Skip to contentSkip to main navigationSkip to footer

Category

Historia Górnego Śląska

Szkic historyczny przedstawiający dawną wieś Szombierki. Na pierwszym planie leży otwarta księga katastru z 1749 roku, za nią widać skromną chłopską chałupę i krowę pasącą się na łące. W tle góruje murowany, bogaty dwór (dominium).

Zanim nastał węgiel. Chłopskie Szombierki i kataster z 1749 roku

Historia Szombierek · świat przed przemysłem

Zanim nastał węgiel. Chłopskie Szombierki

Dwór, 20 gospodarzy i kataster z 1749 roku — podróż do czasów, gdy potęgę można było policzyć w szeflach ziarna, furach siana i krowach.

Wyobraź sobie Szombierki bez wieży szybu Krystyna, bez dymu nad przemysłowym krajobrazem i bez ceglanych domów wyrastających wokół kopalni.

Jest połowa XVIII wieku. W dwunastu chłopskich gospodarstwach wymienionych w miejscowym katastrze stoi łącznie szesnaście krów. Kilkaset metrów dalej, za bramą dominium należącego do Georga von Markloffsky’ego, jest ich dwadzieścia pięć.

Bogactwo liczy się w wysianym ziarnie, furach siana, bydle i ziemi. Sołtys ma karczmę i stawy rybne, chłop kupujący grunt nadal może być zobowiązany do pracy na rzecz dworu, a granica między szlachecką wsią a pobliskim Bytomiem potrafi kończyć się sporem o wozy i konie.

To jeszcze nie jest świat węgla. Ziemia nie kryła największego skarbu pod powierzchnią. Sama była skarbem.

Rycerz z Miśni i ślad, który urywa się w Pradze

Przez dziesięciolecia w lokalnych opracowaniach powtarzano bardzo atrakcyjną historię o początkach Szombierek.

Nazwa miejscowości miała pochodzić od rycerskiego rodu von Schönberg z Miśni. Z tym rodem łączono Fridericusa de Schonenburch, wymienionego w dokumencie księcia Kazimierza bytomskiego wystawionym w Pradze 10 stycznia 1289 roku.

Opowieść właściwie pisała się sama. Rycerz otrzymuje ziemię, sprowadza ze swojej miśnieńskiej ojczyzny osadników, a nowa wieś przyjmuje nazwę od jego rodu.

Tyle że średniowieczne dokumenty są mniej romantyczne.

Fridericus rzeczywiście występuje w akcie z 1289 roku — ale wyłącznie jako jeden z licznych świadków. Dokument nie mówi ani słowa o Schombergu, nie nazywa go właścicielem tutejszych ziem i nie wspomina o żadnym nadaniu czy zakładaniu wsi.

Artystyczna wizualizacja wystawienia dokumentu w Pradze w 1289 roku z rycerzem jako jednym ze świadków aktu
Wizualizacja poglądowa. Wśród świadków dokumentu księcia Kazimierza bytomskiego wystawionego w Pradze w 1289 roku wymieniono Fridericusa de Schonenburch. Nie znamy jego wyglądu ani nie mamy dowodu, że był właścicielem lub założycielem Szombierek.

Co więcej, forma Schonenburch nie prowadzi automatycznie do miśnieńskich Schönbergów. W tym samym okresie działał również odrębny ród von Schönburg, obecny w czesko-morawskim środowisku politycznym i zapisywany w dokumentach bardzo podobnymi formami nazwiska.

Stara teoria nie musi więc być całkowicie niemożliwa. Ale dziś nie możemy już opowiadać jej jako pewnego faktu.

Początek XIV wieku. Wieś wychodzi z mroku

Historia źródłowa Szombierek zaczyna się prawdopodobnie wcześniej, niż przez długi czas przyjmowano w lokalnych opracowaniach.

Historyk Jan Kopiec, powołując się na badania językoznawcy Henryka Borka, wskazuje wzmiankę już z 1315 roku. Szombierki miały pojawić się wówczas przy okazji nadania połowy młyna Janowi, prepozytowi kościoła św. Małgorzaty w Bytomiu.

Kolejne ślady pojawiają się w 1321 roku, gdy źródła zapisują osobę określoną jako Jan Zchamboris, oraz w 1346 roku, kiedy występuje forma de Sambor.

Szczególnie jednoznaczny jest jednak dokument z 26 stycznia 1369 roku. Pojawia się w nim nazwa Schonenberg, a wraz z nią konkretna informacja o samej miejscowości: Szombierki zostały objęte dynastycznym podziałem ziemi bytomskiej pomiędzy linie cieszyńską i oleśnicką.

Tutaj nie mamy już człowieka o podobnie brzmiącym nazwisku ani późniejszej rekonstrukcji.

Mamy wieś i konkretny fakt z jej historii.

Nadal nie wiemy, kiedy dokładnie Szombierki zostały założone. Nie znamy ich dokumentu lokacyjnego ani nazwiska człowieka, który pierwszy wytyczył miejscowe gospodarstwa.

Dźwięk dwudziestu groszy

W opracowaniu dotyczącym najstarszych dziejów Szombierek, przypisywanym rektorowi i regionaliście Paulowi Franzkemu, pojawia się niezwykle ciekawy zapis z 22 kwietnia 1660 roku.

Według Franzkego w bytomskiej księdze miejskiej odnotowano wówczas składkę okolicznych miejscowości na naprawę ważnego mostu. Każdy chłopski posiadacz miał wpłacić jeden czeski grosz.

1 czeski grosz od posiadacza
20 groszy wpłaciły Szombierki
20? posiadaczy według wniosku Franzkego

Franzke wyciągnął z tego prosty wniosek: opłatą objętych było dwudziestu miejscowych posiadaczy.

Jeszcze ciekawsze jest to, że — również według jego relacji — pasował do tego urbarz z 1672 roku, który obok sołtysa wymieniał dziewiętnastu innych posiadaczy.

Sołtys nie był jednak tylko jednym z dwudziestu. Miał większe gospodarstwo, a oprócz niego karczmę i dwa stawy rybne.

Artystyczna wizualizacja dawnego Schombergu z gospodarstwem sołtysa, karczmą i stawami rybnymi
Wizualizacja poglądowa. Według materiału przywołującego urbarz z 1672 roku szombierski sołtys dysponował większym gospodarstwem, karczmą i dwoma stawami rybnymi. Układ oraz wygląd zabudowy na ilustracji są umowne.

Franzke poszedł w swojej rekonstrukcji dalej. Uznał, że układ dwudziestu gospodarstw mógł sięgać aż czasów założenia wsi i właśnie stąd wyprowadził późniejszą historię o zasadźcy i dziewiętnastu osadnikach z Miśni.

Panowie z Szombierek kontra bytomscy mieszczanie

Nowożytny Schomberg był wsią szlachecką i dobrem rycerskim.

To bardzo ważne, bo pobliski Bytom był zupełnie innym organizmem: miastem z własnymi władzami, mieszczanami, prawami i interesami.

Kilka kilometrów odległości nie oznaczało wspólnej jurysdykcji.

I czasami iskrzyło.

Franz Gramer wspomina o konfliktach, podczas których panowie szombierscy odbierali bytomskim mieszczanom wozy i konie, gdy ci jechali przez ich teren po drewno do lasu.

Artystyczna wizualizacja sporu na drodze między przedstawicielami dóbr szombierskich a bytomskimi mieszczanami
Wizualizacja poglądowa. Franz Gramer wspomina o odbieraniu bytomskim mieszczanom wozów i koni podczas przejazdu przez ziemie Szombierek. Wygląd postaci, wozu i krajobrazu ma charakter ilustracyjny.

Nie musimy dziś rozstrzygać, która strona uważała swoje działanie za prawnie uzasadnione.

Sam fakt pokazuje coś ważniejszego: granica między Bytomiem a Szombierkami nie była tylko linią na mapie. Była granicą własności, uprawnień i władzy.

