Skip to contentSkip to main navigationSkip to footer

Category

Bytom

Symboliczna ilustracja epidemii tyfusu w Bytomiu w 1897 roku z napisem „Zatruta woda”

Miasto, które zatruła własna woda. Epidemia tyfusu w bytomiu w 1897 roku

Bytom · 1897–1898 · kryzys sanitarny

Miasto, które zatruła własna woda

Epidemia tyfusu w Bytomiu w latach 1897–1898

Latem 1897 roku Bytom nie musiał szukać źródła epidemii daleko. Choroba płynęła rurami, z których mieszkańcy codziennie czerpali wodę do picia, gotowania i mycia naczyń. Pierwsze urzędowe zgłoszenia pochodzą z końca maja, największa fala przypadła na lato i wczesną jesień, a meldunki związane z epidemią prowadzono jeszcze w styczniu 1898 roku.

Mapa zachorowań wskazywała na wodociąg zasilany z kopalni Karsten-Centrum. Te części sąsiedniego Rozbarku, które korzystały z innych ujęć, pozostały poza głównym ogniskiem. Badania wody potwierdziły bardzo silne zanieczyszczenie, a warunki panujące w kopalnianym systemie pozwalają dziś odtworzyć prawdopodobny — choć nieudowodniony ponad wszelką wątpliwość — mechanizm katastrofy.

Pełniejsze zestawienia obejmują ponad 1400 zarejestrowanych zachorowań. Dr Bloch, który opracował urzędowy materiał bezpośrednio po epidemii, przypuszczał jednak, że po doliczeniu przypadków niezgłoszonych rzeczywista liczba chorych mogła przekroczyć dwa tysiące. Kryzys stał się dramatem setek rodzin i sprawdzianem całej infrastruktury przemysłowego Bytomia.

1423 zarejestrowane zachorowania od maja do grudnia 1897 r.
72 zgony w miejskim bilansie dr. Blocha
>2000 możliwa rzeczywista liczba chorych według Blocha

Zestawienia różnią się zakresem i sposobem liczenia. Pruska statystyka przyczyn zgonów wykazała 88 zmarłych na tyfus w 1897 roku i kolejnych 4 w 1898 roku.

Miasto uzależnione od kopalni

Bytom końca XIX wieku rozwijał się dzięki górnictwu, ale jednocześnie coraz mocniej od niego zależał. Pogłębianie szybów i odwadnianie wyrobisk zmieniały stosunki wodne wokół miasta. Część dawnych studni i naturalnych źródeł traciła wydajność, podczas gdy liczba mieszkańców rosła. Wodę trzeba było sprowadzać z nowych miejsc i w coraz większych ilościach.

Jednym z rozwiązań było wykorzystanie wody wydobywanej z kopalnianych wyrobisk. Pod koniec XIX wieku znaczną część Bytomia zaopatrywał wodociąg związany z kopalnią Karsten-Centrum. Taki system wynikał wprost z przemysłowego charakteru regionu: kopalnie musiały stale usuwać ogromne ilości wody, a rozwijające się miasto potrzebowało jej każdego dnia. To, co dla górnictwa było problemem, mogło więc służyć mieszkańcom.

Opracowanie dr. Blocha z 1898 roku pokazuje jednak, jak słabo zabezpieczony był ten system. Woda płynęła otwartymi rynnami przez dostępne dla ludzi chodniki, a zbiornik przeznaczony dla wody pitnej pozostawał odkryty i wyposażony w drabinę. W wyrobiskach pracowali ludzie i trzymano konie; autor zwracał uwagę również na możliwość zanieczyszczania chodników ludzkimi odchodami. W jednej z badanych próbek naliczono ponad 70 tysięcy drobnoustrojów w jednym centymetrze sześciennym wody.

Ryzyko nie kończyło się na samej kopalni. Po opróżnieniu miejskich przewodów znajdowano w nich osady, kawałki drewna i węgla oraz inne zanieczyszczenia. Źle chronione i niedostatecznie czyszczone zbiorniki dodatkowo pogarszały bezpieczeństwo. Nie potrafimy wskazać pojedynczego miejsca, w którym bakterie dostały się do systemu, możemy już jednak odtworzyć cały łańcuch zaniedbań sprzyjających skażeniu.

Wodociąg był oznaką nowoczesności. Uwalniał mieszkańców od polegania wyłącznie na lokalnych studniach i pozwalał dostarczać wodę do gęsto zabudowanego miasta. Jednocześnie uzależniał tysiące ludzi od jednego źródła. Dopóki było ono bezpieczne, sieć ułatwiała życie. Po skażeniu pozwoliła jednak chorobie dotrzeć w krótkim czasie do wielu domów. Ta zależność przesądziła o przebiegu kryzysu.

↑ Wróć do spisu treści

Od dwóch przypadków w maju do setek w sierpniu

Epidemia nie zaczęła się nagle w połowie sierpnia. Zestawienie opublikowane przez „Katolika” podawało dwa zachorowania w maju, 43 w czerwcu i 125 w lipcu. Od 1 do 18 sierpnia doszło kolejnych 301 przypadków. Łącznie do 18 sierpnia rejestr obejmował 471 chorych. W urzędowych materiałach wykorzystanych przez Blocha okres meldunkowy rozpoczął się 28 maja 1897 roku, a główna fala epidemii trwała od początku czerwca do połowy października.

Pierwszy szeroko komentowany bilans opublikowano 11 sierpnia. Do tego dnia zgłoszono w Bytomiu około 300 zachorowań. Gazety od razu zastrzegały, że rzeczywista liczba mogła być większa, ponieważ nie wszystkie przypadki trafiały do urzędowych zestawień. Zaledwie jedenaście dni później bilans miał już wzrosnąć do 660 zachorowań i 31 zgonów.

Wśród pierwszych około 300 zgłoszonych chorych było ponad 50 służących. To duża grupa, lecz źródła nie wyjaśniają, dlaczego. Mogły mieć znaczenie warunki mieszkaniowe, miejsce pobierania wody, charakter pracy w gospodarstwach domowych albo po prostu dokładniejsze zgłaszanie zachorowań w tej grupie. Obecność tak wielu służących w zestawieniu pokazuje, jak głęboko epidemia wkroczyła w codzienne życie bytomskich domów.

Choroba najmocniej uderzyła w ludzi młodych. Około 66,5 procent zarejestrowanych pacjentów miało od 11 do 30 lat. Na obszarze korzystającym z zagrożonego wodociągu zachorowało ponad pięć procent ludności. Nie była to więc seria odosobnionych przypadków, lecz masowa epidemia obejmująca znaczną część miasta.

Władze znały już skalę narastającego zagrożenia. Pozostawało ustalić, co łączy adresy chorych.

↑ Wróć do spisu treści

Mapa rur stała się mapą choroby

Kluczową odpowiedź przyniósł plan wodociągów. Pierwotne i największe ognisko epidemii pokrywało się z obszarem zaopatrywanym z kopalni Karsten-Centrum. Zachorowania pojawiały się także w tej części Rozbarku, do której docierała bytomska woda.

Widać to szczególnie wyraźnie na przykładzie Szosy Szarlejskiej oraz kolonii Neu-Goretzko. Te części Rozbarku korzystały z wodociągu należącego do Scharley-Tiefbau-Societät i pozostały poza głównym ogniskiem. Tuż obok chorowali ludzie otrzymujący wodę z Karsten-Centrum. Bezpieczną wodę zapewniał również państwowy system wiązany ze szybem Adolf. Mapa zachorowań niemal pokrywała się więc z mapą rur.

Schemat dwóch wodociągów zaopatrujących Bytom i część Rozbarku w 1897 roku
Wodociąg Karsten-Centrum zaopatrywał Bytom i część Rozbarku, gdzie znajdowało się główne ognisko epidemii. Szosa Szarlejska i Neu-Goretzko korzystały z oddzielnego systemu Scharley-Tiefbau-Societät. Schemat zestawia dwa systemy i nie wyczerpuje wszystkich ówczesnych źródeł wody; nie przedstawia też dokładnego przebiegu rur ani adresów zachorowań.

Równie wymowny był Czarny Las, zaopatrywany wodą z Zawady, który pozostał poza głównym ogniskiem. Naturalnego porównania dostarczało także miejskie więzienie, liczące około 500 osadzonych. Odnotowano tam tylko dwa przypadki zawleczone z miasta, a po przejściu na wodę państwową nie pojawiły się kolejne zachorowania.

Przestrzenne rozmieszczenie przypadków było najmocniejszym dowodem przeciwko wodzie z Karsten-Centrum. Dr Bloch podał, że próbki pobrano 11 września, a badanie zakończono 20 września 1897 roku. W jednej z próbek stwierdzono ponad 70 tysięcy drobnoustrojów w centymetrze sześciennym wody — wynik świadczący o skrajnym zanieczyszczeniu.

5 października „Katolik” przekazał ponadto informację o badaniach przeprowadzonych w pracowni urzędu zdrowotnego przy VI Korpusie Wojskowym. Według gazety w wodzie z Karsten-Centrum znaleziono „zarodki, czyli tak zwane bakcyle tyfusowe”. Zanieczyszczenie miało być nierównomierne: w jednych próbkach nie stwierdzano ich wcale albo znajdowano niewiele, w innych miały występować „całe miliony”. Prasowego sformułowania nie należy utożsamiać z podaną przez Blocha ogólną liczbą drobnoustrojów ani traktować jako pełnego protokołu laboratoryjnego. Oba przekazy potwierdzają jednak, że związek epidemii z wodą nie opierał się wyłącznie na mapie zachorowań.

↑ Wróć do spisu treści

Od 64 litrów do ulicznego minimum

Mieszkańców oraz właścicieli restauracji ostrzegano, aby do picia, gotowania, płukania ust i mycia naczyń używali wyłącznie wody przegotowanej albo pobranej z państwowego rurociągu. Uliczne pompy zasilała woda z państwowej sieci, uznawana za bezpieczną i wiązana w doniesieniach prasowych z szybem Adolf. Ostatecznie dopływ z Karsten-Centrum odcięto. Była to konieczna decyzja, ale stawiała miasto przed następnym problemem: skąd wziąć bezpieczną wodę dla tysięcy ludzi?

64 l normalne dzienne zapotrzebowanie na osobę według Blocha
ok. 30 l zapewniono przed zamknięciem przyłączy
15 l minimum podawane w prasie
17 awaryjnych zbiorników

Źródła podają trzy różne wartości, ale nie są one ze sobą sprzeczne. Bloch oceniał normalne dzienne zapotrzebowanie na około 64 litry na osobę. Zanim zamknięto domowe przyłącza, starano się zapewnić mieszkańcom około 30 litrów. Prasa podawała natomiast 15 litrów jako skrajne minimum awaryjne, które miało wystarczyć na picie, przygotowanie posiłków i najbardziej podstawowe czynności domowe.

Państwowa sieć dostarczała początkowo około 300 metrów sześciennych wody na dobę przez 14 ulicznych zdrojów. To było za mało, dlatego planowano uruchomienie kolejnych 10–12 punktów, które nocą miały być zasilane z rurociągu prowadzącego od szybu Adolf.

Zarząd państwowego wodociągu nie chciał wtłaczać bezpiecznej wody bezpośrednio do bytomskiej sieci. Obawiano się, że w razie pęknięcia przewodu skażona woda z miejskich rur mogłaby przedostać się do czystego systemu. Zamiast łączyć oba wodociągi, ustawiono 17 drewnianych zbiorników. Każdy mieścił około 7,5 metra sześciennego i miał cztery krany. Na początku października „Katolik” potwierdzał obecność takich rezerwuarów ze sprawdzoną wodą państwową.

Po odcięciu Karsten-Centrum zdobycie bezpiecznej wody stało się codziennym obowiązkiem. Trzeba było wyjść po nią z wiadrem, dzbankiem albo innym naczyniem, odstać swoje przy pompie i donieść ciężki zapas do domu. Każdy dodatkowy punkt poboru zwiększał ilość wody dostępnej dla mieszkańców, ale wymagał zgody władz górniczych i technicznego przygotowania.

Odcięcie wodociągu szybko wywołało skargi mieszkańców. Przy państwowych pompach tworzyły się kolejki, a pobraną wodę trzeba było niekiedy wnosić na wyższe piętra kamienic. Pojawiły się nawet zapowiedzi zorganizowanego protestu.

Mieszkańcy Bytomia czekający z wiadrami w kolejce po wodę podczas epidemii w 1897 roku
Awaryjne zaopatrzenie oznaczało kolejki po bezpieczną wodę i konieczność noszenia ciężkich naczyń do mieszkań. Prasa podawała 15 litrów jako dzienne minimum na osobę; Bloch opisywał także wyższe wielkości odnoszące się do normalnego zapotrzebowania i przejściowej wydajności dostaw. Ilustracja rekonstrukcyjna.

Wyższy Urząd Górniczy zgodził się na awaryjne zwiększenie liczby miejsc poboru. Jednocześnie zamknięto miejskie zakłady kąpielowe, w tym otwarte kąpielisko i łaźnie natryskowe. Woda miała w pierwszej kolejności służyć najpilniejszym potrzebom, a nie kąpieli.

Kryzys wpłynął także na szkoły. Pierwsze doniesienia mówiły o przesunięciu do 6 września rozpoczęcia nauki w Królewskim Gimnazjum, miejskiej katolickiej szkole realnej i dwóch prywatnych wyższych szkołach żeńskich. Szkoły elementarne miały wówczas rozpocząć zajęcia zgodnie z planem. Wraz z rozwojem epidemii ograniczenia jednak rozszerzano. „Katolik” z 7 września informował już wprost o zarządzeniu zamknięcia wszystkich szkół miejskich w Bytomiu.

↑ Wróć do spisu treści

Od prasowych komunikatów do pełniejszego bilansu

Do 22 sierpnia odnotowano 660 zachorowań i 31 zgonów. Oznaczało to, że zmarło około 4,7 procent osób ujętych w ówczesnym rejestrze. Nie był to jednak bilans końcowy. Pod koniec sierpnia „Katolik” podkreślał, że liczba chorych nie maleje, lecz rośnie z każdym dniem. Przyjezdni mieli omijać Bytom, a skutki kryzysu odczuwali miejscowi kupcy i przedsiębiorcy.

Kolejne komunikaty pozwalają prześledzić, jak rósł bilans epidemii w Bytomiu. Do końca sierpnia odnotowano 890 zachorowań i 49 zgonów. W numerze 109, opublikowanym 16 września, „Katolik” podał już 996 zachorowań i 54 zgony — dokładnie o 106 przypadków i 5 zgonów więcej. Numer 112, opublikowany 23 września, informował o 279 zachorowaniach i 13 zgonach od początku miesiąca do chwili sporządzenia zestawienia. Po dodaniu ich do bilansu sierpniowego otrzymujemy 1169 zarejestrowanych zachorowań i 62 zgony. Liczby są poprawne, ale opisują jedynie stan na 23 września, a nie całą epidemię.

Epidemia tyfusu w Bytomiu 1897–1898 – chronologia, liczba zachorowań i awaryjne dostawy wody
Epidemia tyfusu w Bytomiu w latach 1897–1898 — najważniejsze wydarzenia, skala zachorowań oraz organizacja awaryjnego zaopatrzenia mieszkańców w wodę.

W tygodniu od 11 do 17 września gazeta odnotowała łącznie 136 nowych przypadków. Na przełomie września i października tempo epidemii wyraźnie zwolniło. Od 25 września do 1 października podano 62 zachorowania i jeden zgon. W tym okresie odnotowano też pierwszy dzień bez żadnego nowego zgłoszenia.

9 października „Katolik” informował, że od sześciu dni do lazaretu nie przyjęto żadnego chorego na tyfus. Gazeta nie podała nazwy tej placówki. Nie oznacza to, że w całym mieście przez sześć dni nie było żadnego nowego zachorowania, świadczy jednak o wyraźnym osłabieniu epidemii.

Prasowe zestawienia niewiele mówią o codzienności chorych i ich rodzin: izolacji, dezynfekcji mieszkań czy przerwanych obowiązkach. Źródła urzędowe i prasowe znacznie lepiej opisują działania administracji niż doświadczenia samych pacjentów. Ci pojawiają się w nich zwykle dopiero wtedy, gdy trafiają do statystyki lub szpitala albo próbują opuścić miasto.

↑ Wróć do spisu treści

Narada, która miała uratować miasto

23 sierpnia, dzień po sporządzeniu bilansu 660 zachorowań i 31 zgonów, zebrała się komisja sanitarna. W naradzie uczestniczyli prezydent rejencji opolskiej dr von Bitter, radca medyczny rejencji dr Roth z Opola, przedstawiciele bytomskiego magistratu i miejskiej deputacji sanitarnej oraz landrat powiatu bytomskiego. Sam skład narady świadczył o tym, że epidemii nie traktowano już jako zwykłego problemu lokalnego.

Najpilniejsza była bezpieczna woda, ale dyskutowano również o przyszłości dotychczasowej sieci. Rozważano dwa rozwiązania: wymianę rur albo ich mechaniczne oczyszczenie i wypalenie. O ocenę, czy drugi wariant zapewni bezpieczeństwo, zwrócono się do Instytutu Higieny w Berlinie.

400 tys. marek za nowe przyłącze
700 tys. marek z wymianą sieci
1 mln najwyższy prasowy szacunek

Koszty liczono w setkach tysięcy marek. Samo nowe przyłącze szacowano na około 400 tysięcy. Gdyby konieczna okazała się również wymiana sieci, całość mogła pochłonąć około 700 tysięcy. Jeszcze przed naradą „Katolik” oceniał koszt nowej sieci nawet na milion marek. Były to wstępne kalkulacje prasowe sporządzane podczas kryzysu, a nie ostateczne koszty późniejszych robót.

Gazeta wykorzystała epidemię do publicznego rozliczenia wcześniejszej polityki wodnej miasta. Zarzucała władzom, że nie zapewniły odpowiedniej ilości dobrej wody, nie skorzystały wcześniej z możliwości związanych z kopalnią Rosalie i nie przyłączyły Bytomia do systemu powiatu katowickiego. Było to stanowisko redakcji, a nie bezstronny raport techniczny, dobrze jednak oddające atmosferę sporu wywołanego przez kryzys.

Wybór nie sprowadzał się do prostego pytania, skąd pobrać wodę następnego dnia. Trzeba było zdecydować, czy istniejącą sieć da się jeszcze bezpiecznie wykorzystać, czy też miasto powinno ponieść koszt jej wymiany. Od odpowiedzi zależało tempo przywracania normalnych dostaw, wysokość wydatków i zaufanie do wodociągu, którym dopiero co płynęła skażona woda.

W ówczesnych doniesieniach pojawiła się również wzmianka o nakazie — lub co najmniej pilnym postulacie — rozpoczęcia kanalizacji Bytomia i Rozbarku. Zanieczyszczona woda pitna była tylko częścią problemu. Bez sprawnego odprowadzania ścieków nawet nowe ujęcie nie gwarantowało trwałego bezpieczeństwa. Nie znaczy to, że w sierpniu 1897 roku od razu zbudowano cały system kanalizacyjny. Podjęto jednak decyzje, które wyznaczały kierunek dalszej modernizacji.

↑ Wróć do spisu treści

Karbol, pieczęcie i kwarantanna

Rosnąca liczba chorych przeciążyła lekarzy kas chorych. „Katolik” informował, że ubezpieczeni musieli szukać pomocy także u innych lekarzy. Prasa zamieszczała równocześnie szczegółowe zalecenia dotyczące izolowania pacjentów i odkażania mieszkań.

Karbol, wrzątek i bielone ściany

Domowe zalecenia publikowane podczas epidemii w 1897 roku

  • osobny pokój albo pobyt w szpitalu
  • ograniczenie odwiedzin i wietrzenie
  • 5-procentowy roztwór karbolowy
  • gotowanie bielizny, pościeli i naczyń
  • zmywanie podłóg wrzątkiem
  • bielenie ścian i wycieranie tapet chlebem
  • odkażanie ustępów mlekiem wapiennym

Chorego należało umieścić w osobnym pokoju, a jeśli nie było to możliwe — skierować do szpitala. Zalecano ograniczenie odwiedzin, wietrzenie pomieszczeń, mycie podłóg i sprzętów pięcioprocentowym roztworem karbolowym oraz gotowanie bielizny, pościeli, naczyń i sztućców. Po chorobie podłogi miano zmywać wrzątkiem, ściany bielić, a tapety wycierać chlebem. Ustępy należało codziennie odkażać mlekiem wapiennym.

Instrukcja opublikowana przez gazetę obejmowała tyfus, szkarlatynę i błonicę. Obok zaleceń rozsądnych z dzisiejszego punktu widzenia zawierała też wskazówki oparte na ówczesnych wyobrażeniach o przenoszeniu chorób przez kurz, zwierzęta domowe czy bezpośredni kontakt. Jest więc źródłem do historii codzienności i higieny, a nie współczesną instrukcją medyczną.

Obwieszczeniem z 16 września zarządzono stopniowe zamykanie domowych przyłączy wraz z uruchamianiem nowych pomp i przewodów państwowego wodociągu. 24 września magistrat i bytomski zarząd policyjny wydały kolejne obwieszczenie, podpisane przez ówczesnego nadburmistrza Georga Brüninga. Przypominało ono o nakazie zamknięcia przyłączy, apelowało o podporządkowanie się decyzji i ostrzegało, że za ich samowolne otwarcie grozi kara nawet dwóch lat więzienia. Uzasadniając rygorystyczne kroki, władze wskazywały zarówno zdrowie mieszkańców, jak i gospodarcze interesy miasta.

2 lata

Tyle mogło grozić za samowolne otwarcie urzędowo zamkniętego przyłącza. Sankcję wiązano z paragrafem 327 ówczesnego prawa karnego.

Część policyjnych ostrzeżeń publikowano po niemiecku i po polsku. Redakcja „Katolika” wyśmiewała jednak jakość polskiego tłumaczenia i deklarowała, że może bezpłatnie pomóc policji w przygotowaniu zrozumiałych komunikatów. Ten drobny spór językowy miał praktyczne znaczenie: podczas epidemii źle napisane obwieszczenie mogło utrudniać dotarcie z zaleceniami do części mieszkańców.

Działania zapobiegawcze objęły również rekrutów pochodzących z Bytomia i powiatu bytomskiego. Generalna Komenda VI Korpusu nakazała badać ich po przybyciu do koszar i pozostawić przez trzy tygodnie w izolacji. Władze wojskowe obawiały się, że mogą przenieść chorobę z objętego epidemią okręgu do garnizonów.

↑ Wróć do spisu treści

Tyfus wyjeżdża z Bytomia

Odcięcie wodociągu mogło ograniczyć główne źródło zakażeń, lecz choroba wydostała się już poza miasto wraz z jego mieszkańcami. Prasa odnotowywała przypadki zawleczone z Bytomia do Miechowic i Tarnowskich Gór, a także do Bujakowa, Biskupic i Rudy w powiecie zabrskim.

Pełniejsze zestawienie dla powiatu ziemskiego obejmowało 97 zachorowań i 6 zgonów. W samych Świętochłowicach odnotowano 7 przypadków, a w Szombierkach 8. Nie każdy z nich musiał mieć identyczne źródło, ale dane pokazują, że mobilność mieszkańców i codzienne powiązania między gminami utrudniały zamknięcie epidemii w granicach Bytomia.

Do szpitala św. Jadwigi w Królewskiej Hucie trafiły trzy osoby przybyłe z Bytomia. Wśród nich była służąca pracująca w domu landrata doktora Lenza. W Łabędach zachorowała natomiast służąca Franziska Skronczyk. Według prasowej relacji zataiła wcześniejszy pobyt w Bytomiu oraz ucieczkę ze szpitala.

Władze próbowały ograniczyć dalsze rozprzestrzenianie się choroby. Lekarze mieli zgłaszać próby wyjazdu chorych, a w Wójtowej Wsi zakazano niedzielnych zabaw tanecznych z obawy przed zawleczeniem epidemii. Przebieg wodociągu wyjaśniał rozmieszczenie głównego ogniska; poza zasięgiem sieci chorobę przenosili już podróżujący ludzie.

↑ Wróć do spisu treści

Woda z Rosalie

Odcięcie dopływu z Karsten-Centrum nie mogło być rozwiązaniem na dłuższą metę. Bytom i Rozbark potrzebowały stałego, wydajnego źródła. W sierpniu rozpoczęto starania o doprowadzenie wody z Rosaliegrube, dawnej kopalni „Rozalia” w rejonie dzisiejszej Dąbrówki Wielkiej. Według relacji prasowych miała być sprzedawana po kosztach własnych, wynoszących około 3–4 fenigów za metr sześcienny.

Już 31 sierpnia „Katolik” informował, że miasto zawarło ugodę z kopalnią Rosalie. Dostawy miały rozpocząć się najwcześniej 1 stycznia 1898 roku. Nie dowodzi to, że woda rzeczywiście popłynęła tego dnia, potwierdza jednak, że przed końcem sierpnia rozmowy wyszły poza etap ogólnego zamiaru.

Prasowe doniesienie o sierpniowym porozumieniu znajduje potwierdzenie w urzędowym dokumencie z jesieni. 9 października 1897 roku sejmik powiatu katowickiego wyraził zgodę na dostarczanie z Rosaliegrube wody potrzebnej miastu Bytom oraz powiatowi bytomskiemu. Wydział Powiatowy został upoważniony do zawarcia odpowiedniej umowy. Informację opublikowano cztery dni później w „Kattowitzer Kreisblatt”.

Uchwała z 9 października 1897 roku

W polskim tłumaczeniu urzędowy zapis brzmi:

„Udzielono zgody na dostarczanie z kopalni Rosalie wody potrzebnej miastu Bytom oraz powiatowi bytomskiemu, a Wydział Powiatowy upoważniono do zawarcia odpowiedniej umowy”.
„Kattowitzer Kreisblatt”, 1897, nr 42, s. 198, pkt 5.

Dokument nie zawiera dramatycznych opisów epidemii. Zawiera za to formalną zgodę na wodę, której Bytom pilnie potrzebował.

Chronologia źródeł jest więc następująca: pod koniec sierpnia prasa pisała o ugodzie albo wstępnym porozumieniu, a 9 października właściwy organ powiatu katowickiego udzielił formalnej zgody i upoważnienia do zawarcia umowy. Uchwała nie określała dnia uruchomienia rurociągu ani zakończenia inwestycji. Późniejszej rozbudowy ujęcia Rosalie również nie należy przenosić wstecz do 1897 roku.

↑ Wróć do spisu treści

Epilog: 1898 rok i Szombierki

Główna fala epidemii wygasła w połowie października 1897 roku, ale urzędowy okres meldunkowy trwał do 11 stycznia 1898 roku. Pruska statystyka przyczyn zgonów wykazała jeszcze cztery zgony na tyfus w 1898 roku. Nie oznacza to przedłużenia letniej fali w niezmienionej skali; pokazuje jednak, że sanitarnego kryzysu nie da się zamknąć wyłącznie w granicach jednego roku kalendarzowego.

Epidemia bytomska nie zakończyła także historii tyfusu w przemysłowej części Górnego Śląska. Późniejsze opracowania, powołujące się na akta gminne, informują o kolejnych zachorowaniach w Szombierkach w latach 1898–1899. Nakazano tam odkażanie ustępów i szamb mlekiem wapiennym oraz cotygodniowe czyszczenie i dezynfekowanie ulicznych rynsztoków.

W 1899 roku działaniami przeciw epidemii kierował Anton Schigulski, naczelnik okręgu urzędowego. Późniejsze opracowania wiązały tę działalność z powierzeniem mu funkcji honorowego naczelnika gminy wiejskiej Szombierki. Nie ma jednak podstaw, aby epidemię szombierską automatycznie wywodzić z wody Karsten-Centrum. Przypadek Szombierek świadczy raczej o tym, że problemy sanitarne całej aglomeracji były głębsze niż awaria jednego ujęcia.

Bytom wchodził właśnie w okres intensywnej przebudowy infrastruktury sanitarnej. Epidemia z 1897 roku była ważnym ostrzeżeniem i wyraźnym impulsem do działania, choć byłoby uproszczeniem przypisywanie jej wprost każdej późniejszej inwestycji. Wodociągi, kanalizacja, oczyszczanie ścieków i rozwój zaplecza higienicznego składały się na długotrwały proces, a nie na jedną decyzję podjętą podczas sierpniowej narady.

↑ Wróć do spisu treści

Miasto zobaczyło własny układ krwionośny

Dzięki sprawozdaniu dr. Blocha i późniejszemu opracowaniu Marka P. Czaplińskiego nie jesteśmy już skazani wyłącznie na cząstkowe komunikaty prasowe. Wiemy, że zarejestrowano ponad 1400 zachorowań, a rzeczywista liczba chorych mogła przekroczyć dwa tysiące. Nie istnieje jednak jeden bezsporny „ostateczny bilans”, ponieważ miejskie wykazy, miesięczne meldunki i statystyka przyczyn zgonów obejmowały różne okresy oraz kategorie przypadków.

Mechanizmu skażenia również nie da się sprowadzić do jednego dowiedzionego zdarzenia. Zalanie kopalni i wypłukanie podziemnych nieczystości pozostaje bardzo prawdopodobnym scenariuszem, ale znamy go z relacji prasowej przytoczonej przez Blocha. Bezsporne są za to fatalne warunki poboru i prowadzenia wody oraz niemal dokładna zgodność mapy zachorowań z zasięgiem sieci Karsten-Centrum.

Latem 1897 roku Bytom zobaczył własną infrastrukturę niczym układ krwionośny. Te same rury, które umożliwiały codzienne życie dziesiątkom tysięcy mieszkańców, rozprowadzały chorobę. O zasięgu głównego ogniska decydował przede wszystkim przebieg wodociągu, a nie granice gmin.

Nie wystarczały już izolacja chorych i dezynfekcja mieszkań. Trzeba było zamknąć domowe przyłącza, dostarczać wodę w ulicznych zbiornikach, znaleźć nowe źródło, zdecydować o przyszłości starej sieci i pomyśleć o ściekach. Październikowa zgoda na dostawy z Rosalie nie rozwiązała wszystkich problemów sanitarnych regionu, ale była ważnym krokiem w stronę trwałego zaopatrzenia miasta w wodę.

Nie sama idea wodociągu zatruła Bytom. Katastrofę spowodował system, którego zabezpieczenia i nadzór nie nadążały za gwałtownym rozwojem przemysłowego miasta, choć od tego systemu zależało życie jego mieszkańców.

