Kroniki dawnego Bytomia • XIX wiek

Zanim zatańczono kankana

Ułani, srebrne kołyski i diabelski młyn XIX-wiecznego Bytomia

Bytom, rok 1860. Jest późny wieczór. Carl von Holtei wychodzi od starosty Solgera i musi wrócić do hotelu. Problem w tym, że po zmroku miasto właściwie znika. Ulice toną w ciemności, pod nogami chlupie błoto, a drogę wskazuje wielka stajenna latarnia niesiona przez hotelowego służącego.

Kilka dekad później ten sam Bytom będzie pełen eleganckich witryn, kawiarni, tramwajów i wielkomiejskiego gwaru.

Ale jeszcze nie teraz.

Teraz jesteśmy w mieście ułanów, ratuszowych lochów, starych młynów i historii o diable. W mieście, gdzie damy w krynolinach piją o świcie ciepłe mleko prosto od krowy, pod Ratuszem odkrywa się tajemnicze przejście, a pewnemu młynarzowi po duszę przychodzi ogromny czarny głuszec.

Witajcie w XIX-wiecznym Bytomiu.

Rozdział I

Ułani, 132 konie i mleko prosto od krowy

Wymarsz ułanów z Bytomia przez Bramę Pyskowicką w 1857 roku – rekonstrukcja historyczna
Wymarsz ułanów z Bytomia 11 sierpnia 1857 roku. Za opuszczającą miasto eskadrą pobiegli miejscowi chłopcy, odprowadzając żołnierzy w stronę Worpie. Rekonstrukcja graficzna na podstawie relacji Georga Lasika.

13 stycznia 1819 roku do Bytomia wkroczyli ułani.

Eskadra wracała z Francji pod dowództwem rotmistrza von Thiele. Miasto nie dysponowało jeszcze czymś, co z dzisiejszej perspektywy można byłoby z czystym sumieniem nazwać koszarami, więc żołnierzy zakwaterowano początkowo w browarze przy Placu Klasztornym.

Na dłuższą metę rozwiązanie miało oczywiste wady — zwłaszcza gdy oprócz ludzi trzeba było gdzieś pomieścić również konie.

W 1833 roku na Boulevardzie, w rejonie dzisiejszego placu Kościuszki, miasto wzniosło dużą stajnię garnizonową wraz z zapleczem. Miejsca wystarczyło dla 132 koni, a całe przedsięwzięcie kosztowało około 14 tysięcy talarów.

Dziś trudno sobie wyobrazić tę część śródmieścia w takiej postaci. Jeszcze trudniej, patrząc na późniejszą zabudowę placu Kościuszki i ulicy Dworcowej.

Ułani przez lata stali się częścią miejskiego krajobrazu. Aż nadszedł 11 sierpnia 1857 roku.

Od rana trwały przygotowania do wymarszu. Zagrały trąbki, eskadra ruszyła przez Bramę Pyskowicką, a za żołnierzami pobiegli miejscowi chłopcy. Odprowadzali swoich ułanów jeszcze daleko za miasto, w stronę Worpie.

Ułani już nie wrócili.

Dawne zabudowania garnizonowe z czasem zniknęły, a okolica zaczęła nabierać coraz bardziej wielkomiejskiego charakteru. Na parceli związanej wcześniej z garnizonem stanął później Hansabank.

Ale zanim pojawiły się banki i eleganckie kamienice, tuż obok można było znaleźć atrakcję znacznie bardziej swojską.

Stało tam niewielkie gospodarstwo Adamietza. Bladym świtem zaglądali do niego młodzi panowie i damy w szerokich krynolinach, by napić się ciepłego mleka prosto od krowy.

Bytomska śmietanka towarzyska miała więc swoje poranne rytuały.

Rozdział II

Smoliste noce i francuski „Boulevard”

Carl von Holtei prowadzony przez hotelowego służącego z latarnią przez błotniste ulice Bytomia w 1860 roku
Carl von Holtei wracający przez błotniste ulice Bytomia w 1860 roku w towarzystwie hotelowego służącego ze stajenną latarnią. Rekonstrukcja graficzna na podstawie relacji Georga Lasika.

Niedaleko znajdował się Hotel zur Post.

Na parterze mieściła się poczta i lokale użytkowe, na piętrze zaś siedemnaście pokoi dla gości. W 1860 roku zatrzymał się tutaj znany śląski poeta, aktor i pisarz Carl von Holtei.

