofiarodawców do 1906 roku.
  • Weigt, Julius — restaurator; zwycięzca turniejowy; Król Związkowy; darczyńca 300 marek; 1889, 1896, 1912.
  • Wicher, Julius — zwycięzca Legatu Testamentowego; 1925.
  • Wodak, Emil — inżynier wiertnictwa; prezes Górnośląskiego Związku Strzeleckiego; wykonawca / darczyńca; marszałek / rycerz; 1900–1913.
  • Wygasch, Johann — mistrz murarski / projektant estrady muzycznej; marszałek / rycerz; 1894, 1900.
  • Zawadzki, Constantin — przewodniczący rady miejskiej; widoczny w kontekście pochodu i turnieju królewskiego; 1929.
  • Zerkowski — dobrodziej Bractwa; wymieniony wśród darczyńców do 1906 roku.

Uwaga genealogiczna: powtarzające się nazwiska, takie jak Koch, Hahn, Goretzki, Przybilla / Przybilka, Bulla, Ullmann, Roter / Rother czy Hentschel, nie powinny być automatycznie łączone w jedną linię rodzinną. Przy dalszej kwerendzie należy sprawdzać imię, zawód, adres, datę, funkcję w Bractwie oraz wpisy w księgach adresowych, metrykach, nekrologach i prasie lokalnej.

Bibliografia

Pokaż bibliografię i źródła

Archiwalia i materiały rękopiśmienne

  1. Akta Policji Budowlanej — Bau-Polizei, Schützenhaus / plany sceny i garderób z 1888 roku, Archiwum Miejskie w Bytomiu, ul. Prusa.
  2. Samol, Franz, Chronik der Schützengilde zu Beuthen O.S. nach ihrer Wiedererrichtung am 1. Mai 1728…, rękopis, lata 1925–1934, zbiory Rafała Pietrzyka.
  3. Baza Wiedzy 1.0 — Bractwo Strzeleckie w Bytomiu / Schützengilde zu Beuthen O.S., roboczy korpus kwerendy.
  4. Baza Wiedzy 2.0 — Bractwo Strzeleckie w Bytomiu / Schützengilde zu Beuthen O.S.; uzupełnienia genealogiczne, prasowe i architektoniczne, roboczy korpus uzupełniający.

Monografie, kroniki i opracowania

  1. Gramer, Franz, Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, Beuthen O.S. 1863.
  2. Gwóźdź, Krzysztof; Wojcik, Marek, Antecedencje i historia budynku Bytomskiego Centrum Kultury. Kompleks Bractwa Strzeleckiego, Bytom 2023.
  3. Kasperkowitz, Karl, Beuthen O.S., seria Monographien deutscher Städte, t. XV, Berlin-Friedenau 1925.
  4. Stodolka, Franz, Niemiecki los miasta Bytomia na Górnym Śląsku, robocze tłumaczenie / opracowanie.
  5. Stütz; Salzbrunn, Budownictwo miejskie Niemiec. Bytom, Dari-Verlag, Berlin-Halensee 1929.
  6. Pissarski, W., Walka samoobrony o Bytom 1921/22, wydanie własne.
  7. Sprawozdanie z kontroli gospodarności i organizacji administracji miejskiej w Bytomiu, oprac. Prezydent Najwyższej Izby Obrachunkowej Rzeszy, 1935.

Prasa lokalna i regionalna

  1. Der Oberschlesische Wanderer, w szczególności: 1903 nr 148; 1910 nr 82; 1938; 1939.
  2. Oberschlesien im Bild, roczniki i numery: 1926 nr 27; 1927 nr 26; 1929 nr 24.
  3. Ostdeutsche Morgenpost, w szczególności: 1922 nr 85; 1923 nr 140; 1926 nr 178; 1927 nr 1; 1929 nr 170; 1931–1936.
  4. Oberschlesische Zeitung, rocznik 1930.
  5. Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt, roczniki i numery: 1963 nr 5; 1964 nr 5; 1969 nr 5.

Krótka uwaga źródłowa

Najważniejszym źródłem kontrolnym dla historii kompleksu Domu Strzeleckiego, Górecka, konkursu z 1910 roku, projektu Eugena Waltera, hali strzeleckiej, regulaminów oraz mitu srebrnego kura z 1452 roku jest opracowanie Krzysztofa Gwoździa i Marka Wojcika, konsekwentnie prowadzące narrację wokół Bractwa Strzeleckiego w Bytomiu i jego kompleksu. Dla lat 1903–1939 podstawą genealogiczną pozostają robocze bazy wiedzy oparte na kwerendzie prasowej. Przy nazwiskach powtarzalnych zastosowano zasadę ostrożności: tożsamość osoby należy każdorazowo potwierdzać przez imię, zawód, adres, datę i funkcję.

0
0

Read more

Historyczna wizualizacja drewnianego młyna wodnego nad rzeką Iserbach (dzisiejsza Bytomka). W tle panorama przedindustrialnego Bytomia z wieżami kościołów.

Młyny dawnego Bytomia. Jak Iserbach, dzisiejsza Bytomka, napędzał miasto przed epoką kopalń

Bytom miał swoją wodną gospodarkę na długo przed tym, zanim stał się miastem kopalń, hut i kominów. Rzeka Iserbach — dzisiejsza Bytomka — nie była tylko ciekiem przecinającym doliny wokół miasta. Była źródłem energii, przedmiotem sporów, narzędziem władzy i podstawą codziennego chleba. To ona poruszała koła młynów, zasilała stawy, wyznaczała granice własności i decydowała o losie piekarzy, młynarzy oraz całych rodzin. Ten artykuł zbiera rozproszone ślady dawnych bytomskich młynów: od Klugiusa i Młyna Pielki, przez Goj i Szombierki, aż po rozbarski wiatrak i fałszywą legendę młyna w Zgorzelcu.

Sielski, historyczny krajobraz przedstawiający drewniany młyn wodny nad czystą rzeką Iserbach, przed nadejściem rewolucji przemysłowej na Śląsku.
Zanim Bytom stał się miastem kopalń i kominów, rwący nurt rzeki Iserbach (Bytomki) i praca młynów wodnych napędzały lokalną gospodarkę. (Wizualizacja)
Spis treści Rozwiń nawigację po artykule
  1. Rzeka, która pracowała
  2. Mapa młynów dawnego Bytomia
  3. Kto kontrolował wodę, kontrolował chleb
  4. Hrabia przeciw piekarzom i młynarzom
  5. Klugius, Kluka i zagadka dawnej Klukowickiej
  6. Kiedy kopalnie wypiły Iserbach
  7. Młyn Pielki: od koła wodnego do przytułku
  8. Ostatnie koła: Emanuel Brylka i silnik gazowy
  9. Okronglik, Podmlyn i płonący młyn Wollnego
  10. Wiatr zamiast wody: Rozbark i mit Zgorzelca
  11. Bytom, który stracił swoją wodną pamięć

Rzeka, która pracowała

Kiedy mówimy o dawnym Bytomiu, łatwo ulec obrazowi miasta górniczego: szybów, hut, hałd i dymiących kominów. To jednak obraz stosunkowo późny. Zanim przemysł bezpowrotnie przeorał krajobraz Górnego Śląska, gospodarka miasta była uzależniona od czegoś znacznie starszego i bardziej podstawowego — od wody.

Pełną rekonstrukcję pięciu dopływów Iserbachu omawialiśmy już przy okazji artykułu o Bytomskiej Atlantydzie i zaginionym Lasku Goj. Tam rzeka występuje przede wszystkim jako utracony krajobraz: doliny, źródła, stawy, promenady i zielone przestrzenie, które zniknęły pod miastem przemysłowym. Tutaj interesuje nas coś innego — nie sama mapa wody, ale jej praca.

Dawny Iserbach zasilał stawy, poruszał koła młyńskie, wspierał miejskie fosy i utrzymywał całe ciągi gospodarcze. Tam, gdzie dziś widzimy ulice, place, zabudowę i przemysłowe ślady XIX wieku, wcześniej istniała sieć wilgotnych obniżeń, cieków i spiętrzeń. Woda nie była dodatkiem do miasta. Była jego siłą napędową.

Dlatego opowieść o dawnych młynach Bytomia nie jest tylko historią kilku zapomnianych budynków. To opowieść o tym, kto miał prawo korzystać z nurtu, kto płacił daniny, kto mielił zboże, kto kontrolował chleb i kto ostatecznie przegrał z kopalnianymi pompami oraz przemysłową zmianą świata.

Mapa młynów dawnego Bytomia

Źródła i przedwojenne opracowania regionalne pozwalają uchwycić dawny Bytom jako przestrzeń młynów. Warto jednak pamiętać, że ta młynarska historia wyrastała z bardzo starego układu miejskiego. Już średniowieczne źródła i późniejsze opracowania pokazują miasto jako ważny punkt handlowy, otoczony polami, przedmieściami, obiektami kościelnymi i gospodarczymi. W takim właśnie krajobrazie — na styku miasta, wody, pól i instytucji kościelnych — mogły funkcjonować najstarsze młyny.

Część z nich stała bezpośrednio przy nurcie Iserbachu, część na jego dopływach, część w sąsiednich wsiach i osadach związanych gospodarczo z miastem. Inne — jak rozbarski wiatrak — powstały tam, gdzie brakowało odpowiedniego spadku wody i trzeba było zdać się na siłę wiatru.

Rejestr obiektów

Młyny i urządzenia wiatrowe dawnego Bytomia

Zestawienie najważniejszych obiektów związanych z dawną gospodarką wodną, przemiałem zboża i wykorzystaniem energii wiatru.

01

Młyn Klugiusa

Lokalizacja
przed Bramą Krakowską
Funkcja
młyn miejski / prywatny
Los
sprzedany i przekształcony w browar, słodownię oraz karczmę
02

Pilkermühle / Młyn Pielki

Lokalizacja
okolice Wzgórza św. Małgorzaty
Funkcja
młyn wodny, folwark, później osobna jednostka osadnicza
Los
utrata funkcji młynarskiej; później m.in. przytułek i teren inwestycji miejskich
03

Gojmühle / Młyn na Goju

Lokalizacja
dolina Iserbachu w rejonie Goju
Funkcja
młyn wodny, później zakład z napędem gazowym
Los
zamknięty w 1915 roku
04

Orzegower Mühle / Podmlyn

Lokalizacja
pogranicze Szombierek i Orzegowa
Funkcja
młyn wodny
Los
zanik tradycyjnej funkcji młynarskiej przed I wojną światową lub w jej czasie
05

Schomberger Mühle Wollnego

Lokalizacja
Szombierki
Funkcja
młyn powstały na bazie dawnego tartaku wodnego
Los
spłonął 6 grudnia 1893 roku i nie został odbudowany
06

Wiatrak rozbarski

Lokalizacja
dawna Groß-Dombrowkaer Straße 48, dzisiejszy rejon ul. Tuwima 48
Funkcja
drewniany wiatrak typu koźlak
Los
po zakończeniu pracy rozebrany i przeniesiony do Ligoty Woźnickiej

Ta tabela nie wyczerpuje wszystkich śladów młynarskich, ale pokazuje skalę zjawiska. Bytom i jego najbliższe okolice nie były wyłącznie miastem murów, kościołów i targów. Były także krajobrazem kół wodnych, stawów, grobli, rowów, spiętrzeń i sporów o przemiał.

Kto kontrolował wodę, kontrolował chleb

Młyn w dawnym mieście był czymś więcej niż zakładem usługowym. Był punktem strategicznym. Od jego pracy zależeli piekarze, mieszczanie, chłopi z okolicznych wsi, właściciele gruntów, probostwa i panowie stanowi. Zboże trzeba było zmielić, mąkę dostarczyć, chleb upiec, a z całego procesu pobrać czynsze, opłaty i daniny.

Woda była więc majątkiem. Kto miał dostęp do nurtu i prawo spiętrzania wody, ten miał wpływ na codzienne życie miasta. Młynarz nie był jedynie rzemieślnikiem obsługującym żarna. Był człowiekiem stojącym na styku gospodarki, prawa i władzy. Od jego zakładu zależał rytm produkcji chleba, ale sam młynarz zależał od właścicieli ziemskich, miasta, kościoła i kaprysów rzeki.

Najlepiej widać to na przykładzie Młyna Pielki, któremu poświęciliśmy już osobny artykuł: Młyn Pielki w Bytomiu — Pilkermühle. Tam młyn pojawia się nie tylko jako budynek nad wodą, ale jako całe gospodarstwo, obciążone powinnościami i wpisane w złożoną strukturę własnościową. W tym sensie każdy dawny młyn był małym węzłem ekonomicznym.

Nieprzypadkowo konflikty o młyny bywały tak ostre. W praktyce spór o wodę był sporem o chleb, a kontrola przemiału oznaczała również kontrolę nad pieniędzmi. Dlatego nawet pozornie lokalna kłótnia o staw czy groblę mogła przesądzić o tym, czy zakład będzie pracował, czy stanie bezużyteczny.

Hrabia przeciw piekarzom i młynarzom

Jednym z najbardziej wymownych epizodów w historii bytomskiego młynarstwa był konflikt z końca XVII wieku. Latem 1685 roku hrabia Leo Ferdynand wydał edykt, który uderzał bezpośrednio w miejskich piekarzy i młynarzy. Nakazał, aby zboże z terytorium Bytomia wożono do zmielenia wyłącznie do hrabiowskiego młyna Kunamühle w Brzezowicach.

Nie był to jednak drobny przepis porządkowy, lecz próba narzucenia monopolu. W samym Bytomiu działały wówczas zakłady, które mogły obsługiwać lokalnych piekarzy, w tym młyn należący do miasta oraz młyn związany z rodziną Klugiusów. Przymus kierowania zboża do młyna hrabiowskiego oznaczał więc uderzenie w dotychczasowy miejski obieg gospodarczy.

Pan stanowy nie tylko chciał przejąć kontrolę nad przemiałem. Według przekazów posunął się dalej: doprowadził do osuszenia stawów zasilających bytomskie młyny. Jeden z dawnych zbiorników został przekształcony w łąkę, inny w ogród. Dla młynarzy była to katastrofa. Młyn bez wody stawał się pustą skorupą, budynkiem bez serca.

Nieczynne drewniane koło młyńskie stojące w wyschniętym, spękanym korycie rzeki.
Odcięcie wody i osuszenie stawów młyńskich przez hrabiego Henckel von Donnersmarcka było wyrokiem dla bytomskich młynarzy, w tym słynnego Johanna Klugiusa. (Wizualizacja)

Ten konflikt dobrze pasuje do szerszego obrazu relacji między miastem a panami stanowymi, który omawialiśmy już w tekście o tyranii Donnersmarcków w dawnym Bytomiu. Tam chodziło o samowolę, obciążenia, spory sądowe i ograniczanie miejskich praw. Tutaj widzimy ten sam mechanizm w bardzo konkretnym miejscu: przy młynie, przy stawie, przy worku zboża.

Klugius, Kluka i zagadka dawnej Klukowickiej

Szczególnie dramatyczny wymiar miały losy młyna Klugiusów. Zakład znajdował się reprezentacyjnie przed Bramą Krakowską, a więc przy jednym z najważniejszych punktów dawnego miasta. Przez lata był częścią bytomskiej gospodarki, ale w warunkach presji ze strony panów stanowych i narastających długów jego właściciele znaleźli się w coraz trudniejszym położeniu.

W 1721 roku Jan Klugius, obciążony długami i pozbawiony realnych możliwości dalszego prowadzenia zakładu, sprzedał swój młyn nowemu panu stanowemu, hrabiemu Karlowi Josephowi. Bytomianie mogli oczekiwać, że młyn zostanie przywrócony do pracy, skoro był potrzebny miastu i piekarzom. Stało się jednak inaczej.

Wnętrza dawnego młyna przebudowano. Zamiast żaren i urządzeń młyńskich pojawiły się browar, słodownia i karczma gorzałczana. W ten sposób budynek, który wcześniej był symbolem miejskiego przemiału i pracy wody, został podporządkowany innej logice gospodarczej. Koło młyńskie zamilkło, a dawna funkcja przepadła.

Dawny młyn Klugiusa w Bytomiu przekształcony w browar, słodownię i karczmę gorzałczaną.
Po sprzedaży młyna Klugiusa dawny zakład młyński nie wrócił już do swojej pierwotnej funkcji. W jego wnętrzach urządzono browar, słodownię i karczmę gorzałczaną. (Wizualizacja)

Po Klugiusach została przede wszystkim pamięć zapisana w kronikach: nazwisko młynarza, historia sprzedaży zakładu i opowieść o miejskim rzemiośle wypieranym przez interesy panów stanowych. Nie należy jednak łączyć tego automatycznie z nazwą Klukowickiej. Historyczna Klukowicka / Klukowitzerstr., czyli dawna nazwa dzisiejszej ulicy Korfantego na Rozbarku, wiązana jest z nazwiskiem Kluka — właściciela stawu i młyna w rejonie dzisiejszych ulic Matejki i Szkolnej.

Kiedy kopalnie wypiły Iserbach

To, czego nie zniszczyły konflikty własnościowe i monopole, ostatecznie zabiła rewolucja przemysłowa. Początek XIX wieku przyniósł w okolicach Bytomia gwałtowny rozwój górnictwa. Głębokie szyby, pompy, maszyny parowe i eksploatacja złóż zmieniły stosunki wodne w sposób, którego dawni młynarze nie mogli powstrzymać.

Woda, która wcześniej wypływała ze źródeł i zasilała młyny, zaczęła znikać. Kopalniane pompy obniżały poziom wód podziemnych, a do dawnych cieków trafiały zanieczyszczenia związane z przemysłem i górnictwem kruszcowym. Iserbach, niegdyś rzeka pracy, stawał się coraz bardziej rowem odprowadzającym skutki industrializacji.

Stary młyn wodny na tle dymiących kominów fabrycznych i szybów kopalnianych z czasów rewolucji przemysłowej.
W XIX wieku kopalniane pompy parowe zaczęły osuszać podziemia. Z krystalicznych źródeł zniknęła woda, a dawne młyny przegrały starcie z rewolucją węglową. (Wizualizacja)

Okronglik, Podmlyn i płonący młyn Wollnego

Szersze tło tej przemiany opisaliśmy w artykule o Friedrichu Antonie von Heinitzu i narodzinach przemysłowego Śląska. Maszyna parowa była dla górnictwa wybawieniem, bo pozwalała odwadniać kopalnie. Dla dawnych młynów oznaczała jednak początek końca. Technika, która ratowała podziemne wyrobiska, odbierała wodę starym kołom młyńskim.

Właśnie tutaj spotykają się dwie historie Bytomia: stara, wodna i nowa, przemysłowa. Pierwsza opierała się na naturalnym nurcie, stawach i lokalnej produkcji. Druga potrzebowała coraz głębszych szybów, coraz silniejszych pomp i coraz większej ingerencji w podziemne zasoby wody. W tym starciu młyny nie miały szans.