↑ Wróć do spisu treści

Bibliografia i źródła

Źródła prasowe z 1897 roku

  1. „Katolik”, 1897, nr 95, 97–99, 102, 105 oraz 109–119.
  2. „Oberschlesische Volksstimme”, 1897, R. 23, nr 182, 12 sierpnia 1897 r.
  3. „Schlesische Zeitung”, 1897, R. 156, nr 581, 20 sierpnia 1897 r.
  4. „Schlesische Schulzeitung”, 1897, R. 26, nr 34, 26 sierpnia 1897 r.
  5. „Der Oberschlesische Wanderer”, 1897, R. 70, nr 196, 26 sierpnia 1897 r.
  6. „Schlesische Zeitung”, 1897, R. 156, nr 597, 26 sierpnia 1897 r.
  7. „Kattowitzer Kreisblatt”, 1897, nr 42, s. 198, komunikat z 13 października 1897 r., pkt 5 — uchwała sejmiku powiatu katowickiego z 9 października 1897 r.

Materiały archiwalne

  1. Geheimes Staatsarchiv Preußischer Kulturbesitz, I. HA Rep. 76 Kultusministerium, VIII A nr 3016, „Bekämpfung der Typhusepidemie in Beuthen und anderen Orten Oberschlesiens”, t. 1, lipiec 1897 – wrzesień 1900. Wykorzystano opis jednostki archiwalnej; pełna zawartość akt nie była przedmiotem kwerendy.

Opracowania naukowe, techniczne i regionalne

  1. Bloch, Die Typhusepidemie in Beuthen O.-S. Nach dem amtlichen Material bearbeitet, „Deutsche Vierteljahrsschrift für öffentliche Gesundheitspflege”, t. 30, 1898, s. 241–263.
  2. Czapliński, Marek P., „Epidemia tyfusu w Bytomiu w latach 1897–1898 i jej zapobieganie. Kwestia dostępu ludności do czystej wody pitnej i użytkowej”, „Studia Śląskie”, t. 69, 2010, s. 241–254.
  3. Geisenheimer, Paul, Die Wasserversorgung des oberschlesischen Industriebezirks. Zum 12. Allgemeinen Deutschen Bergmannstage Breslau 1913, Kattowitz 1913.
  4. Strzala, Franz; Kowollik, Siegfried, „Amts- und Gemeindevorsteher Anton Schigulski”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, 1977, nr 1.
  5. Kowollik, Siegfried, „Aus den Akten der Gemeinde Schomberg”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, 1980.

↑ Wróć do spisu treści

0
0

Read more

Szkic koncepcyjny ukazujący ewolucję ulicy Dworcowej w Bytomiu. Po lewej stronie widoczny bagnisty trakt i dawna warownia, po prawej wielkomiejski bulwar z epoki rewolucji przemysłowej. Tekst na grafice: Tysiącletnia ewolucja ulicy Dworcowej. Od bagien do wielkomiejskiego bulwaru. Zobacz, jak dawny trakt Przedmieścia Gliwickiego stał się reprezentacyjną Bahnhofstraße.

Od bagnistego traktu do wielkomiejskiego bulwaru. Tysiącletnia historia ulicy Dworcowej w Bytomiu

Bytom • historia miasta • ulica Dworcowa

Od bagnistego traktu do wielkomiejskiego bulwaru. Tysiącletnia historia ulicy Dworcowej w Bytomiu

Dzisiejsza ulica Dworcowa narodziła się jako reprezentacyjna ulica miejska dopiero w XIX wieku. Jej historia wyrasta jednak ze znacznie starszego krajobrazu: podmokłych terenów między wczesnym Bytomiem a wzgórzem Sutuhali, dróg Przedmieścia Gliwickiego, wojennych pożarów, podmiejskich ogrodów i pól, które ustąpiły miejsca kolei, hotelom, bankom oraz kamienicom.

Jej „tysiącletnia historia” zaczyna się więc nie od gotowej ulicy, lecz od dawnego kierunku komunikacyjnego, z którego w XIX wieku wyrosła Bahnhofstraße.

1. Przez bagna do Sutuhali

Najstarsza warstwa tej opowieści nie dotyczy jeszcze ulicy w dzisiejszym znaczeniu. Dotyczy krajobrazu. Wczesny Bytom powstał na wyniesieniu otoczonym ciekami wodnymi i podmokłymi terenami. Na położonym dalej wzgórzu św. Małgorzaty istniał gród utożsamiany z Sutuhali — nazwą pojawiającą się w dawnych przekazach.

W. Immerwahr przypuszczał, że warownia mogła powstać jeszcze przed rokiem 1000. Opisywał ją jako Sumpfburg — gród bagienny — wzniesiony na sztucznie uformowanym wzgórzu. Inni autorzy widzieli w Małgorzatce naturalne wyniesienie, którego zbocza i wały zostały później przekształcone przez człowieka. O różnych koncepcjach dotyczących Sutuhali pisałem szerzej w artykule „Byl tu?” i tajemnica Sutuhali.1

Tajemnica nazwy Sutuhali

Franz Gramer łączył to miejsce z dawnym kultem i „świętym borem”. Immerwahr odrzucał interpretację jako „Święta Hałda” i wywodził nazwę od określenia Schutthügel — wzgórza gruzu lub usypanego nasypu. Późniejsi autorzy wiązali ją także z błotem, stromym stokiem, „gołym pagórkiem”, imieniem św. Gawła albo „sutymi hałdami”.

Bagnisty trakt prowadzący w stronę wczesnośredniowiecznego grodu Sutuhali na Wzgórzu św. Małgorzaty w Bytomiu
Artystyczna wizja drogi prowadzącej przez podmokłe tereny w stronę grodu na Wzgórzu św. Małgorzaty. Wizualizacja artystyczna

Dostęp do warowni i jej zaopatrzenie wymagały połączenia z rozwijającym się osadnictwem. Immerwahr uznawał trakt prowadzący przez podmokłe tereny pomiędzy Sutuhali a wczesnym Bytomiem za dalekiego poprzednika późniejszej Bahnhofstraße oraz jeden z najstarszych szlaków południowo-wschodniego Górnego Śląska.

Średniowieczny trakt nie musiał na całej długości pokrywać się z dzisiejszą ulicą Dworcową. Zachowała się jednak ciągłość kierunku komunikacyjnego: od dawnej drogi, przez zabudowania Przedmieścia Gliwickiego, aż po ulicę wytyczoną przez pola w XIX wieku.

Na wzgórzu w XII wieku powstał romański kościół św. Małgorzaty, którego fundację wiąże się z księciem Bolesławem Kędzierzawym. Opiekę nad świątynią powierzono następnie wrocławskim premonstratensom. Z czasem przy drodze osiedlali się rolnicy i ogrodnicy, a obszar zaczął funkcjonować jako Przedmieście Gliwickie — Gleiwitzer Vorstadt.

W dokumencie podziałowym Bytomia z 26 stycznia 1369 roku pojawia się określenie „Gleiwitzer Straße”. W ówczesnym języku słowo Straße oznaczało przede wszystkim drogę lądową lub wylotową, w przeciwieństwie do miejskich ulic określanych jako Gasse. Był to więc trakt prowadzący w kierunku Gliwic — starszy od późniejszej Bahnhofstraße, ale utrwalający ten sam kierunek komunikacyjny.2

↑ początek

2. Pożogi, przebranie i czeskie dukaty

Przedmieścia, zbudowane w znacznej części z drewna i pozbawione ochrony miejskich murów, były szczególnie narażone podczas wojny trzydziestoletniej. Rok 1627 pozostawił w źródłach co najmniej dwa opisy działań wojennych i pożarów.

Immerwahr pisał o wydarzeniach z 5 marca 1627 roku. Według przytoczonej przez niego relacji oddziały Wallensteina, wzmocnione żołnierzami cesarskimi i formacją określoną jako polscy Kozacy, próbowały wyprzeć z Bytomia wojska duńskie lub mansfeldzkie. Podczas walk zabudowania miały stanąć w ogniu.

Franz Gramer opisywał natomiast wydarzenia z sierpnia tego samego roku. Wojska cesarskie dowodzone przez Fahrensbacha miały podpalić zabudowę, aby zmusić przeciwnika do opuszczenia miasta. Według przytoczonego przez kronikarza dokumentu spłonęło około 30 domów i gospodarstw oraz 72 stodoły wraz ze zgromadzonym zbożem.3

Najprawdopodobniej oba przekazy opisują dwa kolejne epizody walk o miasto. Przedmiejska zabudowa stawała się wówczas częścią działań wojennych — podpalano ją, aby pozbawić przeciwnika osłony i zapasów.

Pożar drewnianych zabudowań Przedmieścia Gliwickiego w Bytomiu podczas wojny trzydziestoletniej w 1627 roku
Przedmiejska zabudowa należała do najbardziej narażonych części Bytomia podczas działań wojennych. Wizualizacja artystyczna

O pożarach Bytomia i rozwoju zorganizowanej ochrony przeciwpożarowej pisałem szerzej w osobnym artykule: Historia straży pożarnej na Śląsku: Bytom, Katowice i Gliwice.

Z niespokojnym XVII stuleciem Immerwahr łączył również osobliwy epizod obyczajowy. Powołując się na Benno Nietschego i jego Geschichte der Stadt Gleiwitz, wspominał o sprawie z listopada 1638 roku, która zajmowała gliwickie władze kościelne i świeckie. W jednej z bytomskich karczm odnaleziono wówczas młodą kobietę przebraną za mnicha.4

Skarb domu Eliasohna

Według Immerwahra jeden z zamożniejszych mieszkańców Przedmieścia Gliwickiego ukrył podczas wojny trzydziestoletniej znaczny majątek, obejmujący liczne czeskie złote dukaty. Ziemia przechowała tajemnicę przez ponad dwa stulecia: skarb odnaleziono dopiero w 1876 roku podczas kopania fundamentów domu Eliasohna, oznaczonego numerem 32.5

↑ początek

3. Pola, bruk, gaz i lazaret

Jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku Przedmieście Gliwickie zachowywało wiejski charakter. Na planie z 1828 roku dominowały pola, ogrody, gospodarstwa i luźna zabudowa. Rozrost Bytomia, rozwój przemysłu i wzrost liczby mieszkańców stopniowo zmieniały jednak oczekiwania wobec tej przestrzeni.

Franz Gramer opisywał modernizację miasta językiem codziennych doświadczeń. Zamiast nierównego, niekiedy niebezpiecznego bruku pojawiały się szerokie płyty granitowe przed wejściami do domów. Nowe mieszkania miały jaśniejsze klatki schodowe, wyższe pokoje i bardziej miejski standard. Nie była to jeszcze przemiana całej przyszłej Dworcowej, lecz zapowiedź nowego sposobu budowania.

Robotnicy układają granitowe płyty chodnikowe na ulicy w dziewiętnastowiecznym Bytomiu
Granitowe chodniki i oświetlenie gazowe należały do najbardziej widocznych oznak miejskiej modernizacji. Wizualizacja artystyczna

19 stycznia 1862 roku uruchomiono w Bytomiu oświetlenie gazowe. Sieć miejska liczyła 117 latarni, a gazowe światło stało się jednym z najbardziej widocznych znaków, że Bytom wychodził poza ramy niewielkiego miasta.6

Jednym z pierwszych większych obiektów publicznych na Przedmieściu Gliwickim był lazaret Spółki Brackiej — Knappschafts-Lazareth — którego budowę rozpoczęto w 1849 roku. Placówka służyła chorym i poszkodowanym górnikom, stając się elementem rodzącej się infrastruktury przemysłowego miasta.7

Rozwój górnośląskiej medycyny przemysłowej opisywałem szerzej w wieloczęściowym cyklu o historycznych placówkach medycznych w Piaśnikach.

↑ początek

4. Narodziny Bahnhofstraße: 1858–1872

Nowoczesna ulica Dworcowa nie była prostym przedłużeniem średniowiecznego traktu. Powstała w wyniku świadomego przekształcenia podmiejskich pól w nową oś komunikacyjną. Opracowanie rozwoju przestrzennego Bytomia pozwala uchwycić ten proces niemal rok po roku.

Nowy przebieg przez pola Wytyczono trasę, która miała stać się osią późniejszej ulicy Dworcowej.
Pierwsze nowoczesne kamienice Powstały budynki odpowiadające dzisiejszym numerom 9 i 18.
Kolej i droga do dworca Linia kolejowa zamknęła dawny przebieg, a odcinek ku stacji zaczął funkcjonować jako Bahnhofstraße.

Jeszcze na planie z 1828 roku teren przyszłej ulicy był przede wszystkim przestrzenią rolniczą. W 1858 roku wytyczono przez pola nową drogę. Pierwsze nowoczesne kamienice przy obecnych numerach 9 i 18 powstały w 1869 roku, a kolejne budynki pojawiały się niemal co sezon.

Początkowo nowa trasa funkcjonowała jako Gleiwitzer Straße. Decydująca zmiana nastąpiła w 1872 roku wraz z budową linii kolejowej. Tory skróciły i zamknęły dotychczasowy przebieg drogi, a odcinek prowadzący od Boulevardu do dworca zaczął funkcjonować jako Bahnhofstraße. Nazwa utrwalała się wraz z nową rolą ulicy — reprezentacyjnej drogi prowadzącej od stacji ku centrum miasta.8

Przedmieście, które przez stulecia pozostawało obszarem ogrodów i gospodarstw, w krótkim czasie stało się połączeniem dworca z centrum. Kolej nie tylko przywoziła ludzi. Podnosiła wartość działek, przyciągała hotelarzy, banki, restauracje, redakcje i handel.

↑ początek

5. Ulica hoteli, banków i kawiarni

Wielkomiejska Bahnhofstraße w Bytomiu z kamienicami, hotelami, sklepami i pieszymi na przełomie XIX i XX wieku
Na przełomie XIX i XX wieku Bahnhofstraße stała się jedną z głównych ulic handlowych i usługowych Bytomia. Wizualizacja artystyczna

Od ogrodu Stolarczyka do Hotelu Bristol

Franz Gramer wymieniał na Przedmieściu Gliwickim Garten des Stolarczyk, natomiast Immerwahr pisał o Stollarczyk’sche Etablissement jako poprzedniku późniejszego Kaiserhofu. Współczesna dokumentacja zabytku pozwala uzupełnić dalszą chronologię tej parceli.

W miejscu wcześniejszej gospody rozwijał się Hotel Sanssouci. Pierwszy etap inwestycji przypadł na 1858 rok, gdy powstała sala taneczno-teatralna; część opracowań datuje ukończenie właściwego gmachu hotelowego na 1871 rok. Projekt wiązany jest z Ferdinandem Hermannem. W 1895 roku wnętrza przebudował J. Cyganek, a w 1910 roku firma Boswau & Knauer przeprowadziła gruntowną modernizację według projektu Ahrensa. Wtedy obiekt otrzymał nazwę Kaiserhof. Po II wojnie światowej zaczął funkcjonować jako Hotel Bristol.9

Ta sama parcela przez dziesięciolecia zachowywała funkcję gastronomiczną, rozrywkową i hotelową: od ogrodu oraz lokalu Stolarczyka, przez Sanssouci i Kaiserhof, po Bristol. Kolejne przebudowy zmieniały wygląd kompleksu, ale nie jego znaczenie dla życia ulicy.

Znajdująca się przy hotelu sala należała do ważnych miejsc życia kulturalnego jeszcze przed powstaniem reprezentacyjnego Teatru Miejskiego w Bytomiu.

Między hotelami, bankami i kawiarniami

W krajobrazie Bahnhofstraße pojawiał się także Hotel Lomnitz, zapamiętany między innymi jako miejsce związane z Wojciechem Korfantym w okresie plebiscytowym. Obok hoteli działały kawiarnie, banki, redakcje, szkoły muzyczne i pracownie fotograficzne. Ulica zmieniała najemców oraz szyldy, ale nie traciła wielkomiejskiego charakteru.

Wybrane firmy i instytucje przy Bahnhofstraße

Rok lub okres źródłaAdresObiekt lub najemcaDziałalność
1904Bahnhofstraße 31Café Hohenzollernkawiarnia
1904Bahnhofstraße 40Oberschlesische Bankbank
katalog 1925–1939Bahnhofstraße 1„Ostdeutsche Morgenpost”redakcja i wydawnictwo
katalog 1925–1939Bahnhofstraße 10Cieplik’s Konservatorium, właściciel Paul Krausszkoła muzyczna
katalog 1925–1939Bahnhofstraße 17Bankhaus Jarislowsky & Co.bankowość
katalog 1925–1939Bahnhofstraße 25Günther Rudolfcukiernia i gastronomia
katalog 1925–1939Bahnhofstraße 32Foto-Atelier Germania, właściciel Georg Müllerfotografia
Wybrane wpisy z przewodnika Leo Woerla z 1904 roku oraz katalogu bytomskiego handlu Georga Lasika obejmującego lata 1925–1939.

Bahnhofstraße nie była jedynie drogą do pociągu. Stała się miejskim salonem, w którym podróżny po wyjściu z dworca mijał hotele, restauracje, banki, sklepy, pracownie fotograficzne i redakcje. Wielkomiejskość tej ulicy nie powstała jednak od razu — była wynikiem kilkudziesięciu lat intensywnej zabudowy i ciągłej wymiany najemców.10

↑ początek

6. Od Bahnhofstraße do Dworcowej

Po 1945 roku Bahnhofstraße otrzymała polską nazwę Dworcowa. Zmieniło się państwo, język szyldów i wielu użytkowników kamienic, ale podstawowa funkcja ulicy pozostała czytelna: nadal prowadziła od dworca ku centrum miasta.

Z czasem ulica utraciła część dawnej pozycji handlowej, a ruch samochodowy ustąpił funkcji pieszego deptaka. Ostatnia duża rewitalizacja objęła wymianę sieci, nową kamienną nawierzchnię, zieleń, małą architekturę oraz remonty zabytkowych kamienic. Miasto ponownie przedstawia Dworcową jako jedną z najbardziej reprezentacyjnych ulic Bytomia.11

Historia Dworcowej nie jest prostą opowieścią o jednej drodze, która przez tysiąc lat biegła tym samym śladem. Jest historią miejsca, którego funkcja nieustannie się zmieniała: od podmokłego przedpola grodu i rolniczego przedmieścia, przez ulicę prowadzącą do kolei, po handlowy bulwar i współczesny deptak.

↑ początek

Dzisiejsza ulica Dworcowa jest więc ostatnim etapem długiej przemiany: od dawnego traktu prowadzącego przez podmokłe tereny, przez Przedmieście Gliwickie, aż po reprezentacyjną Bahnhofstraße.

↑ początek
Przypisy źródłowe
  1. W. Immerwahr, „Die tausendjährige Geschichte der Bahnhofstraße in Beuthen OS.”, Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt, grudzień 1963, nr 12; przedruk: listopad 1975, nr 11. Por. także zestawienie hipotez w artykule flaczek.com o Sutuhali.
  2. F. Gramer, Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, Beuthen 1863, część dotycząca Przedmieścia Gliwickiego oraz dokumentu podziałowego miasta z 26 stycznia 1369 roku.
  3. W. Immerwahr, dz. cyt. — wydarzenia z 5 marca 1627 roku; F. Gramer, dz. cyt., s. 139–140 — sierpniowy pożar i informacja o 30 domach lub gospodarstwach oraz 72 stodołach ze zbożem.
  4. W. Immerwahr, dz. cyt., za: Benno Nietsche, Geschichte der Stadt Gleiwitz, Gleiwitz 1886, s. 625.
  5. W. Immerwahr, dz. cyt. — relacja o depozycie czeskich złotych monet odkrytym w 1876 roku przy domu Eliasohna nr 32.
  6. F. Gramer, dz. cyt., s. 219 oraz s. 263–286 — uruchomienie oświetlenia gazowego 19 stycznia 1862 roku, 117 latarni oraz opis modernizacji bruku i zabudowy.
  7. F. Gramer, dz. cyt., s. 211 i 256 — budowa lazaretu Spółki Brackiej na Przedmieściu Gliwickim od 1849 roku.
  8. „Gleiwitzer- und Bahnhofstraße sowie Boulevard” , Muzeum online Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej — plan z 1828 roku, wytyczenie nowej trasy, kamienice z lat 1869–1871 oraz wpływ budowy kolei w 1872 roku na powstanie Bahnhofstraße.
  9. Dorota Bajowska, „Hotel Sanssouci, ob. Bristol” , Narodowy Instytut Dziedzictwa, 2020; na podstawie karty ewidencyjnej „Hotel Sanssouci/Kaiserhof, ob. Hotel Bristol”, oprac. M. Łabuz, 1997. Por. również A. Gano-Kotula, „Kamienice przy ulicy Dworcowej”, w: J. Drabina (red.), Bytomskie zabytki, Bytom 2001.
  10. Leo Woerl, dz. cyt., 1904 — Café Hohenzollern i Oberschlesische Bank; Georg Lasik, Gewerbe – Handwerk und Handel in Beuthen O/S. / katalog bytomskiego handlu 1925–1939 — pozostałe wpisy tabeli.
  11. Miasto Bytom, serwis „Dworcowa” oraz materiały dotyczące rewitalizacji ulicy: przebudowa przestrzeni, wymiana sieci, nowa nawierzchnia, zieleń i remonty zabytkowych kamienic.
Bibliografia i materiały porównawcze
  • Gramer Franz, Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, Beuthen 1863.
  • Immerwahr W., „Die tausendjährige Geschichte der Bahnhofstraße in Beuthen OS.”, Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt, grudzień 1963, nr 12 — pierwodruk.
  • Immerwahr W., „Die tausendjährige Geschichte der Bahnhofstraße in Beuthen/OS.”, Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt, listopad 1975, nr 11 — przedruk.
  • Nietsche Benno, Geschichte der Stadt Gleiwitz, Gleiwitz 1886.
  • Stodolka Franz, Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien, materiały i opracowania powojenne.
  • Woerl Leo, Illustrierter Führer durch das Oberschlesische Industriegebiet, 1904.
  • Gano-Kotula Ariana, „Kamienice przy ulicy Dworcowej”, w: Jan Drabina (red.), Bytomskie zabytki, Towarzystwo Miłośników Bytomia, Bytom 2001.
  • Bajowska Dorota, „Hotel Sanssouci, ob. Bristol” , Narodowy Instytut Dziedzictwa, 2020.
  • „Gleiwitzer- und Bahnhofstraße sowie Boulevard” , Muzeum online Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej.
  • Miasto Bytom, materiały projektu rewitalizacji ulicy Dworcowej .
↑ początek
0
0

Read more

Pruski urzędnik przy mapie i dokumentach, za oknem kopalnie, huty i linie kolejowe rozwijającego się powiatu bytomskiego

Landrat kontra chaos. Jak powiat bytomski próbował okiełznać przemysłową rewolucję 1853–1859

Górny Śląsk • administracja • przemysł • 1853–1860

Landrat kontra chaos. Jak powiat bytomski próbował okiełznać przemysłową rewolucję 1853–1859

Maszyny przybywały szybciej niż domy, przepisy i urzędnicy. Ludzie wędrowali za pracą, wsie obrastały szybami i hutami, a władze próbowały policzyć niemal wszystko: robotników, dzieci, kominy, psy, pioruny, chorych i zaległe podatki. „Beuthner Kreisblatt” pokazuje przemysłową rewolucję od strony, której nie widać na pocztówkach — jako codzienną walkę o porządek w powiecie zmieniającym się szybciej niż jego administracja.

Historia wielkiego przemysłu zwykle zaczyna się od kopalń, hut, wynalazców i fortun. Gazeta urzędowa pozwala zejść niżej — do gmin, mieszkań i kancelarii, w których próbowano opanować skutki tej przemiany.

Okres główny: 1853–1859Epilog: 1860Źródło: „Beuthner Kreisblatt”
Spis treści
  1. Błoto pod kołami postępu
  2. Landrat chce wiedzieć wszystko
  3. Podatek pod bramą kopalni
  4. Człowiek bez papierów
  5. Gmina podrzuca chorego sąsiadom
  6. Cholera zamyka wieś, księgosusz granicę
  7. Nocne patrole, ziemianki i robotnicze osady
  8. Komin, pies, mysz i hałda
  9. Dzieci pod piecami
  10. „Poranna zorza” i jej cień
  11. Epilog: „Glück auf!” — zmiana warty
  12. Źródła i bibliografia

Błoto pod kołami postępu

Pejzaż przemysłowego Górnego Śląska około połowy XIX wieku, z linią kolejową dzielącą krajobraz wiejski i strefę kopalń oraz hut.
Powiat bytomski zmieniał się nierówno: po jednej stronie trwał jeszcze krajobraz wiejski, po drugiej rosły szyby, kominy i infrastruktura przemysłowa.

Koła wozów grzęzły w błocie, ulice zatykały transporty rudy i węgla, a po zmroku drogę oświetlały nieliczne latarnie. Bytom połowy lat pięćdziesiątych XIX wieku nie był jeszcze uporządkowaną przemysłową metropolią znaną z późniejszych fotografii i pocztówek. Zakłady, szyby i połączenia transportowe rozwijały się szybciej niż miejska infrastruktura.

Według opisu warunków z 1855 roku, przytoczonego przez Franza Stodolkę za późniejszym opracowaniem Hugo Solgera, brakowało skutecznej policji ulicznej, a nieutwardzone nawierzchnie po deszczu zamieniały się w lepką masę.1 Pierwszym widocznym skutkiem gospodarczego przyspieszenia nie zawsze był więc porządek. Częściej — korek z furmanek, turkot kół i przechodzień szukający suchego przejścia.

Nowe inwestycje rozwiązywały jeden problem, lecz potrafiły stworzyć następny. W 1854 roku prace przy kolei konnej, czyli Roßbahn, miały doprowadzić do wyschnięcia bytomskiego Źródełka MiłościLiebesquelle, ważnego ujęcia dobrej wody pitnej.2 Transport surowców stawał się sprawniejszy, ale miasto traciło część dotychczasowego zaplecza sanitarnego.

Rozwój podnosił również ceny. Kronikarze wspominali o czynszach niewspółmiernie wysokich wobec ówczesnej wielkości Bytomia. Jednocześnie powstawały domy wyższe i jaśniejsze, z lepiej oświetlonymi klatkami schodowymi oraz tapetowanymi pokojami.3 Przemiana miała dwa oblicza: jedni wprowadzali się do nowoczesnych budynków, inni szukali najtańszego kąta albo prowizorycznego schronienia.

Miasto i sąsiednie osady przyciągały sezonowych murarzy, rzemieślników i robotników budowlanych z okolic Głubczyc, Prudnika, Rybnika oraz Opola.4 Dla przedsiębiorców byli potrzebnymi rękami do pracy. Dla urzędów — ludźmi, których należało przypisać do gminy, wpisać do rejestru i odnaleźć w razie zaległego podatku, poboru wojskowego albo choroby.

Miasto a powiat. Trzeba przy tym pamiętać, że ówczesny powiat bytomski był znacznie rozleglejszy od dzisiejszego Bytomia. Na łamach jego urzędowej gazety spotykają się sprawy Bytomia, Szombierek, Rozbarku, Zabrza, Katowic, Mysłowic, Świętochłowic, Tarnowskich Gór i dziesiątek miejscowości, które później znalazły się w innych jednostkach administracyjnych.

W kolejnych numerach „Beuthner Kreisblatt” pojawiały się nowe szyby, kotły, wielkie piece, walcownie, bocznice i drogi. Para napędzała już nie tylko kopalnie, lecz także młyny, cegielnie, warsztaty, kruszarki i pompy. W 1858 roku na szybie Grundmann kopalni Florentine w Łagiewnikach Górnych planowano maszynę odwadniającą o mocy 260 KM — jedną z najmocniejszych instalacji odnotowanych w badanym roczniku.5

Maszyny są jednak tylko tłem tej opowieści. Ważniejsze jest to, co działo się wokół nich. Wiejskie drogi stawały się trasami przewozu węgla i rudy, kolej przecinała pola, a wokół szybów wyrastały kolonie. Gminy, obszary dworskie — dominia — i miejscowe władze policyjne musiały rozstrzygać, kto ma leczyć chorego, ścigać złodzieja, naprawić drogę i utrzymać akuszerkę.

Po śmierci burmistrza Josepha Proskego w 1853 roku jego następcą został dotychczasowy skarbnik miejski Adolf Manderle, który objął urząd w 1854 roku. Nad rozległym powiatem czuwał natomiast landrat — pruski starosta powiatowy — Adolph von Tieschowitz, sprawujący ten urząd od 1840 roku.6 To na styku miasta, wsi, obszarów dworskich i zakładów zaczyna się historia administracyjnego zmagania z przemianą.

„Beuthner Kreisblatt” nie przypomina dzisiejszej gazety. To mieszanina zarządzeń, przetargów, listów gończych, tabel i reklam. Czytana numer po numerze ujawnia jednak stały mechanizm: pojawia się problem, potem skarga, zarządzenie, formularz, kontrola i groźba kary.

Rewolucja przemysłowa miała nie tylko stalowe koła, tłoki i kominy. Miała również formularze.

↑ początek

Landrat chce wiedzieć wszystko

Urzędnik z dokumentem stoi przy drodze na tle otwartego krajobrazu powiatu bytomskiego w połowie XIX wieku.
Rozległy powiat trzeba było najpierw objąć wzrokiem, opisem i dokumentem — dopiero wtedy stawał się zarządzalny.

Przemiana najpierw trafiała do kopalni, huty albo robotniczej osady. Chwilę później lądowała na biurku landrata.

Nazwisko Adolpha von Tieschowitza powraca w badanych rocznikach niemal bez przerwy. Ostrzegał, nakazywał, ganił, wyznaczał terminy i groził karami. Nie oznacza to, że sam tworzył każdą regulację. Polecenia przychodziły z ministerstw w Berlinie, rejencji opolskiej, urzędów górniczych i władz sanitarnych. Landrat był jednak lokalną twarzą systemu — człowiekiem, który miał przełożyć ogólne przepisy na działanie dziesiątek miast, wsi, kolonii, majątków i zakładów.

Aby zarządzać powiatem, trzeba było najpierw wiedzieć, co się w nim znajduje.

W 1853 roku żądano imiennych wykazów sołtysów, ławników i pisarzy gminnych. W następnych latach spisywano poborowych, mieszkańców, podatników, dzieci szkolne, położne, lekarzy, szpitale, osoby chore psychicznie i ludzi pozostających pod dozorem policyjnym. Rejestrowano zwierzęta, domy, grunty, maszyny oraz zakłady. Nawet uderzenia pioruna trafiały do osobnych zestawień.