Franz Stodolka, powołując się na akta księgi gruntowej państwa stanowego Bytom z 1700 roku, wymienia:

Friedrich von Koschitzki auf Schomberg.

Pan na Szombierkach przestaje być anonimowy.

Ale jeszcze ciekawsze jest to, co wydarzy się pół wieku później. Wtedy dokumenty pokażą już nie tylko właściciela majątku.

Pokażą ludzi chodzących za pługiem.

Pruski urzędnik zagląda do obory

Po przejęciu większej części Śląska przez Prusy nowa administracja zaczęła systematycznie liczyć majątek, od którego można było pobierać podatki.

Kataster dla powiatu bytomskiego ukończono 13 sierpnia 1749 roku.

Paul Franzke dotarł do tego materiału i w 1925 roku opublikował w czasopiśmie „Aus dem Beuthener Lande” zestawienie dotyczące Szombierek.

Dzięki niemu możemy zrobić coś niezwykłego.

Możemy niemal zajrzeć XVIII-wiecznym Szombierczanom do stodół i obór.

Artystyczna wizualizacja sporządzania katastru w Szombierkach w 1749 roku i rejestrowania bydła gospodarza
Wizualizacja poglądowa. Kataster z 1749 roku rejestrował m.in. wielkość zasiewów, ilość siana oraz liczbę krów należących do gospodarstw Schombergu. Wygląd urzędnika, gospodarstwa i mieszkańców jest umowny.

Urzędnika nie interesowało, czy gospodarz był lubiany przez sąsiadów ani jak wyglądał jego dom. Chciał wiedzieć, ile ziemia może wyprodukować.

Grunty orne opisywano według ilości ziarna potrzebnego do zasiewu. Łąki — według ilości zbieranego z nich siana.

A obok zapisywano bydło.

I nagle zza kolumn cyfr wychodzą konkretni ludzie.

Ludzie zapisani w katastrze

Półrolnicy — mocniejsi gospodarze

Czterech Halbbauerów miało gospodarstwa o niemal identycznych parametrach: po 9 szefli wysiewu zimowego i 9 letniego, po 2 fury siana oraz po 2 krowy.

  • Matthes Polpantzek
  • Casper Pawlitta
  • Michel Klokotsch
  • Laurentz Bontzek

Jedna krowa i kilka szefli ziemi

Większość z ośmiu Gärtnerów, czyli zagrodników, miała po 3 szefle wysiewu zimowego i 3 letniego, około 2/3 fury siana oraz 1 krowę.

  • Andreas Baboroffsky
  • Michel Mierswa
  • Friedrich Krauß
  • Matthes Dzilinsky
  • Blasek Mierswa
  • Valentin Gayda
  • Johann Galea
  • Sophia Kubisca

Dwadzieścia pięć krów za bramą dominium

Dopiero po zestawieniu chłopskich gospodarstw z majątkiem dworskim widać prawdziwą skalę miejscowych różnic.

16 krów w dwunastu wymienionych gospodarstwach chłopskich
kontra
25 krów należących do dominium

Czterech półrolników miało łącznie 8 krów. Ośmiu zagrodników — kolejnych 8.

Za bramą dworu stało ich więcej niż u wszystkich tych gospodarzy razem.

Jeszcze większą dysproporcję widać w zasiewach. Podczas gdy typowy zagrodnik miał zapisane po 3 szefle wysiewu zimowego i letniego, dominium osiągało 115 szefli i 8 Metzen w każdej z tych dwóch kategorii.

Do tego dochodziło 12 fur siana.

Właścicielem majątku był wówczas Georg von Markloffsky.

I trzeba pamiętać, że Gutsherrschaft Schomberg nie oznaczała jedynie dworu stojącego przy szombierskiej drodze. Do tego kompleksu dóbr należały w 1749 roku także Orzegów i Bobrek.

Później majątek znalazł się w rękach braci Leopolda i Karla von Hochberg, a następnie przeszedł do Freiherra von Gruttschreibera. Franzke podawał cenę zakupu: 34 000 talarów rzeszy.

Zmieniały się nazwiska właścicieli.

Chłopski rytm życia zmieniał się znacznie wolniej.

Karpie i nauczyciel, którego nie potrafimy znaleźć

Kataster przechował również szczegóły, które dla współczesnego czytelnika brzmią niemal egzotycznie.

Roczną kontrybucję gminy wyliczono na 418 talarów, 2 srebrne grosze i 5 halerzy.

Jednocześnie mieszkańcom przysługiwał coroczny przydział ryb: ¾ kopy „Karpfen-Samm” oraz 1½ kopy „Strich-Karpfen”.

Paul Franzke sam zauważył sprzeczność i próbował ją wyjaśnić. Nie mógł jednak dotrzeć do tomu nr 198 katastru, który mógł zawierać dodatkowe informacje.

Czy chodziło o wcześniejszą funkcję nauczycielską? O związane z nią świadczenie lub grunt? O zapis, którego znaczenie zmieniło się z czasem?

Nie mamy odpowiedzi.

I chyba właśnie dlatego ten pojedynczy Schulmeister jest tak ciekawy.

Kupiłeś ziemię. Ale czy byłeś wolny?

Na początku XIX wieku stary system zaczynał się rozszczelniać.

W 1807 roku z dominium Schomberg sprzedawano kolejne grunty.

Jedną z parcel leżących przy dawnym Młynie Pielki — Pilkermühle — nazywano Zydowiną . Kupił ją młynarz Koschmieder.

Inne działki nabyli m.in. orzegowski sołtys Krzionska oraz chałupnik Michael Janiczek.

Brzmi już niemal nowocześnie. Jest ziemia. Jest kupujący. Jest umowa.

Tylko że zakup gruntu nie oznaczał jeszcze zerwania wszystkich więzów z dawnym porządkiem.

Unterthänigkeit Zależność poddańcza wobec dominium nadal pozostawała elementem stosunku prawnego.
Laudomium Przy zmianie posiadacza przewidziano opłatę w wysokości 10 procent.
Robot Dawna powinność robocizny na rzecz dworu. Michael Janiczek miał podczas żniw przez dwa dni zapewnić zdolną do pracy osobę.
Artystyczna wizualizacja obowiązkowej pracy przy żniwach na rzecz dominium Schomberg na początku XIX wieku
Wizualizacja poglądowa. Umowa z 1807 roku nakładała na Michaela Janiczka obowiązek dwóch dni robocizny na rzecz dominium w czasie żniw, wykonywanej przez zdolną do pracy osobę. W źródle powinność tę określono dawnym terminem Robot.
Można było kupić ziemię. Ale kawałek twojego czasu nadal należał do dworu.

To właśnie początek XIX wieku jest jednym z najciekawszych momentów tej historii.

Są opłaty. Jest jeszcze Robot — obowiązkowa robocizna na rzecz dworu. Stary porządek wciąż działa.

Ale ziemia coraz wyraźniej staje się także towarem. Jest dzielona, sprzedawana i przechodzi w ręce nowych właścicieli.

Stary system nie kończy się jedną ustawą i jednego poranka. Po prostu coraz bardziej pęka.

Lata 20. XIX wieku. Na scenę wchodzi Godula

Według materiałów dotyczących badań Paula Franzkego, w 1826 roku Karol Godula nabył dobra Szombierki–Orzegów na przymusowej licytacji.

To doskonała granica naszej opowieści.

Nie dlatego, że następnego ranka zniknęły pola, a gospodarze zamienili kosy na górnicze kilofy.

Rolnicze Szombierki istniały jeszcze długo.

Ale samo nazwisko Goduli zapowiada już zmianę sposobu myślenia o tej ziemi.

Przez stulecia jej wartość można było mierzyć tym, ile ziarna przyjmie pole, ile fur siana da łąka i ile bydła zdoła wyżywić gospodarstwo.

W XIX wieku coraz większego znaczenia nabierało coś innego: to, co znajdowało się pod ziemią.

Jak wyglądało dalsze przejście od dawnej wsi do przemysłowych Szombierek, opisuję szerzej w artykule „Szombierki, jakich już nie ma. Dawna wieś, kopalnia i koniec starego świata” .