Młyn Pielki: od koła wodnego do przytułku

Jednym z najbardziej symbolicznych przykładów tej przemiany był Młyn Pielki, czyli Pilkermühle. Jego dzieje są tak obszerne, że wymagają osobnej lektury — dlatego szczegółowo opisaliśmy je w artykule o Pilkermühle. W skrócie: był to jeden z tych obiektów, w których historia młyna przerodziła się w historię całego miejsca.

Gdy nurt Iserbachu słabł, a dawne warunki wodne przestały wystarczać do normalnej pracy, młyn tracił swoje pierwotne znaczenie. Jego solidne mury nie zniknęły jednak od razu. W późniejszym okresie dawny zakład mączny został wykorzystany w zupełnie inny sposób — jako miejski przytułek dla bezdomnych.

Ten finał ma w sobie gorzką symbolikę. Budynek, który przez pokolenia służył produkcji mąki i chleba, stał się miejscem schronienia dla ludzi wypchniętych poza margines przemysłowego miasta. W czasach świetności przytułku dach nad głową znajdowało w nim jednocześnie aż 82 osoby wyrzucone poza margines rozwijającego się przemysłowego miasta: 50 dorosłych mężczyzn, 18 kobiet oraz 14 bezdomnych młodocianych. Dawny młyn nie pracował już dla gospodarki wodnej, lecz został wchłonięty przez społeczne skutki nowoczesności.

Ostatnie koła: Emanuel Brylka i silnik gazowy

Nie wszystkie młyny poddały się od razu. Szczególnie ciekawy jest przykład młyna w rejonie Goju, związanego w przekazach z nazwami Gojmühle i Schaudermühle. Sam Goj, jako utracony zielony krajobraz Bytomia, pojawiał się już w artykule o Bytomskiej Atlantydzie. Tutaj najważniejszy jest jednak nie las, promenada czy nostalgia, lecz techniczna próba ratowania młynarskiej funkcji.

Ostatnim młynarzem w tym miejscu miał być Emanuel Brylka. Kiedy Iserbach nie dawał już wystarczającej siły do napędzania urządzeń, Brylka nie zamknął zakładu natychmiast. Podjął próbę przystosowania dawnego młyna do nowych czasów. Zamiast koła wodnego pojawił się silnik gazowy.

To niezwykle wymowny moment. W zabytkowych murach dawnego młyna wodnego zaczęła pracować maszyna należąca już do innej epoki. Przez ostatnie lata istnienia zakładu to nie nurt rzeki, lecz spalanie gazu poruszało mechanizmy i żarna. Młyn trwał, ale jego wodna dusza była już martwa.

Ostatecznie rachunek ekonomiczny okazał się bezlitosny. Utrzymywanie zakładu przestało się opłacać, a młyn zakończył działalność w 1915 roku. Data ta może być traktowana symbolicznie: u progu nowoczesnego, wojennego XX wieku kończyła się jedna z najstarszych warstw gospodarczej historii Bytomia.

Okronglik, Podmlyn i płonący młyn Wollnego

Dawna rzeka nie była wyłącznie użyteczna. Bywała także groźna. W rejonie Łąki Małgorzaty, w pobliżu miejsc znanych z wcześniejszych opowieści o Stawie Małgorzaty i zbrodni z 1363 roku, przekazy ludowe lokowały zdradliwe miejsce nazywane „Okronglikiem”. Woda miała tam wirować i wciągać nieostrożnych kąpiących się ludzi.

Nie trzeba tej opowieści traktować jak precyzyjnego raportu hydrologicznego, by dostrzec jej znaczenie. Pokazuje ona, że Iserbach zapisał się w pamięci mieszkańców nie tylko jako rzeka pracy, ale także jako żywioł. Mógł karmić, poruszać młyny i utrzymywać stawy, ale mógł też budzić lęk.

Dalej, na zachód, w stronę Szombierek i Orzegowa, istniał kolejny fragment młynarskiego krajobrazu. Przy granicy tych miejscowości wspominano Orzegower Mühle oraz drewniany dom z podwójnym dachem, określany lokalnie jako „Podmlyn”. Ostatnimi rodzinami związanymi tam z tradycyjnym rzemiosłem miały być rodziny Krziwon i Krzikawski.

Jeszcze dramatyczniejszy los spotkał młyn Wollnego w Szombierkach. Był to Schomberger Mühle — zakład powstały na bazie dawnego tartaku wodnego. 6 grudnia 1893 roku, w Mikołajki, budynek stanął w ogniu. Pożar strawił go doszczętnie, a młyna nie odbudowano.

Drewniany młyn wodny objęty potężnymi płomieniami podczas zimowej nocy.
Drewniane konstrukcje i wszechobecny pył mączny stanowiły śmiertelne zagrożenie. 6 grudnia 1893 roku płomienie doszczętnie strawiły potężny młyn Wollnego w Szombierkach. (Wizualizacja)

Pożary były jednym z największych zagrożeń dla dawnych młynów. Drewniana konstrukcja, pył mączny, suche belki i intensywna praca mechanizmów tworzyły niebezpieczne połączenie. W przypadku młyna Wollnego ogień zamknął historię miejsca ostatecznie. Ostatnim śladem dawnej aktywności w okolicy miała pozostać leśniczówka, kojarzona później z szombierskim leśniczym Peschkem.

Wiatr zamiast wody: Rozbark i mit Zgorzelca

Tam, gdzie nie docierał odpowiednio silny nurt albo gdzie brakowało warunków do spiętrzania wody, trzeba było korzystać z innej energii. W Rozbarku działał drewniany wiatrak typu koźlak. To ważne uzupełnienie historii młynów wodnych: nie cała gospodarka przemiału zależała wyłącznie od Iserbachu.

Według zestawionych przekazów rozbarski wiatrak stał przy dawnej Groß-Dombrowkaer Straße 48, którą można wiązać z dzisiejszym rejonem ulicy Tuwima 48. Jego ostatnim właścicielem był młynarz Ernst Marpert. Po jego śmierci w 1897 roku młynarska funkcja obiektu dobiegła końca, a w 1898 roku zaprzestano mielenia zboża.

Duży drewniany wiatrak typu koźlak stojący na trawiastym wzgórzu przy polnej drodze.
Tam, gdzie brakowało silnego nurtu rzeki, stawiano na wiatr. Słynny rozbarski wiatrak, którego ostatnim właścicielem był Ernst Marpert, stał przy dzisiejszej ulicy Tuwima 48. (Wizualizacja)

Najciekawsze jest jednak to, że wiatrak nie został po prostu zniszczony. Drewnianą konstrukcję rozebrano, przewieziono i złożono ponownie w Ligocie Woźnickiej. W epoce, w której tak wiele dawnych obiektów znikało bez śladu, ten los wydaje się niemal szczęśliwy: wiatrak utracił Rozbark, ale nie utracił istnienia.

Opowieść o młynach trzeba jednak zakończyć rozróżnieniem, które porządkuje jedną z lokalnych legend. W kolonii Zgorzelec, położonej na pograniczu Szombierek i Łagiewnik, często doszukiwano się dawnego młyna wiatrowego. Według Franza Strzały była to jednak pomyłka. Istniała tam konstrukcja poruszana siłą wiatru, ale nie służyła do mielenia zboża.

Był to mechanizm pompowy — silnik wiatrowy przeznaczony do tłoczenia wody pitnej z niżej położonych ujęć w stronę zabudowań osady. Z daleka mógł przypominać wiatrak, a ruch jego elementów łatwo było skojarzyć z młynem. Funkcja była jednak zupełnie inna. Nie mielono tam ziarna, lecz pompowano wodę.

Bytom, który stracił swoją wodną pamięć

Historia dawnych bytomskich młynów jest historią miasta sprzed wielkiego przemysłowego przełomu. Pokazuje Bytom nie jako krainę szybów i hut, ale jako organizm zależny od rzeki, stawów, grobli i młynarskiej pracy. W tym świecie woda była energią, granicą, podatkiem i przedmiotem konfliktu.

Potem przyszła para. Kopalnie potrzebowały odwodnienia, przemysł potrzebował przestrzeni, a miasto potrzebowało nowych ulic, kanalizacji i infrastruktury. Doliny zasypywano, cieki regulowano, źródła słabły, a dawne koła wodne zatrzymywały się jedno po drugim.

Z dawnej wodnej gospodarki Bytomia zostały dziś jedynie rozproszone ślady. Klugiusa przypomina nazwa ulicy, Pilkermühle przetrwał w źródłach i pamięci miejsca, a Goj zachował się jako opowieść o utraconej zieleni oraz młynie, który próbował przeżyć dzięki silnikowi gazowemu. Z kolei po młynie Wollnego została przede wszystkim data pożaru, po rozbarskim wiatraku — historia ocalenia przez przeniesienie, a po Zgorzelcu — sprostowanie uporczywej legendy.

Tak kończy się opowieść o Bytomiu, w którym zanim zadymiły kominy, szumiała woda. Iserbach nie był tylko rzeką. Był maszyną dawnego miasta. Kiedy zniknął, zniknął również cały świat młynarzy, stawów, grobli i kół wodnych — świat, który przemysł najpierw wykorzystał, a potem bezpowrotnie przykrył.

Bibliografia i źródła

Powyższy artykuł powstał jako tekst scalający wcześniejsze ustalenia publikowane na flaczek.com oraz informacje pochodzące z dawnych kronik i opracowań regionalnych dotyczących Bytomia, Rozbarku, Szombierek, Orzegowa, Goju i Zgorzelca.

  • Simon Macha: Beitrag zur Ortskunde von Beuthen OS., ok. 1923, publikacja w „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 4, kwiecień 1969. Źródło informacji o topografii dawnego Bytomia, Młynie Pielki, Gojmühle i przemianach funkcji dawnych młynów.
  • Franz Strzała: notatki i wspomnienia historyczne publikowane w „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 7, lipiec 1967. Źródło informacji o rozbarskim wiatraku, młynach w Szombierkach i Orzegowie, Okrongliku oraz mechanizmie wiatrowym w Zgorzelcu.
  • Franz Stodolka: Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien / Niemiecki los miasta Bytomia na Górnym Śląsku. Źródło do rekonstrukcji hydrografii Iserbachu, sporów o młyny, funkcji Młyna Pielki oraz konfliktów między miastem a panami stanowymi.
  • Franz Gramer: Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, 1863. Starsza baza kronikarska wykorzystywana przez późniejszych autorów opisujących dzieje miasta, jego instytucji, sporów własnościowych i przemian gospodarczych.
  • Jan Drabina: tekst w tomie 750-lecie przybycia Braci Mniejszych do Bytomia, red. Antoni Barciak, Witosław J. Sztyk OFM, Katowice-Panewniki 2010. Źródło do kontekstu średniowiecznego Bytomia, rynku, bogactwa miasta, klasztoru franciszkanów, szpitala bożogrobców oraz wczesnego układu przestrzennego miasta.
0
0

Read more

Tytułowa grafika artykułu "Krwawy Bytom w XVII wieku" stylizowana na starą rycinę. Przedstawia zamek w Bytomiu na wzgórzu, płonące miasto oraz starcie konnych wojsk i muszkieterów z piechotą. Na dole napis: Przyczynek do historii kultury miasta Bytomia w XVII wieku Autor: Alfons Perlik.

Krwawy Bytom w XVII wieku. Morderstwa, wyrwane brody i licencje dla żebraków

Ziemia bytomska w XVII wieku zdecydowanie nie była oazą spokoju. Przemarsze obcych wojsk, zuchwałe napady zbrojnych watah, awanturująca się szlachta, wlokące się za armiami plagi żebraków i codzienne widmo śmierci – tak wyglądała rzeczywistość w cieniu wojny trzydziestoletniej i dekad po jej zakończeniu. Dzięki odnalezionemu tekstowi Alfonsa Perlika z 1927 roku, opublikowanemu na łamach Aus dem Beuthener Lande (rocznik 4, nr 5 i 7), możemy dziś zajrzeć do dawnych bytomskich kronik, akt sądowych i korespondencji panów stanowych. Co w nich znajdziemy? Prawdziwy, krwawy i bezpardonowy Dziki Zachód w samym sercu Górnego Śląska.

Granica strachu i gospodarcze tąpnięcie

Historyczna ilustracja ruin domu i zbliżającej się jazdy wojskowej, styl szkicu ołówkiem. Zrujnowane folwarki na przygranicznych terenach Górnego Śląska (Wizualizacja).

Aby zrozumieć realia, w jakich żyli ówcześni bytomianie, musimy spojrzeć na mapę i ówczesną gospodarkę. Ziemia bytomska była terytorium przygranicznym, bezpośrednio stykającym się z państwem polskim. Perlik w swoim tekście z 1927 roku mocno uderza w tony narodowościowe, pisząc o „odniemczającym wpływie” i celowej polityce wykupywania majątków przez Polaków. Z perspektywy współczesnej historii musimy jednak nałożoną przez Perlika dwudziestowieczną, plebiscytową optykę odłożyć na bok.

Prawda była o wiele bardziej prozaiczna i brutalna – chodziło o pieniądze i przetrwanie. Koniec XVI i początek XVII wieku to czas potężnej inflacji i kryzysu gospodarczego w Rzeszy. Tymczasem za polską granicą panował relatywny spokój (przynajmniej początkowo). Dla zamożnej polskiej szlachty, której majątki nie ucierpiały jeszcze w wielkich pożogach wojennych, potężny kryzys na Śląsku stanowił doskonałą okazję inwestycyjną. Ziemia była tania, a zrujnowane folwarki czekały na kapitał. W ten sposób od początku XVII wieku wsie folwarczne wokół Bytomia masowo przechodziły w ręce polskiej szlachty. Zbiegło się to w czasie ze skrajnym osłabieniem władzy centralnej, co doprowadziło do całkowitego rozkładu porządku publicznego. Morderstwa, rozboje i niszczenie mienia stały się codziennością.

Kalendarium najazdów: „Kozacy”, woły i wybijane okna

Ilustracja historyczna przedstawiająca kolumnę bydła pędzoną przez wojsko. Utrata stada roboczych wołów mogła oznaczać dla mieszczanina całkowite bankructwo (Wizualizacja).

W śląskich archiwaliach z tamtego okresu nieustannie przewija się pojęcie „zagrożenia kozackiego” (Kosakengefahr). Należy tu jednak zachować ostrożność – ówcześni kronikarze niemieckojęzyczni słowem tym często określali po prostu wschodnią jazdę nieregularną, w tym słynących z brutalności polskich lisowczyków, a niekoniecznie etnicznych Kozaków zaporoskich. Kroniki notują niezwykle precyzyjne daty i nazwiska poszkodowanych:

  • Wielkanoc 1611 roku: Zbrojne watahy uderzyły na Tarnowskie Góry (Tarnowitz) i sąsiednie wsie, dokonując masowych grabieży.
  • 14 marca 1616 roku: Bytomski mieszczanin, Christoph Pietasz, złożył formalną skargę. Zeznał, że polski szlachcic, Stenzel Dombinski, uprowadził mu aż 20 wołów – co w tamtym czasie stanowiło majątek o kolosalnej wartości, mogący zrujnować całe gospodarstwo.
  • Maj 1617 roku: Przerażająca relacja z Miechowic (Miechowitz). Ówczesna właścicielka części wsi raportowała, że przez osadę przejechało czterech zbrojnych zza polskiej granicy (określonych w dokumencie jako „Polacken”). Napastnicy nie mieli litości: raniąc kowala i karczmarza, powybijali ludziom okna, a w akcie największego zuchwalstwa otworzyli ogień z broni palnej do dwóch synów samej dziedziczki. Miasto Bytom słało w tym czasie błagalne skargi do Urzędu Zwierzchniego (Oberamt), bezradnie próbując opanować panoszenie się obcej szlachty.

Mobilizacja: Co dwudziesty do broni!

Ilustracja spotkania wojskowego na placu miejskim w stylu szkicu historycznego. Zarządzenia hrabiego Henckla zmuszały mieszczan do zbrojenia się na własny koszt (Wizualizacja).

Widmo nadciągających wojsk wymuszało na panach stanowych Bytomia – rodzie Henckel von Donnersmarck – radykalne kroki. Z listów z lat 20. XVII wieku wyłania się obraz miasta w stanie permanentnego oblężenia. 29 grudnia 1623 roku hrabia Henckel alarmował mieszczan i kazał im szykować się do obrony, donosząc, że watahy spustoszyły już państwo bogumińskie (Oderberg).

Sytuacja stała się krytyczna wiosną 1625 roku. 12 kwietnia Henckel wysłał kolejne ponaglenie. Dwa tygodnie później, 29 kwietnia, starosta krajowy Śląska, książę Jerzy Rudolf z Brzegu, raportował o znacznych siłach wroga na granicach. W efekcie, 12 maja Henckel zażądał od Bytomia wprowadzenia przymusowego poboru – co dwudziesty mężczyzna miał natychmiast chwycić za broń. Miasto miało też na własny koszt zakupić „kilka kamieni prochu” i bezzwłocznie wysłać nowo sformowane oddziały do obrony granic państwa stanowego.

Twierdza Bytom: Szlabany, warty i niepewny element

Szkic architektoniczny bramy miejskiej z XVII wieku, warty i palisady. Mury i palisady Bytomia w XVII wieku były regularnie wzmacniane w obliczu rajdów ze wschodu (Wizualizacja).

Zagrożenie nie minęło nawet dziesięciolecia po zawarciu pokoju westfalskiego (1648). Listy z października 1672 roku, krążące między hrabią Hencklem a starostą krajowym Johannesem Paczinskim, ukazują Bytom jako miasto-twierdzę w pełnej gotowości bojowej. Hrabia wydał surowe instrukcje dla Bytomia oraz Miasteczka Śląskiego (Georgenberg):

  1. Każdy pełnoprawny obywatel miał obowiązek posiadania broni palnej (rusznicy lub muszkietu) oraz broni białej (szpady).
  2. Obie miejscowości musiały zostać zabezpieczone z każdej strony systemem szlabanów.
  3. Małe miejskie furtki w Bytomiu miały zostać całkowicie zamknięte i zablokowane.
  4. Przy dwóch głównych, otwartych bramach miasta musiano wystawić stałą, całodobową wartę złożoną z 3 do 4 uzbrojonych strażników. W nocy bramy ryglowano.
  5. Mury miejskie, które uległy częściowemu zawaleniu lub podupadły, nakazano natychmiast uzupełnić drewnianymi sztachetami i masywną palisadą.

Za organizację tej obrony w Bytomiu odpowiadał ówczesny wójt i kapitan miasta, Martin Wolnik. 21 października otrzymał on dodatkowy, niezwykle wymowny rozkaz od rady miejskiej: nakazano mu bezzwłocznie odebrać broń wszystkim „osobom niepewnym” przebywającym w mieście.