W grudniu 1855 roku spis ludności miał zostać przeprowadzony od domu do domu. Urząd chciał znać nie tylko liczbę mieszkańców, lecz także skład gospodarstw, służbę, lokatorów i osoby przebywające czasowo. Dwa lata później polecono zebrać dane o zakładach przemysłowych, z rozróżnieniem robotników stałych i niestałych oraz pracujących kobiet i dzieci.7

W styczniu 1858 roku zarządy policyjne otrzymały polecenie sporządzenia wykazu domów rodzinnych dla robotników — Arbeiter-Familienhäuser. Należało podać liczbę oddzielnych mieszkań, rodzin i wszystkich osób znajdujących w nich schronienie.8 Zestawienie obejmowało również ludzi wynajmujących jedynie miejsce do spania, określanych jako Schlafburschen, a także dostęp robotników do ziemi i pomieszczeń gospodarczych.

Ręce do pracy napływały szybciej, niż powstawały mieszkania. Urząd próbował więc policzyć nie tylko budynki, lecz także rzeczywiste zagęszczenie ludzi ukryte za ich drzwiami.

Z dzisiejszej perspektywy ta lawina zestawień może przypominać biurokratyczną obsesję. Rejestry miały jednak bardzo konkretne zastosowanie: służyły podatkom, poborowi wojskowemu, opiece nad ubogimi, kontroli epidemii, planowaniu szkół i nadzorowi nad przemysłem. Mieszkaniec stawał się dla państwa naprawdę widoczny dopiero wtedy, gdy znalazł się we właściwej rubryce.

Landrat nie był absolutnym władcą powiatu. Tytuł artykułu jest skrótem narracyjnym. Tieschowitz działał w rozbudowanym łańcuchu pruskiej administracji: bywał autorem lokalnych poleceń, ale równie często wykonywał decyzje rejencji, ministerstw i urzędów specjalistycznych.

↑ początek

Podatek pod bramą kopalni

Robotnicy przed zabudowaniami przemysłowymi oraz urzędnik prowadzący zapisy podczas wypłaty w połowie XIX wieku.
Robotnika najłatwiej było odnaleźć przy bramie zakładu — także wtedy, gdy należało ściągnąć zaległy podatek.

Podatek klasowy był przypisany do człowieka, lecz urząd nie zawsze nadążał za człowiekiem wędrującym za pracą. Robotnicy zmieniali miejsce pobytu, zatrudniali się poza macierzystą gminą i pozostawiali po sobie zaległości, których dawny system poboru nie potrafił skutecznie odzyskać.

Latem 1855 roku administracja sięgnęła po rozwiązanie dostosowane do nowych realiów: należność można było potrącić bezpośrednio z wynagrodzenia. Landrat przypominał, że należy przy tym sumiennie uwzględnić zdolność płatniczą podatnika, wystawić mu pokwitowanie i przekazać pobraną kwotę właściwemu poborcy.9

Pełny kontekst zarządzenia wiązał ten mechanizm z kopalniami, hutami i placami budowy — miejscami, w których w dni wypłat łatwiej było znaleźć robotnika niż pod adresem jego tymczasowego zamieszkania. Przemysłowy system płac i wiejski system podatkowy spotykały się pod jedną bramą.

To pozornie drobne zarządzenie pokazuje, jak bardzo zmieniła się relacja mieszkańca z urzędem. Poborca znał gospodarstwo osiadłego podatnika. Robotnik mógł natomiast mieszkać kątem u obcych ludzi, pracować w innej miejscowości, a po kilku tygodniach przenieść się do następnego zakładu.

Państwo nie rezygnowało z kontroli. Po prostu ruszyło za nim.

Adres łączył się zresztą nie tylko z podatkiem, lecz także ze służbą wojskową, prawem pobytu, pomocą dla ubogich i odpowiedzialnością za leczenie. Sołtys nie miał już jedynie znać mieszkańców i pilnować dróg. Prowadził dokumentację, wysyłał zawiadomienia, rozliczał pieniądze i odpowiadał na pisma.

Przemysł wzmacniał więc nie tylko kopalnie. Wzmacniał również podpis, pieczęć i pokwitowanie.

↑ początek

Człowiek bez papierów

Mężczyźni siedzący przy długim stole nad księgami i formularzami w urzędowym wnętrzu w XIX wieku.
Za człowiekiem bez papierów szybko ruszała machina spisów, rejestrów, meldunków i urzędowych instrukcji.

Dla kopalni liczyły się ręce do pracy. Dla państwa — dokumenty człowieka, do którego należały.

Już w 1853 roku władze przewidywały napływ obcych robotników na wielkie budowy. Majstrom i kierownikom przypomniano, aby nie zatrudniali ludzi bez ważnych dokumentów i kart legitymacyjnych. Na placach budów miały odbywać się kontrole policji oraz żandarmerii.10

Trzy lata później system stał się dokładniejszy. W numerze 4 „Beuthner Kreisblatt” z 25 stycznia 1856 roku opublikowano regulację dotyczącą kontroli przyjazdów i wyjazdów robotników zatrudnionych między innymi w kopalniach i hutach. Zgłoszenie trafiało do miejscowego sołtysa, który najpóźniej w ciągu trzech dni miał przekazać pisemną informację nadrzędnej władzy policyjnej.11

Z dokumentu • nr 4/1856

„binnen längstens drei Tagen”

Sołtys miał przekazać informację policji najpóźniej w ciągu trzech dni.

W dokumencie pojawiały się także Abzugs-Atteste — zaświadczenia o odejściu lub wymeldowaniu z poprzedniego miejsca pobytu. Rejestry uwzględniały pochodzenie, wcześniejszy adres, informacje podatkowe i okoliczności odejścia z pracy. Odpowiedzialność mogła dosięgnąć nie tylko robotnika, lecz także przełożonego, który przyjął człowieka bez wymaganych dokumentów.

Logika tego systemu była prosta. Państwo chciało wiedzieć, skąd człowiek przybył, gdzie pracuje, czy zapłacił podatek, czy podlega służbie wojskowej i kto odpowie za niego, gdy zachoruje albo utraci zatrudnienie.

1Robotnik przybywa lub odchodzi
2Zgłoszenie otrzymuje sołtys
3W ciągu 3 dni zawiadamia policję
4Urząd aktualizuje rejestry

Tu spotykały się sprzeczne interesy. Zakład potrzebował pracowników. Gmina obawiała się przybysza bez majątku, który po wypadku mógł trafić na jej utrzymanie. Wojsko nie chciało utracić poborowego, urząd skarbowy — podatnika, a policja podejrzliwie traktowała każdego bez stałego zajęcia.

Szczególną kategorię stanowili przybysze z Królestwa Polskiego i innych terenów przygranicznych. Gazeta publikowała instrukcje dotyczące kart pobytu, paszportów, zbiegów i osób wydalanych. Pruskie państwo dzieliło ludzi według przynależności, stanu majątkowego, użyteczności i stopnia podejrzaności.

Rozwijający się powiat potrzebował robotnika, ale bał się człowieka bez papierów.

↑ początek

Gmina podrzuca chorego sąsiadom

Chory mężczyzna leży przy drodze, obok stoi strażnik lub urzędnik, a w tle widać mieszkańców wsi.
Gminy próbowały przerzucać odpowiedzialność za bezdomnych i ciężko chorych, zostawiając ich na skraju cudzej jurysdykcji.

W maju 1855 roku landrat opublikował upomnienie, które nie pozostawiało wiele miejsca na urzędowe eufemizmy. Mnożyły się doniesienia, że bezdomni i ciężko chorzy ludzie byli bezlitośnie pozostawiani na wolnym powietrzu albo wywlekani poza granice miejscowości, choć lokalne władze wiedziały o ich położeniu.12

Z dokumentu • nr 18/1855, poz. 102

„auf erbarmungslose Weise hilflos im Freien liegen gelassen”

„bezlitośnie pozostawieni bez pomocy na wolnym powietrzu”

Człowieka wymagającego pomocy można było fizycznie przesunąć na teren sąsiedniej gminy, aby obowiązek opieki obciążył kogoś innego. Ta praktyka odsłaniała słaby punkt ówczesnego systemu: pomoc nie była powszechnym świadczeniem. Odpowiedzialność spoczywała na konkretnej gminie, obszarze dworskim albo związku ubogich.

Najpierw należało więc ustalić, do kogo człowiek „należy”. Dopiero później można było rozmawiać o leczeniu i kosztach.

W szybko zmieniającym się powiecie stawało się to coraz trudniejsze. Robotnik mógł urodzić się w jednej wsi, mieszkać w drugiej, pracować w trzeciej, a zachorować w czwartej. Każda miejscowość miała powód, by przekonywać, że rachunek powinien zapłacić ktoś inny.

Ten sam problem powracał przy opiece położniczej. W listopadzie 1856 roku landrat wskazywał, że wiejskim akuszerkom należy zapewnić dochód pozwalający utrzymać się z zawodu bez podejmowania ciężkich prac polowych, które — jak zapisano — „tępią czucie w palcach i czynią dłoń twardą”.13

Z dokumentu • nr 45/1856, poz. 313

„die das Gefühl in den Fingern abstumpfen und die Hand hart machen”

Ciężka praca polowa „tępi czucie w palcach i czyni dłoń twardą”.

To wyjątkowo konkretny argument. Urząd dostrzegał, że jakość pracy położnej zależy od jej warunków materialnych i sprawności rąk. Gminy oraz związki ubogich miały zawierać odpowiednie umowy i finansować pomoc dla najbiedniejszych kobiet.

Równolegle rozwijała się opieka organizowana przez górnicze kasy brackie: powstawały lazarety, kotłownie, wodociągi i kuchnie.14 Nadal nie był to jednak spójny system pomocy społecznej, lecz sieć gminnych obowiązków, kas, umów, kościelnych inicjatyw i doraźnych zbiórek. Czasem przynosiła pomoc. Czasem przede wszystkim ustalała, kto ma zapłacić.

↑ początek

Cholera zamyka wieś, księgosusz granicę

W ruchu byli ludzie, towary i zwierzęta. Wraz z nimi poruszały się również choroby.

Latem 1855 roku w powiecie pojawiły się przypadki cholery. W sierpniu landrat polecił miejscowym organom policji rejestrować każde zachorowanie zgodnie z obowiązującym regulaminem. Zarządy policyjne miały także urządzać izby dla bezdomnych chorych.15

W kolejnych ogłoszeniach pojawiały się komisje sanitarne, izolacja domów, odkażanie i kontrola przemieszczania chorych. Wcześniejsze obwieszczenia wskazywały Michałkowice jako jedno z ognisk epidemii. Niezależnie od lokalnego przebiegu epidemii mechanizm był czytelny: zgłoszenie, rejestr, izolacja, dezynfekcja i przypisanie odpowiedzialności miejscowym władzom.

Urząd próbował zamknąć chorobę jednocześnie w domu, tabeli i granicach miejscowości.

Jeszcze większe zamieszanie wywoływał księgosusz, groźna choroba bydła. Na początku lutego 1856 roku, po doniesieniach o pomorze bydła na ziemiach polskich, granicę obsadzono wojskiem, tworząc kordon sanitarny.16 Ograniczenia obejmowały zwierzęta, mięso, skóry, paszę, nawóz i używane wyposażenie stajenne. Odwoływano targi i jarmarki.

Granica państwa stawała się granicą sanitarną. Posterunki i kontrole uderzały nie tylko w wielki handel. Gospodarz nie mógł swobodnie sprzedać zwierzęcia, rzeźnik tracił dostawcę, a targ pustoszał z powodu choroby po drugiej stronie kordonu.

Blokadę znoszono, gdy zagrożenie ustępowało, po czym przywracano po kolejnych alarmach. Władze nie panowały nad samą chorobą, lecz budowały coraz sprawniejszy aparat reagowania. Dla mieszkańca oznaczało to, że zwykła podróż, jarmark albo sprzedaż krowy mogły z dnia na dzień stać się sprawą policyjną.

↑ początek

Nocne patrole, ziemianki i robotnicze osady

Dwóch ludzi z latarnią idzie nocą obok biednych chat i prowizorycznych zabudowań na tle przemysłowego krajobrazu.
Wokół hut i kopalń powstawały prowizoryczne osady, które administracja próbowała kontrolować także nocą.

Przemysł nie kończył pracy po zmroku, a rozwijający się powiat nie potrafił zapewnić wszystkim dachu nad głową.

Wokół zakładów wyrastały kolonie i skupiska zabudowy o bardzo różnym standardzie. Obok murowanych domów robotniczych istniały przepełnione izby, prowizoryczne chaty i ziemianki.

W lipcu 1857 roku, po śmiertelnym zawaleniu jednej z takich budowli, landrat przypomniał miejscowym władzom policyjnym, że ziemianek — Erdhütten — oraz innych chat służących jako tymczasowe mieszkania nie należy dopuszczać bez wcześniejszej fachowej oceny bezpieczeństwa.17 Dla urzędu były samowolą i zagrożeniem. Dla ich mieszkańców bywały ostatnim dostępnym schronieniem.

Zarządzenie mogło usunąć niebezpieczną budowlę, ale nie odpowiadało na pytanie, dokąd mają pójść wyrzuceni ludzie.

Rok później zaczęto dokładnie spisywać domy rodzinne dla robotników, liczbę mieszkań, rodzin, lokatorów i osób wynajmujących jedynie miejsce do spania.8 Mieszkanie robotnika przestawało być wyłącznie jego prywatną sprawą. Przeludnienie oznaczało ryzyko chorób, pożarów, konfliktów i ubóstwa.

Równocześnie przybywało zarządzeń dotyczących nocnych patroli. Zimą alarmowano o włamaniach i kradzieżach. Ginęły ubrania, żywność i pieniądze, ale także proch, metale, narzędzia, szyny oraz części maszyn. Nowy przemysł tworzył bogactwo, a wraz z nim ogromną liczbę przedmiotów, które można było ukraść i sprzedać.

Patrole miały składać się z silnych i godnych zaufania mieszkańców. Kontrolowała je żandarmeria, a landrat zapowiadał niezapowiedziane inspekcje.18 Dawna wspólnotowa samoobrona stopniowo wchodziła w skład aparatu policyjnego.

Osobny problem stanowili robotnicy pozostający pod dozorem policyjnym, którzy pracowali nocą. Formalnie nie powinni opuszczać domu po zmroku, lecz kopalnia albo huta wymagała ich obecności na zmianie. W lipcu 1857 roku landrat przyznał, że zakaz doprowadził do oskarżania i karania górników oraz hutników wyłącznie za wykonywanie regularnej pracy nocnej.19 Nakazał więc sprawdzać u przełożonych, czy dana osoba rzeczywiście znajdowała się w zakładzie.

Państwo chciało kontrolować człowieka po zmroku. Przemysł potrzebował go właśnie wtedy. Policyjny zakaz musiał ustąpić grafikowi zmianowemu.

↑ początek

Komin, pies, mysz i hałda

W pruskich zarządzeniach obok wielkiej maszyny parowej bez trudu mieściła się mysz polna. Każde zagrożenie miało otrzymać własny przepis.

Ustalano zasady bezpieczeństwa dla ruchomych lokomobili, określano ich odległość od budynków krytych strzechą i wymagano zabezpieczeń przed iskrami. Magazyny prochu miały stać z dala od dróg i zabudowań, mieć masywne ściany, lekkie dachy oraz jak najmniej części żelaznych. Szczegółowym regułom podlegał również transport materiałów wybuchowych.20

Po reorganizacji okręgów kominiarskich wyznaczano częstotliwość czyszczenia kominów. Nakazywano też coroczne przeglądy piorunochronów, ostrzegając, że uszkodzona instalacja może być groźniejsza niż jej brak.21

Gdy myszy polne niszczyły uprawy, gminy miały organizować ich tępienie. Zakazywano chwytania ptaków śpiewających i niszczenia ich gniazd. Przy zagrożeniu wścieklizną psy nakazywano trzymać na uwięzi i oznaczać. Regulowano też godziny zamknięcia karczm, obecność dzieci i młodzieży oraz publiczne zabawy taneczne.22

W 1859 roku przypominano o zakazie wypłacania robotnikom wynagrodzeń podczas niedzielnych i świątecznych nabożeństw.23 Gazeta odnotowywała również śmiertelne skutki nocowania w hutniczych kanałach i na hałdach żużla. Ludzie szukali tam ciepła, lecz gazy, tlący popiół i gorący żużel przynosiły zatrucia, oparzenia i śmierć.24

Część tych przepisów brzmi dziś niemal groteskowo: pies miał obrożę, komin harmonogram, a mysz trafiała do zarządzenia landrata. Za każdym kryło się jednak realne niebezpieczeństwo — pożar, eksplozja, epidemia, zatrucie albo katastrofa budowlana.

Powiat był groźny nie tylko pod ziemią. Niebezpieczeństwo czaiło się w piecu, kominie, wagonie, karczmie, prowizorycznym domu, na szosie i na hałdzie. Urząd odpowiadał swoim podstawowym narzędziem: przepisem.

↑ początek

Dzieci pod piecami

Dwoje biednie ubranych dzieci stoi przy kanałach i zabudowaniach przemysłowych w chłodnym pejzażu miejskim.
Lekarz powiatowy dr Heer opisywał dzieci szukające ciepła przy kanałach hutniczych i w pobliżu żużlowych hałd.

Najciemniejszy obraz tej przemiany nie pochodzi z opisu kopalnianej katastrofy. Znalazł się w raporcie lekarza powiatowego dr. Heera, opublikowanym w dodatku do numeru 9 „Beuthner Kreisblatt” z 26 lutego 1858 roku.

Heer pisał o bezdomnych i żebrzących dzieciach, przykrytych brudnymi łachmanami, które nocą szukały „upiornego i niebezpiecznego legowiska” w tlącym się popiele hutniczych kanałów, określonych w źródle jako Zinkhüttenröschen.24

Raport dr. Heera • dodatek do nr 9/1858

„Nachts ein schauerliches und gefährliches Lager in der glimmenden Asche…”

Nocą szukały „upiornego i niebezpiecznego legowiska” w tlącym się popiele.

Nie był to ogólny moralizatorski apel. Lekarz wspomniał dziesięcioletnią dziewczynkę, przy której łożu śmierci niedawno stał. Gdy spała w popiele huty cynku, zapaliły się na niej ubrania. W raporcie pojawiały się również dzieci ginące albo odnoszące śmiertelne obrażenia w kanałach hutniczych i na hałdach żużlu.

Trudno o mocniejszy symbol epoki. W tym samym krajobrazie nowa maszyna mogła mieć dwieście koni mechanicznych, a dziecko nie miało bezpiecznego miejsca do spania.

Odpowiedzią były apele, zbiórki i pierwsze instytucje. Już w 1854 roku w Bytomiu działał komitet zabiegający o miejski sierociniec. Angażowali się w niego radny Karl Lukas i dr Meiselbach, a przedsięwzięcie wsparł zapisem testamentowym kupiec Mannheimer.25 W 1857 roku prowadzono akcję na rzecz domu sierot dla całego powiatu.

W maju 1858 roku landrat polecał władzom lokalnym poinformować mieszkańców o otwieranej placówce i podkreślał, że nawet najmniejszy dar zostanie przyjęty z wdzięcznością.26 Ogłoszenie dotyczyło sierocińca założonego w Bogucicach przez ks. Leopolda Markiefkę. Przebywało w nim trzynaścioro sierot pod opieką czterech sióstr zakonnych, a mieszkańców proszono nie tylko o pieniądze, lecz także o ziemniaki, groch i mąkę.

Nie był to jeszcze publiczny system opieki nad dziećmi. Los dzieci zależał od duchownych, sióstr zakonnych, darczyńców, kas, komitetów i pracodawców. Zmieniało się jednak samo rozumienie problemu. Sierota przestawała być wyłącznie sprawą rodzinnej wsi. Stawała się odpowiedzialnością całego powiatu.

Gwałtowny rozwój przemysłowy pogłębiał problemy, z którymi dawne formy opieki nie potrafiły sobie poradzić, i skłaniał państwo, Kościół, przedsiębiorców oraz mieszkańców do tworzenia nowych form pomocy. Nie dlatego, że epoka nagle stała się łagodna, lecz dlatego, że jej skutków nie dało się już ignorować.

↑ początek

„Poranna zorza” i jej cień

Józef Szafranek pisze przy biurku, a za oknem widać przemysłowy krajobraz Bytomia o świcie.
W 1856 roku Józef Szafranek nazwał ówczesne życie przemysłowe powiatu dopiero „jutrzenką” — Morgendämmerung.

W numerze 36 „Beuthner Kreisblatt” z 5 września 1856 roku ukazał się apel zatytułowany Literarische Bitte — „Prośba literacka”. Jego autorem był bytomski proboszcz Józef Szafranek, podpisany zgodnie z ówczesną pisownią jako Schaffraneck, Pfarrer.27

Szafranek informował, że pracuje nad kroniką lub bardziej szczegółową historią powiatu górnobytomskiego. Materiały z archiwów miasta i kościoła Mariackiego — St. Marien-Pfarrkirche — nie wystarczały do przedstawienia dziejów licznych miejscowości, dlatego prosił o nadsyłanie dokumentów, aktów, notatek, wiadomości, podań, tradycji i wszystkiego, co mogło posłużyć za źródło.

Zwracał się do właścicieli i zarządów dóbr, urzędów gospodarczych, gwarectw, władz miejskich i wiejskich, policji, pisarzy gminnych, duchownych, nauczycieli oraz najstarszych mieszkańców. Podkreślał, że nawet rzetelny opis najmniejszego wydarzenia może pomóc historykowi wyjaśnić dawne niejasności.

Najbardziej przejmujące zdanie dotyczyło jednak teraźniejszości:

„Sein industrielles Leben der Gegenwart ist eigentlich erst die Morgendämmerung.”

Dzisiejsze życie przemysłowe powiatu było — według Szafranka — dopiero jutrzenką. Pełnię rozwoju, „wysokość południa” i rozkwit miały zobaczyć przyszłe pokolenia.

Metafora była trafna. Zorza oświetlała szyby, kominy, koleje, walcownie i huty. Zapowiadała bogactwo, nowe miasta i techniczny postęp. Każde ostre światło tworzy jednak cień.

W cieniu pozostawali ludzie bez dokumentów, stałego mieszkania i gminy gotowej zapłacić za ich leczenie. Dzieci spały w tlącym popiele hut cynku. Chorych wywlekano poza granice miejscowości. Zaległy podatek mógł zostać potrącony z wynagrodzenia robotnika, a człowieka objętego dozorem policyjnym karano za nocną zmianę.

Gdy brakowało domów, powstawały ziemianki. Gdy rosła przestępczość, organizowano patrole. Gdy pojawiała się epidemia, zamykano dom, targ albo granicę.

Tieschowitz nie pokonał chaosu. Nie mógł zatrzymać migracji, zlikwidować nędzy ani przewidzieć każdej epidemii. Wraz z aparatem państwa tworzył jednak narzędzia, dzięki którym problem można było nazwać, policzyć, wpisać do tabeli, objąć przepisem, a niekiedy także złagodzić.

Na tym polega wyjątkowa wartość „Beuthner Kreisblatt”. Gazeta nie pokazuje rewolucji przemysłowej z perspektywy pomnika ani późniejszej legendy. Pokazuje ją tydzień po tygodniu, gdy nikt nie znał jeszcze zakończenia. W jednym numerze powstaje maszyna, w drugim landrat szuka izby dla bezdomnego chorego, w następnym zamyka targ bydła, żąda rejestru robotników albo publikuje raport o dziecku śpiącym w popiele huty.

Dzisiejsze czytanie gazety jest w pewnym sensie odpowiedzią na apel Szafranka. Z rozproszonych ogłoszeń, tabel i zarządzeń ponownie składamy historię powiatu — nie tylko jego wielkich zakładów, lecz także ludzi, którzy żyli w ich cieniu.

↑ początek

Epilog: „Glück auf!” — zmiana warty

Dwóch urzędników siedzi naprzeciw siebie przy biurku i przekazuje sobie dokument w kancelarii w XIX wieku.
Zmiana warty w bytomskiej landraturze była symboliczna: nowy człowiek przejmował urząd, lecz nie kończył administracyjnej walki z chaosem.

Jeszcze w lutym 1860 roku Adolph von Tieschowitz podpisywał dokumenty jako landrat. Kilka tygodni później dobiegło końca jego dwudziestoletnie urzędowanie.

W numerze 12 „Beuthner Kreisblatt” z 23 marca opublikował pożegnanie z mieszkańcami powiatu. Odchodził na stanowisko dyrektora Landschafty dla księstw górnośląskich — stanowej instytucji kredytowej właścicieli ziemskich — a odezwę zakończył górniczym pozdrowieniem:28

Glück auf!

Latem w bytomskim ratuszu wystawiono królewskie dary honorowe przeznaczone dla byłego landrata. Tymczasowy zarząd powiatu objął Hugo Solger, który od 1858 roku pracował w bytomskiej landraturze jako asesor rządowy. W październiku 1860 roku został definitywnie mianowany landratem. Swoją odezwę również zakończył słowami „Glück auf!”.28

Tieschowitz żegna powiatPo dwudziestu latach kończy odezwę słowami „Glück auf!”.
Dary honorowe w ratuszuMieszkańcy mogą oglądać królewskie upominki dla byłego landrata.
Solger obejmuje urządNowy landrat przejmuje urząd i to samo górnicze pozdrowienie.

Zmienił się człowiek, lecz zadanie pozostało podobne. Rocznik 1860 pokazuje jednak, że urząd coraz wyraźniej przechodził od reagowania na pojedyncze kryzysy do budowania trwalszych rozwiązań.

Pisarzy gminnych i miejscowych urzędników wzywano do Bytomia na instruktaże dotyczące formy dokumentów oraz obiegu pism. Landratura zalecała także zakup wydanego po polsku „Poradnika dla Sołtysów i Włościan górno-szlązkich” nauczyciela Reszki z Kokotka. Publikacja miała ułatwiać polskojęzycznym członkom miejscowych władz stosowanie pruskich przepisów.29

Rozwój Lipin doprowadził do utworzenia odrębnego okręgu policyjnego. Zaostrzano również kontrolę przybyszów z Królestwa Polskiego: wprowadzano płatne, trzyletnie Aufenthaltskarten, prowadzono kontrole paszportowe i zapowiadano deportacje osób bez wymaganych dokumentów. Ewidencja robotników z 1856 roku stawała się częścią trwałego systemu nadzoru.30

Równocześnie trwały wielkie inwentaryzacje. Urząd chciał wiedzieć, ile dawnych gospodarstw chłopskich rozpadło się od 1816 roku na małe gospodarstwa i parcele — Kleinstellen. Sporządzano wykazy fabryk, kopalń, spółek akcyjnych i maszyn. Jedna tabela opisywała rozdrobnienie dawnego świata gospodarstw chłopskich, druga — rozrost nowego świata przemysłu.31

Nie znikały problemy społeczne. W listopadzie Solger zwołał mieszkańców Bytomia, aby utworzyć społeczne stowarzyszenie wspierające ubogich. Inicjatywa miała uzupełnić niewystarczające środki komunalne prywatną filantropią i samoorganizacją mieszkańców.32

W marcu Tieschowitz żegnał powiat słowami „Glück auf!”. Jesienią Solger użył tego samego pozdrowienia, obejmując urząd. Była to symboliczna zmiana warty. Administracja nie próbowała już wyłącznie gasić pojedynczych pożarów. Tworzyła sieć rejestrów, instrukcji, kontroli i wyspecjalizowanych instytucji.

Chaos nie został pokonany.

Został jednak nazwany, podzielony na rubryki i powierzony urzędnikom, którzy mieli go mierzyć, opisywać i nadzorować.

Glück auf!

↑ początek
Źródła i bibliografia

Źródło podstawowe

  1. „Beuthner Kreisblatt”, roczniki 1853–1860, wybrane numery i dodatki, skany cyfrowe w zbiorach Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, sygn. 352680 III. W badanym okresie tytuł brzmiał „Beuthner Kreisblatt”; formę „Beuthener Kreisblatt” wprowadzono dopiero w 1872 roku.

Najważniejsze numery wykorzystane w artykule

  1. „Beuthner Kreisblatt” nr 18 z 4 maja 1855 r., poz. 102 — pozostawianie ciężko chorych bez pomocy i wywlekanie ich poza granice miejscowości.
  2. „Beuthner Kreisblatt” nr 32 z 4 sierpnia 1855 r., poz. 181 — potrącenia zaległych podatków z wynagrodzeń.
  3. „Beuthner Kreisblatt” nr 33–34 z sierpnia 1855 r., w tym nr 34, poz. 203 — rejestrowanie przypadków cholery i izby dla bezdomnych chorych.
  4. „Beuthner Kreisblatt” nr 4 z 25 stycznia 1856 r., poz. 15 — ewidencja przyjazdów i wyjazdów robotników oraz obowiązki sołtysów.
  5. „Beuthner Kreisblatt” nr 36 z 5 września 1856 r., dodatek — Józef Szafranek, Literarische Bitte, tekst datowany 28 sierpnia 1856 r.
  6. „Beuthner Kreisblatt” nr 45 z 7 listopada 1856 r., poz. 313 — dochody wiejskich akuszerek i skutki ciężkiej pracy polowej.
  7. „Beuthner Kreisblatt” nr 30 z 24 lipca 1857 r., poz. 195 — nocne zmiany robotników pozostających pod dozorem policyjnym.
  8. „Beuthner Kreisblatt” nr 31 z 31 lipca 1857 r., poz. 207 — ziemianki i inne prowizoryczne budowle mieszkalne.
  9. „Beuthner Kreisblatt” nr 3 z 15 stycznia 1858 r., poz. 22 — wykazy domów rodzinnych dla robotników.
  10. Dodatek do „Beuthner Kreisblatt” nr 9 z 26 lutego 1858 r. — raport lekarza powiatowego dr. Heera o bezdomnych dzieciach w kanałach hut cynku i na hałdach.
  11. „Beuthner Kreisblatt” nr 22 z 28 maja 1858 r. — apel o pomoc dla otwieranej placówki opiekuńczej.
  12. „Beuthner Kreisblatt” nr 12 z 23 marca 1860 r., obwieszczenie nr 93 — pożegnanie Adolpha von Tieschowitza.
  13. „Beuthner Kreisblatt” nr 41 z 12 października 1860 r., obwieszczenie nr 305 — odezwa Hugo Solgera po mianowaniu na urząd landrata.