Z czasem nad polami wyrosną szyby. Pojawi się kopalnia Hohenzollern . Wiejski krajobraz zacznie znikać pod drogami, torami, domami robotniczymi i przemysłową zabudową.

Byli Polpantzek, Pawlitta, Klokotsch i Mierswowie.

Była Sophia Kubisca ze swoim niewielkim gospodarstwem.

Był sołtys z karczmą i stawami.

Było szesnaście chłopskich krów.

I dwadzieścia pięć dworskich.

Zanim rytm Szombierek zaczęła wyznaczać kopalniana szychta, wyznaczały go siew, sianokosy i żniwa. A potęgę można było policzyć w krowach.

Źródła i literatura
  1. Paul Franzke, Einige Daten aus Schombergs Vergangenheit, „Aus dem Beuthener Lande”, Jg. 2, nr 3, Beuthen O/S., 21 stycznia 1925 r.; przedruk w „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, wrzesień 1976.
  2. Schomberg. IV. Gründung des Dorfes; der Name, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, styczeń 1977; autorstwo przypisane w publikacji prawdopodobnie rektorowi Paulowi Franzkemu; materiał ze zbiorów Franza Strzali, nadesłany przez Siegfrieda Kowollika.
  3. Franz Gramer, Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, Beuthen 1863.
  4. Franz Stodolka, Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien.
  5. Lehns- und Besitzurkunden Schlesiens und seiner einzelnen Fürstenthümer im Mittelalter, t. II — dokument księcia Kazimierza bytomskiego z 10 stycznia 1289 r.
  6. Streifzüge durch Oberschlesien — materiał dotyczący badań Paula Franzkego oraz przejęcia dóbr Szombierki przez Karola Godulę w 1825 r.
1
0

Read more

Symboliczna ilustracja epidemii tyfusu w Bytomiu w 1897 roku z napisem „Zatruta woda”

Miasto, które zatruła własna woda. Epidemia tyfusu w bytomiu w 1897 roku

Bytom · 1897–1898 · kryzys sanitarny

Miasto, które zatruła własna woda

Epidemia tyfusu w Bytomiu w latach 1897–1898

Latem 1897 roku Bytom nie musiał szukać źródła epidemii daleko. Choroba płynęła rurami, z których mieszkańcy codziennie czerpali wodę do picia, gotowania i mycia naczyń. Pierwsze urzędowe zgłoszenia pochodzą z końca maja, największa fala przypadła na lato i wczesną jesień, a meldunki związane z epidemią prowadzono jeszcze w styczniu 1898 roku.

Mapa zachorowań wskazywała na wodociąg zasilany z kopalni Karsten-Centrum. Te części sąsiedniego Rozbarku, które korzystały z innych ujęć, pozostały poza głównym ogniskiem. Badania wody potwierdziły bardzo silne zanieczyszczenie, a warunki panujące w kopalnianym systemie pozwalają dziś odtworzyć prawdopodobny — choć nieudowodniony ponad wszelką wątpliwość — mechanizm katastrofy.

Pełniejsze zestawienia obejmują ponad 1400 zarejestrowanych zachorowań. Dr Bloch, który opracował urzędowy materiał bezpośrednio po epidemii, przypuszczał jednak, że po doliczeniu przypadków niezgłoszonych rzeczywista liczba chorych mogła przekroczyć dwa tysiące. Kryzys stał się dramatem setek rodzin i sprawdzianem całej infrastruktury przemysłowego Bytomia.

1423 zarejestrowane zachorowania od maja do grudnia 1897 r.
72 zgony w miejskim bilansie dr. Blocha
>2000 możliwa rzeczywista liczba chorych według Blocha

Zestawienia różnią się zakresem i sposobem liczenia. Pruska statystyka przyczyn zgonów wykazała 88 zmarłych na tyfus w 1897 roku i kolejnych 4 w 1898 roku.

Miasto uzależnione od kopalni

Bytom końca XIX wieku rozwijał się dzięki górnictwu, ale jednocześnie coraz mocniej od niego zależał. Pogłębianie szybów i odwadnianie wyrobisk zmieniały stosunki wodne wokół miasta. Część dawnych studni i naturalnych źródeł traciła wydajność, podczas gdy liczba mieszkańców rosła. Wodę trzeba było sprowadzać z nowych miejsc i w coraz większych ilościach.

Jednym z rozwiązań było wykorzystanie wody wydobywanej z kopalnianych wyrobisk. Pod koniec XIX wieku znaczną część Bytomia zaopatrywał wodociąg związany z kopalnią Karsten-Centrum. Taki system wynikał wprost z przemysłowego charakteru regionu: kopalnie musiały stale usuwać ogromne ilości wody, a rozwijające się miasto potrzebowało jej każdego dnia. To, co dla górnictwa było problemem, mogło więc służyć mieszkańcom.

Opracowanie dr. Blocha z 1898 roku pokazuje jednak, jak słabo zabezpieczony był ten system. Woda płynęła otwartymi rynnami przez dostępne dla ludzi chodniki, a zbiornik przeznaczony dla wody pitnej pozostawał odkryty i wyposażony w drabinę. W wyrobiskach pracowali ludzie i trzymano konie; autor zwracał uwagę również na możliwość zanieczyszczania chodników ludzkimi odchodami. W jednej z badanych próbek naliczono ponad 70 tysięcy drobnoustrojów w jednym centymetrze sześciennym wody.

Ryzyko nie kończyło się na samej kopalni. Po opróżnieniu miejskich przewodów znajdowano w nich osady, kawałki drewna i węgla oraz inne zanieczyszczenia. Źle chronione i niedostatecznie czyszczone zbiorniki dodatkowo pogarszały bezpieczeństwo. Nie potrafimy wskazać pojedynczego miejsca, w którym bakterie dostały się do systemu, możemy już jednak odtworzyć cały łańcuch zaniedbań sprzyjających skażeniu.

Wodociąg był oznaką nowoczesności. Uwalniał mieszkańców od polegania wyłącznie na lokalnych studniach i pozwalał dostarczać wodę do gęsto zabudowanego miasta. Jednocześnie uzależniał tysiące ludzi od jednego źródła. Dopóki było ono bezpieczne, sieć ułatwiała życie. Po skażeniu pozwoliła jednak chorobie dotrzeć w krótkim czasie do wielu domów. Ta zależność przesądziła o przebiegu kryzysu.

↑ Wróć do spisu treści

Od dwóch przypadków w maju do setek w sierpniu

Epidemia nie zaczęła się nagle w połowie sierpnia. Zestawienie opublikowane przez „Katolika” podawało dwa zachorowania w maju, 43 w czerwcu i 125 w lipcu. Od 1 do 18 sierpnia doszło kolejnych 301 przypadków. Łącznie do 18 sierpnia rejestr obejmował 471 chorych. W urzędowych materiałach wykorzystanych przez Blocha okres meldunkowy rozpoczął się 28 maja 1897 roku, a główna fala epidemii trwała od początku czerwca do połowy października.

Pierwszy szeroko komentowany bilans opublikowano 11 sierpnia. Do tego dnia zgłoszono w Bytomiu około 300 zachorowań. Gazety od razu zastrzegały, że rzeczywista liczba mogła być większa, ponieważ nie wszystkie przypadki trafiały do urzędowych zestawień. Zaledwie jedenaście dni później bilans miał już wzrosnąć do 660 zachorowań i 31 zgonów.

Wśród pierwszych około 300 zgłoszonych chorych było ponad 50 służących. To duża grupa, lecz źródła nie wyjaśniają, dlaczego. Mogły mieć znaczenie warunki mieszkaniowe, miejsce pobierania wody, charakter pracy w gospodarstwach domowych albo po prostu dokładniejsze zgłaszanie zachorowań w tej grupie. Obecność tak wielu służących w zestawieniu pokazuje, jak głęboko epidemia wkroczyła w codzienne życie bytomskich domów.