Wewnętrzny wróg, czyli swoi gorsi od obcych

Szkic wandalizmu najemników cesarskich napadających na drewniany wóz. Stacjonujące na przedmieściach wojska cesarskie często dopuszczały się nadużyć wobec lokalnej ludności (Wizualizacja).

Zabezpieczenia te chroniły miasto przed rajdami z zewnątrz, ale Bytom borykał się z jeszcze jednym, równie niszczycielskim problemem – wojskami własnej strony. Miasto zostało wyznaczone przez armię cesarską jako punkt zborny dla najemników. Regularne regimenty nierzadko zachowywały się gorzej niż bandy rabunkowe.

Już same przemarsze, kwaterunki we wsiach i na przedmieściach oznaczały dla miejscowych chłopów i mieszczan katastrofę. Żołdacy cesarscy na porządku dziennym stosowali wymuszenia, grabieże i tortury, rekwirując żywność i dobytek. Co ciekawe, Perlik zaznacza, że w wielu atakach wojsk cesarskich na obszar miejski uczestniczyły również zaciężne chorągwie polskie służące pod cesarskimi sztandarami.

Zdziczenie obyczajów: Żebracy z plombami i ołowiane pieczęcie

Portret starego żebraka z wyeksponowaną ołowianą plombą na szyi. Tylko posiadacze specjalnej, ołowianej plomby z pieczęcią magistratu mogli legalnie prosić o jałmużnę w Bytomiu (Wizualizacja).

Wojna, głód i epidemie wywołały masowe migracje ludności. Do Bytomia ściągały tłumy uchodźców ze spalonych wsi, a także mroczny margines ówczesnych armii: dezerterzy, zdemobilizowani najemnicy i markietanci. Z czasem dołączył do nich silny strumień wędrowców z terytorium Polski.

Dokument z 16 kwietnia 1625 roku ukazuje irytację hrabiego Henckla widokiem włóczącej się po mieście młodzieży. Jego rozkaz był bezwzględny: młodych włóczęgów należy wyłapać, zagonić do najcięższych robót miejskich lub odesłać na zamek, by tam „przyzwyczaili się do pracy”. Jednocześnie wprowadzono niezwykły system opieki społecznej dla prawdziwie niedołężnych. Starcy, którzy ze względu na wiek i stan zdrowia otrzymali oficjalne zezwolenie na żebractwo, musieli nosić na szyjach specjalne ołowiane plomby z wyciśniętą pieczęcią miejską Bytomia.

Problem powrócił po wojnie. 18 czerwca 1674 roku bytomski Magistrat (Ratsamt) wydał wójtowi surowy zakaz wpuszczania do miasta włóczęgów bez ważnych dokumentów tożsamości wystawionych przez władze. W tym samym miesiącu wydano inną, fascynującą obyczajowo dyrektywę. Miejscowi karczmarze skarżyli się na czeladników i pasterzy (wypasających konie, owce i bydło), którzy „bezcześcili niedziele grą w kręgle i podobnymi zabawami”, a z nudów stanowili zagrożenie dla podróżnych, celowo rzucając pnie drzew na trakty. Kary były dotkliwe – winnych zamykano w areszcie, a warunkiem wyjścia na wolność było uiszczenie wysokiej grzywny: 6 groszy od osoby na rzecz kościoła.

Kryzys moralny dotykał wszystkich szczebli drabiny społecznej. Jak przypomina Perlik (powołując się na starsze ustalenia Immerwahra), był to czas prosperity dla bezwzględnych dorobkiewiczów, takich jak poborca celny Gniastko. Kradzieże stały się tak powszechne, że w grudniu 1662 roku okradziono nawet… synów samego hrabiego Henckla. Podejrzewając, że wśród mieszczan ukrywają się paserzy, rada zwołała wszystkich obywateli na przesłuchania. Zatrzymanego herszta złodziei, niejakiego Taube, wtrącono do lochu, po czym przekazano w ręce miejskiego kata na brutalne śledztwo z użyciem tortur.

Patologia wyższych sfer: Wyrwane brody i księża w rynsztoku

Szkic bójki zamożnego szlachcica z duchownym na bytomskim rynku. Na bytomskim rynku dochodziło do dantejskich scen z udziałem awanturującej się szlachty (Wizualizacja).

Najbardziej wstrząsający – i zarazem barwny – wycinek akt sądowych tamtego okresu to rejestr wybryków lokalnej szlachty i duchowieństwa. Poza bezpiecznymi murami miast, mieszczanie byli całkowicie bezbronni wobec samowoli potężnych rodów. Bytomianie udający się wozami po cenne drewno do Czarnego Lasu (Schwarzwald – dziś dzielnica Rudy Śląskiej) byli regularnie napadani przy przekraczaniu granic sąsiednich wsi. Odbierano im konie, woły, ciężkie wozy, a nawet żelazne łańcuchy. Rozbój na drogach przybrał tak skrajne formy, że w 1655 roku hrabia Henckel musiał formalnie interweniować u starosty krajowego przeciwko kilku szlachcicom parającym się… pospolitym bandyctwem.

Szlachta pozwalała sobie na niewyobrażalne ekscesy również wewnątrz samego Bytomia, czując się bezkarna wobec miejskiej jurysdykcji:

  • W 1617 roku proboszcz z Chorzowa postanowił zorganizować sobie strzelaninę na ulicach miasta, ciężko raniąc przypadkowego człowieka.
  • W tym samym roku niejaki Heinrich von Starzinsky dokonał brutalnego najścia. W biały dzień, podczas trwania jarmarku św. Małgorzaty, wdarł się do domu jednego z bytomskich rajców (radnych miejskich). Na oczach świadków wyrwał urzędnikowi brodę, a jego żonę brutalnie skopał.
  • Równie gorszące sceny rozegrały się na bytomskim Rynku (Ringu). Christoph von Golkowsky, pan na Łagiewnikach (Lagiewnik), wdał się w awanturę z proboszczem z Kamienia (Kamin – dziś dzielnica Piekar Śląskich). Dziedzic pobił duchownego pięściami do krwi, a zmasakrowane ciało księdza bezceremonialnie zrzucił do ulicznego rynsztoka.
  • Finałem tego pasma zbrodni była tragedia z 1660 roku, kiedy to Georg von Rymultowsky z zimną krwią zamordował sługę hrabiego Henckla.

Cyganie na Śląsku: Odszkodowanie za zgubione talary

Szkic taboru romskiego z wozami i sędzią miejskim mediującym spór. Proces o zagubione talary między żołnierzem a taborem romskim to cenny ślad mikrohistorii regionu (Wizualizacja).

Zupełnie unikalnym mikro-wątkiem w tekście Perlika jest wzmianka o pojawieniu się taborów cygańskich, które – jak zauważa autor – swobodnie operowały na terenach objętych chaosem organizacyjnym. Archiwa zachowały fascynujący dokument z 7 lutego 1669 roku. Doszło wówczas do oficjalnej ugody polubownej między bytomskim kapralem, Hansem Bazantem, a społecznością romską, w imieniu której występował Elias Adamowicz.

Sprawa dotyczyła żony kaprala, której zginęła ogromna jak na tamte czasy kwota: 13 reichstalarów bez dwóch srebrnych groszy. Tabor, oskarżony o tę kradzież, stanął przed sądem polubownym. Wyrok nałożył na Romów obowiązek zwrotu przynajmniej 11 talarów, co pozwalało kapralowi odzyskać lwią część majątku, a taborowi uniknąć brutalniejszych konsekwencji karnych ze strony wojska i miasta.

Wskazówki dla genealogów i badaczy historii lokalnej

Powyższe zapiski to nie tylko zbiór krwawych anegdot, ale przede wszystkim bezcenny drogowskaz do dalszych badań. Wymienione nazwiska: Pietasz, Wolnik, Bazant, Gniastko, Taube, Adamowicz, dowodzą, jak zróżnicowana i płynna była struktura społeczna XVII-wiecznego Bytomia. Jeśli szukacie swoich przodków w tym okresie, pamiętajcie, że:

  1. W źródłach z epoki nazwiska bywają zapisywane niestabilnie, dlatego podczas kwerendy warto sprawdzać możliwe warianty pisowni.
  2. Wzmianki o napadach w rejonie Miechowic, Czarnego Lasu i okolic Bytomia pokazują, że materiału do dalszych poszukiwań można szukać zarówno w księgach miejskich, jak i w aktach dominialnych związanych z państwem stanowym.
  3. Postać Eliasa Adamowicza z 1669 roku stanowi ciekawy trop do dalszych badań nad obecnością społeczności romskiej na tym obszarze.

Materiał oparty na: Alfons Perlik, „Zur Kulturgeschichte der Stadt Beuthen im 17. Jahrhundert”, Aus dem Beuthener Lande, 1927, Jg. 4, Nr. 5 i 7.

0
0

Read more

Mroczne, średniowieczne malowidło przedstawiające trzech mężczyzn wrzucających księdza w habicie do Stawu Małgorzaty. W tle mgła, kościół gotycki i tłum z pochodniami. W wodzie widać demony i pływające perły. U dołu napis: Zbrodnia nad Stawem Małgorzaty (1363). Grafika wyróżniająca bloga flaczek.com.

Zbrodnia nad Stawem Małgorzaty (1363). Bytom miastem wyklętym

Zbrodnia nad Stawem Małgorzaty (1363)

W 1363 roku w Bytomiu rozegrały się wydarzenia, które na całą dekadę wykluczyły miasto ze wspólnoty chrześcijańskiej. Spór polityczny i majątkowy między władzami miejskimi a Kościołem przerodził się w krwawy lincz na dwóch duchownych. Co naprawdę wydarzyło się nad Stawem Małgorzaty na Rozbarku i dlaczego mroczna legenda splotła tę historię z postacią świętego, który w rzeczywistości zmarł sto lat wcześniej?

I. Pycha patrycjatu i spór o bytomskie srebro

Zbrodnia z 1363 roku nie wydarzyła się w próżni. W tle narastał wieloletni i ostry spór między świeckim Magistratem a Kościołem o dziesięcinę z wydobycia kruszców. Bytom przeżywał swój prawdziwy „srebrny wiek”, a miarą ogromnej pychy ówczesnej władzy stał się burmistrz Andreas Fabrici. To ten sam patrycjusz, który – jak głoszą słynne podania – kazał odlać dla swojego nowo narodzonego dziecka szczerozłotą lub srebrną kołyskę.

Ostentacyjne bogactwo i kategoryczna niechęć do płacenia należności na rzecz Kościoła doprowadziły do otwartej wojny z duchowieństwem. Magistrat zorganizował nawet na rynku demonstrację siły z udziałem miejskiego kata, by zastraszyć poprzedniego proboszcza, Anselma. Gdy więc w 1363 roku stanowisko duszpasterza objął Piotr von Stoisle, władze Bytomia nie zamierzały już negocjować. Postanowiły pójść na zwarcie i doprowadzić do całkowitej likwidacji prepozytury św. Małgorzaty. Iskra padła na beczkę prochu.

II. Sąd bez prawa i egzekucja

Krwawy Lincz nad Stawem

Wrzesień 1363 roku przyniósł bezprecedensowe złamanie prawa kanonicznego. Radni, za aprobatą wzburzonego tłumu, postawili przed świeckim sądem proboszcza Piotra von Stoisle oraz jego kapelana (wikarego), Mikołaja z Pyskowic. Oskarżono ich o rzekome nadużycia urzędu, a wyrok mógł być tylko jeden: śmierć poprzez utopienie.

Egzekucję wykonano niemal natychmiast – 14 września 1363 r. Związanych duchownych wyprowadzono za mury, nad Staw Małgorzaty (Margarethenteich) w dzisiejszym Rozbarku i wrzucono do wody. Zbrodnia miała niezwykle brutalny przebieg. O ile proboszcz Piotr szybko zatonął, kapelan Mikołaj w śmiertelnej panice zdołał poluzować pęta i wydobyć się na powierzchnię. Jego próba ocalenia życia została jednak drastycznie przerwana. Bytomski syndyk miejski, niejaki Wojtacha, nakazał katu wepchnąć rannego księdza z powrotem do stawu, a w ostateczności dobić go toporem. Skatowany duchowny skonał w męczarniach po trzech dniach.

🔎 Zaginiony Staw Małgorzaty

Na współczesnych mapach Bytomia na próżno szukać Margarethenteich. Staw rozlewał się w naturalnym, bagnistym obniżeniu terenu, u stóp Wzgórza św. Małgorzaty. Obejmował obszar z grubsza między dzisiejszą ulicą Siemianowicką a terenami dawnej Kopalni Rozbark (Teatr Rozbark), ciągnąc się aż w stronę dzisiejszej ulicy Chorzowskiej.

Zbiornik nie przetrwał XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej. Rozwój kopalń spowodował drastyczne obniżenie wód gruntowych – staw wysechł, a teren zasypano. Kiedy dziś jedziesz tramwajem wzdłuż ulicy Chorzowskiej na wysokości kościoła św. Małgorzaty, przecinasz właśnie dno dawnego stawu, w którym utopiono bytomskich księży.

III. Dziesięć lat interdyktu

Miasto Wyklęte ze Wspólnoty

Reakcja Stolicy Apostolskiej na rozlew krwi duchownych była stanowcza i bolesna. Na Bytom spadł surowy interdykt, czyli klątwa papieska. Dla ówczesnej społeczności wykluczenie ze wspólnoty chrześcijańskiej oznaczało cywilizacyjny paraliż:

  • Kościoły zostały rygorystycznie zamknięte, a dzwony zamilkły.
  • Wiernym odmówiono dostępu do mszy i niemal wszystkich sakramentów.
  • Zmarłych bytomian grzebano niczym rzezimieszków – bez kapłana, w niepoświęconej ziemi.

Bytom stał się „miastem wyklętym” na mapie Śląska. Trwało to okrągłą dekadę. Główni winowajcy zapłacili wysoką cenę: ówczesny burmistrz zginął wkrótce w pożarze, a syndyk Wojtacha, udawszy się do Rzymu po łaskę, został skazany na dożywotnie więzienie w lochach.

IV. Perły, krew i tańczące demony

Zbrodnia w oparach XIX-wiecznej baśni

Historyczny fakt mordu nad Stawem Małgorzaty z czasem obrósł niesamowitą, mroczną legendą. XIX-wieczni kronikarze, próbując wyjaśnić późniejszy upadek lokalnego górnictwa, stworzyli wokół tych wydarzeń niezwykle plastyczną opowieść. Według tej literackiej kreacji, dramat w wodach miał wymiar iście mistyczny. Gdy proboszcz poszedł na dno, kapelan Mikołaj miał krzyczeć z wody, że widzi demony tańczące pod taflą wokół ciała jego zwierzchnika. Błagał o litość, obiecując, że jeśli przeżyje, będzie głosił cud o Świętej Dziewicy.

Legenda głosi również, że na brzegu stał wstrząśnięty ojciec Hiacynt z Rozbarku. Przebierając palcami w gorączkowej modlitwie, miał rozerwać swój różaniec, a spadające perły zmieszały się z krwią konającego w błocie kapelana. Wtedy też z ust mnicha padła słynna klątwa rzucona na miasto: złoża kruszców miały zniknąć na zawsze.

I tu docieramy do największej historycznej pułapki! Ów ojciec Hiacynt to nikt inny jak święty Jacek Odrowąż. Sęk w tym, że zmarł on w 1257 roku, czyli ponad wiek przed zbrodnią nad stawem! XIX-wieczni pisarze po prostu zlali w jedno historyczne morderstwo z dużo starszą, rozbarską tradycją o słynnym kaznodziei.

V. Pokuta i Kamienne Pamiątki

Portal Klątwy i Łaski

Dziesięcioletni interdykt nie zamknął sprawy. Bytom stał się miastem naznaczonym stygmatem bratobójczej krwi. W kronikach odnotowano, że nawet w 1479 roku – 116 lat po zbrodni! – proboszcz z sąsiednich Biskupic otrzymał z Rzymu specjalne polecenie, by oficjalnie upomnieć bytomskiego burmistrza i zażądać ostatecznych kroków oczyszczających winy dawnych radnych. Zrujnowane moralnie i ekonomicznie miasto w końcu doczekało się łaski, a prawo patronatu nad bytomskim kościołem przeszło w ręce wrocławskich Wincentynerów.

Trauma z 1363 roku zapisała się w DNA miasta. Jeszcze w XIX wieku mieszkańcy Bytomia interpretowali wszelkie klęski: epidemie, pożary, głód czy upadek górnictwa, jako przedłużającą się boską karę za krew wylaną w rozbarskim stawie.

Pamiątki tamtych wydarzeń przetrwały w architekturze gotyckiego Kościoła Wniebowzięcia NMP (kościoła mariackiego). Nad głównym wejściem do dziś dostrzec można wykute w kamieniu dwa kielichy. Z kolei dawne, boczne wejście do świątyni (od strony dzisiejszej ulicy Kościelnej), odmurowane w połowie XIX w. przez słynnego ks. Józefa Szafranka, zyskało wymowną nazwę upamiętniającą ofiary z 1363 r.: „Portal Klątwy i Łaski” (Portal des Fluches und der Gnade).

Źródła i Bibliografia:

  • Aus dem Beuthener Lande, Jg. 1 (1924), w tym: nr 5 (opis egzekucji), nr 11 (legenda o klątwie i perłach), nr 16 (historyczne sprostowanie mordu i anachronizmu św. Jacka) oraz nr 25 i 41.
  • Gramer F., Kronika miasta Bytomia na Górnym Śląsku, przekł. A. Niemczura, Bytom 2014.
  • Horwat J., Książęta oleśniccy, „Życie Bytomskie” 1994, R. 39, nr 13.
  • Drabina J., Bytom średniowieczny: przekazy źródłowe (1123-1492), Opole 1985.
  • Triest F., Topographisches Handbuch für Oberschlesien, 1865.
0
0

Read more

Rysunkowa rekonstrukcja średniowiecznego zamku w Bytomiu ukazanego z lotu ptaka. Surowa warownia otoczona jest gęstą zabudową starego miasta i murami obronnymi.

Gdzie podział się zamek w Bytomiu? Jak rozwiązano jedną z największych zagadek w historii miasta

Gdzie podział się zamek w Bytomiu? Rozwiązujemy zagadkę, która trwała ponad sto lat

Przez stulecia Bytom chodził właściwie po własnej przeszłości, nie wiedząc już dokładnie, gdzie znajdowała się jedna z najważniejszych budowli średniowiecznego miasta. Zamek książęcy nie zachował się w formie malowniczej ruiny, nie stał się oczywistym punktem na mapie i przez długi czas pozostawał bardziej problemem dla historyków niż realnym miejscem w przestrzeni. Dopiero połączenie dawnych źródeł, topografii miasta i badań archeologicznych pozwoliło z dużą pewnością odtworzyć losy warowni, która przez wieki organizowała polityczne centrum Bytomia.