Opracowania i źródła porównawcze

  1. Gramer Franz, Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, Beuthen O.S. 1863.
  2. Solger Hugo, Der Kreis Beuthen in Oberschlesien mit besonderer Berücksichtigung der durch Bergbau und Hüttenbetrieb in ihm hervorgerufenen eigenthümlichen Arbeiter- und Gemeinde-Verhältnisse. Mit Benutzung amtlicher Quellen geschildert, Breslau: Wilhelm Gottlieb Korn, 1860.
  3. Stodolka Franz, Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien, opracowanie powojenne.
  4. Wecker Luise, opracowanie dziejów Rozbarku (Roßberg), 1971.
Przypisy źródłowe

  1. F. Stodolka, Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien, opis warunków w Bytomiu w 1855 r., przytoczony za późniejszym opracowaniem Hugo Solgera.↩︎

  2. F. Gramer, Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, s. 213.↩︎

  3. Tamże, część II, s. 264.↩︎

  4. Tamże, s. 235.↩︎

  5. „Beuthner Kreisblatt”, rocznik 1858, ogłoszenie koncesyjne dotyczące maszyny odwadniającej o mocy 260 KM na szybie Grundmann kopalni Florentine w Łagiewnikach Górnych.↩︎

  6. F. Gramer, Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, s. 213 i 222 — Joseph Proske i Adolf Manderle; „Beuthner Kreisblatt” nr 12 z 23 marca 1860 r., poz. 93 — pożegnanie Tieschowitza po dwudziestu latach urzędowania.↩︎

  7. „Beuthner Kreisblatt” nr 47 z 23 listopada 1855 r., poz. 271 — spis ludności przeprowadzany od domu do domu; rocznik 1857 — zestawienia zakładów i zatrudnienia z rozróżnieniem pracowników stałych, niestałych, kobiet i dzieci.↩︎

  8. „Beuthner Kreisblatt” nr 3 z 15 stycznia 1858 r., poz. 22.↩︎

  9. „Beuthner Kreisblatt” nr 32 z 4 sierpnia 1855 r., poz. 181; zarządzenie o potrąceniach podatkowych z wynagrodzeń, pokwitowaniu należności i przekazaniu ich miejscowemu poborcy.↩︎

  10. „Beuthner Kreisblatt” nr 17 z 1853 r. — kontrola obcych robotników na budowach, dokumentów legitymacyjnych oraz zatrudniania przez majstrów i kierowników.↩︎

  11. „Beuthner Kreisblatt” nr 4 z 25 stycznia 1856 r., poz. 15.↩︎

  12. „Beuthner Kreisblatt” nr 18 z 4 maja 1855 r., poz. 102.↩︎

  13. „Beuthner Kreisblatt” nr 45 z 7 listopada 1856 r., poz. 313.↩︎

  14. „Beuthner Kreisblatt” nr 49–51 z 1855 r. — przetargi na lazarety brackie w Zabrzu i Mysłowicach; rocznik 1858 — kotłownia, wodociąg i kuchnia parowa lazaretu brackiego w Zabrzu.↩︎

  15. „Beuthner Kreisblatt” nr 32–34 z sierpnia 1855 r.; nr 34 z 22 sierpnia, poz. 203 — rejestrowanie przypadków cholery i urządzanie izb dla bezdomnych chorych; wcześniejsze obwieszczenia wskazywały Michałkowice jako jedno z ognisk.↩︎

  16. L. Wecker, opracowanie dziejów Rozbarku, informacja o wojskowym kordonie granicznym z lutego 1856 r.; por. także „Beuthner Kreisblatt” nr 38 i 42 z 1855 r. — ograniczenia związane z księgosuszem.↩︎

  17. „Beuthner Kreisblatt” nr 31 z 31 lipca 1857 r., poz. 207.↩︎

  18. „Beuthner Kreisblatt”, rocznik 1857 — zarządzenia dotyczące nocnych patroli gminnych i kontroli ich wykonywania przez żandarmerię.↩︎

  19. „Beuthner Kreisblatt” nr 30 z 24 lipca 1857 r., poz. 195.↩︎

  20. „Beuthner Kreisblatt” nr 35 z 1855 r. — przepisy bezpieczeństwa dla ruchomych lokomobili; roczniki 1853–1859 — zarządzenia dotyczące magazynowania i transportu materiałów wybuchowych.↩︎

  21. „Beuthner Kreisblatt”, grudzień 1857 r. — podział powiatu na okręgi kominiarskie i częstotliwość czyszczenia kominów; nr 21 z 1858 r. — coroczne kontrole piorunochronów na budynkach publicznych.↩︎

  22. „Beuthner Kreisblatt”, roczniki 1858–1859 — zarządzenia dotyczące zwalczania myszy polnych, ochrony ptaków śpiewających, znakowania i wiązania psów podczas zagrożenia wścieklizną oraz porządku w karczmach i na zabawach tanecznych.↩︎

  23. „Beuthner Kreisblatt” nr 43 z 1859 r., poz. 311 — zakaz wypłacania wynagrodzeń podczas niedzielnych i świątecznych nabożeństw.↩︎

  24. Dodatek do „Beuthner Kreisblatt” nr 9 z 26 lutego 1858 r., raport królewskiego lekarza powiatowego dr. Heera z 17 lutego 1858 r.; w źródle mowa o dzieciach nocujących w tlącym się popiele Zinkhüttenröschen i na Schlackenhalden.↩︎

  25. F. Stodolka, Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien, informacja o komitecie miejskiego sierocińca i zapisie Mannheimera; „Beuthner Kreisblatt”, rocznik 1857 — odezwy i sprawozdania ze zbiórki na dom sierot dla powiatu.↩︎

  26. „Beuthner Kreisblatt” nr 22 z 28 maja 1858 r., ogłoszenie poprzedzające poz. 144 — apel o dary dla otwieranej placówki; pełny kontekst rocznika wskazuje na sierociniec ks. Leopolda Markiefki w Bogucicach, trzynaścioro dzieci i cztery siostry zakonne.↩︎

  27. „Beuthner Kreisblatt” nr 36 z 5 września 1856 r., dodatek, s. 242–243; Literarische Bitte, tekst datowany: Beuthen O/S., 28 sierpnia 1856 r., podpis: „Schaffraneck, Pfarrer”.↩︎

  28. „Beuthner Kreisblatt” nr 12 z 23 marca 1860 r., poz. 93 — pożegnanie Tieschowitza; nr 30 z 27 lipca 1860 r. — wystawa królewskich darów honorowych; nr 41 z 12 października 1860 r., poz. 305 — odezwa Hugo Solgera po definitywnym mianowaniu na landrata. Solger od 1858 r. był asesorem rządowym w bytomskiej landraturze.↩︎

  29. „Beuthner Kreisblatt” nr 18 i 21 z 1860 r. — instruktaże dla pisarzy gminnych i urzędników; nr 41 z 1860 r. — zalecenie polskojęzycznego Poradnika dla Sołtysów i Włościan górno-szlązkich nauczyciela Reszki z Kokotka.↩︎

  30. „Beuthner Kreisblatt” nr 26 z 1860 r. — utworzenie okręgu policyjnego w Lipinach; nr 30 i 49 z 1860 r. — karty pobytu, kontrola paszportowa i wydalanie przybyszów bez dokumentów.↩︎

  31. „Beuthner Kreisblatt” nr 29 z 1860 r. — spis gospodarstw rozdrobnionych od 1816 r. na Kleinstellen; nr 33 z 1860 r. — inwentaryzacja spółek akcyjnych, fabryk i kopalń.↩︎

  32. „Beuthner Kreisblatt” nr 47 z 1860 r. — wezwanie do utworzenia społecznego stowarzyszenia wspierającego ubogich w Bytomiu.↩︎

0
0

Read more

Ratusz w Szombierkach przed 1945 rokiem – Ratusz w cieniu kopalni

Ratusz w cieniu kopalni

Cykl: Gmina, urząd, władza

Ratusz w cieniu kopalni

Jak zarządzano Szombierkami przed 1945 rokiem — samodzielna gmina między mieszkańcami, koncernem Schaffgotschów, narodowym socjalizmem i wojną

Schomberg / Szombierki administracja gminna kopalnia i samorząd 1919–1945

W szombierskim ratuszu nie wydobywano węgla, lecz niemal każda ważniejsza decyzja urzędu zaczynała się pod ziemią. Kopalniane wyrobiska przesądzały, gdzie można budować. Koncern Schaffgotschów posiadał zakłady, mieszkania i tereny, bez których trudno było rozwiązać nawet zwyczajny problem komunalny.

Przed 1945 rokiem Szombierki nie były jeszcze dzielnicą Bytomia. Stanowiły dużą gminę przemysłową z własnym ratuszem, władzami i rozbudowanym personelem. Urząd prowadził kasę, podatki, urząd stanu cywilnego, pomoc społeczną, zakłady komunalne i techniczną obsługę miejscowości.

Nie jest to więc tylko opowieść o kolejnych niemieckich urzędnikach. To historia miejsca, jego instytucji i problemów, które nie zniknęły wraz ze zmianą państwowości w 1945 roku.

Historyczny widok ratusza i przemysłowych Szombierek
Ratusz był centrum administracji samodzielnej gminy funkcjonującej w bezpośrednim sąsiedztwie kopalń i zakładów Schaffgotschów.

Zanim Szombierki stały się dzielnicą

Dzisiejsze spojrzenie na Szombierki łatwo podporządkować historii Bytomia. Przez większą część pierwszej połowy XX wieku miejscowość funkcjonowała jednak jako osobna gmina, posiadająca własne władze, budżet i administrację.

Szerszą opowieść o dawnej wsi, jej mieszkańcach i przemianie w ośrodek przemysłowy przedstawia artykuł „Szombierki, jakich już nie ma. Dawna wieś, kopalnia i koniec starego świata” .

Do 1945 roku gmina znajdowała się w granicach Niemiec. Językiem urzędowym był niemiecki, a stanowiska nosiły nazwy takie jak Gemeindevorsteher, Gemeindeschulze czy Bürgermeister. Urząd zarządzał jednak konkretną górnośląską społecznością o złożonej tożsamości językowej, regionalnej i narodowej.

W księgach rejestrowano narodziny, małżeństwa i zgony mieszkańców. Z kasy gminnej finansowano szkoły, ulice, oświetlenie i pomoc społeczną. W ratuszu rozpatrywano podatki, pozwolenia i skargi, niezależnie od tego, jakim językiem mieszkańcy posługiwali się w swoich domach.

Szombierki były przy tym miejscowością przemysłową w stopniu trudnym dzisiaj do odtworzenia. Kopalnia nie była jednym z wielu zakładów. Wpływała na rozwój przestrzenny, zabudowę, zatrudnienie i codzienne życie większości rodzin.

Rozwiń skróconą chronologię władz gminy
do 1918

Anton Schigulski — naczelnik gminy.

1918 – 29 stycznia 1919

Zarząd przejściowy; nazwisk dotąd nie ustalono.

1919–1929/1930

Gerhard Enger — naczelnik urzędu i gminy.

1930 – około 1933/1934

Dr Hans Kuhna — burmistrz.

1934

Morczinek — potwierdzony jako zwierzchnik gminy.

marzec 1937

Walter Hauptmann — potwierdzony jako burmistrz.

15 października 1937 – 14 listopada 1939

Paul Gloger — naczelnik urzędu i burmistrz.

21 listopada 1939 – połowa września 1941

Joseph Lison — burmistrz lub zwierzchnik gminy.

jesień 1941 – 19 lutego 1942

Osoba kierująca gminą pozostaje nieustalona.

20 lutego 1942 – 15 stycznia 1945

Reinhold Mandrella — burmistrz; Josef Bursig jako zastępca.

Samorząd pod ziemią

Gerhard Enger objął kierowanie urzędem i gminą 29 stycznia 1919 roku. Szombierki wychodziły wówczas z wojny, rewolucji i rozpadu dawnego porządku cesarskiego. Wkrótce miały nadejść powstania śląskie, plebiscyt, kryzys gospodarczy i inflacja.

Jedno z powojennych źródeł wskazuje, że Enger kierował wcześniej urzędem stanu cywilnego w Mikulczycach. Nie podano jednak, kiedy i jak długo pełnił tę funkcję.

Ważniejsze od szczegółów jego życiorysu jest to, czym zajmowała się gmina. Remontowano sale szkolne, instalowano centralne ogrzewanie w szkole dla chłopców, porządkowano szkolny dziedziniec, modernizowano oświetlenie w stronę Bytomia i prowadzono prace związane z oczyszczaniem ścieków.

Nie były to przedsięwzięcia nadające się na monumentalny pomnik. Właśnie z takich decyzji składało się jednak zarządzanie miejscowością gwałtownie rosnącą wokół kopalni.

Historię zakładu, który ukształtował przestrzeń, zatrudnienie i społeczną strukturę miejscowości, opisuje osobny artykuł: „Hohenzollerngrube / KWK Szombierki — Żelazny gigant, który wchłonął Szombierki” .

W 1929 roku Enger został jednogłośnie ponownie wybrany na zwierzchnika gminy. Wybór wymagał jeszcze zatwierdzenia przez władzę nadzorczą, co przypomina, że lokalny samorząd nie był całkowicie niezależny od powiatu i państwa.

Na fotografii Ochotniczej Straży Pożarnej Enger występuje obok sekretarza gminnego Dulla, elektryka gminnego Glenza oraz innych przedstawicieli miejscowej społeczności. Starsze zdjęcie tej samej organizacji przedstawia Antona Schigulskiego, zmarłego w 1918 roku naczelnika gminy.

W 1930 roku urząd objął dr Hans Kuhna, prawnik związany wcześniej z zarządem kopalń Schaffgotschów. Jego doświadczenie dobrze pasowało do miejscowych realiów. Większe inwestycje wymagały bowiem nie tylko pieniędzy, lecz także uzgodnień z właścicielem terenów, zabudowy i podziemnych wyrobisk.

Zależność od koncernu jeszcze wyraźniej ujawniła się w czasie urzędowania Paula Glogera. Szkody górnicze ograniczały możliwości budowlane, a gmina mogła planować rozwój tylko w granicach wyznaczanych przez działalność kopalni.

Dobrym przykładem była sprawa 25 rodzin mieszkających w zrujnowanych barakach. Urząd nie posiadał środków ani lokali pozwalających samodzielnie rozwiązać problem. Według relacji Gloger prowadził negocjacje z dyrekcją Schaffgotschów, w wyniku których rodziny miały otrzymać mieszkania w sąsiedniej miejscowości.

Samorząd mógł reprezentować mieszkańców i prowadzić negocjacje, lecz nie posiadał pełnej kontroli nad zabudową, mieszkaniami i przestrzenią gminy.

Właśnie na tym polegało życie ratusza w cieniu kopalni.

Gdy partia weszła do urzędu

Lata trzydzieste przyniosły zmianę głębszą niż zwykła wymiana jednego zwierzchnika na drugiego. Po przejęciu władzy przez narodowych socjalistów lokalny samorząd był stopniowo podporządkowywany państwu i NSDAP.

Z zachowanych powojennych relacji wynika, że Hans Kuhna nie należał do partii, a jego konflikt z powiązanym z NSDAP kasjerem kościelnym posłużył jako pretekst do usunięcia go ze stanowiska. Dokumentu odwołania dotąd nie odnaleziono, wiadomo jednak, że przed 1934 rokiem nie kierował już Szombierkami.

W 1934 roku na czele gminy znajdował się Morczinek, określony w prasie jako Gemeindeschulze i członek NSDAP. Nadal zajmował się zwykłymi sprawami administracyjnymi: podatkami, obciążeniami powiatowymi, składem przedstawicielstwa gminnego czy zasadami działalności lokali.

Jednocześnie prowadził działalność w Bund Deutscher Osten, organizacji narodowo-politycznej i propagandowej. Funkcja urzędowa oraz aktywność ideologiczna zaczynały tworzyć jeden mechanizm.

W marcu 1937 roku urząd burmistrza Szombierek sprawował Walter Hauptmann. Jego późniejsza kariera wiodła przez aparat NSDAP, działalność propagandową i stanowisko kierownika partyjnego w Bytomiu. Szombierski urząd okazał się jednym z etapów politycznego awansu.

Ogłoszenie rodzinne Waltera Hauptmanna wymieniające go jako burmistrza Szombierek w 1937 roku
Ogłoszenie o narodzinach Dietlind Ingwalde Hauptmann, opublikowane w „Der Oberschlesische Wanderer”, rocznik 109, nr 79 z 1937 roku. Walter Hauptmann został w nim wymieniony jako burmistrz Szombierek.

Ratusz nie przestał przez to zajmować się szkołami, podatkami, pomocą społeczną i infrastrukturą. Zmieniło się jednak otoczenie, w którym podejmowano decyzje. Administracja została włączona w system dyktatury, a urzędnik mógł być jednocześnie kierownikiem lokalnej instytucji i działaczem aparatu politycznego.

Paul Gloger, kierujący Szombierkami od października 1937 roku, również należał do NSDAP. Zachowane relacje pokazują go przede wszystkim przy sprawach finansowych, inwestycyjnych i mieszkaniowych, ale jego urząd funkcjonował już w ramach państwa narodowosocjalistycznego.

Wojna wchodzi do ratusza

We wrześniu 1939 roku obok zwykłych spraw komunalnych pojawiły się skutki wojny: zagrożenie ostrzałem, ruchy wojska, niepokój mieszkańców i konieczność utrzymania porządku.

Gloger wspominał nocny wyjazd z komendantem policji w rejon zagrożenia oraz uspokajanie mieszkańców przygotowujących się do opuszczenia miejscowości. Po kilku tygodniach został przeniesiony do Mikulczyc.

Od 21 listopada 1939 roku Szombierkami kierował Joseph Lison, określony w powojennym źródle jako wojenny kierownik organizacyjny Związku Studentów. Pozostał na stanowisku do połowy września 1941 roku.

Po jego odejściu pojawia się kilkumiesięczna luka. Nie wiadomo, kto formalnie prowadził gminę do lutego 1942 roku. Większą rolę mógł odgrywać Josef Pius Bursig, ale w dotychczas odnalezionych dokumentach nie został nazwany pełniącym obowiązki burmistrza.

Bursig prowadził piekarnię w Szombierkach. W 1926 roku został radnym, trzy lata później ławnikiem gminnym, a w 1942 roku występował już jako zastępca burmistrza. Nie był prawnikiem koncernu ani funkcjonariuszem skierowanym z zewnątrz. Przez kilkanaście lat przechodził kolejne szczeble miejscowego samorządu.

20 lutego 1942 roku wręczył akt nominacyjny Reinholdowi Mandrelli. Nowy burmistrz kierował gminą do 15 stycznia 1945 roku.

O jego konkretnych decyzjach wiadomo niewiele. Urząd nadal jednak prowadził rejestry, ściągał podatki, obsługiwał mieszkańców, zarządzał pomocą społeczną i infrastrukturą. Wojna nie zniosła codziennej administracji. Zwiększyła natomiast liczbę regulacji i poleceń przekazywanych z góry.

Dobrym przykładem ciągłości jest Günter Sandler. W styczniu 1940 roku rozpoczął w szombierskim urzędzie szkolenie na przyszłego urzędnika administracyjnego. Zakończył je w lipcu 1942 roku, gdy gminą kierował już Mandrella.

W ciągu tego okresu zmieniali się zwierzchnicy, a wojna obejmowała kolejne kraje. Kandydat na urzędnika nadal uczył się prowadzenia dokumentacji i wykonywania procedur.

W dotychczas zgromadzonych materiałach nie odnaleziono dokumentu pokazującego uporządkowane przekazanie urzędu w styczniu 1945 roku. Znana relacja opisuje raczej rozpad administracji w warunkach zbliżającego się frontu.

Ciąg dalszy historii Szombierki 1945: Tragedia mieszkańców i koniec pewnej epoki Wejście Armii Czerwonej, ofiary cywilne, spalenie pałacu, deportacje górników, los kobiet i administracyjny epizod „Chruszczowa”.

Ludzie za okienkami

Historia administracji łatwo zamienia się w spis burmistrzów. Tymczasem urząd nie działał dzięki jednej osobie siedzącej w reprezentacyjnym gabinecie.

Najlepszym dowodem jest fotografia personelu administracji gminnej Szombierek, wykonana prawdopodobnie w latach 1937–1939. Przed obiektywem ustawiono blisko trzydzieści osób reprezentujących cały mechanizm codziennego działania gminy.

Personel administracji gminnej Szombierek z burmistrzem Paulem Glogerem
Personel administracji gminnej Szombierek z Paulem Glogerem, prawdopodobnie w latach 1937–1939. Zdjęcie opublikowano w październiku 1977 roku.
Finanse Kasa gminna, podatki, egzekucja administracyjna i kontrola rachunkowa.
Sprawy mieszkańców Urząd stanu cywilnego, urząd główny, registratura i centrala telefoniczna.
Pomoc społeczna Urząd socjalny, opiekunki społeczne oraz wsparcie rodzin robotniczych.
Gospodarka komunalna Zakłady komunalne, urząd gospodarczy i obsługa lokalnych usług.
Infrastruktura Elektryczność, sieć rurowa, budynki szkolne i urządzenia techniczne.
Kierownictwo Zwierzchnik podejmował decyzje, ale zawodowi pracownicy utrzymywali procedury.

Josef Müller zajmował wysokie stanowisko inspektora administracji gminnej. Powojenny nekrolog przedstawiał go jako urzędnika dobrze znanego mieszkańcom i zasłużonego dla gminy, choć nie wymieniał konkretnych osiągnięć.

Helene Nowak z domu Heiduk pracowała w administracji i posiadała rozległą wiedzę o szombierskiej pracy socjalnej. Jest bardzo prawdopodobne, że była Heleną Heiduck widoczną na fotografii personelu.

Josef Glenz pracował jako mistrz elektryk. Najprawdopodobniej jest tą samą osobą, którą na wcześniejszej fotografii straży podpisano jako elektryka gminnego. Byłby więc przykładem ciągłości personelu technicznego pomimo zmian kierownictwa.

Część pracowników administracji angażowała się także w miejscowe organizacje. Na fotografiach straży obok zwierzchników gminy pojawiają się sekretarz Dull i elektryk Glenz. Administracja wspierała również lokalne stowarzyszenia, między innymi Turn- und Spielverein Schomberg 06.

Rozwiń wykaz personelu ze zdjęcia

Funkcje podano zgodnie z podpisem opublikowanym w październiku 1977 roku. Datowanie zdjęcia na lata 1937–1939 wynika z obecności Paula Glogera.

  • Günter SchyskaKasa gminna.
  • Rudolf GriskoUrząd gospodarczy.
  • Walter SwobodaFunkcja niepodana.
  • Johannes „Hans” BulkaUrząd stanu cywilnego.
  • Paul GlogerBurmistrz.
  • Konrad KochanowskiUrząd główny.
  • Rudolf MeierUrząd socjalny.
  • Josef GlenzMistrz elektryk.
  • Fräulein BoenischUrząd gospodarczy.
  • Fräulein StrauchFunkcja niepodana.
  • Helene ImmischSekretariat burmistrza.
  • Osoba niezidentyfikowanaDrugi rząd.
  • Liesel ImmischUrząd socjalny.
  • Martha SchneiderRegistratura i centrala telefoniczna.
  • Klara KnappeOpiekunka społeczna.
  • Helene HeiduckPrawdopodobnie późniejsza Helene Nowak.
  • Josef RollikMistrz sieci rurowej.
  • Agnes TeichmannZakłady komunalne.
  • August GratzaPodatki.
  • Georg DrabantUrząd socjalny.
  • Reinhold BregullaFunkcja niepodana.
  • Karl MüllerUrząd gospodarczy.
  • Anton WoschGospodarz budynków szkolnych.
  • August MrutzekUrzędnik egzekucyjny.
  • Osoba niezidentyfikowanaTrzeci rząd.
  • Eberhard DornKontrola rachunkowa.
  • TobisKasa gminna; imię nieustalone.

Co pozostało po 1945 roku

W styczniu 1945 roku zakończyła się historia niemieckiej administracji Szombierek. Nie zakończyła się jednak historia miejscowości ani jej codziennych potrzeb.

Polska administracja obejmowała miejscowość posiadającą ratusz, szkoły, drogi, sieci komunalne i zabudowę ukształtowaną przez wcześniejsze dziesięciolecia. Musiała też zmierzyć się z tymi samymi materialnymi problemami: szkodami górniczymi, potrzebami mieszkaniowymi i obsługą dużej społeczności przemysłowej.

Nie oznaczało to prostej ciągłości kadrowej ani prawnej. Zmieniły się państwo, język urzędowy i system polityczny. Ciągłość dotyczyła przede wszystkim miejsca: nadal trzeba było prowadzić urząd stanu cywilnego, utrzymywać szkoły, naprawiać ulice, zapewniać światło i wodę oraz pomagać rodzinom.

Dlatego dzieje ratusza sprzed 1945 roku nie są tylko historią urzędników, których już tu nie ma. Wyjaśniają, jak funkcjonowały Szombierki, zanim stały się częścią powojennego Bytomia.

Zmieniały się systemy, nazwiska i urzędowe pieczęcie. Kasa nadal musiała się zgadzać. Dzieci trzeba było rejestrować, rodziny wspierać, szkoły utrzymywać, a uszkodzone przez górnictwo budynki naprawiać. Właśnie w tej codzienności kryje się prawdziwa historia szombierskiego ratusza.

Bibliografia i materiały źródłowe

Prasa i źródła z epoki

  • „Katolik”, 1929, rocznik 62, nr 113.
  • „Katolik Codzienny”, 1926, rocznik 29, nr 10; 1929, rocznik 32, nr 218.
  • „Der Oberschlesische Wanderer”, 1934, rocznik 107, nr 253.
  • „Der Oberschlesische Wanderer”, 1935, rocznik 108, nr 250.
  • „Der Oberschlesische Wanderer”, 1937, rocznik 109, nr 79.
  • „Amtsblatt der Regierung zu Oppeln für 1932”, tom 117, nr 30 i 49.
  • „Kattowitzer Zeitung”, 1940, rocznik 72, nr 62 i 212.
  • „Gau-Anordnungsblatt” der Gauleitung Oberschlesien, 12 grudnia 1941 r.

Wydawnictwa ziomkowskie i wspomnienia

  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, maj 1967, nr 5, Adolf Derschat, „Bürgermeister Carl Czichy aus Klausberg”.
  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, luty 1978, nr 2, „Der Schomberger Bürgermeister Gerhard Enger”.
  • Siegfried Kowollik, „Der Schomberger Bürgermeister Dr. Hans Kuhna”, „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, czerwiec 1979, nr 6.
  • Leonhardt Maniura, „Schomberg und der Zweite Weltkrieg”, „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, czerwiec 1989, nr 6.
  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, czerwiec 1991, nr 6 — fotografie Ochotniczej Straży Pożarnej w Szombierkach.
  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, październik 1977, nr 10 — fotografia personelu administracji gminnej.
  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, wrzesień 1979, nr 9 — nekrolog Heleny Nowak z domu Heiduk.
  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, luty 1981, nr 2 — nekrolog Josefa Müllera.
  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, czerwiec 1978, nr 6 — „Zum Gedenken an Günter Sandler, Schomberg”.

Opracowania i materiały pomocnicze

  • „Pod rządami gauleiterów: elity i instancje władzy w rejencji katowickiej w latach 1939–1945”.
  • „Górny Śląsk podczas II wojny światowej: między utopią niemieckiej wspólnoty narodowej a rzeczywistością okupacji na terenach wcielonych do Trzeciej Rzeszy”.
  • Drzewo genealogiczne i wiedza rodzinna Bursig / Flaczek.
0
0

Read more

Portret inżyniera Carla-Heinza Stephana w sepii z nałożonymi szkicami technicznymi oraz infrastrukturą śląskiej kopalni węgla kamiennego w tle.

Carl-Heinz Stephan – śląski inżynier nowoczesnego górnictwa

Carl-Heinz Stephan (1904–1989) – śląski inżynier nowoczesnego górnictwa
Biografia przemysłowa

Carl-Heinz Stephan

Śląski inżynier, który połączył kopalnię, technikę i odpowiedzialność społeczną
Portret dr. inż. Carla-Heinza Stephana
Dr inż. Carl-Heinz Stephan (1904–1989) – pochodzący z Szombierek inżynier górnictwa, dyrektor kopalń i późniejszy prezes Rheinstahl Bergbau AG.

Carl-Heinz Stephan urodził się 27 listopada 1904 roku w Bytomiu-Szombierkach, w cieniu szybów i kominów jednego z najważniejszych okręgów przemysłowych Górnego Śląska. Dorastał w świecie, w którym kopalnia nie była jedynie miejscem pracy. Wyznaczała rytm całych dzielnic, organizowała życie rodzin, tworzyła osiedla i wpływała na codzienność tysięcy ludzi. To właśnie z tego krajobrazu wyniósł przekonanie, że technika górnicza nie może być rozpatrywana w oderwaniu od człowieka.

Jego biografia łączy dwie tradycje śląskiej nowoczesności. Pierwszą reprezentował ojciec, dr jur. Bernhard Stephan – prawnik, parlamentarzysta i pionier polityki socjalnej w dobrach Schaffgotschów. Drugą stworzył sam Carl-Heinz: konstruktor, dyrektor i menedżer przemysłowy, który dążył do koncentracji wydobycia, pełnej mechanizacji transportu oraz budowy kopalń działających jako jeden spójny organizm techniczny.

Jego droga prowadziła od szkoły w Szombierkach przez Bytom, Wrocław i Clausthal do kopalń w Bobrku i dolinie Kłodnicy, a po wojnie – do Bottrop i zarządów wielkich przedsiębiorstw Zagłębia Ruhry. Stephan należał do pokolenia, które utraciło rodzinny Śląsk, ale nie przestało uważać go za najważniejszy punkt własnej tożsamości.

Kopalnia Hohenzollern Grube w Bytomiu-Szombierkach
Kopalnia Hohenzollern Grube w Szombierkach – przemysłowy krajobraz miejscowości, w której w 1904 roku urodził się Carl-Heinz Stephan.

Ojciec, który uczył odpowiedzialności

Bernhard Stephan był prawnikiem, posłem Reichstagu i jednym z liderów górnośląskich katolików. Od 1900 roku pełnił funkcję generała-pełnomocnika dóbr hrabiny Johanny Schaffgotsch. Rozwój przemysłu rozumiał szerzej niż tylko jako wzrost wydobycia i zysków. Wprowadzał rozwiązania, które miały poprawić warunki życia robotników i ich rodzin: budowę osiedli, zapomogi mieszkaniowe, dodatki na dzieci oraz systemy premiowe.