Choroba najmocniej uderzyła w ludzi młodych. Około 66,5 procent zarejestrowanych pacjentów miało od 11 do 30 lat. Na obszarze korzystającym z zagrożonego wodociągu zachorowało ponad pięć procent ludności. Nie była to więc seria odosobnionych przypadków, lecz masowa epidemia obejmująca znaczną część miasta.

Władze znały już skalę narastającego zagrożenia. Pozostawało ustalić, co łączy adresy chorych.

↑ Wróć do spisu treści

Mapa rur stała się mapą choroby

Kluczową odpowiedź przyniósł plan wodociągów. Pierwotne i największe ognisko epidemii pokrywało się z obszarem zaopatrywanym z kopalni Karsten-Centrum. Zachorowania pojawiały się także w tej części Rozbarku, do której docierała bytomska woda.

Widać to szczególnie wyraźnie na przykładzie Szosy Szarlejskiej oraz kolonii Neu-Goretzko. Te części Rozbarku korzystały z wodociągu należącego do Scharley-Tiefbau-Societät i pozostały poza głównym ogniskiem. Tuż obok chorowali ludzie otrzymujący wodę z Karsten-Centrum. Bezpieczną wodę zapewniał również państwowy system wiązany ze szybem Adolf. Mapa zachorowań niemal pokrywała się więc z mapą rur.

Schemat dwóch wodociągów zaopatrujących Bytom i część Rozbarku w 1897 roku
Wodociąg Karsten-Centrum zaopatrywał Bytom i część Rozbarku, gdzie znajdowało się główne ognisko epidemii. Szosa Szarlejska i Neu-Goretzko korzystały z oddzielnego systemu Scharley-Tiefbau-Societät. Schemat zestawia dwa systemy i nie wyczerpuje wszystkich ówczesnych źródeł wody; nie przedstawia też dokładnego przebiegu rur ani adresów zachorowań.

Równie wymowny był Czarny Las, zaopatrywany wodą z Zawady, który pozostał poza głównym ogniskiem. Naturalnego porównania dostarczało także miejskie więzienie, liczące około 500 osadzonych. Odnotowano tam tylko dwa przypadki zawleczone z miasta, a po przejściu na wodę państwową nie pojawiły się kolejne zachorowania.

Przestrzenne rozmieszczenie przypadków było najmocniejszym dowodem przeciwko wodzie z Karsten-Centrum. Dr Bloch podał, że próbki pobrano 11 września, a badanie zakończono 20 września 1897 roku. W jednej z próbek stwierdzono ponad 70 tysięcy drobnoustrojów w centymetrze sześciennym wody — wynik świadczący o skrajnym zanieczyszczeniu.

5 października „Katolik” przekazał ponadto informację o badaniach przeprowadzonych w pracowni urzędu zdrowotnego przy VI Korpusie Wojskowym. Według gazety w wodzie z Karsten-Centrum znaleziono „zarodki, czyli tak zwane bakcyle tyfusowe”. Zanieczyszczenie miało być nierównomierne: w jednych próbkach nie stwierdzano ich wcale albo znajdowano niewiele, w innych miały występować „całe miliony”. Prasowego sformułowania nie należy utożsamiać z podaną przez Blocha ogólną liczbą drobnoustrojów ani traktować jako pełnego protokołu laboratoryjnego. Oba przekazy potwierdzają jednak, że związek epidemii z wodą nie opierał się wyłącznie na mapie zachorowań.

↑ Wróć do spisu treści

Od 64 litrów do ulicznego minimum

Mieszkańców oraz właścicieli restauracji ostrzegano, aby do picia, gotowania, płukania ust i mycia naczyń używali wyłącznie wody przegotowanej albo pobranej z państwowego rurociągu. Uliczne pompy zasilała woda z państwowej sieci, uznawana za bezpieczną i wiązana w doniesieniach prasowych z szybem Adolf. Ostatecznie dopływ z Karsten-Centrum odcięto. Była to konieczna decyzja, ale stawiała miasto przed następnym problemem: skąd wziąć bezpieczną wodę dla tysięcy ludzi?

64 l normalne dzienne zapotrzebowanie na osobę według Blocha
ok. 30 l zapewniono przed zamknięciem przyłączy
15 l minimum podawane w prasie
17 awaryjnych zbiorników

Źródła podają trzy różne wartości, ale nie są one ze sobą sprzeczne. Bloch oceniał normalne dzienne zapotrzebowanie na około 64 litry na osobę. Zanim zamknięto domowe przyłącza, starano się zapewnić mieszkańcom około 30 litrów. Prasa podawała natomiast 15 litrów jako skrajne minimum awaryjne, które miało wystarczyć na picie, przygotowanie posiłków i najbardziej podstawowe czynności domowe.

Państwowa sieć dostarczała początkowo około 300 metrów sześciennych wody na dobę przez 14 ulicznych zdrojów. To było za mało, dlatego planowano uruchomienie kolejnych 10–12 punktów, które nocą miały być zasilane z rurociągu prowadzącego od szybu Adolf.

Zarząd państwowego wodociągu nie chciał wtłaczać bezpiecznej wody bezpośrednio do bytomskiej sieci. Obawiano się, że w razie pęknięcia przewodu skażona woda z miejskich rur mogłaby przedostać się do czystego systemu. Zamiast łączyć oba wodociągi, ustawiono 17 drewnianych zbiorników. Każdy mieścił około 7,5 metra sześciennego i miał cztery krany. Na początku października „Katolik” potwierdzał obecność takich rezerwuarów ze sprawdzoną wodą państwową.

Po odcięciu Karsten-Centrum zdobycie bezpiecznej wody stało się codziennym obowiązkiem. Trzeba było wyjść po nią z wiadrem, dzbankiem albo innym naczyniem, odstać swoje przy pompie i donieść ciężki zapas do domu. Każdy dodatkowy punkt poboru zwiększał ilość wody dostępnej dla mieszkańców, ale wymagał zgody władz górniczych i technicznego przygotowania.

Odcięcie wodociągu szybko wywołało skargi mieszkańców. Przy państwowych pompach tworzyły się kolejki, a pobraną wodę trzeba było niekiedy wnosić na wyższe piętra kamienic. Pojawiły się nawet zapowiedzi zorganizowanego protestu.

Mieszkańcy Bytomia czekający z wiadrami w kolejce po wodę podczas epidemii w 1897 roku
Awaryjne zaopatrzenie oznaczało kolejki po bezpieczną wodę i konieczność noszenia ciężkich naczyń do mieszkań. Prasa podawała 15 litrów jako dzienne minimum na osobę; Bloch opisywał także wyższe wielkości odnoszące się do normalnego zapotrzebowania i przejściowej wydajności dostaw. Ilustracja rekonstrukcyjna.

Wyższy Urząd Górniczy zgodził się na awaryjne zwiększenie liczby miejsc poboru. Jednocześnie zamknięto miejskie zakłady kąpielowe, w tym otwarte kąpielisko i łaźnie natryskowe. Woda miała w pierwszej kolejności służyć najpilniejszym potrzebom, a nie kąpieli.

Kryzys wpłynął także na szkoły. Pierwsze doniesienia mówiły o przesunięciu do 6 września rozpoczęcia nauki w Królewskim Gimnazjum, miejskiej katolickiej szkole realnej i dwóch prywatnych wyższych szkołach żeńskich. Szkoły elementarne miały wówczas rozpocząć zajęcia zgodnie z planem. Wraz z rozwojem epidemii ograniczenia jednak rozszerzano. „Katolik” z 7 września informował już wprost o zarządzeniu zamknięcia wszystkich szkół miejskich w Bytomiu.

↑ Wróć do spisu treści

Od prasowych komunikatów do pełniejszego bilansu

Do 22 sierpnia odnotowano 660 zachorowań i 31 zgonów. Oznaczało to, że zmarło około 4,7 procent osób ujętych w ówczesnym rejestrze. Nie był to jednak bilans końcowy. Pod koniec sierpnia „Katolik” podkreślał, że liczba chorych nie maleje, lecz rośnie z każdym dniem. Przyjezdni mieli omijać Bytom, a skutki kryzysu odczuwali miejscowi kupcy i przedsiębiorcy.