Artystyczna wizualizacja średniowiecznego zamku bytomskiego w obrębie miasta
Hipotetyczna wizualizacja zamku książęcego w średniowiecznym Bytomiu. Obraz ma charakter poglądowy i pokazuje ideę warowni wkomponowanej w tkankę miejską, a nie jej bezspornie ustalony wygląd.
Najważniejsze ustalenie

Dziś można już z dużą pewnością przyjąć, że zamek książąt bytomskich stał w rejonie obecnego placu Grunwaldzkiego, w północno-wschodnim narożniku dawnego miasta lokacyjnego. Nie oznacza to, że znamy każdy detal jego wyglądu, ale oznacza, że najważniejszy spór o lokalizację został w praktyce rozstrzygnięty.

Bytom ma w swojej historii wiele miejsc, które wciąż można zobaczyć: rynek, kościoły, fragmenty dawnych murów, ślady średniowiecznego układu ulic. Jest jednak także takie miejsce, którego przez stulecia właściwie nie umiano już wskazać. Chodzi o zamek książęcy — jedną z najważniejszych budowli dawnego Bytomia, siedzibę miejscowych Piastów i element systemu obronnego miasta.

Problem polegał na tym, że zamek zniknął niemal bez reszty. Nie zachowały się jego widowiskowe ruiny, nie stał się romantyczną pamiątką jak wiele innych śląskich warowni. Przepadł tak skutecznie, że przez długi czas spierano się nie tylko o jego wygląd, lecz nawet o to, gdzie właściwie stał. Jedni umieszczali go poza zwartym obwodem miasta, inni przy kościele Franciszkanów, jeszcze inni w rejonie dzisiejszego placu Grunwaldzkiego.

Przez dekady w tej historii było więcej domysłów niż pewników. Dopiero połączenie dawnych przekazów, logicznej analizy topografii i twardych ustaleń archeologicznych pozwoliło z dużą pewnością uporządkować losy tej budowli. I właśnie dlatego dzieje bytomskiego zamku są dziś tak fascynujące: to nie tylko historia warowni, ale też opowieść o tym, jak miasto może zgubić własną pamięć — i jak po setkach lat próbuje ją odzyskać.

Zanim pojawił się zamek: czy Bytom miał starszy gród?

Hipotetyczna wizualizacja wcześniejszego grodu, który mógł poprzedzać zamek bytomski
Hipotetyczna wizualizacja starszego założenia obronnego, które mogło poprzedzać murowany zamek książęcy w Bytomiu. Tego typu obraz należy traktować jako ilustrację badawczej hipotezy, a nie pewną rekonstrukcję.

W badaniach nad początkami bytomskiego ośrodka obronnego od dawna powraca pytanie, czy murowany zamek przy obecnym placu Grunwaldzkim nie poprzedzał wcześniejszy gród drewniano-ziemny. To jedna z tych kwestii, które nie zostały rozstrzygnięte w sposób absolutny, ale z pewnością nie należą też do sfery czystej fantazji.

W historiografii od lat powraca teza wiążąca początki takiego założenia z czasami Mieszka Plątonogiego, około 1200 roku. Przywołuje się przy tym zarówno przesłanki źródłowe, jak i argumenty urbanistyczne. Badacze zwracali uwagę, że pewne osobliwości najstarszego układu przestrzennego Bytomia mogą wskazywać na istnienie wcześniejszego obiektu obronnego, który poprzedzał miasto lokacyjne i wpływał na późniejszy rozwój zabudowy.

Najczęściej taki gród lokalizuje się w rejonie dzisiejszego placu Klasztornego albo wzgórza św. Małgorzaty. Nie mamy tu jednak prostego i niepodważalnego „aktu erekcyjnego”. Najuczciwiej więc napisać, że jest to hipoteza dobrze osadzona w badaniach, wzmacniana przez analizę przestrzeni i dawnych przekazów, ale nadal pozostająca rekonstrukcją historyczną.

Podobnie wygląda sprawa jego upadku. W literaturze pojawia się pogląd, że wcześniejszy gród mógł zostać zniszczony podczas najazdu mongolskiego w 1241 roku. Taka interpretacja dobrze wpisuje się w regionalny kontekst dziejów Śląska i tłumaczyłaby późniejsze przejście do nowej, murowanej koncepcji obronnej. Warto jednak podkreślić, że jest to logiczna i silna hipoteza, a nie proste zdanie przepisane z jednego, dosłownego dokumentu.

Narodziny murowanej warowni

Najmocniejszym punktem całej opowieści pozostaje dziś archeologia. Kluczowe znaczenie miało odkrycie dokonane na placu Grunwaldzkim, gdzie z dna fosy wydobyto dębową dranicę datowaną metodą dendrochronologiczną na rok 1246. To nie jest już mglista poszlaka, lecz bardzo ważny dowód potwierdzający XIII-wieczną metrykę założenia obronnego właśnie w tym miejscu.

Trzeba przy tym dobrze rozumieć, co ta data oznacza. Rok 1246 nie jest automatycznie „aktem założycielskim” całego zamku, ale bardzo mocno potwierdza, że elementy związane z jego fosą funkcjonowały już w połowie XIII wieku. W zestawieniu z innymi przesłankami pozwala to mówić o warowni jako budowli zakorzenionej głęboko w średniowieczu, a nie o późnym obiekcie omyłkowo utożsamionym z książęcą siedzibą.

W materiałach historycznych pojawia się również teza, że rozwój murowanej wersji zamku można wiązać z Kazimierzem bytomskim. Tutaj warto zachować precyzję. Samo datowanie odkrytego drewna nie wskazuje jeszcze bezpośrednio osoby fundatora, ale rozsądne jest stwierdzenie, że rozwinięcie założenia w rezydencję odpowiadającą randze stolicy samodzielnego księstwa badacze łączą właśnie z okresem jego panowania.

Bardzo ważne jest również to, że bytomski zamek nie był odosobnioną siedzibą stojącą gdzieś na uboczu. Wszystko wskazuje na to, że był częścią miejskiego systemu obronnego: obiektem nizinnym, usytuowanym w obrębie obwodu obronnego, powiązanym z murami i fosą. To właśnie ten fakt pozwala zrozumieć zarówno jego znaczenie, jak i późniejsze spory o lokalizację.

Wielka pomyłka badaczy: gdzie właściwie szukano zamku?

Dzisiaj teza o placu Grunwaldzkim wydaje się coraz bardziej oczywista, ale przez długi czas wcale taka nie była. W XIX i XX wieku historia bytomskiego zamku obrosła mitami. Jedni wyobrażali go sobie niemal jak wygodny książęcy pałac, inni widzieli w nim raczej surową, mało reprezentacyjną twierdzę. Jeszcze większy problem stanowiło jednak samo położenie budowli.

Przez długi czas mocno oddziaływała teoria sytuująca zamek poza zwartym obwodem miejskim, w okolicach dzisiejszych ulic Krakowskiej i Korfantego. Taka wizja była kusząca: pozwalała wyobrazić sobie władcę trzymającego dystans wobec mieszczaństwa, mieszkającego „obok” miasta, a nie w jego wnętrzu. Problem w tym, że topografia i późniejsze badania coraz słabiej tę teorię podtrzymywały.

Błąd utrzymywał się tak długo, że jeszcze w 1998 roku, kiedy podczas prac przy kamienicach przy ul. Korfantego 22 i 24 odkryto potężny filar i gotycki łuk, pojawiła się nadzieja, że to właśnie tam wreszcie odnaleziono zamek. Jak się jednak okazało, był to fałszywy alarm. Znalezisko okazało się raczej pozostałością innego obiektu — zapewne dawnego folwarku lub browaru — a nie książęcej rezydencji.

Ten epizod bardzo dobrze pokazuje, jak silnie starsze hipotezy potrafią działać na wyobraźnię badaczy i mieszkańców. W pewnym sensie Bytom najpierw stworzył sobie błędną mapę pamięci o zamku, a dopiero potem musiał ją mozolnie poprawiać.

Trop, który leżał na widoku: Rycerska i dawny narożnik miasta

Jednym z najciekawszych momentów całej tej historii jest fakt, że właściwy trop pojawił się w źródłach znacznie wcześniej, niż udało się go potwierdzić archeologicznie. Już w 1919 roku na łamach „Górnoślązaka” anonimowy autor podpisujący się inicjałami „Fr. G.” bardzo trafnie lokował zamek w północno-wschodnim narożniku miasta, w rejonie późniejszej synagogi i obecnego placu Grunwaldzkiego.

Była to intuicja oparta nie na sensacyjnych odkryciach, lecz na uważnej analizie topografii. Znaczenie miała między innymi ul. Rycerska, w dawnych zapisach wiązana także z nazwą Burg Gasse. Sam ślad nazewniczy nie stanowi jeszcze dowodu rozstrzygającego, ale w połączeniu z układem przestrzennym miasta bardzo mocno sugerował, że właśnie tutaj należało szukać dawnej siedziby książęcej.

Jeśli w sąsiedztwie funkcjonowała ulica kojarzona z rycerskim zapleczem, a miejsce odpowiadało logice średniowiecznego układu obronnego, to hipoteza stawała się coraz bardziej przekonująca. Dzisiejsza wiedza pokazuje, że trop ten był nie tylko błyskotliwy, ale po prostu trafny.

Czasem historia nie chowa się głęboko pod ziemią. Czasem leży niemal na widoku — w dawnych nazwach ulic, w układzie placu, w logice miasta, którą wystarczy uważnie odczytać.

Porównaj dawne plany Bytomia z dzisiejszym układem miasta

Poniższa nakładka pozwala zestawić kilka historycznych planów i schematów starego Bytomia ze współczesnym obrazem centrum miasta. To narzędzie nie daje geodezyjnej pewności co do każdego metra, ale bardzo dobrze pokazuje trwałość dawnego obwodu oraz rejon, w którym przez dziesięciolecia lokalizowano zamek.

Uwaga: nakładki mają charakter poglądowy i popularyzatorski. To autorsko wyrównane plany historyczne, służące porównaniu dawnego układu miasta z dzisiejszą przestrzenią.
Współczesne zdjęcie lotnicze centrum Bytomia z orientacyjnym przebiegiem dawnych murów miejskich Plan Bytomia według Christiana Friedricha von Wredego nałożony na współczesny układ miasta

Plan Bytomia według Christiana Friedricha von Wredego (ok. 1747–1753)

Fragment planu z większego dzieła „Krieges-Carte von Schlesien”, sporządzonego na zlecenie Fryderyka II. To jedna z najcenniejszych warstw porównawczych, bo pokazuje dawny obwód miasta, układ zabudowy i relację starego centrum do rejonu późniejszego placu Grunwaldzkiego.

Mroczny epizod z 1939 roku

W dziejach poszukiwań bytomskiego zamku pojawia się również epizod szczególny: moment po spaleniu bytomskiej synagogi. Z późniejszych opracowań wynika, że po 1939 roku pusty teren po zniszczonej bożnicy wzbudzał zainteresowanie badaczy związanych z niemieckim środowiskiem muzealnym, którzy również próbowali odnaleźć tam ślady dawnej przeszłości miasta.

Nie przyniosło to wówczas przełomu, ale sam fakt jest znaczący. Pokazuje, że plac Grunwaldzki nie pojawił się w badaniach nagle dopiero w XXI wieku. Był obecny w podejrzeniach, intuicjach i sporach znacznie wcześniej, nawet jeśli przez długi czas brakowało dowodu, który zakończyłby całą dyskusję.

Przełom roku 2004

Artystyczna wizualizacja wykopalisk w miejscu dawnego zamku bytomskiego
Artystyczna wizualizacja badań archeologicznych w miejscu dawnego zamku bytomskiego. Nie przedstawia dosłownie placu Grunwaldzkiego, lecz ideę odkrywania średniowiecznych reliktów pod współczesnym miastem.

Prawdziwa zmiana nastąpiła dopiero jesienią 2004 roku. To wtedy przeprowadzono na placu Grunwaldzkim wykop badawczy, który w praktyce odwrócił cały dawny spór. Nie trzeba było wielkiej powierzchni, by trafić na to, czego przez dekady szukano po niewłaściwych stronach miasta — na dawną fosę zamkową.

Właśnie w tym momencie archeologia uporządkowała to, co wcześniej podpowiadały topografia i dawne teksty prasowe. Odkrycie nie miało w sobie nic z romantycznej legendy o „cudownym odnalezieniu zamku”. Było efektem spokojnej, metodycznej pracy, która nagle nadała wcześniejszym hipotezom bardzo mocny fundament materialny.

W materiałach źródłowych pojawia się nawet sformułowanie o niemal całkowitej pewności już po badaniach z 2004 roku. W praktyce oznacza to, że odkrycie fosy i związanych z nią reliktów uczyniło lokalizację zamku na placu Grunwaldzkim interpretacją dominującą, a późniejsze badania tylko ją umocniły.

Badania późniejsze i ostateczne potwierdzenie

Kolejne prace archeologiczne, wiązane między innymi z późniejszym etapem badań w drugiej dekadzie XXI wieku, jeszcze wyraźniej potwierdziły wcześniejsze ustalenia. Dzięki temu można już dziś pisać bez większego ryzyka, że zamek książąt bytomskich stał w rejonie obecnego placu Grunwaldzkiego.

Nie znaczy to oczywiście, że znamy każdy detal jego architektury i każdą fazę przebudowy. Oznacza jednak, że najważniejszy spór został rozstrzygnięty. Dla historii miasta to zmiana fundamentalna, bo pozwala inaczej patrzeć na całe średniowieczne centrum Bytomia.

Narożnik, który dziś kojarzy się głównie z późniejszym placem i historią synagogi, okazuje się jednym z najstarszych i najważniejszych punktów politycznej topografii miasta.

Zamek przecięty na pół

Jeżeli jakaś scena z dziejów bytomskiego zamku zasługuje na miejsce szczególne, to bez wątpienia jego podział po wygaśnięciu linii Piastów bytomskich. Po długim sporze sukcesyjnym, zakończonym układem z 1369 roku, miasto i zamek rozdzielono między książąt cieszyńskich i oleśnickich.

Granica miała biec przez miasto w sposób zadziwiająco dosłowny: ulicą Krakowską, przez rynek, aż ku Tarnogórskiej. Najbardziej uderzające jest jednak to, że podział objął także samą książęcą siedzibę. Jedna strona miała otrzymać część wieżowo-bramną, druga budynek mieszkalny, studnię i zabudowę drewnianą.

W praktyce oznaczało to rozcięcie rezydencji, która z natury rzeczy powinna stanowić jedną, spójną całość. W przekazach pojawia się nawet obraz wykucia drugiej bramy i przegrodzenia dziedzińca murem. Brzmi to niemal nieprawdopodobnie, ale właśnie dlatego tak dobrze pokazuje, jak głęboko polityka potrafiła ingerować w materialny kształt miasta.

Bytom nie stracił wtedy zamku od razu, lecz właśnie wtedy zaczął tracić jego dawną logikę. Rezydencja przestała być wyłącznym centrum władzy, a stała się przedmiotem skomplikowanego kompromisu dynastycznego. Można powiedzieć, że był to początek długiego procesu osłabienia warowni.

Zamek żył jeszcze długo

Jednym z najważniejszych zabiegów w tym artykule jest zerwanie z prostym wyobrażeniem, że zamek „skończył się w średniowieczu”. W źródłach wyraźnie widać, że jeszcze w XVI wieku budowla pozostawała obiektem istotnym. Szczególnie ciekawy jest wątek z 1530 roku, gdy w obliczu zagrożenia tureckiego podkreślano znaczenie bytomskiego zamku jako miejsca schronienia.

To ważna wzmianka, bo pokazuje, że warownia nie była wtedy jeszcze jedynie martwym reliktem. Równie interesujące jest jej możliwe przedstawienie na panoramie miasta z lat 1536–1537, wiązanej z podróżą Ottheinricha. Nawet jeśli identyfikacja wszystkich szczegółów panoramy wymaga ostrożności, sam fakt obecności zamku w wyobrażeniach i opisach epoki jest bardzo wymowny.

Wszystko to każe widzieć jego koniec nie jako jednorazową katastrofę, lecz raczej jako stopniowe wygasanie funkcji politycznych, rezydencjonalnych i obronnych.

Jak zamek zniknął?

Najbardziej prawdopodobny scenariusz jest zarazem najbardziej przyziemny. Zamek nie runął w jednej wielkiej bitwie ani nie przeszedł do legendy w widowiskowej ruinie. Najpewniej był stopniowo rozbierany i wykorzystywany jako źródło budulca. Dla mieszkańców nowożytnego miasta było to działanie praktyczne i zrozumiałe: jeśli dawna warownia traciła znaczenie, jej kamień i cegła mogły posłużyć nowym inwestycjom.

W tym kontekście szczególnie sugestywny jest wątek związany z przejęciem Bytomia przez Hencklów von Donnersmarck w 1623 roku. Najbezpieczniej ująć go tak: skoro dawnej książęcej rezydencji już w praktyce nie było, a nowi panowie miasta nie dysponowali na miejscu własną reprezentacyjną siedzibą, musieli korzystać z przestrzeni miejskich, przede wszystkim z ratusza. To bardzo dobrze pokazuje, jak skutecznie zamek zniknął z pejzażu miasta.

I właśnie w tym tkwi paradoks tej historii. Budowla, która przez wieki organizowała polityczne centrum Bytomia, została usunięta tak dokładnie, że po dwóch lub trzech pokoleniach zaczęła przypominać bardziej problem dla badaczy niż widoczny element miasta.

A może Bytom miał dwa zamki?

Na końcu tej opowieści warto zostawić czytelnikowi jeszcze jeden trop — nie jako tanią sensację, lecz jako uczciwie zaznaczoną zagadkę historiografii. W materiałach źródłowych pojawia się wątek „starego” i „nowego” zamku, obecny w raporcie cesarskiej komisji z 1603 roku. To właśnie ten szczegół sprawił, że część badaczy zaczęła na nowo poważnie traktować hipotezę o wcześniejszym grodzie poprzedzającym murowaną warownię na placu Grunwaldzkim.

Nie oznacza to, że można dziś z pełną pewnością odtworzyć plan obu obiektów czy ich wzajemną chronologię co do roku. Oznacza jednak, że Bytom prawdopodobnie ma bardziej złożoną historię rezydencji i obronności, niż długo sądzono. Najpierw mogło istnieć starsze założenie grodowe, później pojawił się murowany zamek książęcy, a jeszcze później oba te etapy zlały się w pamięci miasta w jedną nieczytelną opowieść.

To właśnie dlatego historia bytomskiego zamku pozostaje tak atrakcyjna. Nie zamyka się w jednej dacie i jednym odkryciu. Jest raczej śledztwem, w którym każdy kolejny dokument, każdy wykop i każda dawna nazwa ulicy odsłaniają coś nowego.