Do historii przeszła także jego walka z alkoholizmem, której elementem był darmowy wyszynk mleka. Bernhard Stephan próbował w ten sposób stworzyć wokół kopalni bardziej odpowiedzialny system opieki socjalnej. Zmarł 8 sierpnia 1914 roku. Carl-Heinz miał wówczas niespełna dziesięć lat, ale dziedzictwo ojca pozostało żywe w rodzinnej pamięci.

W późniejszej działalności syna – szczególnie w jego zaangażowaniu w budownictwo mieszkaniowe dla przesiedleńców i ludzi związanych z górnictwem – można dostrzec tę samą myśl: przedsiębiorstwo odpowiada nie tylko za produkcję, lecz również za otoczenie społeczne, które dzięki niemu istnieje.

Od szkoły w Szombierkach do dyplomu inżyniera

Carl-Heinz rozpoczął edukację w szkole podstawowej w Szombierkach. Do gimnazjum uczęszczał w Bytomiu i Wrocławiu. Następnie studiował w Akademii Górniczej w Clausthal oraz na Politechnice we Wrocławiu. W 1928 roku zdał główny egzamin dyplomowy, potwierdzając przygotowanie do pracy w wymagającym świecie górnictwa głębinowego.

Kolejnym etapem była praktyka państwowa. Jako referendarz górniczy zdobywał doświadczenie w urzędach górniczych we Wrocławiu i Dortmundzie. W 1932 roku zdał egzamin państwowy i uzyskał tytuł asesora górniczego. Łączył zatem wiedzę politechniczną z doświadczeniem administracyjnym i znajomością przepisów regulujących działalność kopalń.

Już jako młody inżynier dał się poznać jako wynalazca. W 1929 roku zgłosił patent na podatną obudowę górniczą, opublikowany później pod numerem DE530813C. Rozwiązanie miało lepiej reagować na naciski górotworu i pokazywało sposób myślenia, który towarzyszył Stephanowi przez całą karierę: urządzenie nie powinno działać wbrew warunkom kopalni, lecz być do nich precyzyjnie dostosowane.

W 1940 roku obronił w Berlinie rozprawę doktorską zatytułowaną Der Kammerbau mit breitem Blick, ein Beitrag zur Frage der Konzentration beim Abbau der mächtigen Flöze Oberschlesiens. Promotorem pracy był profesor Niemczyk. Tematem doktoratu była koncentracja wydobycia przy eksploatacji potężnych górnośląskich pokładów – problem, z którym Stephan mierzył się już wcześniej w praktyce kopalnianej.

Bobrek – kopalnia jako laboratorium przyszłości

W 1932 roku Stephan rozpoczął pracę w zakładach hrabiny Johanny Schaffgotsch. Związał się z kopalnią „Gräfin-Johanna” w Bobrku, początkowo jako dyrektor pomocniczy, a od 1935 roku jako pełnoprawny dyrektor kopalni. Zamieszkał z rodziną na terenie zakładu, pod adresem Bobrek-Karf OS., Johannaschacht.

Jego żoną była Gertrud z domu Bohnekamp. Małżeństwo miało dwóch synów: Hansa-Georga oraz Michaela, urodzonego 13 marca 1937 roku w prywatnej klinice dr. Schuberta w Bytomiu. Życie rodzinne Stephanów toczyło się więc w bezpośrednim sąsiedztwie szybów, maszyn i kolejowych torów kopalnianych.

Stephan traktował kopalnię jak układ naczyń połączonych. Urabianie, obudowa, transport, energia i wyciąg szybowy nie mogły być modernizowane osobno. Każde usprawnienie miało sens dopiero wtedy, gdy zwiększało sprawność całego systemu. W takim podejściu należy widzieć zarówno jego patent, jak i zainteresowanie przenośnikami taśmowymi oraz koncentracją wydobycia.

Techniczna zmiana: od rynien do ciągłego transportu

W referacie z 14 lutego 1935 roku Stephan porównał przenośniki taśmowe z rynnami wstrząsowymi. Wyniki przemawiały na korzyść taśmociągów: umożliwiały nawet podwojenie wydobycia i zużywały znacznie mniej energii. Próbna instalacja na pokładzie „Marieflöz 1. Sohle Ostfeld” miała 70 metrów długości i taśmę szerokości 650 milimetrów. W ciągu 18 miesięcy przetransportowała 275 000 ton urobku bez poważnych awarii.

250–300 tonna szychtę wynosiła praktyczna granica wydajności rynien wstrząsowych.
275 000 tonprzetransportowała próbna instalacja taśmowa w ciągu 18 miesięcy.
26 kWpotrzebował taśmociąg o długości 300 metrów.
70 kWzużywał porównywalny układ rynien wstrząsowych.

Wyższy koszt początkowy taśmociągu rekompensowały wydajność, niezawodność i mniejsze zużycie energii. Dla Stephana transport nie był dodatkiem do wydobycia. Stawał się jego kręgosłupem.

Szyb Berve i kompleks Johanna–Berve

W kwietniu 1938 roku uruchomiono zaprojektowany przez Stephana szyb Berve w Bobrku. Zastosowanie wyciągów skipowych oraz szerokiej mechanizacji uczyniło z niego symbol nowego etapu w rozwoju kopalni. Nie chodziło już o pojedynczą nowoczesną maszynę, lecz o podporządkowanie technologii jednemu celowi: ciągłemu i skoncentrowanemu przepływowi urobku.

W 1941 roku Stephan objął zarządzanie scalonym kompleksem kopalni Johanna. Główny nacisk położono na integrację szybów Johanna i Berve, ale w skład zarządzanej przez niego struktury wchodziła również kopalnia Lithandra (Lithandragrube) w Nowym Bytomiu (Friedenshütte). Jednostka Johanna–Berve osiągnęła wydobycie sięgające 15 000 ton węgla dziennie – wynik pokazujący gigantyczną skalę koncentracji produkcji.

W kompleksie wdrażano również rozwiązania określane mianem „Panzerjohanna”. Ich znaczenie wpisywało się w szerszy program mechanizacji zakładów Schaffgotschów. Stephan budował system, w którym urabianie, transport poziomy i wyciąg pionowy miały pracować w jednym rytmie, bez wąskich gardeł ograniczających wydajność całej kopalni.

Szyb Berve kopalni Gräfin Johanna w Bobrku
Szyb Berve kompleksu kopalni Gräfin Johanna w Bobrku, uruchomiony w 1938 roku pod kierownictwem Carla-Heinza Stephana.

Szyby Godula i Artur – modernizacje i nowe wyzwania

Kolejnym wielkim przedsięwzięciem była gruntowna modernizacja szybu Godula (Godullaschacht), należącego do kopalni Gotthard (późniejszej KWK Karol w Orzegowie). Po dwóch latach prac, 1 października 1941 roku, Stephan uruchomił w pełni zmodernizowany zakład szybowy, wyposażając go w wysoce wydajny system wyciągów skipowych. Jego projekt stanowił rozwinięcie doświadczeń zdobytych przy mechanizacji kopalni w Bobrku.

Stephan zarządzał również rozbudową i udostępnianiem głębokich pokładów w rejonie Bykowiny i Kochłowic, gdzie prowadzono prace przy zgłębianiu i modernizacji szybów wydobywczo-wentylacyjnych, takich jak szyb Wirek oraz szyb Hrabia Artur (Graf-Arthur-Schacht). Ze względu na skomplikowany podział własnościowy (na styku pól eksploatacyjnych Schaffgotschów, Ballestremów i Donnersmarcków), inwestycje te wymagały ogromnej precyzji. Wszystkie te przedsięwzięcia tworzyły jeden program: zwiększyć skalę wydobycia, skrócić drogę urobku i oprzeć pracę zakładu na rozwiązaniach mechanicznych zdolnych do nieprzerwanej pracy.

Dyrektor na Barbórce: „Aqua pieronnata” i Wellwurscht

Techniczny rygor nie oznaczał dystansu wobec załogi. Podczas obchodów Barbórki w Bobrku-Karbiu Stephan maszerował pieszo razem z górnikami z kościoła na teren kopalni. Nie obserwował święta z samochodu ani z dyrektorskiej trybuny – uczestniczył w nim jako członek kopalnianej wspólnoty.

Źródła zachowały także bardziej swojski obraz dyrektora, który lubił napić się z górnikami żartobliwie nazywanej „Aqua pieronnata” i zjeść śląską Wellwurscht, czyli bułczankę. Ta anegdota nie zastępuje historii jego dokonań, ale dobrze pokazuje, dlaczego miał cieszyć się szacunkiem załogi. Potrafił przemawiać językiem obliczeń, nie tracąc kontaktu z obyczajem kopalni.

Aresztowanie i trudny początek po wojnie

Koniec wojny przerwał śląski etap jego kariery. We wrześniu 1945 roku Stephan został aresztowany przez Rosjan w środkowych Niemczech. Zwolniono go po ośmiu tygodniach. Był to jeden z tych momentów, w których dotychczasowa pozycja zawodowa i dorobek przestawały mieć znaczenie wobec powojennego chaosu.

W 1947 roku przeniósł się do Bottrop i związał z Rheinische Stahlwerke. W nowym miejscu nie zaczynał jednak od zera. Przywiózł ze sobą doświadczenie budowy zmechanizowanych kopalń, zarządzania wielkimi kompleksami wydobywczymi i organizowania pracy w warunkach ogromnej presji produkcyjnej.

Rheinstahl i przemysł Zagłębia Ruhry

W Rheinische Stahlwerke, a następnie w Rheinstahl Bergbau AG, Stephan wszedł do grona najważniejszych menedżerów górnictwa Zagłębia Ruhry. Od 1967 do 1970 roku pełnił funkcję prezesa zarządu spółki. Odpowiadał za przedsiębiorstwo obejmujące kopalnie, koksownie i zaplecze energetyczne – układ o skali znacznie większej niż śląski kompleks Johanna–Berve, lecz oparty na podobnej zasadzie integracji.

Wśród kluczowych inwestycji znalazła się centralna koksownia w Bottrop. W 1961 roku uruchomiono elektrownię Rheinstahl w Marl o mocy 150 MW. Rok później, w 1962 roku, wykonano podziemne połączenie nowego szybu wentylacyjnego Prosper IV w Kirchhellen z kopalnią Prosper III. Były to przedsięwzięcia wymagające myślenia nie o pojedynczym zakładzie, lecz o całej sieci wydobycia, energii i przetwarzania węgla.

Kopalnia Prosper III przy Rheinstahlstraße w Bottrop
Dawna kopalnia Prosper III przy Rheinstahlstraße w Bottrop. W 1962 roku połączono ją pod ziemią z nowym szybem wentylacyjnym Prosper IV w Kirchhellen.Fot. Heinrich Jung; źródło: WAZ, za albumem Stoffelsa.

Dom dla przybyszów ze Śląska

Powojenna działalność Stephana miała również wymiar społeczny. W 1947 roku został wybrany do rady doradczej do spraw wypędzonych w Bottrop. Od 1950 roku pełnił funkcję wiceprzewodniczącego stowarzyszenia regionalnego, reprezentującego środowisko przybyszów ze wschodu, w tym Górnoślązaków.

W latach 1957–1958 założył spółdzielnię mieszkaniową przeznaczoną specjalnie dla uchodźców i przesiedleńców napływających z Górnego Śląska. W tym przedsięwzięciu szczególnie wyraźnie powróciło dziedzictwo Bernharda Stephana. Ojciec organizował osiedla i pomoc dla rodzin robotniczych w dobrach Schaffgotschów; syn, już w innej epoce i innym kraju, pomagał stworzyć dom ludziom, którzy utracili rodzinne miejscowości.

Bottrop stało się dla Stephana drugim domem, ale nie zastąpiło pamięci o Śląsku. Jego zaangażowanie w środowiska przesiedleńcze oraz późniejsze upamiętnienie przez miasto pokazują, że zdołał połączyć obie przestrzenie: miejsce pochodzenia i miejsce powojennej pracy.

Odznaczenia i pamięć miasta

W 1959 roku Stephan został przyjęty do Zakonu Rycerskiego Grobu Bożego w Jerozolimie, w którym osiągnął rangę Wielkiego Oficera. W 1965 roku otrzymał Krzyż Zasługi I Klasy Republiki Federalnej Niemiec. Uhonorowano go również Honorowym Pierścieniem Miasta Bottrop.

Jego nazwisko otrzymała ulica w Bottrop, poprowadzona na terenie dawnej kopalni Prosper III. Carl-Heinz-Stephan-Straße nie jest więc przypadkowym patronatem. Znajduje się w przestrzeni przemysłowej, z którą był związany jako menedżer i współtwórca powojennej modernizacji miasta.

Najważniejsze etapy kariery i dokonania

  • 1928 – główny egzamin dyplomowy po studiach w Clausthal i na Politechnice we Wrocławiu.
  • 1929/1931 – patent DE530813C na podatną obudowę górniczą.
  • 1932 – asesor górniczy po zdaniu państwowego egzaminu.
  • 1934 – zastępca dyrektora kopalni „Gräfin-Johanna”
  • 1935 – dyrektor kopalni „Gräfin-Johanna” w Bobrku.
  • 1938 – uruchomienie szybu Berve z systemem wyciągów skipowych i szeroką mechanizacją.
  • 1940 – doktorat w Berlinie pod kierunkiem profesora Niemczyka.
  • 1941 – kierownictwo kompleksu Johanna–Berve, osiągającego produkcję 15 000 ton węgla dziennie.
  • 1 października 1941 – modernizacja szybu Godula (kopalnia Gotthard/Karol) i uruchomienie wyciągów skipowych.
  • Inwestycje w rejonie Bykowiny i Kochłowic, w tym udostępnianie pokładów przez szyby Wirek i Hrabia Artur (Graf-Arthur).
  • 1957–1958 – spółdzielnia mieszkaniowa dla przybywających do Bottrop przesiedleńców z Górnego Śląska.
  • 1961 – elektrownia Rheinstahl w Marl o mocy 150 MW.
  • 1962 – połączenie Prosper IV z Prosper III podziemnym wyrobiskiem.
  • 1967–1970 – prezes Rheinstahl Bergbau AG.
  • Wyróżnienia: Wielki Oficer Zakonu Grobu Bożego, Krzyż Zasługi I Klasy RFN oraz Honorowy Pierścień Miasta Bottrop.
  • Upamiętnienie: Carl-Heinz-Stephan-Straße w Bottrop.

„W Twoich rękach mój czas”

Carl-Heinz Stephan zmarł 8 sierpnia 1989 roku w Bottrop – dokładnie siedemdziesiąt pięć lat po śmierci swojego ojca. Żona Gertrud umieściła na jego klepsydrze słowa Psalmu 31: „W Twoich rękach mój czas”. Pochowano go na cmentarzu Parkfriedhof w Bottrop.

Pożegnano go 24 listopada 1989 roku przy dźwiękach dzwonka szybowego ze starych Tarnowskich Gór. Ten gest zamknął biografię człowieka, który znaczną część życia spędził w zachodnioniemieckim górnictwie, lecz do końca pozostał związany z miejscem, gdzie nauczył się rozumieć kopalnię.

Pozostawił po sobie szyby, kopalnie, instalacje energetyczne i rozwiązania techniczne. Jego dziedzictwo nie mieści się jednak wyłącznie w historii maszyn. Stephan rozumiał przemysł jako system, w którym technika, organizacja i warunki życia ludzi są wzajemnie zależne. Bernhard Stephan próbował uczynić górnictwo bardziej odpowiedzialnym społecznie. Carl-Heinz uczynił je bardziej zmechanizowanym, skoncentrowanym i wydajnym – nie zapominając przy tym, że pod ziemią i wokół kopalni zawsze żyli ludzie.

Opracowanie biograficzne dla flaczek.com © 2026.
Wszelkie prawa do tekstu i formatowania zastrzeżone.
0
0

Read more

Grafika wyróżniająca artykuł o skandalu maturalnym z 1923 roku w bytomskiej Oberrealschule, dawnej szkole zwanej Pudełkiem z farbami

Tajemnice „Pudełka z farbami” cz. 2. Skandal maturalny 1923 i surowe realia bytomskiej Oberrealschule

Tajemnice „Pudełka z farbami” cz. 2. Skandal maturalny (1923) i surowe realia bytomskiej Oberrealschule

Za wielobarwną fasadą bytomskiego „Tuschkastenu” krył się świat surowych pedagogów, szkolnych kar, uczniowskich forteli i wielkiej historii, która coraz mocniej wdzierała się do klas przy dawnym Kaiserplatz. Druga część opowieści prowadzi od skandalu maturalnego z 1923 roku aż po przejmujące zdjęcie klasy z lat 1933/1934.

Gmach z glazurowanej cegły i rygor epoki

Kiedy dziś spoglądamy na monumentalny gmach IV Liceum Ogólnokształcącego przy placu Sikorskiego, czyli dawnym Kaiserplatz, uderza nas jego niezwykła, wielobarwna elewacja. Przedwojenna Miejska Wyższa Szkoła Realna, Städtische Oberrealschule Beuthen O.S., nie bez powodu zyskała wśród mieszkańców i uczniów przezwisko Tuschkasten — „Pudełko z farbami”. Glazurowany klinkier i secesyjne detale stanowiły barwny kontrast dla surowego, przemysłowego Bytomia.

Dawna Oberrealschule w Bytomiu przy Kaiserplatz na podkolorowanej pocztówce z około 1921 roku
Pocztówka z początku lat 20. XX wieku przedstawiająca dawną Oberrealschule w Bytomiu przy Kaiserplatz, czyli dzisiejszym placu Sikorskiego. Widoczny jest charakterystyczny gmach szkoły, wielobarwna elewacja oraz pomnik jeździecki Fryderyka II Wielkiego.

Fasada budynku, wyłożona wielobarwną cegłą glazurowaną, była jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów dawnego Kaiserplatz. Czerwone pasy cokołu, żółte partie szczytowe, zielonkawe detale ceramiczne i ciemny, mchowo-zielony dach tłumaczą, dlaczego szkoła otrzymała przezwisko Tuschkasten — „pudełko z farbami”. Przed wejściem rosły drzewa, a w sąsiedztwie gmachu stał odsłonięty w 1910 roku pomnik jeździecki Fryderyka II Wielkiego, słusznie nazywany przez uczniów Alte Fritz.

Za tymi kolorowymi murami krył się jednak świat absolutnej dyscypliny, wielkich stresów i specyficznego uczniowskiego mikroklimatu. W żargonie młodzieży szkoła była po prostu Penne — „budą”, nauczyciele byli Paukerami, a uczniowie chętniej mówili o sobie Lausern albo Schlingel, czyli urwisy i łobuzy, niż Musterknaben, wzorowi chłopcy. W drewnianych ławkach, rzeźbionych scyzorykami podczas mniej porywających lekcji, rozgrywały się małe dramaty, uczniowskie bunty i historie, które po latach wracały we wspomnieniach absolwentów.

Panteon belfrów: między szacunkiem a strachem

Aby zrozumieć atmosferę bytomskiego „Tuschkastenu”, trzeba spojrzeć na tych, którzy dzierżyli w nim władzę. Pokój nauczycielski był galerią nietuzinkowych osobowości. Na jego czele stali dyrektorzy, z których każdy budował własną legendę. Do 1923 roku placówką kierował dr Flaschel — surowy, pamiętliwy i autorytarny. Jego następca, dr Wolko, budził grozę samym dźwiękiem pęku kluczy, a uczniowie zapamiętali jego głos jako coś na kształt piorunu niosącego się po korytarzach.

Kolegium nauczycielskie bytomskiej Oberrealschule w 1926 roku, grupa pedagogów z dyrektorem Wolko
Kolegium nauczycielskie miejskiej katolickiej Oberrealschule w Bytomiu, 1926 rok. Wśród pedagogów widoczni są m.in. dyrektor dr Wolko, Studienrat Eichhorn, Studienrat Gugler, nauczyciele duchowni oraz rabin dr Krakauer.

Studienrat Robert Thiell „Bob”

Nauczyciel języka niemieckiego, zapamiętany jako wyjątkowo surowy pedagog. Wymagał zwięzłego, niemal żołnierskiego stylu i potrafił doprowadzać uczniów do ogromnego stresu.

Dr Marsen

Pedantyczny nauczyciel angielskiego, niemieckiego, geografii i historii. Zanim usiadł, sprawdzał czystość krzesła dwoma palcami, a wymowę egzekwował okrzykiem: Look at my mouth!

Radca Eichhorn „Panotzek”

Jedna z bardziej anegdotycznych postaci szkolnej pamięci. Uczniowie zapamiętali jego zaczerwienione policzki, specyficzny sposób bycia i zdania, które natychmiast obrastały klasowym humorem.

Studienrat Proft „Paule”

Nauczyciel muzyki z rodziny lutniczej. Potrafił nastroić szkolne skrzypce, ale nie znosił tytułomanii i patosu, które rozbrajał suchą ironią.

Ten nauczycielski świat nie był jednowymiarowy. Obok pedagogów budzących lęk pojawiali się ludzie wyrozumiali, utalentowani i autentycznie oddani szkole. Reginek wyrzeźbił drewnianą tablicę pamiątkową poległych w I wojnie światowej i organizował pokazy prac plastycznych. Feige, choć złamał regulamin, w czasie matury zadziałał raczej jak człowiek próbujący ratować przerażonych uczniów. A późniejszy dyrektor Kronenberg został zapamiętany przez maturzystów jako człowiek „o wielkim sercu”.

Właśnie dlatego historia matury z 1923 roku jest tak ciekawa. Nie pokazuje szkoły jako prostego świata złych nauczycieli i bezbronnych uczniów, lecz jako miejsce, w którym surowa dyscyplina, osobiste ambicje, urzędowa kontrola i zwykły ludzki odruch zderzyły się w jednej sali egzaminacyjnej.

Skandal maturalny: zemsta dyrektora i interwencja władz

W historii szkoły szczególnie mocno zapisał się rok 1923. W dniach 6–7 marca odbywały się egzaminy ustne dla grupy 24 abiturientów. Pierwszy dzień przebiegał w atmosferze ogromnego napięcia. Członek komisji, Oberstudienrat Feige, widząc zdenerwowanych uczniów, postanowił rozładować stres w sposób absolutnie niezgodny ze szkolnym regulaminem: poczęstował maturzystów papierosami.

Żeby zatrzeć ślady tego wychowawczego wykroczenia, wykorzystano kałamarz jako prowizoryczną popielniczkę. Problem w tym, że dym uchodzący przez okno miał zauważyć dyrektor dr Flaschel. Dla człowieka jego temperamentu była to zniewaga, której nie zamierzał puścić płazem.

Następnego dnia Flaschel wkroczył na salę i osobiście przejął egzaminowanie z języków obcych. Zamiast spokojnej rozmowy pojawiły się krzyżowe, podchwytliwe pytania, które miały rozbić pewność siebie abiturientów. Maturzyści zaczęli wypadać słabo, a sytuacja przybrała charakter jawnego odwetu.

Na sali obecny był jednak nadburmistrz Bytomia, dr Georg Stephan. Miał obserwować zachowanie dyrektora z narastającym niesmakiem. Po egzaminie, za zamkniętymi drzwiami, odbyła się burzliwa narada. Stephan skrytykował Flaschela za nieetyczne zachowanie i wymusił podwyższenie ocen. Dyrektor miał przyznać, że kierowała nim chęć ukarania uczniów za palenie papierosów poprzedniego dnia.

Dramatyczny finał

Uroczysta akademia w auli, tradycyjnie kończąca egzamin, została odwołana. Flaschel wszedł do zwykłej sali lekcyjnej, rzucił świadectwa dojrzałości na stół, wykrzyczał oskarżenia o brak dyscypliny i trzasnął drzwiami. Dokumenty maturzystom rozdał w ciszy zdegustowany wychowawca, profesor Gaebel. Niedługo później Flaschel odszedł na emeryturę.

Ta historia jest czymś więcej niż szkolną anegdotą. Pokazuje pęknięcie w dawnym modelu autorytetu: dyrektor wciąż miał ogromną władzę nad uczniem, ale nie był już całkowicie bezkarny. W marcu 1923 roku w bytomskiej Oberrealschule zderzyły się ze sobą stary rygor, uczniowski strach, drobne złamanie regulaminu i interwencja miejskiej władzy.

Życie codzienne, kary i apteczna sól glauberska

Poza maturalnymi dramatami codzienność w „Tuschkaście” składała się z drobnych przewinień, silnej hierarchii i bezwzględnych kar. W niższych klasach standardem były Backpfeifen, czyli karcące uderzenia w twarz, a za poważniejsze naruszenia regulaminu stosowano chłostę trzcinową rózgą. Dzienniki szkolne notowały nagany, pozostawanie po lekcjach i surowe upomnienia.

Uczniowie klasy Untersekunda I bytomskiej Oberrealschule w sali lekcyjnej w 1929 roku
Klasa Untersekunda I bytomskiej Oberrealschule w 1929 roku. Fotografia pokazuje wnętrze sali lekcyjnej, układ ławek i atmosferę szkolnej codzienności w międzywojennym Bytomiu.

Uczniowski stres miał też swój codzienny rytuał. Wywołanie do tablicy, do mapy albo do odpowiedzi mogło zamienić się w prawdziwą Zwickmühle — sytuację bez dobrego wyjścia. Po latach absolwenci wspominali poty, które oblewały ich w ławkach ze strachu przed nauczycielem i publiczną kompromitacją.

Nie oznacza to jednak, że uczniowie pozostawali bierni. Najlepszym dowodem jest słynna Tolle-Geschichte, historia o zemście na złodzieju szkolnych śniadań z lat 30. Gdy w klasie zaczęły masowo ginąć kanapki, grupa uczniów zorganizowała spisek. Podczas dużej przerwy poszli do narożnej apteki, mijając po drodze piekarnię Kabusa, i pod pretekstem „eksperymentów chemicznych” kupili nieoczyszczoną sól glauberską.

Spreparowano nią przynętę: apetyczną bułkę z salami. Złodziej, uczeń o nazwisku Tolle, wpadł w pułapkę. Środek przeczyszczający zaczął działać w najgorszym możliwym momencie — podczas lekcji matematyki prowadzonej przez bezlitosnego Schindlera, który słynął z tego, że nie wypuszczał uczniów do toalety. Na błagalne prośby miał odpowiadać chłodno: „Nie jest pan małym dzieckiem, proszę siedzieć!”.

Dramat zakończył się ucieczką zdesperowanego chłopca przez szkolny dziedziniec. Dla dzisiejszego czytelnika to scena niemal komiczna, ale pod spodem widać coś poważniejszego: szkolny rygor był tak silny, że nawet sytuacja fizjologicznej konieczności stawała się pojedynkiem z autorytetem nauczyciela.

Zderzenie z wielką historią

Wielka historia nie przychodziła do „Tuschkastenu” od razu z hukiem. Czasem wchodziła przez aulę podczas szkolnych uroczystości. Czasem stawała na placu przed budynkiem, wśród pomników, przejazdów i miejskich manifestacji. A czasem zostawiała po sobie tylko jedno puste miejsce w ławce.

W 1922 roku w przepełnionej auli odsłonięto dębową tablicę pamiątkową ku czci trzech nauczycieli i trzydziestu jeden uczniów poległych w I wojnie światowej. Tablicę wyrzeźbił nauczyciel rysunku Reginek. Szkolna wspólnota otrzymała wtedy własne miejsce pamięci — ciężkie, dębowe, oficjalne, wpisane w rytuał powojennej żałoby.

Z aulą wiązano również wspomnienie o Paulu Cyronie, późniejszym pastorze. W listopadowym numerze Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt z 1972 roku przypomniano, że jako uczeń bytomskiej Oberrealschule miał otrzymać tam osobiste błogosławieństwo od nuncjusza apostolskiego Eugenio Pacellego, późniejszego papieża Piusa XII. Po latach absolwenci półżartem łączyli ten epizod z jego późniejszą drogą kapłańską.

Najbardziej poruszającym świadectwem pozostaje jednak fotografia klasy Oberprima z roku szkolnego 1933/1934. Na pierwszy rzut oka to zwykłe zdjęcie klasowe: ławki, zeszyty, poważne twarze młodych mężczyzn. Dopiero podpis pod fotografią zatrzymuje wzrok: allein: Franz Rosenthal — Franz Rosenthal siedzi samotnie.

Klasa Oberprima bytomskiej Oberrealschule w roku szkolnym 1933–1934, Franz Rosenthal siedzi samotnie w ławce
Klasa Oberprima bytomskiej Oberrealschule w roku szkolnym 1933/1934. Szczególnie wymowny jest podpis źródłowy: przy drugiej ławce po prawej stronie zapisano „allein: Franz Rosenthal” — czyli „Franz Rosenthal siedzi samotnie”.

Franz Rosenthal, jedyny uczeń pochodzenia żydowskiego w tej klasie, siedzi samotnie w dwuosobowej ławce. Ten szczegół mówi więcej niż długi komentarz. W kolorowym „Pudełku z farbami” zaczynał się już czas, w którym nawet szkolna ławka mogła stać się znakiem wykluczenia.

Rosenthal przeżył później obóz koncentracyjny w Buchenwaldzie i wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie pełnił posługę jako rabin. Jego los domyka opowieść o „Pudełku z farbami” w sposób poruszający. To już nie tylko historia budynku, uczniowskich czapek, psot i nauczycielskich dziwactw. To mikrokosmos XX wieku: miejsce, w którym dziecięcy śmiech, surowa edukacja, wojenne wspomnienia i polityczna przemoc spotkały się na jednym szkolnym korytarzu.

Aneks genealogiczny: uczniowie i maturzyści

Dla badaczy historii lokalnej i genealogów szczególnie cenne są nazwiska uczniów rozpoznanych na fotografiach klasowych z lat 1924–1934 oraz w późniejszych wspomnieniach absolwentów. Poniższy aneks zachowuje oryginalną pisownię nazwisk i jest domyślnie zwinięty, aby nie rozbijał rytmu głównej opowieści.