Hotelowe wygody nie zrobiły na nim najlepszego wrażenia.

Szczególnym wyzwaniem było „ustronne miejsce”, z którego trzeba było korzystać w warunkach dalekich od późniejszych standardów hotelowych.

Holtei miał skwitować swoje perspektywy słowami:

„Och, jakież dni mnie czekają!”

Po wyjściu z hotelu wcale nie było łatwiej.

Po dziesiątej wieczorem Bytom pogrążał się niemal całkowicie w ciemności. Wracając pewnego wieczoru od starosty Solgera, Holtei musiał korzystać z pomocy hotelowego służącego, który prowadził go przez miasto z wielką stajenną latarnią.

Bez niej nocny spacer po błotnistych ulicach mógł szybko zamienić się w wyprawę w nieznane.

A potem historia nagle przyspieszyła.

Po wojnie francusko-pruskiej do Bytomia trafili francuscy jeńcy wojenni. Oficerów kwaterowano w mieście prywatnie. Spacerując przedłużeniem ulicy Gliwickiej, zaczęli określać rozległy plac francuskim słowem:

Boulevard.

Nazwa została.

I pasowała coraz lepiej, bo właśnie rozpoczynała się epoka, w której Bytom w błyskawicznym tempie porzucał swój dawny, prowincjonalny charakter.

Rozdział III

Ratuszowe lochy i srebrne kołyski

Rozbiórka starego Ratusza w Bytomiu, odsłonięte podziemia, tunel i srebrne kołyski – rekonstrukcja historyczna
Podczas rozbiórki starego bytomskiego Ratusza odsłonięto podziemia i wejście do tajemniczego przejścia prowadzącego w stronę Goju. Georg Lasik wspominał również o odnalezionych tam kunsztownych przedmiotach, w tym srebrnych kołyskach. Rekonstrukcja graficzna.

Stary bytomski Ratusz nie był budynkiem, do którego przychodziło się wyłącznie po urzędową pieczątkę.

W jego piwnicach znajdował się również areszt.

Warunki były dalekie od przyjemnych. Więźniowie siedzieli w ciasnych, brudnych pomieszczeniach, a gdy areszt przeniesiono później na Plac Klasztorny, mieszkańcy ochrzcili nowe więzienie nazwą „Vater Viebig” — „Ojciec Viebig”, od nazwiska pierwszego strażnika.

Prawdziwe niespodzianki pojawiły się jednak dopiero wtedy, gdy stary Ratusz zaczęto rozbierać.

Pod fundamentami natrafiono na wejście do podziemnego przejścia ciągnącego się w kierunku Goju.

A to nie wszystko.

W podziemiach odnaleziono również stare, kunsztownie wykonane przedmioty związane z dawną górniczą przeszłością miasta. Wśród nich Lasik wymienia srebrne kołyski.

Brzmi jak początek legendy?

Bo Bytom miał takich historii znacznie więcej.

Nawet potężne kamienie ze starego Ratusza nie poszły na marne. Wykorzystano je później przy urządzaniu Stawu Gondolowego w Parku Miejskim.

Sam Ratusz i jego przebudowa zasługują zresztą na osobną historię.

Tym razem jednak zostawmy urzędników.

Czeka na nas diabeł.

Rozdział IV

Młyn, mason i czarny głuszec

Młyn Gojmühle pod Bytomiem i czarny głuszec z dawnej legendy o zaginionym młynarzu
Gojmühle, czyli Młyn na Goju, w XIX-wiecznej opowieści o zaginionym młynarzu i tajemniczym czarnym głuszcu. Dawni bytomianie widzieli w ptaku samego diabła przychodzącego po duszę wolnomularza. Rekonstrukcja graficzna na podstawie relacji Georga Lasika.

Bytom miał wiele młynów. Ich dzieje tworzą właściwie osobną historię miasta.

Ale jeden z nich dorobił się opowieści, której zdecydowanie nie da się sprowadzić do mąki, kamieni młyńskich i poziomu wody.

Chodziło o Gojmühle — Młyn na Goju.

Jego pierwszy właściciel miał być wolnomularzem. Pewnego dnia po prostu zniknął.

Bez śladu.

Pozostał jednak około dziesięcioletni syn, który opowiadał później, że w czasie zaginięcia ojca pojawił się w okolicy niezwykły, ogromny czarny głuszec.

Dla dawnych bytomian sprawa nie przedstawiała się szczególnie zagadkowo.