Zakończenie: zamek, którego nie widać

Dzisiaj można już z dużą pewnością powiedzieć, że zamek książąt bytomskich stał tam, gdzie znajduje się obecny plac Grunwaldzki. Wiemy też, że był ważnym elementem średniowiecznego miasta, że przeżył polityczny rozłam, że jeszcze długo pozostawał obecny w jego krajobrazie i że ostatecznie zniknął nie w huku wielkiej katastrofy, lecz raczej w ciszy codziennej rozbiórki.

A jednak w tej historii jest coś więcej niż tylko ustalenie lokalizacji. To opowieść o mieście, które przez stulecia chodziło po własnej przeszłości, nie wiedząc dokładnie, gdzie ona leży. O miejscu, które wydawało się zwykłym placem, a okazało się jednym z kluczowych punktów politycznej topografii średniowiecznego Bytomia. O warowni, która przepadła tak skutecznie, że trzeba ją było wydobywać nie tylko z ziemi, ale też z niepamięci.

Być może właśnie dlatego zamek bytomski działa na wyobraźnię mocniej niż niejeden obiekt, z którego zachowały się mury i wieże. Tamte można po prostu obejrzeć. Ten trzeba najpierw odnaleźć — w źródłach, w planie miasta, w archeologii i w uważnym czytaniu samego Bytomia.

Bibliografia i źródła

Prasa archiwalna i dawna

  • „Górnoślązak”, 1919, R. 18, nr 161 — Z dawnych czasów. Zamek Piastowski w Bytomiu (Fr. G.).
  • „Aus dem Beuthener Lande”, 1924, Jg. 1, nr 7, 10, 11 — cykl Wilhelma Immerwahra.
  • „Nowiny Opolskie”, 1950, R. 34, nr 1 — Piastowski zamek w Bytomiu.
  • „Gość Niedzielny”, 1954, R. 27, nr 33 — Edward Wichura, Miasto dymiących kominów i magnolii.
  • „Gość Niedzielny” (edycja gliwicka), 1999, R. 76, nr 16 — Jacek Siatkowski, Blisko, coraz bliżej.
  • „Życie Bytomskie”, numery z lat 1984–2004 poświęcone problemowi lokalizacji zamku i badaniom archeologicznym.
  • „Goniec Górnośląski”, 1990, R. 34, nr 32 — J. Długosz, Podania i legendy naszych miast. Zagadki pałacowej kaplicy.
  • „Rynek 7”, 2013, nr 7 (120) — Zamek w Bytomiu.

Opracowania naukowe i monografie

  • Jan Drabina, Bytom średniowieczny: przekazy źródłowe (1123–1492), Opole 1985.
  • Jerzy Horwat, Księstwo bytomskie i jego podziały do końca XV wieku, Gliwice 1993.
  • Zdzisław Jedynak, Lokalizacja średniowiecznego zamku bytomskiego w świetle źródeł archiwalnych i badań archeologicznych, [w:] Bytom i jego dziedzictwo, red. G. Bożek, Bytom 2004.
  • Jacek Pierzak, Zamek w Bytomiu w świetle badań archeologicznych, [w:] Badania archeologiczne na Górnym Śląsku i ziemiach pogranicznych w latach 2003–2004, Katowice 2006.
  • Przemysław Noparlik, Ziemia bytomska w późnym średniowieczu. Próba rekonstrukcji terytorialnej i administracyjnej, Chorzów 2021.
  • Piotr Siemko, Zamki na Górnym Śląsku, Katowice 2023.

Zasoby cyfrowe i bazy danych

  • Szlaki i Drogi
  • Zamki i dwory obronne Śląska
  • Bytomski.pl
  • Beuthen.eu
  • Blisko Polski

Artykuł przygotowano w formule popularnonaukowej: tam, gdzie źródła i archeologia pozwalają mówić stanowczo, narracja opiera się na mocnych ustaleniach; tam, gdzie wciąż poruszamy się w obrębie rekonstrukcji, zachowano świadomie ostrożniejszy ton.

0
0

Read more

Grafika przedstawiająca mistrzów cechu sukienników w Bytomiu podczas mierzenia i kontroli sukna

Bytomskie sukno, piwne kary i 35 mistrzów w lochu. Historia cechu sukienników

Bytomskie sukno, piwne kary i 35 mistrzów w lochach. Historia cechu sukienników

Rynek w Bytomiu w XVII wieku z kramami sukienników i belami materiału
Wizja artystyczna: Bytomski rynek w czasach świetności cechu sukienników.

Bytomskie sukiennictwo to jeden z tych tematów, w których codzienne życie dawnych mieszczan spotyka się z wielką historią. W starych dokumentach nie ma tu tylko suchych przepisów: są beczki piwa, kary za przekleństwa, obowiązkowe opłaty w wosku, troska o jakość sukna, a w tle także brutalna polityka panów stanowych. Po historii cechu kuśnierzy pora przyjrzeć się rzemieślnikom, którzy przez wieki dosłownie ubierali Bytom.

Rok 1669: przywilej, który uporządkował fach

Wycinek z gazety z 1927 roku z tytułem artykułu o przywilejach bytomskiego cechu sukienników z 1669 roku
Nagłówek artykułu M. Moritza o przywilejach bytomskich sukienników z 1669 roku, opublikowanego w 1927 roku.

Najważniejszym punktem wyjścia do historii bytomskich sukienników jest dokument wystawiony 25 stycznia 1669 roku w Tarnowskich Górach. Ówczesny pan Bytomia, Georg Friedrich Henckel von Donnersmarck, potwierdził wtedy i uporządkował prawa miejscowego cechu sukienników.

Nie był to drobiazg administracyjny. W świecie dawnych miast taki przywilej wyznaczał, kto naprawdę należy do rzemiosła, kto może handlować, kto ma pierwszeństwo zakupu surowca, jak rozstrzygać spory i jak karać tych, którzy naruszali porządek cechowy. Innymi słowy: był to fundament całego zawodowego świata.

Bytomscy sukiennicy nie stanowili marginesu miejskiej gospodarki. Przeciwnie — należeli do rzemieślników dobrze zorganizowanych, pilnujących zarówno własnych interesów, jak i jakości wyrobów. Z perspektywy miasta oznaczało to wpływy, miejsca pracy i stały element lokalnego handlu. Z perspektywy mistrza oznaczało to prestiż, obowiązki oraz nieustanną kontrolę ze strony własnego środowiska.

Jak zostać mistrzem sukienniczym?

Mistrzowie cechu sukienników w Bytomiu podczas narady przy dębowym stole
Wizualizacja: Wnętrze dawnego domu cechowego podczas narady mistrzów i ceremonii zaprzysiężenia.

Droga do mistrzostwa wcale nie była prosta. Kandydat, który chciał wejść do bytomskiego cechu, musiał najpierw przepracować pełny rok u bytomskiego mistrza. Dopiero potem stawał przed cechem i okazywał to, co dziś nazwalibyśmy kompletem dokumentów: list urodzenia oraz świadectwo nauki (Lehrbrief).

Na tym formalności się nie kończyły. Przyszły mistrz musiał również uiścić opłaty: 4 talary do skrzynki cechowej, oddać należny wosk i — co brzmi najbardziej malowniczo — postawić cechowi „Achtel Bier”, czyli ósmą część beczki piwa, związaną z przyjęciem oraz wykonaniem sztuki mistrzowskiej.

W dokumentach z epoki widać jednak także pragmatyzm. Jeżeli kandydat żenił się z córką mistrza albo z wdową po zmarłym mistrzu, płacił tylko część zwyczajowych opłat. To pokazuje, że dawny cech był nie tylko organizacją zawodową, ale również wspólnotą gospodarczą i rodzinną. Warsztat, narzędzia, kontakty i klientela przechodziły często wraz z małżeństwem, a cech to uwzględniał.

Piwne kary, porządek i cechowa dyscyplina

Bytomscy sukiennicy cenili porządek niemal tak samo jak własne interesy. Cech pilnował etykiety podczas zebrań, które w źródłach określano jako „Zeche”. Spóźnienie, nieobecność, przerywanie innemu mistrzowi, niestosowne odzywki — wszystko to mogło kosztować.

Skala kar dobrze oddaje cechową mentalność. 1 grosz groził za spóźnienie lub nieobecność, 2 grosze za wchodzenie innemu mistrzowi w słowo, a najwyższe przewinienia obyczajowe karano znacznie surowiej. Szczególnie źle widziano używanie „nieużytecznych słów”, czyli po prostu przekleństw, oraz wychodzenie z zebrania bez należytego pożegnania.

W tych samych przepisach widać jednak nie tylko dyscyplinę, ale i wspólnotę. Sukiennicy urządzali okresowo „Bruder-Bier” — piwo braterskie, które miało symbolizować zgodę i wewnętrzną jedność cechu. Co znamienne, nawet mistrz, który nie uczestniczył w takim spotkaniu, musiał i tak dorzucić się do kosztów. W świecie dawnych rzemieślników braterstwo bywało więc obowiązkiem równie realnym jak podatki.

Warto też pamiętać, że przepisy sięgały dalej niż same zebrania. Cech kontrolował naukę zawodu, zachowanie uczniów, zasady zatrudniania czeladników, a nawet konflikty między mistrzami. Dobry fachowiec miał być nie tylko sprawny przy krośnie, ale także posłuszny regułom wspólnoty.

Gdzie obrabiano sukno? Folusz i jakość wyrobu

Zabytkowy młyn wodny foluszniczy w Brzezinach Śląskich
Wizualizacja: Dawny młyn foluszniczy (Walkmühle), podobny do tego w Brzezinach Śląskich – obróbka sukna.

Sam warsztat tkacki nie wystarczał. Sukno wymagało jeszcze odpowiedniej obróbki, a kluczową rolę odgrywał tu folusz (Walkmühle), czyli młyn foluszniczy, w którym spilśniano i uszlachetniano materiał. W źródłach związanych z bytomskimi sukiennikami pojawia się folusz w Brzezowicach / Brzezinach Śląskich, ważny punkt całego procesu produkcji.

Każda sztuka materiału oznaczała opłaty. Mistrz musiał odprowadzić należność zarówno właścicielowi dóbr, jak i młynarzowi. To pokazuje, że rzemiosło nie działało w próżni: było wplecione w system zależności gospodarczych, w którym pan stanowy pobierał korzyści z każdej fazy produkcji.

Równie ważna była kontrola jakości. Źródła podkreślają, że sztuka sukna powinna mieć ściśle określone wymiary: 48 łokci długości i 36 gęgów szerokości. Jeżeli ktoś wyprodukował sukno zbyt cienkie albo nienadające się do sprzedaży, płacił karę, a wadliwy towar nie mógł być legalnie sprzedawany w granicach państwa bytomskiego.

🧮 Kalkulator dawnych miar

Z kalkulatorem w ręku: XVII-wieczne „ISO”

Zgodnie z przywilejem każda gotowa sztuka sukna musiała mieć 48 łokci długości i 36 gęgów szerokości. To pokazuje, że cech pilnował nie tylko fachu, ale też bardzo konkretnego standardu wyrobu.

📏 Długość: 48 łokci ≈ 27,65 m

Przy założeniu, że 1 łokieć śląski miał około 57,6 cm. To więcej niż długość 25-metrowego basenu.

↔️ Szerokość: 36 gęgów ≈ 140–150 cm

Po obróbce w foluszu dawało to szerokość zbliżoną do nowoczesnych tkanin ubraniowych.

Werdykt: mistrz, który przygotował sukno zbyt krótkie albo wadliwe, narażał się nie tylko na karę, ale też na zakaz sprzedaży takiego towaru w granicach państwa bytomskiego.

Nie był to drobiazg. Renoma cechu zależała od jakości, a jakość wpływała na zaufanie klientów i pozycję miasta na rynku. Zła partia sukna szkodziła nie tylko jednemu mistrzowi, ale całej wspólnocie zawodowej.

Rok 1689: konflikt z hrabią i ciemna strona władzy

Bytomscy sukiennicy uwięzieni w lochu przez hrabiego Leo Ferdynanda Donnersmarcka
Wizja uwięzionych 35 mistrzów sukienniczych w lochach bytomskiego zamku w 1689 roku.

Historia bytomskich sukienników nie jest jednak wyłącznie opowieścią o porządku, piwie i cechowych ceremoniach. W tle pojawia się również brutalna polityka panów stanowych. Według relacji Franza Stodolki, jednym z najmocniejszych epizodów był konflikt z czasów hrabiego Leo Ferdinanda Henckla von Donnersmarcka.

W 1689 roku miało dojść do ostrego sporu o narzucenie Bytomiowi wrocławskiego postrzygacza sukna imieniem Leschke. Cech, broniąc własnych praw i monopoli, sprzeciwił się ingerencji. Skutki były dramatyczne: według tej relacji hrabia kazał uwięzić aż 35 bytomskich mistrzów sukienniczych, a miasto jeszcze przez kolejne miesiące zabiegało o ich uwolnienie.

Jeśli ten przekaz odczytywać dosłownie, otrzymujemy przejmujący kontrast. Z jednej strony mamy starannie spisane statuty, porządek cechowy i dbałość o jakość wyrobów. Z drugiej — rzeczywistość, w której lokalny pan mógł jednym ruchem zburzyć cały ten świat.

Szerzej o ciemnej stronie rządów Donnersmarcków przeczytasz tutaj:
Bytom: Tyrania, Donnersmarckowie, wojny i czary

Nazwiska z dokumentu: trop dla genealogów

Dla badaczy rodzinnej przeszłości najcenniejsze bywają nie wielkie opowieści, ale nazwiska. A tych w przywileju z 1669 roku nie brakuje. Pod dokumentem pojawiają się przedstawiciele bytomskiego cechu, których można próbować później tropić w księgach miejskich, metrykach, spisach podatkowych i dokumentach parafialnych.

Wśród podpisanych widzimy między innymi nazwiska takie jak: Paul Januschetts, Christoff Tyll, Andreas Kalus, Matthias Kott oraz Matthias Bieruth. To bardzo cenny zestaw dla genealogów zainteresowanych dawnym Bytomiem i okolicami.

Trzeba przy tym pamiętać o jednej rzeczy: w XVII i XVIII wieku pisownia nazwisk bywała zmienna. To samo nazwisko mogło wystąpić w kilku wariantach, zależnie od języka dokumentu, ręki pisarza czy lokalnej wymowy. Dlatego przy dalszych poszukiwaniach warto sprawdzać także formy zbliżone i zniekształcone.

Zmierzch dawnej potęgi

Jeszcze około 1800 roku sukiennictwo w Bytomiu pozostawało widocznym elementem miejskiej gospodarki. Jednak XIX stulecie przyniosło zmiany, których dawne cechy nie były już w stanie zatrzymać. Rewolucja przemysłowa, mechanizacja produkcji i przewaga większych zakładów sprawiły, że tradycyjny mistrzowski warsztat stawał się z każdym dziesięcioleciem coraz mniej konkurencyjny.

W drugiej połowie XIX wieku dawny świat bytomskich sukienników był już tylko cieniem samego siebie. Nazwa zawodu trwała jeszcze w regionie, żyła w pamięci, w dokumentach i nekrologach, ale realna potęga cechu należała do przeszłości.

I może właśnie dlatego temat bytomskich sukienników jest tak ciekawy. To nie tylko historia rzemiosła. To także historia miejskiej godności, rodzinnych warsztatów, lokalnych konfliktów i tego, jak wielkie procesy gospodarcze potrafiły rozmontować porządek budowany przez pokolenia.

Zobacz też na flaczek.com

Ten artykuł dobrze czyta się jako część większej serii o dawnych bytomskich cechach i relacjach miasta z Donnersmarckami.

Bibliografia i źródła

I. Źródła drukowane

  • Moritz M., Privilegien der Beuthener Tuchmacher-Zunft aus dem Jahre 1669, „Aus dem Beuthener Lande”, nr 1, 12 stycznia 1927.
  • Der Oberschlesische Wanderer, 1899, Jg. 72, No. 142 – nekrolog mistrza sukienniczego Ernsta Andreschke z Pszczyny.

II. Kroniki i opracowania

  • Stodolka Franz, kronikarskie zapiski i opracowania dotyczące dziejów Bytomia oraz konfliktów miasta z Donnersmarckami w XVII wieku.

III. Materiały kontekstowe i powiązane artykuły

IV. Uwaga redakcyjna

W części genealogicznej i w opisach wydarzeń z XVII wieku warto przy dalszej pracy nad tekstem zestawiać pisownię nazwisk z innymi źródłami archiwalnymi, ponieważ dawne zapisy bywają niejednolite, a odczyt z druku frakturowego może dawać warianty.

0
0

Read more

Grafika w stylu retro ukazująca widok z okna tramwaju na gmach dawnej Wyższej Szkoły Realnej w Bytomiu (Tuschkasten, obecnie IV LO). Na pierwszym planie leżą trzy kolorowe czapki uczniowskie, w tle widać zabytkowy tramwaj do Lipin.

„Pudełko z farbami” przy Placu Sikorskiego. Rygor, kolorowe czapki i bytomskie tradycje szkolne

Kiedy mijamy dziś gmach IV Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Chrobrego przy placu Sikorskiego w Bytomiu, widzimy jeden z najbardziej charakterystycznych budynków dawnego miasta. Sto lat temu mieściła się tu Miejska Wyższa Szkoła Realna – Städtische Oberrealschule – którą uczniowie i mieszkańcy ochrzcili barwnym przezwiskiem „Tuschkasten”, czyli „pudełko z farbami”. Wspomnienia dawnych uczniów pozwalają zajrzeć do świata szkolnych czapek, granicznych dojazdów, surowych pedagogów i wielkiej historii, która w 1928 roku zaglądała pod same okna bytomskiej szkoły.

Skąd wzięła się nazwa „Tuschkasten”?

Słowo Tuschkasten w dosłownym tłumaczeniu z języka niemieckiego oznacza „pudełko z farbami akwarelowymi” (lub dawniej bogato wyposażony piórnik). Przedwojenny budynek Oberrealschule zawdzięczał to barwne przezwisko swojej niesamowitej elewacji – wykonano ją z różnokolorowego, glazurowanego klinkieru i przyozdobiono detalami w secesyjnym stylu (Jugendstil). Ten wielobarwny kontrast z surową, ceglaną architekturą wokół sprawił, że szkoła zyskała swoją unikalną legendę.

Ta opowieść rozgrywa się przede wszystkim w roku 1928, kiedy Bytom znajdował się jeszcze w granicach Republiki Weimarskiej, a codzienna droga do szkoły dla części uczniów oznaczała również przekraczanie polsko-niemieckiej granicy. Właśnie z tego czasu pochodzą najbardziej sugestywne wspomnienia o życiu w bytomskim „Tuschkaście”.