Klasa Obertertia I bytomskiej Oberrealschule w 1924 roku z nauczycielem Studienratem Henschke
Klasa Obertertia I dawnej Oberrealschule w Bytomiu, 1924 rok. W środku siedzi wychowawca, Studienrat Henschke. Pod fotografią zachowano obszerny podpis z nazwiskami uczniów, ważny dla badań genealogicznych.
Rozwiń listę uczniów i absolwentów z lat 1924–1934

Klasa Obertertia I, 1924 r. — nauczyciel Studienrat Henschke

Jusczyk, Hoffmann, Blochel, Juretko, Echtermeyer, Hayn (zmarł w 1925 r.), Nimpsch, Cyron, Kutzob, Mandsfeld, Pieczonka, Wengerek, Quililitsch, Teichmann, Hannig, Theo Dirbach, Dobek, Winkler, Jakobsen, Kasperczyk, Heyduschka, Michalski, Pollok, Behlau, Janosch, Kwastek, Thiele, Walter Glatz, Kurt Glatz, Obst, Mücke, Kusch, Bednorz, Bassek, Barth, Fesser, Auras, Rosenberger, Kulawik, Burkholder, Schumm, Jordan.

Klasa Unterprima 2, 1927 r. — nauczyciele Eichhorn i Breitkopf

Kalinowski, Kabitzke, Gburek, Hirsch, Überall, Kynast, Weiß, Kawalle, Kosak, Pogoda, Stolarczyk (podano też formę zniemczoną: Stollweg), Wuttke, Steinitz, Markefka.

Klasa Untersekunda I, 1929 r. — nauczyciel Studienrat Watzlaw

Wolf, Jordan, Konopka, Gemkow, Hornemann, Rudolf, Auerbach, Grindel, Ellguther, Eckhard, Gwosdz, W.-J. Urtel, Hlubek, Allert, Beck, Jähnel, Katerbau, von Wenczowski, Grünke, Hoffmann, Büchs, Janotta.

Klasa Oberprima, 1933/1934 r.

Richard Klaschik, Gerhard Metzner, Waldemar Donay, Jan Kurda, Herbert Flemming, Walter Flemming, Gerhard Pawlik, Ernst Scholz, Günter Beitz, Gottfried Morawietz, Franz Rosenthal, Paul Marx, Max Brey, Paul Drabant, Johannes Koch.

Klasa Untersekunda, 1934 r. — nauczyciele Reginek i dr Mazura

Heller, Josefzak, Förster, Michna, Krahl, E. Günther, Willibald Cerwionka, Grasse, Schmid, Szepanik, Goldemund, Jordan, E. Thiele-Müller, Horzowski, Flack, Zajonz, Gojowzyk, Luppa, Slowik, Hornig, Wolfgang Petzold, Czempiel, Janietz, Hampel, Mitras, Heidenreich, Meissner.

Bohaterowie „Tolle-Geschichte” i znani uczniowie z lat 30.

Tolle, Kalle Odersky, Wuttke, Cempiel, Böckmann, Himmel, Holitzka, Gerd, Pajonk / Jan Pająk, Anton Josefczak, Alfred Gotzmann, Schmitt, Beitz, Walter Pütz-Hamann, Herbert Heller, Kurt Sperber, Hans Konrad, Rudolf Pasternak, Rudi Kreisler, Jürgen Urtel, dr Hans Kroll, Karl Bauer, Beck, Czempiel, Büx, Erich Zoedler.

Uwaga: lista ma charakter roboczego aneksu genealogicznego. Zachowano pisownię występującą w materiale źródłowym; w przypadku części nazwisk mogą istnieć warianty polskie, niemieckie albo błędnie odczytane z podpisów fotografii.

Klasa Unterprima 2 bytomskiej Oberrealschule w 1927 roku z nauczycielami Eichhornem i Breitkopfem
Uczniowie klasy Unterprima 2 bytomskiej Oberrealschule w 1927 roku. Podpis źródłowy wymienia m.in. Kalinowskiego, Kabitzkego, Gbureka, Hirscha, Überalla, Kynasta, Weißa, Kawallego, Kosaka, Pogodę, Stolarczyka, Wuttkego, Steinitza i Markefkę.

Bibliografia i źródła

Rozwiń bibliografię i źródła
  • Materiały i sprawozdania ze zjazdów absolwentów z lat 60. i 80. XX wieku, publikowane w Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt.
  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, nr 11, listopad 1972 — relacja Maxa Schweinitza dotycząca egzaminów maturalnych z 6–7 marca 1923 roku oraz wspomnienie o pastorze Paulu Cyronie z anegdotą o błogosławieństwie nuncjusza Eugenio Pacellego.
  • Wspomnienia Jürgena Urtela oraz korespondencja dawnych nauczycieli i absolwentów bytomskiej Oberrealschule.
  • Archiwalne fotografie klasowe z lat 1924–1934, udostępnione przez krąg dawnych uczniów szkoły, określanych jako Alte Herren der Oberrealschule Beuthen O.S..
  • Materiały ikonograficzne: pocztówki i fotografie dawnej Oberrealschule przy ówczesnym Kaiserplatz.
0
0

Read more

Nauczyciele z przypadku i szkoły w oborach – szkolnictwo w powiecie bytomskim w latach 1798–1825

Nauczyciele z przypadku i szkoły w oborach. Szkolnictwo w powiecie bytomskim 1798–1825

Historia szkolnictwa · Bytom i dawny powiat bytomski

Nauczyciele z przypadku i szkoły w oborach. Szkolnictwo w powiecie bytomskim 1798–1825

Zanim szkoła stała się regularną instytucją z klasami, podręcznikami i przygotowanymi nauczycielami, dzieci w dawnym powiecie bytomskim uczyły się często w izbach organistów, przy kościele, w ciasnych chatach, a czasem niemal dosłownie obok gospodarskiej obory.

Źródło główne: J. Sannig, Oberschlesien, 1904 Zakres: 1798–1825 Bytom · Chorzów · Hajduki · Dąb · Tarnowskie Góry

W historii oświaty łatwo opowiadać o wielkich reformach i państwowych ustawach. Znacznie trudniej dostrzec prawdziwą szkolną codzienność przełomu XVIII i XIX wieku: dziecko z polskim modlitewnikiem zamiast podręcznika, murarza dorabiającego uczeniem tylko zimą czy krowę, która przez spróchniałe przepierzenie zaglądała do chorzowskiej izby lekcyjnej. Głównym przewodnikiem po tym nieco zapomnianym świecie będzie dla nas unikalny artykuł J. Sanniga opublikowany w czasopiśmie Oberschlesien w 1904 roku.

To już trzecia część naszego blogowego cyklu o dawnym szkolnictwie. Tym razem schodzimy szczebel niżej: z prestiżowych miejskich szkół do prowizorycznych klas, parafialnego nadzoru i wojennego chaosu w dawnym powiecie bytomskim.

1. Miejsce tego tekstu w cyklu

Na blogu ukazały się dotąd dwa teksty o edukacji w naszym regionie. Jeden omawiał Bytom jako historyczne miasto szkół, a drugi ukazywał realia XVI-wiecznej nauki i szkolnego rygoru. Dziś przenosimy się w czasie i przestrzeni. Skupimy się na edukacji elementarnej, ubogiej i zależnej od ludzi, którzy nauczycielami bywali nierzadko wyłącznie z życiowej konieczności.

↑ Wróć do spisu treści

2. Dawny powiat bytomski: większy niż myślisz

Gdy dziś mówimy „Bytom”, myślimy najczęściej o granicach dzisiejszego miasta. W źródłach z XIX wieku „powiat bytomski” oznaczał jednak terytorium o wiele rozleglejsze. Obejmował wsie, osady i tereny parafialne – m.in. Chorzów, Dąb, Hajduki, Tarnowskie Góry, Mysłowice i rozwijającą się Królewską Hutę.

Był to obszar pogranicza społecznego i gospodarczego. W połowie XIX wieku, jak skrupulatnie odnotował w swoich opisach statystycznych Hugo Solger, ten dawny rolniczy krajobraz przecinały już kopalnie, huty i nowe osiedla robotnicze. Szkoła elementarna musiała zatem gonić rzeczywistość zmieniającą się szybciej niż powstawały murowane budynki edukacyjne.

Poglądowa ilustracja wiejskiej szkoły na Górnym Śląsku około 1800–1825 roku
Tak mogła wyglądać skromna szkoła elementarna w dawnym powiecie bytomskim na początku XIX wieku. Ilustracja poglądowa w stylu szkicu historycznego.

↑ Wróć do spisu treści

3. Proboszcz jako inspektor szkolny

Zgodnie z ustaleniami Sanniga, w 1798 roku nadzór nad szkolnictwem w regionie powierzono bytomskiemu proboszczowi. Z zachowanych kronik wiemy, że był to ks. Stephan (Stefan) Nawrath, proboszcz miejski i prepozyt przy kościele Wniebowzięcia NMP. To on musiał zmierzyć się z ponurą rzeczywistością: poza Bytomiem i Tarnowskimi Górami na tym terenie właściwie nie uświadczono samodzielnych budynków szkolnych.

  • 1798 Ks. Stephan Nawrath obejmuje funkcję wizytatora szkolnego.
  • 1805–06 Przemarsz wojsk uderza w kruchą infrastrukturę edukacyjną.
  • 1813 Ks. Nawrath rezygnuje z nadzoru szkolnego z powodu obciążeń urzędu (pozostając nadal proboszczem bytomskim).
  • 1816 Przejęcie spraw szkolnych przez nową rejencję opolską daje impuls do odbudowy.

Edukacja elementarna wciąż była przedłużeniem działalności parafialnej. Lokalny duchowny pełnił nierzadko rolę jedynego gwaranta, że nauka na wsi w ogóle się odbywa.

↑ Wróć do spisu treści

4. Nauczyciele z przypadku

Najbardziej dojmującym obrazem z tekstu Sanniga jest brak wykwalifikowanych pedagogów. Uczyli głównie organiści, próbujący łączyć oprawę muzyczną mszy z przekazywaniem wiedzy w tej samej izbie. Nauczycielami bywali też lokalni rzemieślnicy: murarze, krawcy czy szewcy. Ich „misja” edukacyjna bywała czysto sezonowa – murarz mógł uczyć tylko zimą, a latem wracał na budowę.

Nauczyciel z początku XIX wieku prowadzący lekcję w skromnej izbie szkolnej dawnego powiatu bytomskiego
Nauczycielami bywali organiści, rzemieślnicy i osoby bez pełnego przygotowania pedagogicznego. Ilustracja poglądowa.
Sedno problemu

Szanse na rzetelną naukę obniżał sam poziom nauczycieli. Wielu z nich nie znało dobrze języka niemieckiego, nie potrafiło w nim pisać ani czytać, a system finansowania oparty na naturze (jajka, chleb, drewno) ledwo pozwalał im przetrwać.

↑ Wróć do spisu treści

5. Polskie modlitewniki zamiast elementarzy

Kolejnym wyzwaniem był całkowity brak standardowych materiałów dydaktycznych. Sannig podaje, że dzieci przynosiły na lekcje to, co znalazły w domach – najczęściej były to polskie modlitewniki, nazywane „książkami częstochowskimi”.

To fascynujący detal dla lokalnej historii – udowadnia, że dawny powiat bytomski był kulturowo i językowo zróżnicowany, a polszczyzna pełniła w wiejskich klasach rolę fundamentalną, wbrew pruskim dążeniom do państwowej unifikacji.

↑ Wróć do spisu treści

6. Wojna, lazarety i rozpad porządku

Zanim na dobre rozpoczęto próby naprawy sytuacji, wybuchły wojny napoleońskie. W listopadzie 1805 roku maszerująca armia rosyjska zarekwirowała szkolne izby na kwatery i lazarety. Niszczono ławki i ubogie wyposażenie. Kolejne kontrybucje z czasów konfliktu z Francją (1806) ostatecznie wydrenowały kasy gminne. Inspekcje przeprowadzane po 1810 roku zastały na Śląsku nie tyle zaniedbany system szkolny, co totalne pogorzelisko edukacyjne.

↑ Wróć do spisu treści

7. Chorzów: obora za ścianą klasy

J. Sannig najplastyczniej ilustruje ten upadek na przykładzie starej szkoły w Chorzowie. Była to chata kryta strzechą. Klasa lekcyjna sąsiadowała przez liche przepierzenie z oborą nauczyciela. Według protokołów rewizji z 1818 roku, podczas lekcji przez spróchniałe deski do środka zaglądała krowa, a jej ryczenie zagłuszało naukę.

Poglądowa ilustracja starej szkoły w Chorzowie około 1818 roku z klasą oddzieloną od obory drewnianym przepierzeniem
Stara szkoła w Chorzowie według relacji J. Sanniga: klasa, liche przepierzenie i obora nauczyciela tuż obok. Ilustracja poglądowa.

Była to centralna placówka dla dzieci m.in. z Chorzowa, Dębu i Hajduków. Warto odnotować, że po nieudolnym nauczycielu Johannie Korntke posadę przejął tu m.in. Józef Stokowy z Chropaczowa – późniejszy sędziwy organista kojarzony z pielęgnowaniem lokalnych pieśni ludowych. Dopiero w 1824 roku oddano w Chorzowie do użytku murowaną szkołę (której głównym mankamentem okazał się niemiłosiernie dymiący piec).

↑ Wróć do spisu treści

8. Adrian Włodarski: uczeń z Hajduków, który został biskupem

W cieniu rozpadającej się chorzowskiej strzechy rozegrała się jednak fascynująca mikrohistoria. Uczniowie mieli w zwyczaju zjeżdżać ze szkolnego dachu wprost na kupę nawozu. Pewnego dnia chłopiec z Hajduków, Adrian Włodarski, wpadł głębiej do gnojówki. Przerażony ojciec niezwłocznie zabrał syna z tej placówki i przeniósł do szkoły gwareckiej w Królewskiej Hucie. Tam, wspierany przez miejscowego nauczyciela o nazwisku Passak (Passek), młody Adrian zaczął błyskawicznie rozwijać swoje talenty.

Symboliczna scena przedstawiająca młodego Adriana Włodarskiego opuszczającego ubogą szkołę w dawnym powiecie bytomskim
Symboliczna ilustracja drogi Adriana Włodarskiego: od ubogiej szkoły w Hajdukach i Chorzowie ku dalszej edukacji w Królewskiej Hucie.
Niezwykły awans

Fryderyk Adrian Włodarski (1807–1875) przyjął święcenia kapłańskie, został wrocławskim kanonikiem katedralnym, a w 1861 roku mianowano go biskupem pomocniczym wrocławskim. Co więcej, sam w 1844 roku pełnił rolę oświatowego inspektora okręgowego – człowiek, który w dzieciństwie omal nie utonął w szkolnej gnojówce, decydował później o losach edukacji na Śląsku.

↑ Wróć do spisu treści

9. Od prowizorki do systemu (1816–1825)

Przełom w powiecie nastąpił po 1816 roku, pod rządami nowej rejencji w Opolu. Wymuszono remonty budynków, usuwano niekompetentnych rzemieślników z posad i systematycznie wprowadzano absolwentów pierwszych seminariów nauczycielskich. Po 1825 roku organizowano stałe konferencje dla nauczycieli i tworzono powiatowe biblioteczki, co powoli zamykało epokę oświaty „chałupniczej”.

↑ Wróć do spisu treści

10. Krótki rzut oka na połowę XIX wieku

Dla pełnego kontrastu przywołajmy ponownie opisy H. Solgera z połowy XIX stulecia. W tym czasie w samym Bytomiu działała już potężna, dziesięcioklasowa katolicka szkoła elementarna obsługująca prawie 1900 uczniów. Funkcjonowała szkoła ewangelicka, a także specjalistyczna placówka dla uboższych dziewcząt ucząca praktycznych prac ręcznych. Skok od krowy zaglądającej do klasy do zinstytucjonalizowanej, miejskiej oświaty zajął zaledwie kilka dekad.

↑ Wróć do spisu treści

11. Indeks postaci i nazw

Postacie
  • Stephan (Stefan) Nawrath — proboszcz bytomski, wizytator szkolny na przełomie wieków (zrezygnował z nadzoru w 1813 r.).
  • Johann Korntke — krytycznie oceniany nauczyciel chorzowski.
  • Józef Stokowy — następca Korntkego, późniejszy organista z Chorzowa.
  • Adrian Włodarski — chłopiec z Hajduków, który zrobił oszałamiającą karierę, kończąc jako wrocławski biskup pomocniczy.
  • Passak / Passek — nauczyciel z Królewskiej Huty, który odkrył talent Włodarskiego.
  • J. Sannig — badacz z początku XX wieku, autor głównego tekstu źródłowego.
Miejsca
  • Bytom / Beuthen — centrum powiatu i punkt odniesienia dla nadzoru szkolnego.
  • Chorzów — miejsce najbarwniejszego studium przypadku starej szkoły z początku XIX wieku.
  • Dąb / Domb — miejscowość, z której dzieci uczęszczały do szkoły chorzowskiej.
  • Hajduki Dolne i Górne — miejscowości związane ze szkołą chorzowską i historią Adriana Włodarskiego.
  • Królewska Huta — miejsce dalszej edukacji Adriana Włodarskiego.
  • Tarnowskie Góry / Tarnowitz — ważny ośrodek miejski i kościelno-szkolny w dawnym powiecie.
  • Mysłowice / Myslowitz — przykład miasta pogranicznego z rozwijającym się szkolnictwem wyznaniowym.

↑ Wróć do spisu treści

12. Bibliografia i źródła

Rozwiń / zwiń bibliografię
  1. J. Sannig, Über das Schulwesen im alten Beuthener Kreise vor 100 Jahren, nebst einigen Details, die damalige Chorzower Schule betreffend, w: Oberschlesien. Zeitschrift zur Pflege der Kenntnis und Vertretung der Interessen Oberschlesiens, 2. Jahrgang, Januar 1904, Heft 10.
  2. Hugo Solger, Der Kreis Beuthen in Oberschlesien mit besonderer Berücksichtigung der durch Bergbau und Hüttenbetrieb in ihm hervorgerufenen eigenthümlichen Arbeiter- und Gemeinde-Verhältnisse, Breslau, połowa XIX wieku.
  3. Górny Szlązk, w: Przegląd Polski, 1879/1880, R. 13, T. 1, s. 307–311. Wykorzystano jako kontekst do wzmianki o Józefie Stokowym i kulturze pieśni ludowych na Górnym Śląsku.
  4. Antoni Kiełbasa SDS, Biskup Adrian Włodarski 1807–1875, Trzebnica 1995.
  5. Geschichtliche Entwicklung der evangelischen Kirche in Königshütte, w: Kattowitzer Zeitung, nr 220, Jahrgang 59, Sonntag, 25. September 1927. Wykorzystano jako kontekst do wzmianki o szkole gwareckiej w Królewskiej Hucie i nazwisku Passak/Passek.
  6. Kronikarski przekaz dotyczący parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Bytomiu i proboszcza Stephana / Stefana Nawratha — wykorzystany do doprecyzowania identyfikacji Nawratha oraz odróżnienia jego funkcji proboszcza od funkcji szkolnego wizytatora.
  7. Materiały własne i wcześniejsze opracowania blogowe z cyklu o historii szkolnictwa w Bytomiu: Bytom — miasto szkół oraz Szkoła, łacina i rygor w XVI-wiecznym Bytomiu.

↑ Wróć do spisu treści

Tekst przygotowany jako część cyklu o historii edukacji w Bytomiu i dawnym powiecie bytomskim.

0
0

Read more

Zabytkowa partytura i batuta dyrygenta na dębowym biurku. Wizualizacja symbolizująca działalność męskich towarzystw śpiewaczych w Bytomiu w latach 1850-1941.

Zanim zamilkły pieśni. Złoty wiek bytomskich chórów męskich

Historia Bytomia · chóry · XIX–XX wiek

Zanim zamilkły pieśni. Złoty wiek bytomskich chórów męskich

W sobotni wieczór 22 maja 1852 roku w bytomskim „Białym Orle” (Weiße Adler) nie drukowano biletów. Przy wejściu stał talerz. Każdy, kto chciał wejść, kładł datek. Minimum wynosiło 15 srebrnych groszy. W sali hotelu i restauracji „Biały Orzeł” (Weiße Adler) przy Rynku zabrzmiała „Pieśń o dzwonie” — „Die Glocke” — z muzyką Andreasa Romberga. Dyrygował Rudolf Braxator, kantor kościoła Mariackiego i jeden z ojców bytomskiego śpiewu. Dochód był przeznaczony na budowę miejskiego sierocińca. Po odliczeniu kosztów zebrano ponad 105 talarów. Pieniądze przekazano radnemu Karlowi Lucasowi. Tak zaczyna się jedna z najciekawszych historii dawnego Bytomia: historia miasta, które przez chóry, próby, sztandary i koncerty uczyło się mówić wspólnym głosem.

Bytom / Beuthen Chóry męskie Kultura muzyczna Górny Śląsk
Wizualizacja koncertu chóru męskiego w sali Białego Orła w Bytomiu w XIX wieku
Pierwszy wielki koncert bytomskiego chóru. Wykonanie „Die Glocke” w eleganckiej sali hotelu „Biały Orzeł” (Weiße Adler) (wizualizacja).
Koncert, który zostawił ślad

Zachowały się precyzyjne wyliczenia z tamtego wieczoru. Dochód / wpływ z koncertu wyniósł dokładnie 117 talarów. Po odliczeniu niezbędnych kosztów organizacyjnych (11 talarów i 18 srebrnych groszy), w kasie pozostało 105 talarów i 12 srebrnych groszy czystego zysku, które przekazano na poczet funduszu budowy sierocińca.

Bytom, który dopiero uczył się śpiewać

W połowie XIX wieku Bytom był jeszcze niewielkim miastem. W 1849 roku liczył 5915 mieszkańców.

Życie muzyczne rozwijało się tu później niż w innych śląskich ośrodkach. Opole miało swoje tradycje wcześniej. Gliwice także wyprzedzały Bytom. Tarnowskie Góry dawały przykład, którego w Bytomiu nie dało się zignorować.

Śpiew oczywiście istniał. W kościołach, szkołach, domach i gospodach. Brakowało jednak trwałej organizacji: stowarzyszenia, prób, repertuaru, występów i własnej miejskiej dumy.

8 października 1850 roku powstało stowarzyszenie „Liedertafel Beuthen”. Wśród jego założycieli znaleźli się m.in. Franz Gramer (autor pierwszej wielkiej, dziewiętnastowiecznej kroniki miasta), Rudolf Braxator (kantor kościoła Mariackiego, który objął funkcję pierwszego dyrygenta chóru), sędzia powiatowy Mader, kapelan Amende oraz pastor Pasch.

Kilka lat później, 15 września 1856 roku, stowarzyszenie przyjęło nazwę „Männergesangverein Sängerbund Beuthen”.

Początki były proste. Gospoda. Piwo. Dym tytoniowy. Pieśni biesiadne. Męskie rozmowy po pracy.

Ale z tej atmosfery miało wyrosnąć coś znacznie większego.

Pierwszy wielki dźwięk: koncert w „Białym Orle” (Weiße Adler)

Portret radnego Karla Lucasa
Radny miejski Karl Lucas (1808–1878).

Biały Orzeł stał przy Rynku, na rogu dawnej Synagogenstraße. Był miejscem znanym, miejskim, reprezentacyjnym. Tam 22 maja 1852 roku bytomscy śpiewacy wykonali „Die Glocke”. Wybór nie był przypadkowy. „Pieśń o dzwonie” Friedricha Schillera, z muzyką Andreasa Romberga, należała do repertuaru podniosłego i wymagającego. Nie była zwykłą pieśnią przy kuflu.

Dyrygował Braxator. Śpiewacy stanęli przed publicznością, a przy wejściu brzęczały monety rzucane na talerz.

Posłuchaj

Die Glocke Andreasa Romberga, wykonana w Bytomiu w 1852 roku, jest dziś dostępna także we współczesnych nagraniach: posłuchaj utworu w serwisie YouTube .

Koncert, który zostawił ślad

Zachowały się precyzyjne wyliczenia z tamtego wieczoru. Dochód / wpływ z koncertu wyniósł 117 talarów. Po odliczeniu kosztów (11 talarów i 18 srebrnych groszy), w kasie pozostało 105 talarów i 12 srebrnych groszy czystego zysku, przekazanych na budowę sierocińca.

Zbiórka na sierociniec
Zamiast biletów – talerz na datki. Historyczna wizualizacja zbiórki charytatywnej z 1852 roku.

Od karczmy do sali koncertowej

Najstarsze chóry wyrastały z życia towarzyskiego.

Próby odbywały się w lokalach. Śpiewano przy piwie. Repertuar był lekki, biesiadny, bliski codzienności.

Potem przyszli kantorzy, nauczyciele muzyki i dyrygenci z większymi ambicjami. Bytom był już wtedy miastem, w którym szkoły odgrywały coraz większą rolę w życiu publicznym i kulturalnym — szerzej pisałem o tym w artykule „Bytom — miasto szkół. Historia edukacji” . Zaczęła się praca nad głosem, dyscypliną i repertuarem.

Chóry sięgały po pieśni dawne, ludowe, kompozycje śląskich twórców i muzykę a cappella. Z czasem coraz częściej występowały nie tylko w gospodach, ale w salach koncertowych, szkołach i podczas miejskich uroczystości.

Symboliczny był ruch Paula Jaschkego. Próby najstarszego chóru przeniósł do sali muzycznej Wyższej Szkoły Realnej, czyli Oberrealschule.

Zmieniło się miejsce. Zmienił się ton.

Śpiewacy nadal byli wspólnotą. Spotykali się, żartowali, jeździli na zjazdy, śpiewali na pogrzebach kolegów. Ale obok towarzyskiego ducha pojawiła się praca artystyczna.

Bytomskie chóry zaczęły brzmieć coraz pewniej.

Ludzie, którzy kazali Bytomiowi śpiewać

Za chórami stali ludzie, którzy potrafili zebrać głosy i utrzymać je razem.

Rudolf Braxator dał początkom autorytet kościelnego kantora. Julius Schiwy przejął pałeczkę na długie lata. Paul Braxator podtrzymał rodzinną ciągłość. Max Neumann obudził ruch, gdy zaczął popadać w stagnację. Paul Jaschke podniósł wymagania artystyczne.

Stare biurko z batutą, okularami i otwartą partyturą utworu Die Glocke
Atrybuty dyrygenta. Wizualizacja biurka chórmistrza z otwartą partyturą kantaty „Die Glocke”.
Więcej niż dyrygent: Paul Jaschke (1881–1929)

Jaschke nie był tylko dyrygentem chóru, który wyciągnął śpiewaków z karczmy do sal Wyższej Szkoły Realnej (Oberrealschule). Był twórcą całego systemu edukacji muzycznej w bytomskim Realgymnasium. Uczył podstaw śpiewu, prowadził szkolny chór i uczniowską orkiestrę, a także – co w latach 20. XX wieku uchodziło za niezwykle nowoczesne – przygotowywał uczniów do świadomego słuchania dzieł Bacha czy Beethovena za pomocą wykładów i nagrań z płyt. Zmarł przedwcześnie w wieku 48 lat, krótko przed objęciem stanowiska profesora Akademii Pedagogicznej w Bytomiu i niedługo po wydaniu wspólnego, górnośląskiego śpiewnika szkolnego z radcą Maxem Neumannem.

Richard Ullmann wniósł do „Liedertafel” energię i charakter. Jego chór wyrósł z grupy kilkudziesięciu rzemieślników i robotników do zespołu liczącego około stu śpiewaków.

Po nocnych próbach śpiewacy trafiali czasem do domu Ullmannów. Lisa Ullmann parzyła kawę i przygotowywała poczęstunek.

Tak właśnie tworzyła się wspólnota.

Śpiewacy byli ze sobą nie tylko na scenie. Byli tam również po próbie — gdy po wspólnym wysiłku siadali przy stole, by odetchnąć i zwyczajnie ze sobą pobyć.

Kobieta nalewająca kawę zmęczonym śpiewakom w salonie z lat 20. XX wieku
Kulisy ruchu śpiewaczego. Lisa Ullmann gości śpiewaków „Liedertafel” kawą i poczęstunkiem po późnych spotkaniach chóru. (wizualizacja).
Rudolf Braxator Julius Schiwy Paul Braxator Max Neumann Paul Jaschke Richard Ullmann

Publiczna obecność chórów

W latach 20. XX wieku bytomskie towarzystwa śpiewacze stanowiły już znaczącą siłę w życiu kulturalnym miasta.

Miasto było większe, bardziej przemysłowe, głośniejsze. Chóry też nabrały siły. Występowały w salach, jeździły na zjazdy, przyjmowały gości, wystawiały sztandary.

W dniach 28–30 czerwca 1925 roku Bytom był stolicą 21. Górnośląskiego Święta Związku Śpiewaczego. Nadburmistrz dr Knakrick witał zjeżdżających z całego regionu gości. Uroczystości na Rynku odbywały się w strugach ulewnego deszczu. Mokry bruk odbijał światło wysokich latarń oraz szyldy domów towarowych, takich jak Josef Cohn czy M. Wolff Jr.

Tłum dzieci w marynarskich mundurkach i śpiewaków na zalanym deszczem bytomskim Rynku w 1925 roku
Wielki chór 1000 dzieci w marynarskich mundurkach oraz zjednoczone męskie towarzystwa śpiewacze podczas 21. Górnośląskiego Święta Śpiewaczego (czerwiec 1925 r.). Na podwyższeniu dyryguje Paul Jaschke.

Na środku placu dyrektor muzyczny Paul Jaschke dyrygował z podwyższenia potężnym, jubileuszowym chórem tysiąca dzieci ubranym w charakterystyczne marynarskie mundurki. Bezpośrednio za nimi stał gęsty tłum mężczyzn w ciemnych garniturach — to bytomskie towarzystwa śpiewacze łączyły swój głos z młodym pokoleniem.

Dwa lata później przyszły jeszcze bardziej widowiskowe uroczystości. W dniach 13–14 sierpnia 1927 roku obchodzono 25-lecie reaktywowanego chóru „Liedertafel”.

Był komers w Domu Strzeleckim. Było odsłonięcie tablicy ku czci dziesięciu poległych członków chóru. Były delegacje, goście i poczty sztandarowe.

13–14 sierpnia 1927

Największe wrażenie robił pochód. Przez miasto ruszyły sztandary, śpiewacy, wóz świąteczny i delegacje.

Bogato zdobiony, haftowany sztandar chóru w klasycystycznej sali
Symbol miejskiej dumy i przynależności – wizualizacja chóralnego sztandaru, podobnego do tego, który w 1927 roku poświęcono na bytomskim Rynku.

Pochód dotarł na Rynek. Tam Max Neumann poświęcił nowy sztandar „Liedertafel”.

Rynek stał się główną sceną miejskich uroczystości, a historyczna zabudowa — naturalnym tłem wydarzenia. W tej scenerii uroczyste poświęcenie sztandaru „Liedertafel” przez radcę Neumanna nie było tylko ceremonią, lecz manifestacją trwałości i prestiżu bytomskich śpiewaków.