Mason.
Nagłe zniknięcie.
Czarny ptak.

Diabeł przyszedł odebrać należność.

W miejscowej wyobraźni czarny głuszec mógł być właśnie diabłem przychodzącym po duszę człowieka związanego z wolnomularstwem.

I tak młyn dostał własną legendę.

Sam Goj przez długie lata miał jednak znacznie pogodniejsze oblicze. Lasek należał do ulubionych miejsc spacerów, wycieczek i szkolnych wypraw mieszkańców Bytomia.

Dopiero przemysł zaczął stopniowo odbierać mu ten charakter. Kopalnie, kolej i hałdy coraz mocniej wciskały się w zielony krajobraz, aż dawna oaza niemal zniknęła.

To już jednak historia bytomskiej Atlantydy.

Rozdział V

„Biały Bocian”, poborowi i pan M. z bykowcem

Awantura poborowych w gospodzie Pod Białym Bocianem w dawnym Bytomiu – karczmarz z bykowcem
Dni poboru wojskowego w dawnym Bytomiu potrafiły kończyć się burzliwie. W gospodzie „Zum weißen Storch” porządek przywracał właściciel, pan M., uzbrojony w rzemienny bykowiec. Rekonstrukcja graficzna na podstawie relacji Georga Lasika.

Codzienność XIX-wiecznego Bytomia nie należała do szczególnie komfortowych.

Opieka medyczna była skromna, pierwsze szpitale niewielkie, a rozwój górnictwa zaczął wpływać nawet na miejskie studnie i źródła.

Ale były dni, kiedy ryzyko dla zdrowia brało się z zupełnie innych powodów.

Dni poboru do wojska.

Młodzi mężczyźni z Bytomia i okolic zjeżdżali wtedy na wojskowe badania. Po wszystkim wielu z nich trafiało do gospody „Zum weißen Storch” — „Pod Białym Bocianem”, stojącej na Przedmieściu Krakowskim.

Alkohol, młodzi rekruci i niepewność związana z przyszłą służbą wojskową nie tworzyły zestawu sprzyjającego spokojnym rozmowom.

Bijatyki należały więc do stałego repertuaru.

Kiedy sytuacja zaczynała wymykać się spod kontroli, pojawiał się właściciel gospody, określony przez Lasika jako pan M.

Był silny, energiczny i najwyraźniej nie przepadał za długimi negocjacjami.

Sięgał po Ochsenziemer — solidny rzemienny bykowiec — po czym wypędzał najbardziej krewkich uczestników awantury z lokalu. Czasem pościg kończył się dopiero na okolicznych polach.

Policja policją. Wojsko wojskiem.

Kiedy w „Białym Bocianie” robiło się naprawdę gorąco, Bytom miał własną formację szybkiego reagowania.

Nazywała się pan M. i miała bykowiec.

Zanim Bytom zatańczył kankana

Minie jeszcze trochę czasu, zanim Bytom rozbłyśnie witrynami, eleganckimi lokalami i światłami wielkiego miasta.

Na razie po ulicach chodzi się ze stajenną latarnią. Ułani trzymają 132 konie na Boulevardzie. Damy w krynolinach piją o świcie mleko prosto od krowy. Pod Ratuszem kryją się srebrne kołyski i tajemnicze przejścia. Po młynarza przychodzi czarny głuszec, a porządek w gospodzie zaprowadza się bykowcem.

Był to Bytom surowy, miejscami jeszcze prowincjonalny, czasem ponury, czasem wręcz groteskowy.

Ale właśnie z niego wyrastało miasto, które w drugiej połowie XIX wieku miało zmienić się nie do poznania.

Za chwilę pojawią się wielkie kamienice, banki, restauracje, kolej, coraz jaśniejsze ulice i całe wielkomiejskie szaleństwo.

Ale to już następna historia.

Zanim Bytom zatańczył kankana, zdecydowanie nie można było się tutaj nudzić.

Źródła i bibliografia
  • Georg Lasik, Weißt Du’s noch? [Pamiętasz jeszcze?], w: Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise, lipiec 1957, nr 7.
  • Uzupełniająco: materiały i opracowania wykorzystane we wcześniejszych artykułach historycznych na Flaczek.com, do których prowadzą linki w tekście.
  • Wizualizacje: rekonstrukcje graficzne przygotowane dla Flaczek.com na podstawie opisów źródłowych.