Kolejne komunikaty pozwalają prześledzić, jak rósł bilans epidemii w Bytomiu. Do końca sierpnia odnotowano 890 zachorowań i 49 zgonów. W numerze 109, opublikowanym 16 września, „Katolik” podał już 996 zachorowań i 54 zgony — dokładnie o 106 przypadków i 5 zgonów więcej. Numer 112, opublikowany 23 września, informował o 279 zachorowaniach i 13 zgonach od początku miesiąca do chwili sporządzenia zestawienia. Po dodaniu ich do bilansu sierpniowego otrzymujemy 1169 zarejestrowanych zachorowań i 62 zgony. Liczby są poprawne, ale opisują jedynie stan na 23 września, a nie całą epidemię.

Epidemia tyfusu w Bytomiu 1897–1898 – chronologia, liczba zachorowań i awaryjne dostawy wody
Epidemia tyfusu w Bytomiu w latach 1897–1898 — najważniejsze wydarzenia, skala zachorowań oraz organizacja awaryjnego zaopatrzenia mieszkańców w wodę.

W tygodniu od 11 do 17 września gazeta odnotowała łącznie 136 nowych przypadków. Na przełomie września i października tempo epidemii wyraźnie zwolniło. Od 25 września do 1 października podano 62 zachorowania i jeden zgon. W tym okresie odnotowano też pierwszy dzień bez żadnego nowego zgłoszenia.

9 października „Katolik” informował, że od sześciu dni do lazaretu nie przyjęto żadnego chorego na tyfus. Gazeta nie podała nazwy tej placówki. Nie oznacza to, że w całym mieście przez sześć dni nie było żadnego nowego zachorowania, świadczy jednak o wyraźnym osłabieniu epidemii.

Prasowe zestawienia niewiele mówią o codzienności chorych i ich rodzin: izolacji, dezynfekcji mieszkań czy przerwanych obowiązkach. Źródła urzędowe i prasowe znacznie lepiej opisują działania administracji niż doświadczenia samych pacjentów. Ci pojawiają się w nich zwykle dopiero wtedy, gdy trafiają do statystyki lub szpitala albo próbują opuścić miasto.

↑ Wróć do spisu treści

Narada, która miała uratować miasto

23 sierpnia, dzień po sporządzeniu bilansu 660 zachorowań i 31 zgonów, zebrała się komisja sanitarna. W naradzie uczestniczyli prezydent rejencji opolskiej dr von Bitter, radca medyczny rejencji dr Roth z Opola, przedstawiciele bytomskiego magistratu i miejskiej deputacji sanitarnej oraz landrat powiatu bytomskiego. Sam skład narady świadczył o tym, że epidemii nie traktowano już jako zwykłego problemu lokalnego.

Najpilniejsza była bezpieczna woda, ale dyskutowano również o przyszłości dotychczasowej sieci. Rozważano dwa rozwiązania: wymianę rur albo ich mechaniczne oczyszczenie i wypalenie. O ocenę, czy drugi wariant zapewni bezpieczeństwo, zwrócono się do Instytutu Higieny w Berlinie.

400 tys. marek za nowe przyłącze
700 tys. marek z wymianą sieci
1 mln najwyższy prasowy szacunek

Koszty liczono w setkach tysięcy marek. Samo nowe przyłącze szacowano na około 400 tysięcy. Gdyby konieczna okazała się również wymiana sieci, całość mogła pochłonąć około 700 tysięcy. Jeszcze przed naradą „Katolik” oceniał koszt nowej sieci nawet na milion marek. Były to wstępne kalkulacje prasowe sporządzane podczas kryzysu, a nie ostateczne koszty późniejszych robót.

Gazeta wykorzystała epidemię do publicznego rozliczenia wcześniejszej polityki wodnej miasta. Zarzucała władzom, że nie zapewniły odpowiedniej ilości dobrej wody, nie skorzystały wcześniej z możliwości związanych z kopalnią Rosalie i nie przyłączyły Bytomia do systemu powiatu katowickiego. Było to stanowisko redakcji, a nie bezstronny raport techniczny, dobrze jednak oddające atmosferę sporu wywołanego przez kryzys.

Wybór nie sprowadzał się do prostego pytania, skąd pobrać wodę następnego dnia. Trzeba było zdecydować, czy istniejącą sieć da się jeszcze bezpiecznie wykorzystać, czy też miasto powinno ponieść koszt jej wymiany. Od odpowiedzi zależało tempo przywracania normalnych dostaw, wysokość wydatków i zaufanie do wodociągu, którym dopiero co płynęła skażona woda.

W ówczesnych doniesieniach pojawiła się również wzmianka o nakazie — lub co najmniej pilnym postulacie — rozpoczęcia kanalizacji Bytomia i Rozbarku. Zanieczyszczona woda pitna była tylko częścią problemu. Bez sprawnego odprowadzania ścieków nawet nowe ujęcie nie gwarantowało trwałego bezpieczeństwa. Nie znaczy to, że w sierpniu 1897 roku od razu zbudowano cały system kanalizacyjny. Podjęto jednak decyzje, które wyznaczały kierunek dalszej modernizacji.

↑ Wróć do spisu treści

Karbol, pieczęcie i kwarantanna

Rosnąca liczba chorych przeciążyła lekarzy kas chorych. „Katolik” informował, że ubezpieczeni musieli szukać pomocy także u innych lekarzy. Prasa zamieszczała równocześnie szczegółowe zalecenia dotyczące izolowania pacjentów i odkażania mieszkań.

Karbol, wrzątek i bielone ściany

Domowe zalecenia publikowane podczas epidemii w 1897 roku

  • osobny pokój albo pobyt w szpitalu
  • ograniczenie odwiedzin i wietrzenie
  • 5-procentowy roztwór karbolowy
  • gotowanie bielizny, pościeli i naczyń
  • zmywanie podłóg wrzątkiem
  • bielenie ścian i wycieranie tapet chlebem
  • odkażanie ustępów mlekiem wapiennym

Chorego należało umieścić w osobnym pokoju, a jeśli nie było to możliwe — skierować do szpitala. Zalecano ograniczenie odwiedzin, wietrzenie pomieszczeń, mycie podłóg i sprzętów pięcioprocentowym roztworem karbolowym oraz gotowanie bielizny, pościeli, naczyń i sztućców. Po chorobie podłogi miano zmywać wrzątkiem, ściany bielić, a tapety wycierać chlebem. Ustępy należało codziennie odkażać mlekiem wapiennym.

Instrukcja opublikowana przez gazetę obejmowała tyfus, szkarlatynę i błonicę. Obok zaleceń rozsądnych z dzisiejszego punktu widzenia zawierała też wskazówki oparte na ówczesnych wyobrażeniach o przenoszeniu chorób przez kurz, zwierzęta domowe czy bezpośredni kontakt. Jest więc źródłem do historii codzienności i higieny, a nie współczesną instrukcją medyczną.

Obwieszczeniem z 16 września zarządzono stopniowe zamykanie domowych przyłączy wraz z uruchamianiem nowych pomp i przewodów państwowego wodociągu. 24 września magistrat i bytomski zarząd policyjny wydały kolejne obwieszczenie, podpisane przez ówczesnego nadburmistrza Georga Brüninga. Przypominało ono o nakazie zamknięcia przyłączy, apelowało o podporządkowanie się decyzji i ostrzegało, że za ich samowolne otwarcie grozi kara nawet dwóch lat więzienia. Uzasadniając rygorystyczne kroki, władze wskazywały zarówno zdrowie mieszkańców, jak i gospodarcze interesy miasta.

2 lata

Tyle mogło grozić za samowolne otwarcie urzędowo zamkniętego przyłącza. Sankcję wiązano z paragrafem 327 ówczesnego prawa karnego.