Śpiew stał się nieodłącznym elementem bytomskiego pejzażu.

Muzyczna mapa dawnego Bytomia

Spokojne ogrody i budynek Domu Strzeleckiego w stylu retro
Dom Strzelecki (Schützenhaus) wraz z ogrodami – centrum koncertów, komersów i jubileuszy (wizualizacja).

Hotel i restauracja „Weiße Adler” / Biały Orzeł

tu 22 maja 1852 roku odbył się koncert „Die Glocke”, z którego dochód przeznaczono na budowę miejskiego sierocińca.

Rynek

miejsce publicznych uroczystości, pochodów (m.in. wielkiego zjazdu w 1925 r. w ulewnym deszczu) i poświęcenia sztandaru „Liedertafel” w 1927 roku.

Kościół Mariacki

miejsce pracy Rudolfa Braxatora, kantora i pierwszego dyrygenta najstarszego bytomskiego chóru.

Kościół Świętej Trójcy

związany z Juliusem Schiwym, wieloletnim dyrygentem „Sängerbundu”.

Dom Strzelecki (Schützenhaus)

Centrum koncertów, komersów, jubileuszy i balów śpiewaczych. Miejsce to miało własną, znacznie starszą historię związaną z bytomskim Bractwem Strzeleckim .

Bytomski Dom Koncertowy / Beuthener Konzerthaus

estrada ważnych koncertów, w tym pożegnalnego występu z 1941 roku.

Konserwatorium Cieplika

założone w 1892 roku przez Thomasa Cieplika; ważne zaplecze edukacyjne bytomskich muzyków, śpiewaków i instrumentalistów.

Wyższa Szkoła Realna przy pl. Sikorskiego (Oberrealschule am Kaiserplatz)

Ważne miejsce prób i edukacji muzycznej. W jej salach spotykały się m.in. chóry „Sängerbund”, „Madrigalchor” oraz Städtischer Singverein. Paul Jaschke przeniósł tam próby „Sängerbundu”, wiążąc działalność chóru z profesjonalnym zapleczem szkolno-muzycznym. O samym gmachu szkoły, znanym jako „Tuschkasten”, pisałem osobno w artykule „Tuschkasten. Bytomska Oberrealschule z 1928 roku” .

Restauracja F. Roebera / Rödera (ul. Jainty / Tarnowitzerstraße 15)

lokal, w którym spotykał się chór „Liedertafel” i gdzie uroczyście odsłonięto tablicę poległych śpiewaków.

Ulica Katowicka (Dyngosstraße)

miejsce spotkań i prób założonego w 1890 roku chóru „Liederkranz”.

Restauracja Kaiserkrone przy pl. Akademickim (Pl. n. d. Kaserne)

miejsce prób męskiego chóru śpiewaczego kopalni Bleischarley pod przewodnictwem nadinżyniera Schüttela.

Nie tylko wielkie chóry

Najmocniej zapisały się „Sängerbund” i „Liedertafel”. Ale muzyczny Bytom był gęstszy.

Działał MGV „Liederkranz”, założony 27 listopada 1890 roku. Przez lata miał charakter towarzyski, lecz około 1924 roku pod kierunkiem Josepha Reimanna nabrał bardziej reprezentacyjnego charakteru.

Popularny był także „Männergesangverein Beuthen”. W latach 1922–1927 prowadził go Georg Kitzler. Koncerty w Domu Strzeleckim (Schützenhaus) bywały wyprzedane.

Osobną barwę miał założony w 1912 roku „Bäckermeistergesangverein”, chór mistrzów piekarskich. Nie ścigał się z wielkimi chórami o publiczny splendor. Uświetniał życie własnego cechu. Śpiew był tam częścią zawodowej wspólnoty.

Byli też „Beuthener Sängerknaben” — bytomski chór chłopięcy prowadzony przez Georga Klußa. Zapamiętano ich m.in. dzięki marynarskim mundurkom.

Obok chórów działały orkiestry kopalniane i hutnicze, uświetniające święta zakładowe i miejskie. Osobnym przykładem zespołu zakładowego był męski chór śpiewaczy kopalni Bleischarley pod przewodnictwem nadinżyniera Schüttela.

Był też cały świat edukacji muzycznej. Konserwatorium Cieplika, nauczyciele, kantorzy, szkolne chóry, kościelne zespoły, dyrygenci i kompozytorzy.

W tym pejzażu pojawia się Erich Lokay — kompozytor, chórmistrz i jedna z ważnych postaci bytomskiego życia muzycznego , a obok niego Alois Heiduczek, Paul Kraus, Michael Jarczyk i wielu innych.

Bytom śpiewał głosami mężczyzn, chłopców, uczniów, piekarzy, górników i kantorów.

Ostatnie akordy

Jeszcze w listopadzie 1936 roku odbyło się II Górnośląskie Święto Muzyczne.

Były połączone chóry. Były transmisje radiowe. Była twórczość lokalnych kompozytorów. Było poczucie, że Bytom należy do ważnych punktów muzycznej mapy regionu.

Potem przyszła wojna.

Zespoły traciły ludzi. Stowarzyszenia słabły. Dawny rytm prób, koncertów i zjazdów zaczął się rozpadać.

W 1941 roku w Bytomskim Domu Koncertowym odbył się pożegnalny koncert najstarszego chóru. Wystąpiły resztki dawnych chórów męskich, około 100 chłopców z Beuthener Mittelschule oraz 16 muzyków Teatru Miejskiego.

Razem około dwustu wykonawców.

Potężny chór męski i chłopięcy podczas dramatycznego koncertu w latach 40. XX wieku
Pożegnalny występ. Ostatni wielki koncert w Bytomskim Domu Koncertowym w 1941 roku, zwiastujący koniec złotej ery śpiewu (wizualizacja).

Wielka liczba. I zarazem finał.

Po 1945 roku dawny świat bytomskich stowarzyszeń śpiewaczych przestał istnieć w znanej sobie formie. Zmieniła się ludność, język, administracja i pamięć miasta.

Według relacji Georga Klußa tragiczny los spotkał Polewkę, drukarza i drugiego chórmistrza „Liedertafel”, który zginął w Bytomiu w 1945 roku.

Richard Ullmann osiadł po wojnie w Ilten koło Hanoweru. W jednym z powojennych listów wracał myślą do dawnego bytomskiego chóru. Pisał, że w nowych warunkach nie udało mu się już stworzyć tak zgranej wspólnoty.

Dawny głos Bytomia nie zabrzmiał drugi raz tak samo…

Słowniczek postaci

Karl Lucas (1808–1878)

Radny miejski (Stadtrat), przewodniczący komitetu budowy miejskiego sierocińca w Bytomiu, inicjator i odbiorca funduszy z charytatywnego koncertu „Die Glocke” w 1852 roku. Ciekawostka: był rodzonym bratem Emilii Lucas, przybranej matki słynnej Joanny Gryzik (dziedziczki fortuny Karola Goduli). Zachował się jego portret z 1876 r., wykonany w bytomskim atelier J. F. Stieblera.

Rudolf Braxator (1820–1879)

kantor kościoła Mariackiego w Bytomiu od 1840 roku, współzałożyciel i pierwszy dyrygent najstarszego bytomskiego chóru męskiego. Prowadził wykonanie „Die Glocke” podczas koncertu charytatywnego w „Białym Orle” (Weiße Adler) w 1852 roku.

Julius Schiwy (1844–1910)

zięć Rudolfa Braxatora, kantor i organista przy kościele Świętej Trójcy. Przez 32 lata dyrygował „Männergesangverein Sängerbund Beuthen”. Wspominany podczas zjazdu śpiewaczego w 1925 roku.

Paul Braxator (1848–1926)

syn Rudolfa Braxatora. Od 1894 roku pierwszy przewodniczący „Sängerbundu”, później także chórmistrz. Reprezentował rodzinną ciągłość najstarszego bytomskiego chóru.

Max Neumann (1878–1949)

radca szkolny, kompozytor, organizator ruchu śpiewaczego i przewodniczący okręgu Bytom-Gliwice-Zabrze. W latach 20. XX wieku pomógł ożywić „Sängerbund”. Prowadził także własny Max-Neumann-Quintett.

Paul Jaschke (1881–1929)

miejski dyrektor muzyczny Bytomia, pedagog i państwowy doradca muzyczny. Twórca silnego środowiska edukacji muzycznej w Realgymnasium (chóry, orkiestry uczniowskie). Założyciel Singverein Beuthen (1918 r.). W najstarszym chórze męskim podniósł wymagania artystyczne i przeniósł próby do profesjonalnej sali muzycznej. Autor (wraz z M. Neumannem) podręcznika muzycznego „Hirts Musikbuch für oberschlesische Schulen – Lied und Leben”.

Richard Ullmann (1887–1967)

nauczyciel, rektor szkoły, weteran I wojny światowej i dyrygent reaktywowanego chóru „Liedertafel”. Pod jego kierownictwem zespół rozwinął się z grupy rzemieślników i robotników w duży chór liczący około stu śpiewaków. Po wojnie osiadł w Ilten koło Hanoweru.

Lisa Ullmann

żona Richarda Ullmanna. Wspominana jako osoba tworząca domowe zaplecze chóru; po długich próbach przyjmowała śpiewaków kawą i poczęstunkiem.

Georg Kluß

dyrygent, kompozytor i autor powojennych artykułów o bytomskim ruchu chóralnym. W latach 1931–1941 kierował muzycznie „Sängerbundem”. Prowadził także bytomski chór chłopięcy „Beuthener Sängerknaben”.

Joseph Reimann

nauczyciel muzyki w Liceum Miejskim i dyrektor Miejskiej Szkoły Śpiewu. Około 1924 roku przejął kierownictwo nad MGV „Liederkranz” i podniósł poziom zespołu.

Georg Kitzler

nauczyciel i dyrygent „Männergesangverein Beuthen” w latach jego największej popularności, około 1922–1927. Pod jego batutą chór dawał wyprzedane koncerty w Domu Strzeleckim (Schützenhaus)

Erich Lokay

bytomski kompozytor i dyrygent, związany m.in. z chórami i muzyką kościelną. Współtworzył szerokie środowisko muzyczne miasta.

Polewka

drukarz, drugi chórmistrz i zastępca Richarda Ullmanna w „Liedertafel”. Według relacji Georga Klußa zginął w Bytomiu w 1945 roku.

Bibliografia i źródła

Poniższe zestawienie obejmuje źródła prasowe, opracowania kronikarskie oraz powojenne publikacje wspomnieniowe wykorzystane przy opracowaniu tekstu.

Archiwalne źródła urzędowe i prasa z epoki

  • Intelligenzblatt für Beuthen, nr 20 z dn. 14 maja 1852 r. Ogłoszenie zapowiadające charytatywny koncert „Die Glocke” w lokalu Beuthnera.
  • Intelligenzblatt für Beuthen, nr 24 z dn. 11 czerwca 1852 r. Oficjalne podziękowanie i rozliczenie finansowe zysku z koncertu na rzecz budowy sierocińca.
  • Festschrift zur 50-Jahr-Feier des M.-G.-V. „Sängerbund” Beuthen/OS., Bytom 1900/1906.
  • Oberschlesien im Bild, nr 31 z dn. 12 września 1924 r., s. 5. Fotografia dokumentująca „Sängerfahrt” chóru „Liedertafel” do Kłodzka.
  • Festbuch zur XVII. Hauptversammlung des Vereins katholischer Lehrer Schlesiens in Beuthen O.-S. (4.–7. Oktober 1925), Oberschlesische Zeitung G.m.b.H., Bytom 1925.
  • Ostdeutsche Morgenpost, nr 223 z dn. 14 sierpnia 1927 r. Relacja z sobotnich obchodów 25-lecia „Liedertafel” w Domu Strzeleckim.
  • Ostdeutsche Morgenpost, nr 224 z dn. 15 sierpnia 1927 r. Relacja z odsłonięcia tablicy poległych, pochodu ulicami miasta i poświęcenia sztandaru na Rynku.
  • Oberschlesien im Bild, nr 35 z dn. 26 sierpnia 1927 r., s. 2. Reportaż fotograficzny „25 Jahre Liedertafel-Beuthen”.
  • Der Oberschlesier, rocznik 18 (1936), zeszyt 11, s. 613–614. Recenzja z II Górnośląskiego Święta Muzycznego w Bytomiu.

Opracowania kronikarskie

  • Gramer Franz, Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, Bytom 1863.
  • Stodolka Franz, Das Beuthener Musikleben. Rozdział w monografii historycznej Bytomia poświęcony ewolucji chórów męskich, rzemieślniczych i kościelnych.

Powojenne publikacje wspomnieniowe

  • Kluß Georg, Musik und Musiker im Raume Beuthen. Ein Beitrag zum 8. Beuthener Heimattreffen in Recklinghausen, w: Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, nr 8, sierpień 1965, s. 26–29.
  • Kaul Hans, Die erste Aufführung der Glocke in Beuthen OS. 1852, w: Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, nr 10, październik 1968, s. 24–25.
  • Kluß Georg, Das Chorwesen in Beuthen-Stadt. Männerchöre, cz. I, w: Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, nr 7/8, lipiec/sierpień 1972, s. 34–36.
  • Kluß Georg, Das Chorwesen in Beuthen-Stadt. Männerchöre, cz. II, w: Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, nr 11, listopad 1972, s. 30, 32.
  • Kluß Georg, Das Chorwesen in Beuthen-Stadt. Männerchöre, cz. III, w: Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, nr 2, luty 1973, s. 31–32.
0
0

Read more

Ilustracja architektoniczna w stylu retro przedstawiająca zalaną słońcem krytą pływalnię z palmą oraz napis Solanka Bytomska: Skarb odkryty pod ziemią.

Bytomska Solanka: Skarb Odkryty Pod Ziemią

Historia Bytomia · solanka · Parkbad

Bytomska Solanka: skarb odkryty pod ziemią

Zanim Górny Śląsk zaczął marzyć o luksusowym uzdrowisku, w kopalni działy się rzeczy niepokojące. Górnicy mający stały kontakt z podziemnymi rozlewiskami na głębokości ponad 700 metrów masowo uskarżali się na tajemniczą wysypkę na nogach. Dziś wiemy, że był to pierwszy sygnał zwiastujący istnienie bytomskiej solanki — leczniczego fenomenu, który z czasem zamienił zwykłą pływalnię w prawdziwy miejski mit.

Bytom / Beuthen Karsten-Zentrum solanka lecznicza Parkbad 1934 Park Miejski

Podziemny sygnał: wysypka górników

Historia bytomskiej solanki zaczyna się nie w eleganckim zakładzie kąpielowym, lecz głęboko pod ziemią. W głębokich wyrobiskach kopalnianych, gdzie gromadziły się wody dołowe, górnicy zaczęli skarżyć się na uporczywe dolegliwości skórne nóg. Z pozoru była to wyłącznie uciążliwość zawodowa. W rzeczywistości stanowiła pierwszy trop prowadzący do odkrycia wyjątkowo mocnego źródła mineralnego.

700 m przybliżona głębokość ujęcia w kopalni Karsten-Zentrum
3,6% zawartość sodu wykazana w analizach chemicznych
6,9% zawartość chloru w badanej solance
1934 rok wielkiego otwarcia nowoczesnego Parkbadu

Podziemna woda nie była więc zwykłym problemem technicznym. Była zapowiedzią czegoś, co wkrótce zaczęto opisywać językiem medycyny, miejskich ambicji i uzdrowiskowego prestiżu. Bytom, kojarzony z kopalniami i przemysłem, nagle otrzymał szansę na zupełnie inną opowieść: historię miasta zdrojowego.

Niepozorny początek legendy

To, co dla górników było swędzącą dolegliwością, dla lekarzy i miejskich władz okazało się znakiem ukrytego pod Bytomiem bogactwa. Solanka miała z czasem trafić z kopalnianych chodników do łaźni, basenów i medycznych gabinetów.

Dwoista historia odkrycia

Samo oficjalne znalezienie ujęcia kryje w sobie ciekawą historyczną rozbieżność. Według powojennej prasy nastąpiło to w latach 1901–1902, kiedy inżynier Wilhelm Gebhardt zauważył kopalniane rury zapchane krystalizującą się solą. Ta prozaiczna awaria mogła być w praktyce jednym z najważniejszych odkryć w dziejach bytomskiego lecznictwa.

Starsze kroniki miejskie Bytomia datują jednak przełomowe wydarzenie inaczej — na około 1910 rok. Wskazują przy tym, że ujęcie biło na głębokości około 700 metrów w kopalni Karsten-Zentrum. Niezależnie od dokładnej daty jedno pozostaje pewne: złoża ukryte w morskich osadach trzeciorzędowych okazały się geologicznym fenomenem.

Wersja prasowa

Lata 1901–1902, inżynier Wilhelm Gebhardt, kopalniane rury i sól krystalizująca w instalacji. To narracja bardziej anegdotyczna, ale bardzo sugestywna.

Wersja kronikarska

Około 1910 roku, kopalnia Karsten-Zentrum i ujęcie na głębokości około 700 metrów. Ta wersja mocniej wiąże odkrycie z miejską dokumentacją.

Legenda spod ziemi

W mieście szybko narodziła się także słynna opowieść, jakoby bytomska solanka miała podziemne połączenie z kopalnią w Wieliczce. Stanowiło to doskonałą pożywkę dla powstania lokalnej legendy — i właśnie dlatego ta opowieść tak dobrze przetrwała w pamięci mieszkańców.

Twarde dane: 3,6% sodu i 6,9% chloru

Bytomska solanka nie była zwykłą wodą. Szczegółowa analiza chemiczna przeprowadzona przez Państwowy Instytut Higieny (Staatl. Hygienische Institut) wykazała jej niezwykle silne właściwości. W badaniach stwierdzono obecność sodu na poziomie 3,6% oraz chloru sięgającą aż 6,9%.

Skład źródła

W bytomskiej solance znajdowały się również potas, wapń, magnez, żelazo, siarczany, wodorowęglany oraz wolny dwutlenek węgla. To właśnie ta mieszanka budowała jej reputację jako wody o silnym potencjale leczniczym.

Dokumentacja medyczna dowodziła, że bytomskie źródło pod względem siły leczniczej znacznie przewyższało słynne niemieckie uzdrowiska, takie jak Bad Oeynhausen czy Harzburg. Dla miasta był to argument ogromnej wagi: nie chodziło już wyłącznie o ciekawostkę geologiczną, ale o ogromny prestiż dla miasta.

  • sód — 3,6% według analizy chemicznej;
  • chlor — 6,9%, czyli wyjątkowo silny składnik solanki;
  • minerały uzupełniające — m.in. potas, wapń, magnez i żelazo;
  • gazy i związki — siarczany, wodorowęglany i wolny dwutlenek węgla.

Pierwsze łaźnie i wielkie, przerwane inwestycje

Początkowo cenny płyn doprowadzano rurociągiem, określanym w kronikach po prostu jako wodociąg — Wasserleitung. Biegł on w bezpośrednim sąsiedztwie miasta i prowadził solankę do starego zakładu kąpielowego, czyli alte Badeanstalt. Ten mieścił się w dawnej przepompowni wody przy głównej promenadzie.

Włodarze Bytomia bardzo szybko dostrzegli potencjał źródła. Już w 1913 roku radni zatwierdzili gigantyczny budżet w wysokości 600 000 marek niemieckich na budowę zupełnie nowego zakładu solankowego — Solbad.

Bytom miał stać się czymś więcej niż miastem kopalń. W planach pojawiał się obraz nowoczesnego ośrodka kąpielowego, który mógł połączyć przemysłowy Śląsk z atmosferą eleganckiego uzdrowiska.

Ambitne plany inwestycyjne zostały jednak całkowicie udaremnione przez wybuch I wojny światowej oraz postępującą po niej inflację. Solankowy sen trzeba było odłożyć, choć sama idea nie zniknęła. Przetrwała w miejskich dyskusjach, dokumentach i wyobraźni ludzi, którzy wciąż widzieli w wodzie spod ziemi szansę na wielką zmianę.

Parkbad: ruina zamieniona w cud architektury

Kolorowana pocztówka historyczna przedstawiająca modernistyczne wejście do krytej pływalni Parkbad w Bytomiu z 1934 roku.
Kolorowana pocztówka z lat 30. XX wieku ukazująca fasadę krytej pływalni w bytomskim Parku Miejskim.

Pierwsze dyskusje nad koniecznością wybudowania w Bytomiu krytej pływalni z prawdziwego zdarzenia toczyły się już w latach 1897–1898. Drogę do realizacji marzenia blokowały jednak kolejne problemy finansowe, organizacyjne i polityczne. Kiedy wreszcie ruszyła budowa wielkiego kompleksu, historia znów postawiła miastu przeszkodę.

1897–1898

Pierwsze poważne dyskusje o budowie krytej pływalni w Bytomiu.

1913

Miasto zatwierdza 600 000 marek niemieckich na nowy zakład solankowy, lecz inwestycję przerywa wojna i inflacja.

23 października 1929

Prace przy wielkim kompleksie zostają całkowicie wstrzymane.

1934

Parkbad zostaje ukończony i przygotowany do otwarcia w okolicach świąt Wielkanocnych.

2012

Po wielkim remoncie pływalni zapada decyzja o rezygnacji z reaktywacji niecek solankowych.

Choć ostatecznie ruszyła budowa wielkiego kompleksu, 23 października 1929 roku prace zostały całkowicie wstrzymane. Przez kilka lat niedokończony szkielet inwestycji straszył jako upiorna ruina u samego wejścia do Parku Miejskiego. Do momentu przerwania robót inwestycja pochłonęła 1,3 miliona marek Rzeszy (RM), a aby ją dokończyć, władze miasta musiały wygospodarować kolejne 600 000 marek Rzeszy.

Przypis redakcyjny

RM (Reichsmark) — marka Rzeszy, oficjalna waluta niemiecka obowiązująca w latach 1924–1948. W artykule skrót ten odnosi się do kosztów inwestycji z okresu międzywojennego, a nie do wcześniejszego budżetu zatwierdzonego w 1913 roku.

Udało się. Uporządkowano wielki teren rozciągający się między dawnymi ulicami: Humboldtstraße, czyli dzisiejszą ulicą Kolejową, Hindenburgstraße, czyli dzisiejszą ulicą Wrocławską, oraz Ostlandstraße, odpowiadającą dzisiejszej ulicy Strzelców Bytomskich. Obiekt wreszcie ukończono i przygotowano do wielkiego otwarcia w okolicach świąt Wielkanocnych (Ostern) w 1934 roku.

Nowoczesność na wschodzie Niemiec

Kryty basen w Parku Miejskim, powszechnie nazywany Parkbad, określano jako jeden z najnowocześniejszych obiektów rekreacyjnych na wschodzie ówczesnych Niemiec. Był nie tylko pływalnią, lecz także kompleksem leczniczym, wypoczynkowym i towarzyskim.

Czarno-biała fotografia przedstawiająca główną nieckę basenową wypełnioną solanką wewnątrz krytej pływalni Hallenbad w Bytomiu.
Wnętrze hali pływackiej z imponującą główną niecką o nietypowych, ułamkowych wymiarach 33 1/3 x 12 1/2 metra.

Główna niecka basenowa robiła potężne wrażenie i miała bardzo nietypowe, ułamkowe wymiary: dokładnie 33 1/3 × 12 1/2 metra. Co ciekawe, wyposażono ją również w profesjonalną trampolinę do skoków, czyli Sprungbrett. To właśnie te rozmiary do dziś podtrzymują sporną wśród historyków tezę, że obiekt był przygotowywany jako basen rezerwowy na Igrzyska Olimpijskie w Berlinie w 1936 roku.

Zbliżenie na stalową skocznię basenową i minimalistyczny zegar ścienny w wielkiej hali bytomskiego Parkbadu.
Profesjonalna trampolina do skoków (Sprungbrett) umiejscowiona tuż przy głównej niecce basenowej.

Solankowe luksusy, brodzik i palmy na dachu

Parkbad szybko stał się wizytówką miejskiej nowoczesności. Okrzyknięty „najpiękniejszym” obiekt wyposażono w wielką halę pływacką, tarasy do leżenia, specjalistyczny dział kąpieli wannowych i medycznych, a nawet solanki dla najmłodszych.

Historyczne ujęcie sterylnej, wykafelkowanej strefy sanitarnej ze stanowiskami do mycia stóp przed wejściem na halę bytomskiej pływalni.
Pedantycznie czysta strefa sanitarna wyposażona w ceramiczne stanowiska wymuszające dbałość o higienę przed wejściem do wody.

Dla dzieci

Dla najmłodszych stworzono dedykowany solankowy brodzik — Kinder-Soleplanschbecken. Według dawnych opisów z doskonałymi skutkami leczono tam dziecięcą anemię i krzywicę.

Dla kuracjuszy

Oddział medyczny oferował naturalne kąpiele solankowe, kąpiele parowe i inhalacje. Zabiegi stosowano m.in. przy rwie kulszowej, dnie moczanowej i chorobach serca.

Dla elegancji

Goście mieli do dyspozycji zakład fryzjerski, restaurację oraz słynną kawiarnię Hallenbad-Café, która tętniła życiem i dodawała obiektowi miejskiego szyku.

Dla sterylności

Nowoczesna strefa sanitarna posiadała pojedyncze pokoje z kabinami prysznicowymi — Einzelräume mit Duschzellen. Luksus miał iść w parze z pedantyczną czystością.

Najbardziej widowiskowym elementem kompleksu w ciepłe miesiące był jednak taras na dachu. Wysypano tam tony piasku, tworząc sztuczną plażę, a egzotycznego, iście uzdrowiskowego klimatu dodawały olbrzymie donice z żywymi palmami i bananowcami wystawianymi na zewnątrz.

Zewnętrzny taras bytomskiej pływalni zagospodarowany na sztuczną plażę z leżakami, żywymi palmami i egzotycznymi bananowcami.
Taras wypoczynkowy bytomskiego obiektu, gdzie w sezonie letnim tworzono sztuczną plażę z prawdziwie uzdrowiskową roślinnością.
Śląski kurort nad dachem

Ten obraz jest jednym z najbardziej niezwykłych w całej historii bytomskiej solanki: przemysłowe miasto, Park Miejski, nowoczesny basen, piasek na dachu i egzotyczne rośliny, które miały przenieść gości w klimat prawdziwego uzdrowiska.

Mroczny epizod „białej wody”

Z historią bytomskiego basenu wiąże się także dramatyczny i mroczny epizod. Naturalna solanka, wchodząc w reakcję chemiczną z płynami dezynfekującymi na bazie chloru, potrafiła drastycznie mętnieć. Woda bywała wręcz nieprzejrzysta, dlatego stali bywalcy nazywali ją „białą wodą”.

Ciemna strona legendy

W latach 90. XX wieku na terenie pływalni doszło do tragedii. Utonęła nauczycielka, a z powodu silnego zmętnienia wody jej ciało zostało zauważone na dnie dopiero po pewnym czasie. To wydarzenie na zawsze dopisało do historii Parkbadu przejmujący, bolesny rozdział.

Ten tragiczny wypadek pokazał niebezpieczne oblicze bytomskiej solanki. Woda, która przez lata przynosiła zdrowie i była symbolem miejskich ambicji, w wyniku specyficznej reakcji chemicznej bezpośrednio przyczyniła się do dramatu.

Definitywny koniec solankowej tradycji

Złota era lecznictwa ostatecznie przeminęła, gdy podziemny rurociąg uległ rozszczelnieniu. To przerwało zasilanie bezpośrednio z kopalni i zachwiało podstawą całej solankowej tradycji w Bytomiu. Od tego momentu dawna ciągłość została zerwana, a funkcjonowanie solankowych niecek stało się coraz trudniejsze.

Ostateczny koniec nastąpił po zakończeniu wielkiego remontu gmachu pływalni w 2012 roku. Podjęto wtedy nieodwołalną decyzję o rezygnacji z reaktywacji niecek solankowych. W 2026 roku mija od tamtego momentu dokładnie 14 lat.

Dziś bytomskie tradycje uzdrowiskowe to ostatecznie zamknięty rozdział, udokumentowany jedynie w archiwalnych teczkach i na starych fotografiach. Historia, która na przełomie wieków rozpoczęła się od zwykłej awarii kopalnianych pomp, dała przemysłowemu miastu na kilkadziesiąt lat nowoczesny zakład leczniczy z prawdziwego zdarzenia. I choć po remoncie z 2012 roku solankowe niecki bezpowrotnie wyschły, twarde dane medyczne wciąż przypominają, że Bytom dysponował podziemnym skarbem śmiało dorównującym najlepszym europejskim kurortom.

Bibliografia i źródła

Poniższe zestawienie obejmuje najważniejsze źródła wykorzystane przy opracowaniu artykułu: odkrycie solanki, prasowe relacje o Parkbadzie, nietypowe wymiary niecki, powojenne lecznictwo oraz ostateczny koniec solankowych tradycji po remoncie z 2012 roku.

  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, czerwiec 1972, nr 6, artykuł Wie die Beuthener Heilsole entdeckt wurde. Źródło dokumentujące postać inżyniera Gebhardta, awarię rur, anegdoty o wysypce górników oraz miejską legendę o podziemnym połączeniu z Wieliczką.
  • Beuthener Stadtblatt, 1938, Jg. 13, nr 1 i 5 oraz Kattowitzer Zeitung, 1935, Jg. 67, nr 295. Zbiorcze odniesienie do prasy międzywojennej, która zachwycała się nową pływalnią, sztuczną plażą z palmami i solankowymi brodzikami.
  • Życie Bytomskie, 2024, R. 68, nr 29, artykuł Jeśli lato, to na basen!. Źródło potwierdzające nietypowe wymiary niecki 33,3 × 12,5 m oraz przytaczające sporną hipotezę o rezerwowym obiekcie na Igrzyska Olimpijskie w Berlinie.
  • Życie Bytomskie, 1964, R. 8, nr 20 (389), reportaż Bytom – Zdrój ma solankę równą… Ciechocinkowi. Źródło ważne dla akapitu o powojennej złotej erze, wznowieniu zabiegów w 1946 roku oraz opinii prof. Sabatowskiego.
  • Życie Bytomskie, 2015, R. 59, nr 19 (3019), artykuł Bytomianie tęsknią za solanką. Źródło dokumentujące zrujnowany rurociąg, późniejsze mieszanie sztucznej wody z przywożonej soli oraz ostateczny koniec historii po remoncie z 2012 roku.
0
0

Read more

Wizualizacja zaginionego krajobrazu dawnego Rozbarku w Bytomiu, przedstawiająca drewnianą bramę, wiatrak i kominy fabryczne ukryte w archiwalnej mgle.