Dawna Wyższa Szkoła Realna w Bytomiu przy dawnym Kaiserplatz, około lat 20. XX wieku Gmach dawnej Oberrealschule przy ówczesnym Kaiserplatz, czyli dzisiejszym placu Sikorskiego. To właśnie tę szkołę uczniowie nazywali „Tuschkasten”.

Tramwajem przez granicę i koniec chłopięcych loków

Dla wielu chłopców z okolicznych miejscowości nauka w elitarnym bytomskim „pudełku z farbami” oznaczała codzienne, pełne wrażeń dojazdy. W realiach roku 1928 miało to dodatkowy wymiar: Bytom leżał po stronie niemieckiej, podczas gdy część rodzin mieszkała już po stronie polskiej. Droga do szkoły oznaczała więc nie tylko poranny pośpiech, ale i regularne przekraczanie granicy państwowej.

We wspomnieniach jednego z uczniów szczególnie mocno zapisała się podróż na egzaminy wstępne. Tramwaj zjeżdżał od strony bytomskiej wieży ciśnień, a na przystanku w Piaśnikach (Piasniki) tłoczyli się już chłopcy w kolorowych uczniowskich czapkach. Młody kandydat jechał wraz z matką w przedziale drugiej klasy, którego wytarte aksamitne obicia miały świadczyć o nieco większym komforcie i odpowiednio wyższej cenie biletu.

Wnętrze dawnego tramwaju z uczniem jadącym do bytomskiej szkoły Poranny dojazd do szkoły był dla wielu uczniów częścią codziennego rytuału. Wspomnienia z epoki podkreślają atmosferę tramwaju, stare drewniane wnętrza i wytarte aksamitne siedzenia. Grafika poglądowa
Młody, w tej szkole głowy ci wprawdzie nie urwą, ale te twoje długie kudły, to ci każą obciąć!

Tak żartował znajomy mleczarz ze Świętochłowic (Schwientochlowitz), pan Leverenz, który spotkał chłopca w tramwaju. Dla przyszłego ucznia była to doskonała wiadomość. Matka lubiła jego półdługą fryzurę typu Bubi-kopf, on sam zaś marzył już o krótkim, „dorosłym” uczesaniu. Po pomyślnie zdanych egzaminach przepowiednia mleczarza miała się wkrótce spełnić.

Polskie przekleństwa i sprawiedliwy Turyngczyk

Zanim bohater wspomnień trafił do Bytomia, uczył się w polskiej szkole nr 1 w Lipinach (Lipine). Opuścił ją z dobrym świadectwem od nauczyciela Moisy, choć – jak sam przyznawał – największy problem sprawiał mu język polski. Ta niechęć do języka i poplebiscytowe napięcia znalazły odbicie także w uczniowskich psotach i drobnych aktach buntu.

We wspomnieniach zapisała się zwłaszcza jedna scena: chłopcy mieli nauczyć się od kolegów różnych polskich przekleństw, a następnie, z całkowicie poważnymi minami, recytować je przed nielubianą nauczycielką, udając niewinne szkolne popisy. To anegdotyczne wspomnienie dobrze pokazuje atmosferę napięć, jaka panowała wówczas w szkolnej codzienności po obu stronach granicy.

Egzaminy wstępne do bytomskiej szkoły po niemieckiej stronie granicy okazały się jednak mniej straszne, niż zapowiadał starszy brat. Grupę prowadził radca szkolny (Studienrat) Laux – spokojny, rzeczowy Turyngczyk, który od pierwszego wejrzenia wzbudzał zaufanie. Uczeń zapamiętał go jako człowieka sprawiedliwego: wymagającego, ale pozbawionego małostkowej złośliwości.

W południe zapadła decyzja: chłopiec został przyjęty! Świętowanie zaczęło się od wizyty w księgarni pana Kühna na rogu dzisiejszego Placu Sikorskiego (Kaiserplatz), a następnie – ku rozpaczy matki i zachwytowi syna – przyszedł czas na fryzjera. Na podłogę spadły znienawidzone chłopięce loki.

Ścisła hierarchia kolorowych czapek

Rozpoczęcie nauki oznaczało wejście w świat surowej szkolnej symboliki. Najbardziej widocznym znakiem przynależności do konkretnej klasy były uczniowskie czapki – Schülermütze. To one zdradzały status chłopca z daleka i przypominały, że nawet szkolna codzienność miała swój porządek, rytuał i hierarchię.

Trzy uczniowskie czapki z lat 20. XX wieku inspirowane dawną szkolną hierarchią Kolory i wykończenie czapek mówiły o pozycji ucznia w szkolnej drabinie. Wspomnienia z „Tuschkastenu” pokazują, jak silnie była to zakorzeniona tradycja. Grafika poglądowa

Hierarchia czapek w bytomskiej Oberrealschule

  • Sexta: zielone czapki ze srebrnymi taśmami.
  • Quinta: jaskrawa czerwień i złote taśmy.
  • Quarta: niebieska ze srebrem.
  • Untertertia: jasnobrązowy aksamit ze srebrem.
  • Obertertia: ciemnobrązowy aksamit i złoto.
  • Untersekunda: ciemnozielony aksamit ze złotem – symbol wejścia w poważniejszy etap nauki.
  • Oberprima: białe aksamitne czapki ze złotymi tasiemkami, noszone przez maturzystów.

Z czapkami wiązała się także zabawna, ale wymowna historia. Matka bohatera uznała, że oryginalna szkolna czapka wraz z opłatą celną to zbyt duży wydatek. Po polskiej stronie, w ówczesnej Królewskiej Hucie (Königshütte), znalazła kapelusznika, który miał uszyć tańszy zamiennik. Efekt okazał się jednak fatalny. Dopiero wujek Otto z Bielszowic (Bielschowitz), lekarz związany ze szpitalem brackim, uratował honor bratanka i sfinansował prawdziwą, czerwoną czapkę dla ucznia Quinty.

Grono pedagogiczne: od Piorunującego Dyrektora po „Panotzka”

W szkolnej pamięci najmocniej zapisał się dyrektor, dr Wolko – chłodny, zdystansowany, surowy. Zawsze miał przy sobie pęk kluczy, a sam jego głos budził niepokój. Kiedy wzywał ucznia do siebie, echo „przerażającego grzmienia piorunów” niosło się korytarzami aż do miejskiego ratusza.

Wizualizacja surowego dyrektora dawnej szkoły w Bytomiu z pękiem kluczy Surowy dyrektor dr Wolko zapisał się we wspomnieniach uczniów jako człowiek chłodny, zdystansowany i niemal nieodłącznie związany z pękiem kluczy. Grafika poglądowa

Kadrę tworzyło jednak całe grono barwnych postaci. Zastępcą dyrektora był zaledwie 26-letni Studienrat Gugler, który potrafił wygłaszać mowy fascynujące młodzież tak mocno, że na auli panowała idealna cisza. Obok niego szkołę tworzyli m.in.: radca Laux, odpowiedzialny za język francuski i niemiecki Paul, a także dr Schierse, Watzlaw, Merz, Henschke, dr Pantel, Hoffmann, Heinrich, Stonner, Thiell, dr Lwowski, dr Berresheim, Breitkopf, Reginek i Ax. Religię ewangelicką wykładał surowy, ascetyczny Janssen, starszy nauczyciel Koblinski nosił przezwisko „Kobel”, a za edukację plastyczną odpowiadał spokojny pan Gaertner.

Uczyli również pedagodzy, wokół których tworzyły się uczniowskie legendy. Nauczyciel muzyki Proft (przezywany „Paule”) wywodził się z lutniczej rodziny i potrafił nastroić każdą formację skrzypiec. Nie znosił jednak zadęcia i tytułomanii – gdy uczeń zwracał się do niego urzędowo, z przekąsem odpowiadał: „Starszy Sekretarz Telegraficzny!”. Warto również wspomnieć postacie z polskiej szkoły nr 1 w Lipinach, które bohater zachował we wspomnieniach: wymagającego nauczyciela Moisę od kaligrafii oraz pana Proszidlo.

Starszy nauczyciel przyrody w dawnej sali szkolnej podczas lekcji Jedną z barwniejszych postaci szkolnego świata był nauczyciel zapamiętany pod przezwiskiem „Panotzek”. We wspomnieniach uczniów jego lekcje bywały jednocześnie poważne i niezamierzenie komiczne. Grafika poglądowa
Ludzkie życie jest procesem spalania…

Taką oto doniosłą teorię miał wygłosić z pełną powagą radca Eichhorn, znany jako „Panotzek” lub „Eihennhenn”. Jego zaczerwienione policzki i powszechnie znane zamiłowanie do trunków prowokowały natychmiastowe wnioski młodzieży, która uznała, że nauczyciel najwyraźniej postanowił ów „proces spalania” osobiście i regularnie wspomagać wysokoprocentowym paliwem.

Lista maturzystów z 1928 roku (Wyjątkowe znalezisko!)

Z perspektywy historycznej i genealogicznej, prawdziwym skarbem dołączonym do tych wspomnień jest kompletna lista maturzystów (absolwentów Oberprimy) z 1928 roku. Źródło wymienia 37 uczniów (od numeru 345 do 381 od początku istnienia placówki), precyzyjnie notując ich imiona, nazwiska, daty urodzenia, deklarowane wyznanie religijne oraz plany na przyszłe studia i ścieżki kariery zawodowej. Ta lista to fantastyczny ślad dla osób poszukujących swoich przodków na Górnym Śląsku.

NrNazwisko i ImięData urodzeniaWyznaniePlanowane studia/kariera
345Krüger Erich3. 1. 1907ev.Medizin (Medycyna)
346Barczyk Hubert3. 9. 1910ev.Baufach (Budownictwo)
347Behlau Joachim9. 6. 1910kath.Philologie (Filologia)
348Brey Kurt23. 8. 1910kath.Jura (Prawo)
349Cyron Paul31. 1. 1908ev.Theologie (Teologia)
350Echtermeyer K.5. 5. 1911ev.Jura (Prawo)
351Fesser Hans19. 8. 1910kath.Philologie (Filologia)
352Jordan Alfred10. 11. 1908kath.Turn- und Sportlehrer (Nauczyciel WF)
353Juscyck Konrad14. 1. 1910kath.Baufach (Budownictwo)
354Langner Herbert7. 5. 1908ev.Beamtenlaufbahn (Kariera urzędnicza)
355Malcher Ewald23. 8. 1908kath.Beamtenlaufbahn (Kariera urzędnicza)
356Pollok Berthold3. 10. 1909kath.Lehrer (Nauczyciel)
357Schüttel Günter18. 1. 1909ev.Techniker (Technik)
358Siedner Ernst28. 12. 1905jüd.Maschinen-Baufach (Budowa maszyn)
359Silberberg Kurt22. 9. 1903jüd.Jura (Prawo)
360Teichmann5. 5. 1909ev.Handelsfach (Handel)
361Brinkmann Ernst26. 7. 1909kath.Kaufmann (Kupiec)
362Galler Max28. 6. 1906kath.Forstwirtschaft (Leśnictwo)
363Gburek Leo18. 4. 1910kath.Philologie (Filologia)
364Grabowski Arno18. 5. 1908kath.Kaufmann (Kupiec)
365Hirsch Samuel29. 7. 1911jüd.Medizin (Medycyna)
366Kawalle Joachim9. 12. 1908kath.Sportlehrer (Nauczyciel WF)
367Kosak Rudolf28. 8. 1907kath.Bankfach (Bankowość)
368Kynast Günter16. 8. 1909kath.Gartenbau (Ogrodnictwo)
369Loebel Albin24. 1. 1908ev.Kaufmann (Kupiec)
370Markefka Kurt11. 10. 1909kath.Jura (Prawo)
371Neuwirth Heinrich18. 7. 1908kath.Techniker (Technik)
372Pawliczek Karl11. 12. 1907kath.Reichsbahn (Kolej Rzeszy)
373Pogoda Gerhard1. 11. 1909kath.Philologie (Filologia)
374Schimke Johannes24. 3. 1908kath.Chemie (Chemia)
375Steinitz Franz-St.22. 6. 1910jüd.Medizin (Medycyna)
376Stolarczyk Engelb.5. 8. 1909kath.Philologie (Filologia)
377Ueberall Alfons25. 10. 1909kath.Reichsbahn (Kolej Rzeszy)
378Weiß Günter7. 5. 1908kath.Jura (Prawo)
379Wermund Hans27. 1. 1910kath.Kaufmann (Kupiec)
380Wolff Ernst24. 12. 1910jüd.Kaufmann (Kupiec)
381Wuttke Hans25. 4. 1910kath.Medizin (Medycyna)
*Objaśnienia wyznań z dokumentu historycznego: ev. (ewangelickie), kath. (katolickie), jüd. (judaistyczne). Zachowano oryginalną pisownię z materiału źródłowego (np. Juscyck zamiast Jusczyk).

Wielka historia z prezydentem w tle

Szkolny rok 1928 nie toczył się w próżni. 17 września 1928 roku Bytom odwiedził prezydent Rzeszy, feldmarszałek Paul von Hindenburg. Była to ważna wizyta państwowa, a miasto starało się nadać jej wyjątkowo uroczysty charakter. Jedną z kluczowych postaci tego dnia był nadburmistrz miasta – więcej o nim przeczytasz w osobnym tekście: Adolf Knakrick, nadburmistrz Bytomia.

We wspomnieniach ucznia szczególnie mocno zapadł widok z okien szkoły. Hindenburg zatrzymał się w gmachu dzisiejszej szkoły muzycznej przy ulicy Moniuszki, położonym naprzeciw Oberrealschule. Z klas można było obserwować ruch na placu, tłum zgromadzony na trasie przejazdu i wojskowo-urzędowy ceremoniał, który dla nastolatków był jednocześnie widowiskiem i lekcją politycznej rzeczywistości epoki.

Archiwalne ujęcie z wizyty państwowej w Bytomiu we wrześniu 1928 roku Archiwalna scena z wizyty państwowej w Bytomiu we wrześniu 1928 roku. Dla uczniów „Tuschkastenu” wydarzenia tej skali były czymś więcej niż miejską uroczystością – stawały się częścią osobistej pamięci.

Właśnie dlatego dzieje bytomskiej szkoły nie są jedynie historią nauki i wychowania. Między klasówkami, szkolną hierarchią i młodzieńczymi lękami widać w nich także cały ciężar epoki: granicę, napięcia narodowe, codzienność międzywojennego Górnego Śląska i wielką politykę zaglądającą prosto do szkolnych okien.

Dawny „Tuschkasten” dziś

Choć świat uczniowskich czapek, granicznych tramwajów i surowych pedagogów dawno przeminął, sam budynek nadal pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych gmachów tej części Bytomia. Dzisiejsze IV Liceum Ogólnokształcące im. Bolesława Chrobrego wciąż przypomina o czasach, gdy przy placu Sikorskiego mieściła się słynna Oberrealschule.

Budynek IV Liceum Ogólnokształcącego w Bytomiu przy placu Sikorskiego współcześnie Dzisiejszy wygląd gmachu IV Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Chrobrego w Bytomiu, dawnej Oberrealschule przy placu Sikorskiego.

Bibliografia i źródła

  • „Wir vom Tuschkasten”, [w:] Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, nr 4, kwiecień 1965.
  • Plan miasta Beuthen O.S. (Bytom), ok. 1927 roku.
  • Materiały ikonograficzne: pocztówki i fotografie dawnej Oberrealschule przy ówczesnym Kaiserplatz, lata 20. XX wieku.
  • Materiały ikonograficzne: fotografie z wizyty państwowej w Bytomiu we wrześniu 1928 roku.
  • Materiały pomocnicze dotyczące dziejów budynku dzisiejszego IV Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Chrobrego w Bytomiu.
Uwaga redakcyjna: część ilustracji w artykule ma charakter poglądowy i została przygotowana jako artystyczna wizualizacja scen opisanych we wspomnieniach. Nie są to fotografie archiwalne, lecz obrazy pomocnicze mające oddać klimat epoki.
0
0

Read more

Czwórka chłopców w historycznych strojach gra w palanta na błotnistej ulicy XIX-wiecznego Bytomia, w tle widać świnię. Widoczny stylizowany napis: Za bajtla w Bytomiu 150 lat temu...

Za bajtla w Bytomiu 150 lat temu – gra w palanta, uciekające piłki i wojny z Łagiewnikami

Dawny Bytom • życie codzienne • dzieciństwo w XIX wieku

Za bajtla w Bytomiu 150 lat temu – gra w palanta, uciekające piłki i wojny z Łagiewnikami

Wyobraźcie se ino: stary Bytom sprzed półtora wieku. Wszyndzie błoto, świnie kwiczōm na placu, a bajtle lotajōm za balym pod samym sōndym. Żodyn ich niy goni, bo urzyndniki wiedzieli, co to je radosny bajtel. Paul Heilborn nom to wszystko opisoł – posuchejcie tyj historyji ô uciekajōncych balach i bitwach na kamienie.

Zamknijcie na chwilę oczy i przenieście się w czasie o 150 lat. Nie ma jeszcze eleganckich, brukowanych alej ani monumentalnych gmachów. Jest za to gwar dzieciaków, które zaraz po lekcjach wybiegają na ulice, by uderzać piłkę tak mocno, że ta z brzękiem ląduje w oknach bytomskiego Sądu. Zamiast jednak gonić urwisów, wyrozumiały sędzia uśmiecha się pod wąsem i każe zostawić młodych w spokoju. Jak to było za bajtla w dawnym Bytomiu?

Chłopcy grający piłką na błotnistej ulicy dawnego Bytomia obok leżących świń – wizualizacja realiów miasta w latach 70. XIX wieku
Błoto, dziecięca zabawa i trzoda chlewna niemal w samym centrum miasta – tak mogły wyglądać codzienne sceny w Bytomiu około 1870 roku. Wizualizacja inspirowana realiami epoki i wspomnieniami Paula Heilborna.

Paul Heilborn – bytomski nauczyciel i organista z kościoła Świętej Trójcy – zostawił po sobie cudowne, nostalgiczne wspomnienia z lat 70. XIX wieku. Zapraszam na opowieść o podziemnych strumieniach, zakazanych wyprawach na Świński Rynek i podwórkowych bitwach z chłopakami z Łagiewnik.

„Nie psujcie im radości!”, czyli palant pod bytomskim Sądem

Chłopcy grający w palanta przed gmachem sądu w dawnym Bytomiu, a piłka leci w stronę okna – wizualizacja
Dawny Gerichtsplatz jako wielkie podwórko bytomskich bajtli – z piłką lecącą prosto ku sądowym oknom. Wizualizacja inspirowana wspomnieniami z lat 70. XIX wieku.

Heilborn wspomina, że gdy tylko szkolny dzwonek ogłaszał koniec lekcji, a zadania domowe zostały odrobione w ekspresowym tempie, młodzież pędziła w jedno miejsce. „Trąbiono do zbiórki” przed starym budynkiem Sądu (Gerichtsplatz – dzisiejsze okolice ul. Piekarskiej i Sądowej). Wtedy jeszcze nie było tam dobudowanego, zamkniętego dziedzińca, więc plac był rozległy i wręcz zapraszał do biegania.