Część policyjnych ostrzeżeń publikowano po niemiecku i po polsku. Redakcja „Katolika” wyśmiewała jednak jakość polskiego tłumaczenia i deklarowała, że może bezpłatnie pomóc policji w przygotowaniu zrozumiałych komunikatów. Ten drobny spór językowy miał praktyczne znaczenie: podczas epidemii źle napisane obwieszczenie mogło utrudniać dotarcie z zaleceniami do części mieszkańców.

Działania zapobiegawcze objęły również rekrutów pochodzących z Bytomia i powiatu bytomskiego. Generalna Komenda VI Korpusu nakazała badać ich po przybyciu do koszar i pozostawić przez trzy tygodnie w izolacji. Władze wojskowe obawiały się, że mogą przenieść chorobę z objętego epidemią okręgu do garnizonów.

↑ Wróć do spisu treści

Tyfus wyjeżdża z Bytomia

Odcięcie wodociągu mogło ograniczyć główne źródło zakażeń, lecz choroba wydostała się już poza miasto wraz z jego mieszkańcami. Prasa odnotowywała przypadki zawleczone z Bytomia do Miechowic i Tarnowskich Gór, a także do Bujakowa, Biskupic i Rudy w powiecie zabrskim.

Pełniejsze zestawienie dla powiatu ziemskiego obejmowało 97 zachorowań i 6 zgonów. W samych Świętochłowicach odnotowano 7 przypadków, a w Szombierkach 8. Nie każdy z nich musiał mieć identyczne źródło, ale dane pokazują, że mobilność mieszkańców i codzienne powiązania między gminami utrudniały zamknięcie epidemii w granicach Bytomia.

Do szpitala św. Jadwigi w Królewskiej Hucie trafiły trzy osoby przybyłe z Bytomia. Wśród nich była służąca pracująca w domu landrata doktora Lenza. W Łabędach zachorowała natomiast służąca Franziska Skronczyk. Według prasowej relacji zataiła wcześniejszy pobyt w Bytomiu oraz ucieczkę ze szpitala.

Władze próbowały ograniczyć dalsze rozprzestrzenianie się choroby. Lekarze mieli zgłaszać próby wyjazdu chorych, a w Wójtowej Wsi zakazano niedzielnych zabaw tanecznych z obawy przed zawleczeniem epidemii. Przebieg wodociągu wyjaśniał rozmieszczenie głównego ogniska; poza zasięgiem sieci chorobę przenosili już podróżujący ludzie.

↑ Wróć do spisu treści

Woda z Rosalie

Odcięcie dopływu z Karsten-Centrum nie mogło być rozwiązaniem na dłuższą metę. Bytom i Rozbark potrzebowały stałego, wydajnego źródła. W sierpniu rozpoczęto starania o doprowadzenie wody z Rosaliegrube, dawnej kopalni „Rozalia” w rejonie dzisiejszej Dąbrówki Wielkiej. Według relacji prasowych miała być sprzedawana po kosztach własnych, wynoszących około 3–4 fenigów za metr sześcienny.

Już 31 sierpnia „Katolik” informował, że miasto zawarło ugodę z kopalnią Rosalie. Dostawy miały rozpocząć się najwcześniej 1 stycznia 1898 roku. Nie dowodzi to, że woda rzeczywiście popłynęła tego dnia, potwierdza jednak, że przed końcem sierpnia rozmowy wyszły poza etap ogólnego zamiaru.

Prasowe doniesienie o sierpniowym porozumieniu znajduje potwierdzenie w urzędowym dokumencie z jesieni. 9 października 1897 roku sejmik powiatu katowickiego wyraził zgodę na dostarczanie z Rosaliegrube wody potrzebnej miastu Bytom oraz powiatowi bytomskiemu. Wydział Powiatowy został upoważniony do zawarcia odpowiedniej umowy. Informację opublikowano cztery dni później w „Kattowitzer Kreisblatt”.

Uchwała z 9 października 1897 roku

W polskim tłumaczeniu urzędowy zapis brzmi:

„Udzielono zgody na dostarczanie z kopalni Rosalie wody potrzebnej miastu Bytom oraz powiatowi bytomskiemu, a Wydział Powiatowy upoważniono do zawarcia odpowiedniej umowy”.
„Kattowitzer Kreisblatt”, 1897, nr 42, s. 198, pkt 5.

Dokument nie zawiera dramatycznych opisów epidemii. Zawiera za to formalną zgodę na wodę, której Bytom pilnie potrzebował.

Chronologia źródeł jest więc następująca: pod koniec sierpnia prasa pisała o ugodzie albo wstępnym porozumieniu, a 9 października właściwy organ powiatu katowickiego udzielił formalnej zgody i upoważnienia do zawarcia umowy. Uchwała nie określała dnia uruchomienia rurociągu ani zakończenia inwestycji. Późniejszej rozbudowy ujęcia Rosalie również nie należy przenosić wstecz do 1897 roku.

↑ Wróć do spisu treści

Epilog: 1898 rok i Szombierki

Główna fala epidemii wygasła w połowie października 1897 roku, ale urzędowy okres meldunkowy trwał do 11 stycznia 1898 roku. Pruska statystyka przyczyn zgonów wykazała jeszcze cztery zgony na tyfus w 1898 roku. Nie oznacza to przedłużenia letniej fali w niezmienionej skali; pokazuje jednak, że sanitarnego kryzysu nie da się zamknąć wyłącznie w granicach jednego roku kalendarzowego.

Epidemia bytomska nie zakończyła także historii tyfusu w przemysłowej części Górnego Śląska. Późniejsze opracowania, powołujące się na akta gminne, informują o kolejnych zachorowaniach w Szombierkach w latach 1898–1899. Nakazano tam odkażanie ustępów i szamb mlekiem wapiennym oraz cotygodniowe czyszczenie i dezynfekowanie ulicznych rynsztoków.

W 1899 roku działaniami przeciw epidemii kierował Anton Schigulski, naczelnik okręgu urzędowego. Późniejsze opracowania wiązały tę działalność z powierzeniem mu funkcji honorowego naczelnika gminy wiejskiej Szombierki. Nie ma jednak podstaw, aby epidemię szombierską automatycznie wywodzić z wody Karsten-Centrum. Przypadek Szombierek świadczy raczej o tym, że problemy sanitarne całej aglomeracji były głębsze niż awaria jednego ujęcia.

Bytom wchodził właśnie w okres intensywnej przebudowy infrastruktury sanitarnej. Epidemia z 1897 roku była ważnym ostrzeżeniem i wyraźnym impulsem do działania, choć byłoby uproszczeniem przypisywanie jej wprost każdej późniejszej inwestycji. Wodociągi, kanalizacja, oczyszczanie ścieków i rozwój zaplecza higienicznego składały się na długotrwały proces, a nie na jedną decyzję podjętą podczas sierpniowej narady.

↑ Wróć do spisu treści

Miasto zobaczyło własny układ krwionośny

Dzięki sprawozdaniu dr. Blocha i późniejszemu opracowaniu Marka P. Czaplińskiego nie jesteśmy już skazani wyłącznie na cząstkowe komunikaty prasowe. Wiemy, że zarejestrowano ponad 1400 zachorowań, a rzeczywista liczba chorych mogła przekroczyć dwa tysiące. Nie istnieje jednak jeden bezsporny „ostateczny bilans”, ponieważ miejskie wykazy, miesięczne meldunki i statystyka przyczyn zgonów obejmowały różne okresy oraz kategorie przypadków.

Mechanizmu skażenia również nie da się sprowadzić do jednego dowiedzionego zdarzenia. Zalanie kopalni i wypłukanie podziemnych nieczystości pozostaje bardzo prawdopodobnym scenariuszem, ale znamy go z relacji prasowej przytoczonej przez Blocha. Bezsporne są za to fatalne warunki poboru i prowadzenia wody oraz niemal dokładna zgodność mapy zachorowań z zasięgiem sieci Karsten-Centrum.