Zaginiony Rozbark · miejsca wymazane z mapy

Historia Rozbarku · miejsca wymazane z mapy

Zaginiony Rozbark. Brama Rogulli, Srocze Wzgórze, Fabryka Prochu i inne miejsca wymazane z mapy

Dziś Rozbark jest częścią Bytomia tak oczywistą, że łatwo zapomnieć, iż przez stulecia był osobną przestrzenią. Nie tylko administracyjnie, ale też krajobrazowo. Miał własne wzgórza, stawy, pola, młyny, zagrody, folwarki, hałdy, kapliczki i miejsca, o których opowiadano lokalne legendy.

Rozbark / RoßbergBrama RogulliSrocze WzgórzeStaw św. JackaFabryka Prochu

Ten dawny Rozbark nie zniknął jednego dnia. Woda odpływała przez kopalniane odwadnianie. Wzgórza wybierano na piasek. Bramy rozbierano pod nowe ulice. Stare gospodarstwa ustępowały zabudowie miejskiej. A tam, gdzie kiedyś kończyła się wieś, pojawiały się kopalnie, szyny, tramwaje i domy robotnicze.

Ten artykuł nie jest więc pełną historią Rozbarku. To raczej próba przejścia po mapie miejsc, których już nie da się zobaczyć w dawnym kształcie: Bramy Rogulli, Sroczego Wzgórza, Fabryki Prochu, Kaminer Straße, Rozbarskich Alp i kilku innych punktów, które pomagają zrozumieć, czym był zaginiony Rozbark.

Rozbark pod spodem dzisiejszego miasta

Jedną z najważniejszych przewodniczek po dawnym Rozbarku jest Luise Wecker (ur. 1880, zm. po 1932) — pochodząca z Bytomia nauczycielka, która pracę w rozbarskiej szkole rozpoczęła w 1906 roku. Oprócz angażowania się w nowoczesną pedagogikę i prowadzenia praktycznych klas gospodarstwa domowego, skrupulatnie dokumentowała lokalną przeszłość. W 1930 roku wydała swoją fundamentalną pracę Geschichtliche Heimatkunde von Roßberg. To właśnie u niej Rozbark pojawia się jeszcze jako świat żywy: z nazwami ulic, wspomnieniami mieszkańców, opisami gospodarstw i miejsc, które w chwili pisania już znikały albo miały za chwilę zniknąć.

Dawny Rozbark leżał na wschód od Bytomia, na terenie bardziej pofałdowanym, niż podpowiada dzisiejszy miejski krajobraz. Od strony Klukowic teren wznosił się ku Sroczemu Wzgórzu i Czerwonej Górze. Nowe drogi, wykopy, nasypy, zabudowa i niwelacje sprawiły jednak, że dawna rzeźba tej części miasta stała się trudna do odczytania.

Stary Rozbark był wsią rozwijającą się przy Bytomiu, ale nie był od przemysłu odizolowany. Chłopskie gospodarstwa sąsiadowały z drogami, folwarkami, terenami górniczymi i późniejszą zabudową robotniczą. Dlatego jego historia nie jest prostym przejściem od „sielskiej wsi” do „przemysłowej dzielnicy”. Przez długi czas obie rzeczywistości nachodziły na siebie.

Rozbark zapisany warstwami…

Czyli próba odczytania Rozbarku przez zaginione stawy, wzgórza, zagrody, drogi, kopalnie i miejsca pamięci.

Staw św. Jacka i Gumowy Most

Jednym z najbardziej malowniczych miejsc dawnego Rozbarku był Staw św. Jacka, znany jako Jacekteich. Luise Wecker lokowała go w rejonie dawnych ulic Neuestraße, Ringstraße i Schulstraße, czyli dzisiejszych ulic Sokoła, Matejki i Szkolnej. U jego końca znajdowała się wąska kładka prowadząca z Rozbarku w stronę Bytomia, zwana Gumowym Mostem.

Z tym miejscem wiązano opowieści o wodniku. Starsi mieszkańcy mieli wspominać, że w rozbarskich wodach dokazywała tajemnicza postać znana ze śląskich podań. To jeden z tych fragmentów dawnego Rozbarku, w których źródłowy opis miejsca od razu łączy się z lokalną legendą.

Ten świat znikał jednak etapami. Już w XVIII wieku część stawu osuszył hrabia Henckel von Donnersmarck, zakładając na odzyskanym terenie barokowy Ogród Pański (Herrschaftlicher Garten). Reszta wód ze Stawu św. Jacka ostatecznie zaniknęła w listopadzie 1830 roku, w wyniku działania maszyn odwadniających w szarlejskich kopalniach. Kolejne osuszone fragmenty rozlewiska — znajdujące się w wyraźnym obniżeniu terenu — zamieniono później w prywatny Ogród Kalessego, należący do bytomskiego restauratora.

Sielanka dawnego rozlewiska szybko jednak zderzyła się z nową epoką. Z zachowanych dokumentów budowlanych z 1861 roku wynika, że gdy tuż nad Ogrodem Kalessego (na tzw. terenach klukowickich) budowano bytomską gazownię, pojawił się problem z odprowadzaniem brudnych cieczy poprodukcyjnych. Ponieważ ogród restauratora leżał na dnie dawnej niecki stawowej, zdecydowano się poprowadzić kryty kanał ściekowy z gazowni na wskroś przez ten zielony teren. To ważny symbol przemiany: miejsce wiejskich legend i dawnej wody najpierw przejęło miasto na swoje ogrody, by chwilę później przeciąć je rurami rodzącego się przemysłu.

Staw św. Jacka i Gumowy Most w dawnym Rozbarku, wizualizacja poglądowa
Wizualizacja inspirowana opisami źródłowymi. Staw św. Jacka i wąska kładka zwana Gumowym Mostem w dawnym Rozbarku.

Srocze Wzgórze (oryg. Elsterberge): wzniesienia, kaplica i pamięć po zarazie

Podobnie jak zniknięcie Stawu św. Jacka zmieniło dawny układ wodny Rozbarku, tak Srocze Wzgórza (oryg. Elsterberge, w dosłownym tłumaczeniu Góry Srok) stanowią przykład utraconego, wyższego ukształtowania tego terenu. Wznosiły się one na wschód od dawnej zabudowy, a ich zbocza ciągnęły się od dawnej Klukowitzer Straße (dzisiejszej ulicy Korfantego). Obecnie nie da się ich zobaczyć w pierwotnej formie, ponieważ zostały w całości zniwelowane w wyniku masowego wybierania piasku.

Nie były to jednak zwykłe wzniesienia. Według przekazów stała tam drewniano-kamienna kaplica słupowa łączona z pamięcią o ofiarach zarazy z 1737 roku. Chorobę określano jako gorączkową, najpewniej tyfus. Z tym wydarzeniem wiązano dramatyczną opowieść o chorych, którzy w gorączkowym amoku mieli wyskakiwać z łóżek, uciekać w pola i umierać tam, gdzie opadli z sił.

Bliscy mieli grzebać ich w tych miejscach i stawiać tam małe kapliczki albo kaplice słupowe. Nawet jeśli nie każdy szczegół tej opowieści da się przyjąć dosłownie, sens jest czytelny: dawna społeczność potrzebowała znaków pamięci. Kapliczka na Sroczym Wzgórzu mogła być właśnie takim znakiem.

Gdy kaplica zniknęła, a same wzgórza wybierano na piasek, przepadł nie tylko punkt topograficzny. Z krajobrazu usunięto miejsce, które przez pokolenia mogło przypominać o chorobie, strachu i śmierci poza uporządkowaną przestrzenią cmentarza.

Obok Sroczego Wzgórza znajdowała się również Czerwona Góra, znana z niemieckich źródeł jako Roter Berg. Jej nazwa miała pochodzić od czerwonych rud żelaza. To przypomnienie, że dawny Rozbark miał swoją topografię: wzgórza, obniżenia terenu, wodę, pola i ślady dawnego wydobycia.

Srocze Wzgórze, czyli Elsterberge w Rozbarku, z kapliczką po zarazie 1737 roku
Wizualizacja inspirowana opisami źródłowymi. Srocze Wzgórze (oryg. Elsterberge) jako utracony punkt topograficzny i miejsce pamięci po ofiarach zarazy z 1737 roku.

Kaminer Straße: ulica dawnych gospodarstw

Jednym z najważniejszych miejsc dla zrozumienia starego Rozbarku była Kaminer Straße, czyli dzisiejsza ulica Musialika. To właśnie tam zachowało się wiele starych gospodarstw chłopskich. Ulica prowadziła na wschód i należała do najstarszych dróg w Rozbarku.

Nie chodziło tylko o pojedyncze domy. Kaminer Straße przechowywała cały typ dawnej zabudowy. Tradycyjna rozbarska zagroda opierała się na układzie, w którym główny dom mieszkalny stał szczytem do ulicy. Naprzeciwko znajdował się mniejszy dom „na wycugu”, czyli Auszughaus albo Alt-Sitz. Z tyłu podwórze zamykała stodoła, oddzielając część gospodarczą od ogrodu.

Od strony ulicy ten świat zamykały bramy. Były czymś więcej niż praktycznym wjazdem na podwórze. Oddzielały przestrzeń publiczną od prywatnego wnętrza gospodarstwa. Mówiły o statusie gospodarza, typie zabudowy i dawnym charakterze Rozbarku.

Występowały zarówno bramy drewniane, jak i masywniejsze formy murowane. Niektóre miały łukowate przejścia dla pieszych, prostokątne prześwity, szczebliny i dekoracyjne detale. Dziś trudno sobie wyobrazić, jak bardzo taka ulica różniła się od współczesnej zabudowy miejskiej. Kaminer Straße była ciągiem gospodarstw, podwórzy, bram, stodół, ogrodów i pamięci rodzinnej.

Właśnie w takim kontekście trzeba zobaczyć Bramę Rogulli.

Brama Rogulli: najpiękniejsza brama Rozbarku

Brama Rogulli nie była zwykłym elementem zabudowy. Luise Wecker pisała o gospodarstwie chłopa Rogulli jako o miejscu, które szczególnie rzucało się w oczy, a samą bramę określała jako najpiękniejszą w całym Rozbarku.

Była to brama w stylu frankońskim, związana z posesją nr 25. Właścicielem był Bernhard Rogulla. Przed kwietniem 1867 roku część zabudowań i gruntów dawnej posesji Rogulli trafiła do Johanna Skory oraz Kasprzyka. Później ślad tej posesji staje się szczególnie ciekawy, bo z Johannem Skorą wiąże się także pierwszy przymusowy szpital Rozbarku przy Kaminer Str. 2.

Sama brama była potężną, drewnianą i zadaszoną konstrukcją. Z jednej strony miała szeroki wjazd dla wozów, z drugiej mniejszą furtkę dla pieszych. Nad furtką znajdowała się dekoracyjna balustrada z toczonych tralek. To nie były zwykłe gospodarskie wrota, ale znak dawnej kultury budowania, zamykający podwórze i jednocześnie zdobiący ulicę.

Dlaczego zniknęła? Przez gospodarstwo miała zostać poprowadzona nowa ulica osiedlowa, łącząca dawny Barbaraplatz (plac św. Barbary) z rejonem dawnej Elsterbergstraße (dzisiejszej ulicy Alojzjanów). Brama musiała ustąpić nowej komunikacji. Co szczególnie przejmujące, muzeum regionalne miało ją wykupić i zachować jako pomnik historyczno-kulturowy.

Brama Rogulli nie została rozebrana dlatego, że nikt nie widział jej wartości. Przeciwnie — planowano zachować ją jako pamiątkę dawnej zabudowy. Ostatecznie jednak przegrała z nową ulicą i przebudową tej części Rozbarku.

Była ważna nie jako wielka budowla, lecz jako element codziennego krajobrazu Kaminer Straße: gospodarstwa, podwórza, stodoły, ogrodu i przejazdu dla wozów. Wraz z jej rozbiórką znikał fragment dawnego, chłopskiego Rozbarku.

Brama Rogulli przy dawnej Kaminer Straße w Rozbarku, wizualizacja na podstawie opisów źródłowych
Wizualizacja inspirowana opisami źródłowymi. Brama Rogulli przy dawnej Kaminer Straße, dzisiejszej ul. Musialika, pokazana jako symbol świata rozbarskich zagród. Grafika ma charakter poglądowy i nie jest rekonstrukcją 1:1.
Najważniejszy symbol artykułu

Brama Rogulli działa tu jak soczewka: pokazuje nie tylko jeden obiekt, ale cały zanikający układ dawnej Kaminer Straße — dom, podwórze, stodołę, ogród, wjazd i granicę między ulicą a gospodarstwem.

Kaminer Str. 2: szpital, którego Rozbark nie chciał

Z dawną Kaminer Straße (dzisiejszą ulicą Musialika) wiąże się jeszcze jeden ważny punkt: pierwszy szpital w Rozbarku. Utworzono go w 1879 roku przy Kaminer Str. 2, w prywatnym domu Johanna Skory. Co ciekawe, nazwisko Skory pojawia się również przy losach dawnej posesji Rogulli. To pokazuje, jak gęsto splatały się tutaj historie gospodarstw, nowych ulic i pierwszych instytucji publicznych.

Najciekawsze jest jednak to, że placówka powstała pod przymusem władz. Gmina Rozbark nie chciała jej uruchomić. Przedstawiciele gminy tłumaczyli, że miejscowość nie ma dobrej wody pitnej ani wykwalifikowanego personelu pielęgniarskiego. Pojawił się też argument wręcz groteskowy: opiekę musiałby przejąć stróż nocny, a smakowite kąski przeznaczone dla chorych pewnie częściej wędrowałyby do kuchni żony stróża niż do samych pacjentów.

Dziś brzmi to komicznie, ale za tym argumentem kryje się coś poważniejszego. Rozbark szybko rósł, industrializował się i potrzebował instytucji publicznych: opieki zdrowotnej, szkół, policji i urzędów. Każda taka instytucja oznaczała jednak koszty, które w przypadku tego szpitala obliczono na 3334 marki rocznie.

Ostatecznie sprzeciw nie pomógł. Szpital uruchomiono przymusowo na koszt gminy Rozbark. Lazaret zawierał pięć sal chorych z ośmioma łóżkami, łazienkę, mieszkanie dla pielęgniarza oraz kostnicę. Dom Skory został wynajęty na cele opiekuńcze na pięć lat, do 1884 roku.

Kaminer Straße (dzisiejsza ulica Musialika) pojawia się tu w nowym świetle. To już nie tylko ulica chłopskich gospodarstw i bram. To także miejsce, w którym wiejska wspólnota zderzała się z nowoczesnym obowiązkiem organizowania publicznej opieki zdrowotnej.

Warto dodać, że później przy Kaminer Str. 35 funkcjonował wojenny lazaret. Dawna restauracja, wyszynk i sale Josefa Pawelczka zostały w latach 1914–1916 zarekwirowane i zaadaptowane na Królewski Szpital Rezerwowy. Ta jedna ulica skupia więc zaskakująco wiele warstw: stare gospodarstwa, najpiękniejszą bramę Rozbarku, przymusowy szpital i wojenny lazaret.

Młyn Klugiusa i miejsce, które zmieniało funkcję

Dawny Rozbark miał także swoją część związaną z Klukowitz. Nazwa ta przypomina o młynarzu Johannie Klugiusie. Jego młyn stał w południowej części dawnej Küperstraße (dzisiejszej ulicy Matejki), tuż za przecinającą ją ulicą Schulstraße (Szkolną).

Losy młynarza splatają się bezpośrednio z historią powstania opisanego wcześniej Ogrodu Pańskiego. Według przekazów Klugius zubożał, ponieważ hrabia Henckel von Donnersmarck, realizując własne plany inwestycyjne i osuszając staw pod swój barokowy ogród, celowo pozbawił młyn wody. Co gorsza, mimo unieruchomienia koła młyńskiego, hrabia nadal bezlitośnie domagał się od Klugiusa czynszu, świń i zboża. Doprowadzony do ostateczności młynarz w 1721 roku musiał sprzedać swój majątek hrabiemu za zaledwie 300 florenów.

Teren przejęty przez arystokratę szybko zmienił funkcję, wpisując się w jego konkurencyjne zapędy. W miejscu dawnego młyna powstał najpierw duży murowany dom myśliwski, a następnie gorzelnia i browar (później znany jako browar Schäfera). W lokalnych przekazach zachowała się też barwna informacja o wybudowanych tam stajniach dla dzikich zwierząt – podobno trzymano w nich niedźwiedzie, lisy i wilki.

W 1929 roku, podczas robót ziemnych, natrafiono na fundamenty dawnego młyna Klugiusa. To jeden z tych fascynujących momentów, gdy zaginiona przestrzeń na chwilę wraca na powierzchnię. Przez ułamek sekundy można było zobaczyć, że pod nową ulicą i zwartą zabudową wciąż leżą fizyczne ślady znacznie starszego, przedprzemysłowego Rozbarku.

Wiatrak, który opuścił Rozbark

Z zachowanych badań Luise Wecker wynika dokładna, trójetapowa historia rozbarskiego wiatraka kozłowego (Bock-Windmühle). Obiekt został wzniesiony w 1830 roku za dawną ulicą Elsterbergstraße (w okolicach Sroczego Wzgórza / dzisiejszej ul. Alojzjanów), a jego pierwszym właścicielem był młynarz Michel Spyra.

Przedsięwzięcie okazało się jednak mało opłacalne i wiatrak szybko zaczął podupadać. W lipcu 1843 roku Spyra sprzedał go za 320 talarów młynarzowi Augustowi Marpertowi z Tarnowskich Gór. To wtedy doszło do pierwszej relokacji budowli. Specyfika drewnianej konstrukcji koźlaka pozwoliła na jego całkowity demontaż i przeniesienie przy pomocy rozbarskich chłopów na Groß-Dombrowkastraße (historyczny trakt prowadzący do Dąbrówki Wielkiej, czyli dzisiejszą ulicę Brzezińską). Dawne zapisy lokują budowlę pod adresem Groß-Dombrowkastraße 48, co topograficznie odpowiada obszarowi u zbiegu dzisiejszych ulic Brzezińskiej i Tuwima. Prace kontynuowano po zatwierdzeniu planu sytuacyjnego i braku sprzeciwu najbliższych sąsiadów.

Wiatrak stał w nowym miejscu do 1898 roku. Z powodu postępującej zabudowy miejskiej wzdłuż ulicy, jego ostatni rozbarski właściciel, Alexander Sollorz, zdecydował o kolejnej rozbiórce i sprzedaży. Obiekt przetransportowano do Ligoty Woźnickiej (w niemieckich źródłach Ellguth-Woiznik), gdzie został po raz drugi odbudowany, lecz ostatecznie uległ tam całkowitemu zniszczeniu w pożarze.

Historia tego obiektu to rzadki w tamtym okresie przykład mobilności infrastruktury. Budowla nie została wyburzona na miejscu przez wkraczającą zabudowę, lecz była fizycznie przenoszona, ustępując krok po kroku przed nową, miejską tkanką.

Fabryka Prochu: katastrofa między Rozbarkiem a Brzezinami

Najbardziej dramatycznym miejscem w tej opowieści jest Fabryka Prochu, określana też w przekazach jako fabryka dynamitu. Znajdowała się między Groß-Dombrowkastraße a szosą siemianowicką, czyli między Rozbarkiem a Brzezinami Śląskimi.

W 1871 roku, w czasie wojny francusko-pruskiej, zakład wyleciał w powietrze. Według przekazu przyczyną była nieostrożność. Siła wybuchu musiała być ogromna. Ofiary zostały tak zmasakrowane, że nie mogli ich rozpoznać nawet najbliżsi, a w archiwach do dziś brakuje ich pełnej, zweryfikowanej listy. Wiele ciał miało na zawsze pozostać pod ziemią w miejscu katastrofy.

Ta tragedia w brutalny sposób obnażyła najciemniejszą stronę epoki industrialnej: raczkujący przemysł oznaczał nie tylko rozwój, ale też śmiertelne ryzyko, technologiczną bezwzględność i widmo nagłej katastrofy.

Zakładu nie odbudowano. W późniejszym czasie pojawia się natomiast mniejszy magazyn prochu, położony między kopalniami Neue Fortuna i Neu-Eurydice. Okolica Rozbarku i Brzezin była więc nasycona infrastrukturą przemysłową oraz militarną, której ślady nie zawsze są dziś widoczne.

Zniknięcie Fabryki Prochu z mapy Rozbarku miało charakter nagły i ostateczny. W przeciwieństwie do dawnych gospodarstw czy młynów, zakładu nie rozebrano, nie przeniesiono ani nie zaadaptowano do nowych funkcji. Fabryka przestała istnieć w ułamku sekundy, a fizyczne zniszczenie infrastruktury w wyniku eksplozji trwale wymazało ten obiekt z lokalnego krajobrazu.

Fabryka Prochu między Rozbarkiem a Brzezinami Śląskimi, katastrofa z 1871 roku, wizualizacja poglądowa
Wizualizacja inspirowana opisami źródłowymi. Fabryka Prochu między Rozbarkiem a Brzezinami Śląskimi jako przemysłowy kontrapunkt opowieści. Grafika pokazuje katastrofę z 1871 roku w sposób poglądowy, bez dosłownej rekonstrukcji zdarzenia.

Rozbarskie Alpy i pingi: krajobraz po wydobyciu

Nie wszystkie zaginione miejsca Rozbarku były stare i wiejskie. Część powstała już jako rezultat przemysłu, a potem także zniknęła. Najlepszym przykładem są Rozbarskie Alpy, czyli Roßberger Alpen.

Tak nazywano wysokie hałdy związane z dawną kopalnią rud „Rokoko”. Wydobywano tam rudy, w tym także srebro. Hałdy przez długi czas dominowały w krajobrazie, a później zostały zniwelowane pod zabudowę. Na pamiątkę tego przemysłowego krajobrazu pozostały dawne nazwy wytyczonych tam ulic: Rococostraße (dzisiejsza ulica Gallusa) oraz Haldenstraße (dzisiejsza ulica Kossaka).

To ciekawy paradoks. Najpierw przemysł zmienił wiejski krajobraz, usypując hałdy tak wyraźne, że nazwano je Alpami. Potem kolejna faza urbanizacji usunęła nawet te hałdy. Zniknął więc nie tylko dawny Rozbark rolniczy, ale także wcześniejszy Rozbark przemysłowy.

Do tej samej warstwy należą także tzw. pingi — niewielkie zapadliska i leje po dawnym, płytkim wydobyciu rud żelaza oraz galmanu. Takie ślady znajdowały się między innymi na dawnym polu Knefflikowskim. Stanowiły one fizyczny dowód wczesnej eksploatacji górniczej, trwale deformując ówczesną rzeźbę terenu siecią płytkich zagłębień, które z biegiem lat uległy zatarciu i niwelacji.

Rozbark nie stał się przemysłowy dopiero wtedy, gdy pojawiła się wielka kopalnia węgla. Jego ziemia była naruszana wcześniej przez eksploatację rud. Ołów, srebro, galman, żelazo, później węgiel — wszystko to stopniowo przepisywało mapę miejscowości.

Rozbarskie Alpy, hałdy dawnej kopalni rud Rokoko w Rozbarku, wizualizacja poglądowa
Wizualizacja inspirowana opisami źródłowymi. Rozbarskie Alpy, czyli hałdy dawnej kopalni rud Rokoko w rejonie późniejszych ulic Rococostraße (dzisiejsza ul. Gallusa) i Haldenstraße (dzisiejsza ul. Kossaka).

Rustical kontra Dominial: kto płacił za przemysłowy Rozbark?

Na końcu warto postawić pytanie mniej widowiskowe, ale bardzo ważne: kto płacił za tę przemianę?

Rozbark był podzielony nie tylko krajobrazowo, ale także administracyjnie i podatkowo. Istniały grunty wiejskie, czyli Rossberger Rustical, objęte gminą chłopską, oraz obszary dworskie, czyli Gutsbezirk albo Rossberger Dominial Terrain, związane z arystokracją i wielkim przemysłem.

Według przekazu F. Stodolki grunty wiejskie były obciążone podatkami rzędu ponad 500 procent. Z tych pieniędzy utrzymywano policję, opiekę zdrowotną i szkoły dla przeludnionych wsi robotniczych. Tymczasem obszary dworskie, na których działał duży przemysł, miały płacić obciążenia rzędu około 50 procent.

Jeżeli spojrzeć na to razem z historią przymusowego szpitala, wszystko układa się w większy obraz. Gmina chłopska musiała mierzyć się ze skutkami industrializacji: wzrostem ludności, chorobami, potrzebą szkół, policji, opieki i administracji. Jednocześnie duży przemysł korzystał z odrębnego statusu obszarów dworskich.

Kwestie podatkowe i administracyjne stanowią bezpośrednie odzwierciedlenie ówczesnych przekształceń własnościowych. Zyski z działalności kopalń i masowej parcelacji gruntów często trafiały do wielkich właścicieli ziemskich oraz inwestorów, podczas gdy koszty utrzymania gwałtownie rosnącego zaplecza społecznego spadały na rozbarską gminę. W tym kontekście utrata dawnych terenów rolniczych i zmiana stosunków wodnych nie jest jedynie elementem lokalnego folkloru, lecz twardym zapisem ekonomicznej dominacji wkraczającego przemysłu nad dawną strukturą wsi.

Rossberger Rustical

Wiejska część gminy, która ponosiła koszty lokalnych instytucji i skutków gwałtownego wzrostu osady robotniczej.

Rossberger Dominial Terrain

Obszary dworskie i przemysłowe, związane z odrębnym statusem oraz innym ciężarem podatkowym.

Zakończenie: miejsca, których nie widać

Zaginiony Rozbark nie jest jednym utraconym miejscem. To cała sieć punktów, które zniknęły w różny sposób.

Staw św. Jacka wyschnął. Gumowy Most przetrwał tylko w nazwie i wspomnieniu. Srocze Wzgórze zostało wybrane na piasek. Kaplica po ofiarach zarazy zniknęła razem z dawnym miejscem pamięci. Brama Rogulli ustąpiła nowej ulicy. Młyn Klugiusa zmienił się w dom myśliwski, gorzelnię i browar. Wiatrak przeniesiono poza Rozbark, gdzie ostatecznie spłonął. Fabryka Prochu wyleciała w powietrze. Rozbarskie Alpy usypano, a potem zniwelowano. Pingi i dawne ślady wydobycia zasypano albo przykryto nową zabudową.

Tak właśnie znika przestrzeń. Nie zawsze przez wielkie wojny i spektakularne ruiny. Czasem przez osuszenie stawu. Czasem przez wybieranie piasku. Czasem przez nową drogę. Czasem przez parcelację. Czasem przez to, że stara brama przestaje pasować do nowego miasta.

Dlatego warto zapisywać takie miejsca. Nie po to, żeby udawać, że da się cofnąć czas. Raczej po to, żeby pod współczesnym Rozbarkiem zobaczyć jeszcze ten wcześniejszy: wiejski, pagórkowaty, wodny, górniczy, pełen gospodarstw, bram, kapliczek, hałd i trudnych historii.

Bo pod dzisiejszym Rozbarkiem wciąż ukrywa się ten dawny — cichszy, starszy i prawie niewidzialny. Nie ma go już na mapie, ale wciąż można odnaleźć jego ślady.

zaginiony Rozbarkhistoria Bytomiamiejsca utraconeRoßbergtopografia pamięci
Bibliografia i źródła

Fundamenty — opracowania źródłowe

Wecker, Luise: Geschichtliche Heimatkunde von Roßberg (Beiträge zur Heimatkunde der Stadt Beuthen OS, zeszyt 5). Bytom, 1930. Podstawa topografii, historii społecznej, opisów ulic, gospodarstw i lokalnej pamięci Rozbarku.

Stodolka, Franz: Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien. Świadectwo naoczne i kompilacyjne, pomocne zwłaszcza przy sprawach społecznych, administracyjnych i podatkowych.

Gramer, Franz: Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien. 1863. Źródło dla starszej historii Bytomia, legend, topografii i kontekstu miejskiego.

Kasperkowitz, Karl, red.: Monographien deutscher Städte, Band XV: Beuthen O/S. 1925. Kluczowe opracowanie dla przemysłu, kultury i urbanistyki Bytomia oraz jego otoczenia na przełomie XIX i XX wieku.

Prasa historyczna i urzędowa

Beuthner Kreisblatt 1867, nr 17. Dokumentacja parcelacji majątku Rogulli i Skóry.

Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt 1969, nr 9 (wrzesień). Przedruk tekstu A. Perlicka z 1926 roku (Zur Geschichte der Beuthener Gasanstalt). Kluczowy dokument dla historii Ogrodu Kalessego, budowy bytomskiej gazowni i zmian w rzeźbie terenu (1861).

Schlesische Schulzeitung 1906, nr 33. Urzędowe wykazy nominacji nauczycieli w Rozbarku.

Oberschlesische Volkskunde 1931, rocznik 3, zeszyt 6/7. Materiały etnograficzne dotyczące Rozbarku.

Der Oberschlesier 1931–1932, rocznik 13 i 14. Materiały dotyczące rymów dziecięcych, przesądów i działalności pedagogicznej Luise Wecker.

Ikonografia i materiały specjalistyczne

Heimatbuch des oberschlesischen Industriegebiets 1937. Zbiór dokumentacji zdjęciowej, w tym materiały z Archiwum Muzeum w Bytomiu i Archiwum Prowincji.

Plan miasta: Beuthen O/S. um 1800. Historyczne opracowanie kartograficzne potwierdzające lokalizację Stawu św. Jacka, przebieg Żabiego Potoku oraz barokowy układ Ogrodu Pańskiego. (Analiza i opracowanie źródłowe: projekt edukacyjny Zielony Kwartał KWK Rozbark).

Stütz & Salzbrunn: Deutschlands Städtebau: Beuthen O/S. 1929. Źródło dla urbanistyki, charakterystyki budownictwa i przemian miejskich.

Pocztówka fotograficzna, ok. 1916: Kaminerstraße 35. Dokumentacja lazaretu wojskowego w salach Josefa Pawelczka.

Dokumenty analityczne i raporty

Raport Izby Obrachunkowej Rzeszy 1935. Analiza finansowa i organizacyjna miasta Bytom.

Pissarski, W.: Der Selbstschutzkampf um Beuthen 1921/22. Źródło do wydarzeń powstańczych i walk o Bytom po I wojnie światowej.

0
0

Read more