Królowała tam gra, którą chłopcy nazywali Himmel und Hölle (Niebo i Piekło). Nie dajcie się jednak zwieść nazwie – to nie były spokojne dziewczęce „klasy” rysowane kredą na chodniku. Heilborn zaznacza, że gra przypominała ówczesnego palanta (Schlagball). Chodziło w niej o uderzanie piłki z maksymalną siłą.

A że siły chłopakom nie brakowało, piłka regularnie przelatywała nad drewnianym płotem i z potężnym hukiem uderzała w okna gmachu sądowego. Co robili ówcześni pruscy urzędnicy, słysząc brzęk drżących szyb w świątyni sprawiedliwości? Heilborn ze wzruszeniem wspomina ich anielską cierpliwość. Zamiast przeganiać młodzież, sędziowie i pisarze mówili tylko: „Laßt doch die Kinder spielen und verderbt ihnen nicht die Freude” (Zostawcie te dzieci, niech grają i nie psujcie im radości).

Uciekająca piłka i podziemne kanały Bytomia

Chłopcy próbujący wyłowić piłkę ze strumienia płynącego przez centrum dawnego Bytomia – wizualizacja
Jedno niecelne uderzenie i zabawa zamieniała się w pościg za piłką porwaną przez miejski nurt. Wizualizacja dawnego strumienia przecinającego śródmieście Bytomia.

Kiedy uderzenie było słabsze, piłka odbijała się od ściany Sądu i… wpadała do rzeki. Tak, przez ścisłe centrum dzisiejszego Bytomia płynęła woda. Przed placem sądowym szemrał niewielki strumień (Wässerchen), który przecinał dzisiejszą ulicę Józefa Jainty (wówczas Tarnowitzer Straße), gdzie przerzucono nad nim mały mostek, i płynął wzdłuż budynku starej poczty, kierując się do ulicy dr. Józefa Rostka (Gojstraße).

Gdy piłka wpadła do miejskiej fosy (Beuthener Stadtgraben), chłopcy musieli biec za nią wzdłuż nurtu. Często znikała im z oczu, przepływając podwieszanymi kanałami pod kamienicami, by ostatecznie wypłynąć na rozległą, podmokłą łąkę zwaną Łąką Woschnitzi (Woschnitzka-Wiese).

To miejsce jest nam już dobrze znane z innych artykułów – to właśnie tam zimą urządzano miejskie lodowisko, a kilkadziesiąt lat później w to grzęzawisko wbito setki drewnianych pni, na których do dziś majestatycznie wznosi się gmach Opery Śląskiej i IV LO.

Gdy palant się nudził, grano w Klippespiel (grę w zbijanie drewnianych klocków), a młodsze dzieci, siedząc na żeliwnych ławkach w cieniu nielicznych drzew, grały w guziki i szklane kulki (Kugel- und Knöpfespiel).

Błoto i hazard, czyli dlaczego omijano Świński Rynek

Mężczyzna w surducie i cylinderze pośród błota i świń na dawnym Świńskim Rynku w Bytomiu – wizualizacja symboliczna
Świński Rynek nie miał w sobie nic z eleganckiego placu – dominowały tu błoto, trzoda i kupiecki zgiełk. Wizualizacja symboliczna inspirowana opisami dawnego Schweinemarkt.

Dla bytomskich bajtli nie wszystkie miejsca w centrum nadawały się do zabawy. Terenem absolutnie zakazanym i nieprzyjaznym był dzisiejszy elegancki Plac Jana III Sobieskiego. Zanim zyskał przedwojenną nazwę Moltkeplatz, nazywano go po prostu Świńskim Rynkiem (Schweinemarkt). I nie było w tym za grosz poetyckiej przenośni.

W latach 70. XIX wieku, w każdy wtorek i piątek, plac ten zamieniał się w jedno wielkie, cuchnące grzęzawisko. Handlarze trzodą chlewną (Schwarzviehhändler) spędzali tu całe stada. Świnie, karmione na miejscu kukurydzą, miały w zwyczaju ryć w miękkiej ziemi głębokie doły, w których następnie wypoczywały. Przejście przez Schweinemarkt po zmroku było istną loterią – jeden fałszywy krok groził wpadnięciem do błotnego dołu i skręceniem kostki.

Na wschodnim skraju placu, naprzeciwko ówczesnego starostwa (okolice dzisiejszego Muzeum Górnośląskiego), stała niska karczma, którą Heilborn nazywał złośliwie „mordownią” (Kaschemme). Przylegał do niej ogromny ogród ciągnący się aż do dzisiejszej ulicy Piłsudskiego (Große Blottnitzastraße).

Podczas gdy zwierzęta ryły w błocie, w trzewiach karczmy działała specjalna izba do gier (Spielstube), w której bogaci handlarze grali w karty na gigantyczne stawki. Tuż obok wznosiła się drewniana wieża ćwiczeń bytomskiej straży pożarnej (Übungsturm der Feuerwehr). Hazard, błoto i kwiczące stada – to zdecydowanie nie było miejsce do gry w piłkę.

Steinkrieg, czyli wojna na kamienie

Chłopcy stojący na torach przy granicy Bytomia i Łagiewnik – wizualizacja podwórkowych bitew na kamienie
Na południowych rubieżach miasta kończyły się niewinne gry, a zaczynały prawdziwe podwórkowe starcia z chłopakami z Łagiewnik. Wizualizacja inspirowana opisem Steinkrieg – „wojny na kamienie”.

W ówczesnym, ciasnym Bytomiu brakowało szerokich przestrzeni. Próbowano grać na wąskim placu naprzeciwko dawnego gimnazjum przy dzisiejszej ul. Smolenia (Hohenzollernstraße), gnieżdżono się przy koszarach w Rozbarku (Moltkekaserne) i na Targu Garncarskim przy Placu Grunwaldzkim (Töpfermarkt / Kaiserplatz).

Ale prawdziwe emocje zaczynały się na południowych obrzeżach miasta. Kiedy w żyłach buzowała adrenalina, grano w Rycerzy i Rozbójników (Ritter- und Räuberspiel). Chłopcy zapuszczali się na niebezpieczne łąki opadające stromo ku nasypom kolejowym, w okolicach dzisiejszej ulicy Hubertusa (Hubertusstraße).

To właśnie tam, na rubieżach Bytomia graniczących z Łagiewnikami (Lagiewnik / Hohenlinde), dochodziło do regularnych bitew. Heilborn nazywa to wprost: Steinkrieg (wojna na kamienie). Gdy śląskie karlusy z Bytomia spotykały chłopaków z sąsiednich Łagiewnik, w ruch szły brukady, a powietrze świszczało od latających pocisków. Była to twarda, podwórkowa szkoła życia na dawnych hałdach i nasypach.

Gdy dziś idziemy wybrukowaną ulicą Piekarską pod Sąd Rejonowy albo spacerujemy po oświetlonym Placu Sobieskiego, warto na chwilę zamknąć oczy. Gdzieś tam, pod warstwami asfaltu i historii, wciąż słychać śmiech grających w palanta chłopców, łoskot uderzającej w szybę piłki i okrzyki dobiegające zza nasypu kolejowego…

Źródła historyczne
  • Heilborn, P. (1961). Beuthens Spielplätze in den 70er Jahren. Przedruk z 1926 r. w: Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, Czerwiec 1961 (Nr 6).
  • Analiza archiwalnej prasy bytomskiej (badania własne: Flaczek • Genealogia i Historia Górnego Śląska).
1
0

Read more

Wielka Synagoga w Bytomiu na archiwalnym zdjęciu z tytułem artykułu

Synagoga w Bytomiu. Historia świątyni spalonej w 1938 roku

Synagoga w Bytomiu

W samym sercu dawnego Bytomia…

Karta Obiektu: Wielka Synagoga
Lokalizacja Plac Grunwaldzki (Friedrich-Wilhelms-Ring)
Czas Budowy 1868–1869
Architekt Freuding (projekt), Paul Jackisch (realizacja)
Styl Neomauretański
Pojemność Ponad 1000 miejsc
Zniszczenie 9/10 listopada 1938 r.
„Rankiem 10 listopada 1938 roku widzieliśmy jeszcze tlącą się bytomską synagogę…” — Wspomnienia ucznia Hindenburg-Gymnasium

W samym sercu dawnego Bytomia, na dzisiejszym placu Grunwaldzkim, przez dziesięciolecia stała budowla, która dla jednych była dumą rozwijającej się gminy, dla innych znakiem nowoczesności miasta, a dla nazistów — celem nienawiści. Bytomska synagoga nie była jedynie miejscem modlitwy. Była symbolem obecności żydowskich mieszkańców w historii miasta, świadectwem ich zakorzenienia, awansu społecznego i współtworzenia miejskiej rzeczywistości.

Kiedy spłonęła w nocy z 9 na 10 listopada 1938 roku, nie zniknął tylko budynek. W płomieniach stanęła także część dawnego Bytomia — tego wielokulturowego, złożonego, nieoczywistego, którego ślady przez wiele lat próbowano wymazać lub zepchnąć na margines pamięci. Dziś, gdy przechodzimy przez plac Grunwaldzki, trudno wyobrazić sobie ogrom i znaczenie tej świątyni. A jednak jeszcze w XIX wieku była ona jednym z najbardziej charakterystycznych obiektów w tej części miasta.

To opowieść o dwóch bytomskich synagogach: starszej, skromniejszej, wyrastającej z potrzeb niewielkiej wspólnoty, oraz nowszej — monumentalnej, reprezentacyjnej, wpisanej w krajobraz dojrzewającego miasta. To także opowieść o ludziach, którzy modlili się w tych murach, o rabinach, którzy prowadzili gminę, i o świecie, który został zniszczony nie tylko przez ogień, ale też przez zaplanowaną przemoc, szyderstwo i politykę wykluczenia.

Odtwórz film

Zanim stanęła synagoga. Modlitwa w prywatnych domach

Żydowska obecność w Bytomiu ma dłuższą historię niż sama monumentalna świątynia, która dziś najczęściej pojawia się na starych fotografiach i pocztówkach. Zanim gmina doczekała się własnego, stałego domu modlitwy, nabożeństwa odbywały się w prywatnych domach. Taki był naturalny początek wielu wspólnot — najpierw skromna, lokalna organizacja życia religijnego, dopiero później własna synagoga, szkoła czy cmentarz.

W przypadku Bytomia tradycja i przekazy źródłowe wskazują kilka takich miejsc. Wspomina się dom Josefa Böhma, wiązany z dawną Fleischerstraße, czyli późniejszą ulicą Rzeźniczą. Ważnym miejscem modlitwy był również dom Taubitza, położony w rejonie dzisiejszej ulicy Józefczaka — na dawnej Enten Gasse / Franziskaner Gasse, później znanej jako Langestraße. Kolejnym znanym adresem był dom Simona Guttmanna przy Rynku, czyli w samym centrum dawnego miasta.

To bardzo ważny szczegół, bo pokazuje, że życie religijne bytowskich Żydów nie rozwijało się gdzieś na obrzeżach, w odizolowanej enklawie, lecz było wpisane w śródmiejską tkankę Bytomia. Gmina nie była bytem abstrakcyjnym. Była obecna tuż obok rynku, głównych ulic i miejskiego handlu. Jej historia splatała się z historią miasta od samego początku.

Pierwsza synagoga. Skromna świątynia rosnącej wspólnoty

Przełom nastąpił na początku XIX wieku. W 1809 roku wydano zgodę na budowę pierwszej stałej synagogi w Bytomiu. Stanęła ona przy Friedrich-Wilhelms-Ring, czyli w miejscu, które dziś znamy jako plac Grunwaldzki. Był to teren dzierżawiony, później wykupiony, a sama budowa miała dla gminy znaczenie nie tylko praktyczne, ale i symboliczne. Oznaczała zakorzenienie, trwałość i gotowość do stworzenia własnego centrum życia religijnego.

Uroczyste poświęcenie tej świątyni nastąpiło 16 września 1810 roku. Była to pierwsza bytomska synagoga w pełnym znaczeniu tego słowa — nie już prywatny pokój modlitwy, lecz budynek przeznaczony dla całej wspólnoty.

Z opisów źródłowych wiadomo, że obiekt miał trzynaście okien, a w jego wnętrzu centralnie znajdowała się bima, czyli podwyższenie, z którego odczytywano Torę. Taki układ był tradycyjny i zbliżał bytomską synagogę do starszych wzorców znanych z Europy Środkowo-Wschodniej. Sama przestrzeń nie była więc jeszcze podporządkowana późniejszym tendencjom modernizacyjnym czy reprezentacyjnym. Był to przede wszystkim dom modlitwy wspólnoty, która dopiero umacniała swoją pozycję.

W ciągu kolejnych dziesięcioleci Bytom się zmieniał. Rósł gospodarczo, zmieniał się społecznie, przyciągał nowych mieszkańców i coraz silniej wpisywał się w przemysłowy krajobraz Górnego Śląska. Wraz z tym rozwojem rosła także miejscowa gmina żydowska. Stara synagoga, wzniesiona dla znacznie mniejszej liczby wiernych, z czasem przestała wystarczać.

Już około 1864 roku było jasne, że budynek nie odpowiada potrzebom wspólnoty. Nie chodziło tylko o ciasnotę. Chodziło także o reprezentację. Rozwijająca się gmina chciała świątyni większej, bardziej nowoczesnej, lepiej odpowiadającej jej pozycji i liczebności. Jesienią 1867 roku stara synagoga została rozebrana, ustępując miejsca nowej budowli.

Wielka Synagoga. Monument Bytomia drugiej połowy XIX wieku

Na miejscu starszej świątyni postanowiono wznieść nową synagogę — większą, okazalszą, zaprojektowaną z rozmachem. 25 maja 1868 roku uroczyście wmurowano kamień węgielny. Już sam ten moment pokazuje, że nie była to zwykła inwestycja budowlana. Było to wydarzenie publiczne, znak ambicji i pewności siebie gminy.

Nową synagogę otwarto 2 lipca 1869 roku, a jej uroczyste poświęcenie nastąpiło 2 grudnia 1869 roku. Budowla stanęła, podobnie jak poprzednia, przy Friedrich-Wilhelms-Ring, czyli na dzisiejszym placu Grunwaldzkim. Tym samym najważniejsza żydowska świątynia Bytomia znajdowała się w jednym z najbardziej reprezentacyjnych punktów miasta.

Wielka Synagoga w Bytomiu na przedwojennej fotografii z delikatną koloryzacją
Wielka Synagoga w Bytomiu na archiwalnym ujęciu, współcześnie poddanym delikatnej koloryzacji.

Projekt przypisuje się berlińskiemu architektowi Freudingowi. Z realizacją inwestycji związany był natomiast Paul Jackisch, który później odegrał również istotną rolę przy rozbudowie obiektu. To rozróżnienie jest ważne, bo w późniejszych opracowaniach bywało upraszczane lub mylone.

Sama synagoga została zaprojektowana w stylu mauretańskim, bardzo charakterystycznym dla wielu synagog w XIX-wiecznej Europie. Nie był to wybór przypadkowy. Styl ten niósł ze sobą określone znaczenia kulturowe i estetyczne. Nawiązywał do wyobrażonego „złotego wieku” żydowskiej obecności w średniowiecznej Hiszpanii, a zarazem pozwalał tworzyć budowle wyraziste, odmienne od kościelnej architektury chrześcijańskiej.

Bytomska synagoga wyróżniała się dwuwieżową fasadą, dekoracyjnymi arkadami, rozbudowaną bryłą i charakterystycznymi zwieńczeniami wież. W źródłach ikonograficznych powracają motywy cebulastych kopuł, rytmicznych podziałów elewacji oraz bogatej dekoracyjności. Była to budowla, obok której nie sposób było przejść obojętnie. Nie ginęła w krajobrazie miasta. Przeciwnie — nadawała mu charakter.

W 1889 roku synagoga została dodatkowo rozbudowana, co znów pokazuje, że wspólnota była liczna, aktywna i potrzebowała większej przestrzeni. W tym momencie obiekt osiągnął swoją dojrzałą formę, utrwaloną później na fotografiach i pocztówkach z przełomu XIX i XX wieku.

Gmina, która współtworzyła miasto

Historia synagogi nie ma sensu bez historii ludzi, którzy ją zapełniali. Bytomska gmina żydowska należała do najważniejszych wspólnot tego typu na Górnym Śląsku. Jej początki sięgają XVIII wieku. W 1770 roku istniała już samodzielna gmina, a w 1790 roku powołano pierwszego rabina. To oznacza, że jeszcze przed wzniesieniem pierwszej stałej synagogi wspólnota miała już swoją strukturę organizacyjną i religijną.

W XIX wieku, wraz z rozwojem Bytomia, rosła również liczebność i znaczenie gminy. W połowie stulecia bytomski okręg synagogalny obejmował także okoliczne miejscowości. Sama wspólnota nie była zjawiskiem marginalnym. Współtworzyła pejzaż miasta — społeczny, gospodarczy i kulturowy.

W kolejnych dziesięcioleciach na czele bytomskiej gminy stali rabini, którzy wyznaczali rytm jej życia religijnego i intelektualnego. Do udokumentowanej linii rabinów należeli między innymi Moses Israel Freund, Mendel Kohn, Israel Deutsch, Jakub Jecheskel Löwy, później Ferdinand Rosenthal, Max Kopfstein, Marcus Lazarus Melchior, Ludwig Golinski oraz inni duchowni i zastępcy związani z bytomską wspólnotą.

To ważne także dlatego, że historia synagogi nie jest jedynie dziejami murów. Jest historią całej instytucji: nabożeństw, świąt, edukacji religijnej, pracy rabinów, życia rodzinnego i lokalnej pamięci. Synagoga była miejscem, w którym spotykały się codzienność i sacrum, prywatne biografie i historia wspólnoty.

Synagoga jako element miejskiego krajobrazu

W dzisiejszym patrzeniu na dawny Bytom łatwo popełnić jeden błąd: widzieć synagogę jako obiekt odrębny, „żydowski”, a więc jakby oddzielony od miejskiej całości. Tymczasem wszystko wskazuje na coś odwrotnego. Bytomska synagoga była mocno wpisana w centrum miasta, w jego reprezentacyjną i handlową przestrzeń.

Stała przy placu, który należał do ważnych punktów komunikacyjnych i urbanistycznych. Była widoczna. Funkcjonowała obok innych instytucji, kamienic i ulic śródmieścia. Nie była ukryta. Była częścią codziennego pejzażu Bytomia. Właśnie dlatego jej zniszczenie w 1938 roku miało tak wielką wagę symboliczną. Spalono nie „jakiś budynek” stojący na uboczu. Spalono świątynię, która przez dziesięciolecia mówiła wszystkim mieszkańcom: Żydzi są tutaj od dawna i należą do historii tego miasta.