Latem 1897 roku Bytom zobaczył własną infrastrukturę niczym układ krwionośny. Te same rury, które umożliwiały codzienne życie dziesiątkom tysięcy mieszkańców, rozprowadzały chorobę. O zasięgu głównego ogniska decydował przede wszystkim przebieg wodociągu, a nie granice gmin.

Nie wystarczały już izolacja chorych i dezynfekcja mieszkań. Trzeba było zamknąć domowe przyłącza, dostarczać wodę w ulicznych zbiornikach, znaleźć nowe źródło, zdecydować o przyszłości starej sieci i pomyśleć o ściekach. Październikowa zgoda na dostawy z Rosalie nie rozwiązała wszystkich problemów sanitarnych regionu, ale była ważnym krokiem w stronę trwałego zaopatrzenia miasta w wodę.

Nie sama idea wodociągu zatruła Bytom. Katastrofę spowodował system, którego zabezpieczenia i nadzór nie nadążały za gwałtownym rozwojem przemysłowego miasta, choć od tego systemu zależało życie jego mieszkańców.

↑ Wróć do spisu treści

Bibliografia i źródła

Źródła prasowe z 1897 roku

  1. „Katolik”, 1897, nr 95, 97–99, 102, 105 oraz 109–119.
  2. „Oberschlesische Volksstimme”, 1897, R. 23, nr 182, 12 sierpnia 1897 r.
  3. „Schlesische Zeitung”, 1897, R. 156, nr 581, 20 sierpnia 1897 r.
  4. „Schlesische Schulzeitung”, 1897, R. 26, nr 34, 26 sierpnia 1897 r.
  5. „Der Oberschlesische Wanderer”, 1897, R. 70, nr 196, 26 sierpnia 1897 r.
  6. „Schlesische Zeitung”, 1897, R. 156, nr 597, 26 sierpnia 1897 r.
  7. „Kattowitzer Kreisblatt”, 1897, nr 42, s. 198, komunikat z 13 października 1897 r., pkt 5 — uchwała sejmiku powiatu katowickiego z 9 października 1897 r.

Materiały archiwalne

  1. Geheimes Staatsarchiv Preußischer Kulturbesitz, I. HA Rep. 76 Kultusministerium, VIII A nr 3016, „Bekämpfung der Typhusepidemie in Beuthen und anderen Orten Oberschlesiens”, t. 1, lipiec 1897 – wrzesień 1900. Wykorzystano opis jednostki archiwalnej; pełna zawartość akt nie była przedmiotem kwerendy.

Opracowania naukowe, techniczne i regionalne

  1. Bloch, Die Typhusepidemie in Beuthen O.-S. Nach dem amtlichen Material bearbeitet, „Deutsche Vierteljahrsschrift für öffentliche Gesundheitspflege”, t. 30, 1898, s. 241–263.
  2. Czapliński, Marek P., „Epidemia tyfusu w Bytomiu w latach 1897–1898 i jej zapobieganie. Kwestia dostępu ludności do czystej wody pitnej i użytkowej”, „Studia Śląskie”, t. 69, 2010, s. 241–254.
  3. Geisenheimer, Paul, Die Wasserversorgung des oberschlesischen Industriebezirks. Zum 12. Allgemeinen Deutschen Bergmannstage Breslau 1913, Kattowitz 1913.
  4. Strzala, Franz; Kowollik, Siegfried, „Amts- und Gemeindevorsteher Anton Schigulski”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, 1977, nr 1.
  5. Kowollik, Siegfried, „Aus den Akten der Gemeinde Schomberg”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, 1980.

↑ Wróć do spisu treści

0
0

Read more

Szkic koncepcyjny ukazujący ewolucję ulicy Dworcowej w Bytomiu. Po lewej stronie widoczny bagnisty trakt i dawna warownia, po prawej wielkomiejski bulwar z epoki rewolucji przemysłowej. Tekst na grafice: Tysiącletnia ewolucja ulicy Dworcowej. Od bagien do wielkomiejskiego bulwaru. Zobacz, jak dawny trakt Przedmieścia Gliwickiego stał się reprezentacyjną Bahnhofstraße.

Od bagnistego traktu do wielkomiejskiego bulwaru. Tysiącletnia historia ulicy Dworcowej w Bytomiu

Bytom • historia miasta • ulica Dworcowa

Od bagnistego traktu do wielkomiejskiego bulwaru. Tysiącletnia historia ulicy Dworcowej w Bytomiu

Dzisiejsza ulica Dworcowa narodziła się jako reprezentacyjna ulica miejska dopiero w XIX wieku. Jej historia wyrasta jednak ze znacznie starszego krajobrazu: podmokłych terenów między wczesnym Bytomiem a wzgórzem Sutuhali, dróg Przedmieścia Gliwickiego, wojennych pożarów, podmiejskich ogrodów i pól, które ustąpiły miejsca kolei, hotelom, bankom oraz kamienicom.

Jej „tysiącletnia historia” zaczyna się więc nie od gotowej ulicy, lecz od dawnego kierunku komunikacyjnego, z którego w XIX wieku wyrosła Bahnhofstraße.

1. Przez bagna do Sutuhali

Najstarsza warstwa tej opowieści nie dotyczy jeszcze ulicy w dzisiejszym znaczeniu. Dotyczy krajobrazu. Wczesny Bytom powstał na wyniesieniu otoczonym ciekami wodnymi i podmokłymi terenami. Na położonym dalej wzgórzu św. Małgorzaty istniał gród utożsamiany z Sutuhali — nazwą pojawiającą się w dawnych przekazach.

W. Immerwahr przypuszczał, że warownia mogła powstać jeszcze przed rokiem 1000. Opisywał ją jako Sumpfburg — gród bagienny — wzniesiony na sztucznie uformowanym wzgórzu. Inni autorzy widzieli w Małgorzatce naturalne wyniesienie, którego zbocza i wały zostały później przekształcone przez człowieka. O różnych koncepcjach dotyczących Sutuhali pisałem szerzej w artykule „Byl tu?” i tajemnica Sutuhali.1

Tajemnica nazwy Sutuhali

Franz Gramer łączył to miejsce z dawnym kultem i „świętym borem”. Immerwahr odrzucał interpretację jako „Święta Hałda” i wywodził nazwę od określenia Schutthügel — wzgórza gruzu lub usypanego nasypu. Późniejsi autorzy wiązali ją także z błotem, stromym stokiem, „gołym pagórkiem”, imieniem św. Gawła albo „sutymi hałdami”.

Bagnisty trakt prowadzący w stronę wczesnośredniowiecznego grodu Sutuhali na Wzgórzu św. Małgorzaty w Bytomiu
Artystyczna wizja drogi prowadzącej przez podmokłe tereny w stronę grodu na Wzgórzu św. Małgorzaty. Wizualizacja artystyczna

Dostęp do warowni i jej zaopatrzenie wymagały połączenia z rozwijającym się osadnictwem. Immerwahr uznawał trakt prowadzący przez podmokłe tereny pomiędzy Sutuhali a wczesnym Bytomiem za dalekiego poprzednika późniejszej Bahnhofstraße oraz jeden z najstarszych szlaków południowo-wschodniego Górnego Śląska.

Średniowieczny trakt nie musiał na całej długości pokrywać się z dzisiejszą ulicą Dworcową. Zachowała się jednak ciągłość kierunku komunikacyjnego: od dawnej drogi, przez zabudowania Przedmieścia Gliwickiego, aż po ulicę wytyczoną przez pola w XIX wieku.

Na wzgórzu w XII wieku powstał romański kościół św. Małgorzaty, którego fundację wiąże się z księciem Bolesławem Kędzierzawym. Opiekę nad świątynią powierzono następnie wrocławskim premonstratensom. Z czasem przy drodze osiedlali się rolnicy i ogrodnicy, a obszar zaczął funkcjonować jako Przedmieście Gliwickie — Gleiwitzer Vorstadt.