Listopad 1938. Ogień, który miał coś więcej niż tylko zniszczyć

Najtragiczniejszy rozdział historii bytomskiej synagogi rozegrał się podczas Nocy Kryształowej, z 9 na 10 listopada 1938 roku. Wtedy właśnie przez całe Niemcy i podporządkowane im tereny przeszła fala zorganizowanej przemocy wymierzonej w Żydów: niszczono sklepy, mieszkania, domy modlitwy, cmentarze, aresztowano ludzi, poniżano ich publicznie i bito.

Bytom nie był wyjątkiem. Wręcz przeciwnie — znalazł się w centrum tych wydarzeń. Bojówki SA i SS zaatakowały miejscową synagogę, splądrowały ją, a następnie podpaliły. Straż pożarna nie ratowała świątyni. Jej zadaniem było dopilnowanie, by ogień nie przeniósł się na sąsiednie budynki. Synagoga miała spłonąć i spłonęła.

„Am Morgen des 10. November 1938 sahen wir die noch schwelende Beuthener Synagoge auf unserem Weg zu einer Ausstellung im Landesmuseum… / Rankiem 10 listopada 1938 roku widzieliśmy jeszcze tlącą się bytomską synagogę w drodze na wystawę w Muzeum Krajowym…” — Wspomnienia ucznia Hindenburg-Gymnasium, Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, marzec 1989 (nr 3).

To nie był wybuch tłumu ani spontaniczny akt ulicznej furii. Było to działanie wpisane w państwową politykę upokorzenia, zastraszenia i wymazania żydowskiej obecności z przestrzeni publicznej. Płonąca synagoga miała być widowiskiem. Miała pokazać, kto teraz „należy” do miasta, a kto został z niego wykluczony.

Równolegle z niszczeniem świątyni doszło w Bytomiu do ataków na żydowskie sklepy i mieszkańców. Zdemolowano około siedemdziesięciu sklepów, aresztowano około trzystu siedemdziesięciu Żydów z Bytomia. Część z nich została najpierw osadzona w żydowskiej szkole przy dawnej Langestraße, a następnie wywieziona do Buchenwaldu. To pokazuje, że spalenie synagogi było tylko jednym elementem większej operacji terroru. Po pożarze ruiny świątyni zostały rozebrane, a teren wyrównano. Tam, gdzie przez niemal siedemdziesiąt lat stał monumentalny budynek, miała pozostać pustka.

Nie tylko świątynia. Symbol zniszczonego świata

W dziejach miasta bywają budynki ważne architektonicznie, są też takie, które stają się nośnikiem pamięci zbiorowej. Bytomska synagoga należała do obu tych kategorii. Była zarazem charakterystycznym elementem panoramy miasta i miejscem skupiającym historię całej wspólnoty. Jej zniszczenie oznaczało więc coś więcej niż stratę architektoniczną. Oznaczało uderzenie w pamięć, w tożsamość i w ciągłość obecności Żydów w Bytomiu. Wraz z nią płonęła historia rodzin, sklepów, kancelarii, szkół, zwyczajów, świąt i języków. Płonęło doświadczenie ludzi, którzy przez dziesięciolecia współtworzyli rytm miasta.

Dlatego opowieść o synagodze nie powinna kończyć się na samym pożarze. Bo choć budynek zniknął, to nie zniknęło pytanie o to, jak pamiętać dawny Bytom uczciwie — bez przemilczania jego żydowskiego rozdziału, bez redukowania go do przypisu i bez traktowania tej historii jako dodatku do „właściwych” dziejów miasta.

Miejsce, które trzeba było odzyskać w pamięci

Przez długi czas po wojnie miejsce po dawnej synagogze nie mówiło przechodniom prawie nic. Dla większości mieszkańców był to po prostu fragment placu Grunwaldzkiego, pozbawiony czytelnego znaku dawnej funkcji. Tak właśnie działa przemoc wymierzona w pamięć: najpierw niszczy ludzi i budynki, później normalizuje pustkę.

Dopiero po latach zaczęto wyraźniej przywracać temu miejscu znaczenie. 9 listopada 2007 roku, w rocznicę spalenia świątyni, na placu Grunwaldzkim odsłonięto tablicę pamiątkową. Umieszczono na niej wizerunek synagogi oraz inskrypcje w językach polskim, angielskim, niemieckim i hebrajskim. To gest ważny nie tylko dlatego, że przypomina o samym budynku. Przede wszystkim przywraca on pamięć o ludziach, dla których ta świątynia była centrum życia religijnego i wspólnotowego.

Dlaczego ta historia wciąż jest ważna

Dziś, kiedy coraz częściej wracamy do dziejów lokalnych, do starych planów miast, pocztówek, ksiąg adresowych i zapomnianych fotografii, historia bytomskiej synagogi wybrzmiewa mocniej niż kiedyś. Bo nie mówi jedynie o przeszłości żydowskiej społeczności. Mówi również o samym Bytomiu — o mieście, które przez stulecia było bardziej złożone, bardziej wielogłosowe i bardziej wielokulturowe, niż późniejsze narracje chciały to przyznać.

Synagoga przy Friedrich-Wilhelms-Ring nie była dodatkiem do „głównej” historii miasta. Była jej integralną częścią. Tak samo jak rynek, kościoły, kamienice, szkoły, ulice i place. Bez niej obraz dawnego Bytomia jest niepełny. Właśnie dlatego warto przywracać tę historię nie jako suchy katalog dat, lecz jako opowieść o miejscu, ludziach i pamięci. O świątyni, która przez dziesięciolecia mówiła o obecności wspólnoty, a potem została spalona po to, by tę obecność zanegować.

Zakończenie

Gdy patrzymy na dawne fotografie Bytomia, synagoga przy dzisiejszym placu Grunwaldzkim nie wygląda jak budynek przypadkowy czy peryferyjny. Wręcz przeciwnie — wygląda jak jeden z tych obiektów, które organizują miejski krajobraz i świadczą o ambicjach miejsca. Jej historia prowadzi od skromnych domów modlitwy, przez XIX-wieczny rozwój gminy, aż po zaplanowane zniszczenie w 1938 roku. To historia bolesna, ale konieczna do opowiedzenia. Bo dopiero wtedy, gdy przywracamy synagodze jej miejsce w dziejach miasta, dawny Bytom staje się naprawdę widzialny — nie jako wygładzona pocztówka, lecz jako żywa, złożona wspólnota pamięci.

Bibliografia i źródła opracowania

  • Archiwalia prasowe (źródła pierwotne): Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt (wydania z lat: 1964, 1967, 1968, 1969, 1989); Ostdeutsche Morgenpost (luty 1924); Der Oberschlesische Wanderer (sierpień 1937); Schlesische Zeitung (luty 1878).
  • Opracowania historyczne i bazy wiedzy:
    • Sztetl.org.pl (Muzeum POLIN): Historia Wielkiej Synagogi i przebieg Nocy Kryształowej w Bytomiu.
    • JewishEncyclopedia.com: Hasło „Beuthen” – dokumentacja rozwoju instytucji żydowskich.
    • M. Immerwahr: Zur Geschichte der jüdischen Gemeinde in Beuthen (1925).
    • F. Gramer: Chronik von Beuthen (1863).
  • Materiały muzealne i miejskie:
    • Muzeum Górnośląskie w Bytomiu: Dokumentacja topograficzna (dot. nazw ulic Enten Gasse / Langestraße oraz Friedrich-Wilhelms-Ring).
    • Bytom.pl: Materiały dotyczące oficjalnych form upamiętnienia i historii tablicy na pl. Grunwaldzkim.
    • Bytomski.pl: Analiza ikonograficzna placu i synagogi w malarstwie XIX-wiecznym.
  • Ewidencja własna i powiązane:
0
0

Read more

Bytom w 1957 roku – zniszczona ulica, pękająca kamienica i przemysłowe dymy w tle

Anatomia upadku: Bytom dwanaście lat po wojnie (na podstawie relacji z 1957 r.)

Bytom 1957. Miasto pyłu, kolejek i pękających murów

Dwanaście lat po zakończeniu II wojny światowej Bytom był już zupełnie innym miastem niż przed 1945 rokiem. Zmienili się mieszkańcy, zniknęła część dawnego krajobrazu kulturowego, a w centrum coraz wyraźniej widoczne stawały się skutki rabunkowej eksploatacji górniczej. Jak wyglądał wtedy Bytom? Odpowiedzi przynoszą dwie relacje opublikowane w 1957 roku na łamach niemieckojęzycznego „Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt”.

Ważne zastrzeżenie: nie są to teksty urzędowe ani bezstronne raporty, lecz relacje pisane z perspektywy niemieckiego środowiska wysiedleńczego. To źródła cenne, ale wyraźnie emocjonalne, chwilami ostre w tonie i mocno osadzone w doświadczeniu utraty dawnego miasta.

Miasto, które miało robić przygnębiające wrażenie już od dworca

Autor jednej z relacji odwiedził Bytom latem 1957 roku. Jego opis zaczyna się od bardzo mocnego wrażenia: miasto miało wyglądać na zaniedbane, przygaszone i przytłoczone przemysłowym brudem. Szczególnie mocno wybrzmiewa w tekście temat pyłu, sadzy i zanieczyszczonego powietrza. To nie był tylko literacki obrazek. W połowie XX wieku cały górnośląski okręg przemysłowy zmagał się przecież z gigantycznym obciążeniem środowiska.

Dworzec kolejowy, czyli naturalna brama do miasta, jawi się w tej relacji jako miejsce przygnębiające: z widocznymi śladami wojny, prowizorycznymi naprawami i ogólnym wrażeniem bylejakości. Niezależnie od emocjonalnego tonu autora, dobrze oddaje to atmosferę wielu śląskich miast tamtego czasu, które próbowały funkcjonować mimo zniszczeń, braków materiałowych i chronicznego niedoinwestowania.

Nowi mieszkańcy, nowe napięcia, nowa codzienność

Po 1945 roku Bytom został niemal całkowicie przekształcony społecznie. Dla dawnych mieszkańców był to świat nie do poznania. Dla nowych — często również trudne miejsce startu, z obcą zabudową, obcym dziedzictwem i ciężkimi warunkami życia. W relacjach z 1957 roku mocno wybrzmiewa temat wymiany ludności: pojawiają się przesiedleńcy z Kresów, osoby wracające z głębi Związku Radzieckiego i autochtoni próbujący odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

W tym miejscu trzeba jednak czytać źródło ostrożnie. Opisy nowych mieszkańców są momentami przesiąknięte stereotypami i dystansem kulturowym. To nie jest chłodny zapis socjologiczny, lecz spojrzenie człowieka, który widzi w powojennym Bytomiu przede wszystkim zerwanie z dawnym porządkiem. Mimo to tekst dobrze pokazuje skalę powojennego napięcia i poczucie, że miasto utraciło swoją wcześniejszą tożsamość.

Relacja wspomina również o wzroście przestępczości, powszechnym zubożeniu i atmosferze niepewności. Nawet jeśli część tych ocen została wyostrzona, trudno nie dostrzec, że Bytom lat 50. rzeczywiście był miejscem głębokiego kryzysu społecznego i gospodarczego.

Kolejki, niedobór i upadek dawnego śródmieścia

Jednym z najmocniejszych elementów relacji jest obraz codzienności. Dawny świat eleganckich sklepów, kawiarni i prywatnych lokali miał ustąpić miejsca gospodarce niedoboru. W opisie z 1957 roku pojawiają się kolejki po podstawowe towary, sklepy państwowe, kioski „Ruchu” i komisowe punkty sprzedaży, w których zachodnie przedmioty kosztowały fortunę.

Szczególnie symboliczny jest tu motyw dawnej Café Hindenburg. Przed wojną była to jedna z reprezentacyjnych kawiarni miasta. Po wojnie budynek utracił swój dawny charakter, a jego funkcje zostały całkowicie podporządkowane nowej rzeczywistości. To bardzo dobry przykład tego, jak zmieniało się nie tylko życie gospodarcze, ale i miejski rytm śródmieścia.

Autor relacji zwracał też uwagę na pracę kobiet, interpretując ją przede wszystkim jako konieczność ekonomiczną. W jego oczach nie był to znak społecznego awansu, lecz objaw biedy i trudnych warunków życia. Choć dziś patrzymy na ten problem szerzej, sam motyw dobrze wpisuje się w realia Polski lat 50.

Wymazywanie dawnej symboliki miasta

Powojenny Bytom zmieniał się nie tylko materialnie, ale i symbolicznie. To właśnie ten wątek autorzy „Heimatblattu” przeżywali szczególnie mocno. Opisywali usuwanie niemieckich napisów, zmianę nazw, przekształcanie pomników oraz budowanie nowej, polskiej i komunistycznej warstwy znaczeń w przestrzeni publicznej.

Trzeba tu jednak zachować precyzję topograficzną. Pomnik Fryderyka II Wielkiego nie stał na dzisiejszym placu Sobieskiego, lecz na dzisiejszym placu gen. Władysława Sikorskiego, dawnym Kaiserplatz, później Braunauerplatz. Dzisiejszy plac Sobieskiego to dawny Moltkeplatz. To rozróżnienie jest ważne, bo w tekstach o dawnym Bytomiu bardzo łatwo pomieszać kolejne nazwy i lokalizacje.

Relacje wspominają też o zacieraniu niemieckich inskrypcji na nagrobkach oraz o znikaniu dawnego języka z przestrzeni miejskiej. Z dzisiejszej perspektywy można to opisywać jako proces polonizacji przestrzeni po 1945 roku, prowadzony w warunkach nowego państwa i nowej polityki pamięci.

Zniszczone centrum i zmienione funkcje budynków

W 1957 roku wojna nadal była w Bytomiu widoczna gołym okiem. W relacjach pojawiają się wzmianki o pustych parcelach, nieodbudowanych obiektach i o przestrzeni miejskiej, która nadal nosiła ślady frontu i powojennego chaosu. To ważny kontrast wobec obrazu przedwojennego Beuthen jako miasta bogatego, uporządkowanego i reprezentacyjnego.

Interesujący jest także wątek dawnych instytucji, które po wojnie utraciły swoją pierwotną funkcję. Dotyczy to między innymi kompleksu Krüppelheim, czyli Domu Kalek. W relacji z 1957 roku miejsce to jawi się jako symbol upadku i grabieży, ale w szerszej perspektywie historycznej wiemy, że już w drugiej połowie lat 50. rozpoczęto jego adaptację do nowych potrzeb leczniczych.

Podobnie ważny jest temat kościołów. Warto tu szczególnie uważać na nazewnictwo. Dawny Klosterkirche to kościół św. Wojciecha — pierwotnie franciszkański, później przez dziesięciolecia użytkowany przez ewangelików, a po 1945 roku ponownie przejęty przez stronę katolicką. Takie detale mają znaczenie, bo pokazują, jak skomplikowane i wielowarstwowe były dzieje bytomskich budynków sakralnych.

Największy dramat: wydobycie pod centrum miasta

Najbardziej przejmujący fragment obu relacji dotyczy jednak nie zmian ludnościowych ani biedy, lecz szkód górniczych. Właśnie tu Bytom 1957 roku pokazuje swoje najbardziej tragiczne oblicze. Autorzy piszą o naruszeniu filara ochronnego pod centrum miasta, o pękających murach, przechylających się budynkach i coraz większym zagrożeniu dla całych kwartałów zabudowy.

To nie był tylko publicystyczny obraz. Eksploatacja górnicza prowadzona pod śródmieściem rzeczywiście okazała się dla Bytomia katastrofalna w skutkach. Nawet jeśli relacje używają chwilami ostrych sformułowań, sam problem był jak najbardziej realny. Węgiel zalegający pod centrum był zbyt cenny, by władze z niego zrezygnowały, a próby technicznego opanowania sytuacji nie zapobiegły wielkim deformacjom terenu.

W tekstach pojawiają się wzmianki o podsadzce płynnej, o zaangażowaniu specjalistów, o pękających ścianach i o tym, że całe miasto zaczęło pokrywać się plombami kontrolnymi zakładanymi na szczelinach murów. To niezwykle sugestywny obraz: Bytom nie tylko był zniszczony wojną i biedą, ale dosłownie zaczynał pękać od środka.

Pękające kościoły, zagrożone szpitale, osiadające osiedla

Druga z relacji skupia się właśnie na tej katastrofie budowlanej. Padają tam alarmujące liczby dotyczące uszkodzonych budynków, a także opisy szkód w kościołach, szkołach, szpitalach i obiektach użyteczności publicznej. Nie każdą cyfrę trzeba przyjmować bezkrytycznie, ale ogólny obraz nie pozostawia wątpliwości: Bytom był już wtedy miastem głęboko naruszonym przez eksploatację górniczą.

Szczególnie mocno brzmią opisy osiadających terenów, przechylonych domów i budynków wymagających natychmiastowych zabezpieczeń. Autorzy wspominają nawet o świątyniach, których wieże i sklepienia zaczęły zdradzać niepokojące oznaki ruchu. To jedna z tych relacji, które czyta się niemal jak kronikę nadciągającej katastrofy.

W tej samej części pojawia się również motyw nowych standardów budowlanych. Skoro grunt przestawał być stabilny, nowe obiekty musiały być projektowane inaczej: z mocniejszymi fundamentami, większym udziałem żelbetu i dodatkowymi zabezpieczeniami konstrukcyjnymi. To pokazuje, że problem szkód górniczych nie był chwilową anomalią, lecz czymś, co zaczynało trwale definiować przyszłość miasta.

Bytom 1957 — nie tylko opis miasta, ale i świadectwo pamięci

Obie relacje z „Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt” są mocne, chwilami gorzkie, a miejscami nawet brutalne w ocenach. Właśnie dlatego są tak interesujące. Pokazują nie tylko sam Bytom 1957 roku, ale również sposób, w jaki dawni mieszkańcy opowiadali sobie utratę swojego miasta. W tym sensie to nie tylko zapis ruin, biedy i szkód górniczych, lecz także dokument pamięci, emocji i powojennego pęknięcia świata.

Dla historyka lokalnego to źródła wymagające ostrożności, ale zarazem bardzo cenne. Czytane krytycznie, pozwalają uchwycić moment, w którym powojenny Bytom nie był już dawnym Beuthen, ale nie stał się jeszcze miastem odbudowanym i oswojonym w nowej formie. Był przestrzenią przejścia — pełną pyłu, niedoboru, pęknięć i niepewności.

Źródła

  • J. M., Beuthen OS. 1957 / Reiseeindrücke, „Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise”, nr 9, wrzesień 1957, s. 26–28.
  • Autor nieznany, Was wird aus Beuthen OS.? Die Polen greifen den Sicherheitspfeiler an, „Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise”, nr 12, grudzień 1957, s. 32–33.
0
0

Read more