W dokumencie podziałowym Bytomia z 26 stycznia 1369 roku pojawia się określenie „Gleiwitzer Straße”. W ówczesnym języku słowo Straße oznaczało przede wszystkim drogę lądową lub wylotową, w przeciwieństwie do miejskich ulic określanych jako Gasse. Był to więc trakt prowadzący w kierunku Gliwic — starszy od późniejszej Bahnhofstraße, ale utrwalający ten sam kierunek komunikacyjny.2

↑ początek

2. Pożogi, przebranie i czeskie dukaty

Przedmieścia, zbudowane w znacznej części z drewna i pozbawione ochrony miejskich murów, były szczególnie narażone podczas wojny trzydziestoletniej. Rok 1627 pozostawił w źródłach co najmniej dwa opisy działań wojennych i pożarów.

Immerwahr pisał o wydarzeniach z 5 marca 1627 roku. Według przytoczonej przez niego relacji oddziały Wallensteina, wzmocnione żołnierzami cesarskimi i formacją określoną jako polscy Kozacy, próbowały wyprzeć z Bytomia wojska duńskie lub mansfeldzkie. Podczas walk zabudowania miały stanąć w ogniu.

Franz Gramer opisywał natomiast wydarzenia z sierpnia tego samego roku. Wojska cesarskie dowodzone przez Fahrensbacha miały podpalić zabudowę, aby zmusić przeciwnika do opuszczenia miasta. Według przytoczonego przez kronikarza dokumentu spłonęło około 30 domów i gospodarstw oraz 72 stodoły wraz ze zgromadzonym zbożem.3

Najprawdopodobniej oba przekazy opisują dwa kolejne epizody walk o miasto. Przedmiejska zabudowa stawała się wówczas częścią działań wojennych — podpalano ją, aby pozbawić przeciwnika osłony i zapasów.

Pożar drewnianych zabudowań Przedmieścia Gliwickiego w Bytomiu podczas wojny trzydziestoletniej w 1627 roku
Przedmiejska zabudowa należała do najbardziej narażonych części Bytomia podczas działań wojennych. Wizualizacja artystyczna

O pożarach Bytomia i rozwoju zorganizowanej ochrony przeciwpożarowej pisałem szerzej w osobnym artykule: Historia straży pożarnej na Śląsku: Bytom, Katowice i Gliwice.

Z niespokojnym XVII stuleciem Immerwahr łączył również osobliwy epizod obyczajowy. Powołując się na Benno Nietschego i jego Geschichte der Stadt Gleiwitz, wspominał o sprawie z listopada 1638 roku, która zajmowała gliwickie władze kościelne i świeckie. W jednej z bytomskich karczm odnaleziono wówczas młodą kobietę przebraną za mnicha.4

Skarb domu Eliasohna

Według Immerwahra jeden z zamożniejszych mieszkańców Przedmieścia Gliwickiego ukrył podczas wojny trzydziestoletniej znaczny majątek, obejmujący liczne czeskie złote dukaty. Ziemia przechowała tajemnicę przez ponad dwa stulecia: skarb odnaleziono dopiero w 1876 roku podczas kopania fundamentów domu Eliasohna, oznaczonego numerem 32.5

↑ początek

3. Pola, bruk, gaz i lazaret

Jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku Przedmieście Gliwickie zachowywało wiejski charakter. Na planie z 1828 roku dominowały pola, ogrody, gospodarstwa i luźna zabudowa. Rozrost Bytomia, rozwój przemysłu i wzrost liczby mieszkańców stopniowo zmieniały jednak oczekiwania wobec tej przestrzeni.

Franz Gramer opisywał modernizację miasta językiem codziennych doświadczeń. Zamiast nierównego, niekiedy niebezpiecznego bruku pojawiały się szerokie płyty granitowe przed wejściami do domów. Nowe mieszkania miały jaśniejsze klatki schodowe, wyższe pokoje i bardziej miejski standard. Nie była to jeszcze przemiana całej przyszłej Dworcowej, lecz zapowiedź nowego sposobu budowania.

Robotnicy układają granitowe płyty chodnikowe na ulicy w dziewiętnastowiecznym Bytomiu
Granitowe chodniki i oświetlenie gazowe należały do najbardziej widocznych oznak miejskiej modernizacji. Wizualizacja artystyczna

19 stycznia 1862 roku uruchomiono w Bytomiu oświetlenie gazowe. Sieć miejska liczyła 117 latarni, a gazowe światło stało się jednym z najbardziej widocznych znaków, że Bytom wychodził poza ramy niewielkiego miasta.6

Jednym z pierwszych większych obiektów publicznych na Przedmieściu Gliwickim był lazaret Spółki Brackiej — Knappschafts-Lazareth — którego budowę rozpoczęto w 1849 roku. Placówka służyła chorym i poszkodowanym górnikom, stając się elementem rodzącej się infrastruktury przemysłowego miasta.7

Rozwój górnośląskiej medycyny przemysłowej opisywałem szerzej w wieloczęściowym cyklu o historycznych placówkach medycznych w Piaśnikach.

↑ początek

4. Narodziny Bahnhofstraße: 1858–1872

Nowoczesna ulica Dworcowa nie była prostym przedłużeniem średniowiecznego traktu. Powstała w wyniku świadomego przekształcenia podmiejskich pól w nową oś komunikacyjną. Opracowanie rozwoju przestrzennego Bytomia pozwala uchwycić ten proces niemal rok po roku.

Nowy przebieg przez pola Wytyczono trasę, która miała stać się osią późniejszej ulicy Dworcowej.
Pierwsze nowoczesne kamienice Powstały budynki odpowiadające dzisiejszym numerom 9 i 18.
Kolej i droga do dworca Linia kolejowa zamknęła dawny przebieg, a odcinek ku stacji zaczął funkcjonować jako Bahnhofstraße.

Jeszcze na planie z 1828 roku teren przyszłej ulicy był przede wszystkim przestrzenią rolniczą. W 1858 roku wytyczono przez pola nową drogę. Pierwsze nowoczesne kamienice przy obecnych numerach 9 i 18 powstały w 1869 roku, a kolejne budynki pojawiały się niemal co sezon.

Początkowo nowa trasa funkcjonowała jako Gleiwitzer Straße. Decydująca zmiana nastąpiła w 1872 roku wraz z budową linii kolejowej. Tory skróciły i zamknęły dotychczasowy przebieg drogi, a odcinek prowadzący od Boulevardu do dworca zaczął funkcjonować jako Bahnhofstraße. Nazwa utrwalała się wraz z nową rolą ulicy — reprezentacyjnej drogi prowadzącej od stacji ku centrum miasta.8

Przedmieście, które przez stulecia pozostawało obszarem ogrodów i gospodarstw, w krótkim czasie stało się połączeniem dworca z centrum. Kolej nie tylko przywoziła ludzi. Podnosiła wartość działek, przyciągała hotelarzy, banki, restauracje, redakcje i handel.

↑ początek

5. Ulica hoteli, banków i kawiarni

Wielkomiejska Bahnhofstraße w Bytomiu z kamienicami, hotelami, sklepami i pieszymi na przełomie XIX i XX wieku
Na przełomie XIX i XX wieku Bahnhofstraße stała się jedną z głównych ulic handlowych i usługowych Bytomia. Wizualizacja artystyczna

Od ogrodu Stolarczyka do Hotelu Bristol

Franz Gramer wymieniał na Przedmieściu Gliwickim Garten des Stolarczyk, natomiast Immerwahr pisał o Stollarczyk’sche Etablissement jako poprzedniku późniejszego Kaiserhofu. Współczesna dokumentacja zabytku pozwala uzupełnić dalszą chronologię tej parceli.

W miejscu wcześniejszej gospody rozwijał się Hotel Sanssouci. Pierwszy etap inwestycji przypadł na 1858 rok, gdy powstała sala taneczno-teatralna; część opracowań datuje ukończenie właściwego gmachu hotelowego na 1871 rok. Projekt wiązany jest z Ferdinandem Hermannem. W 1895 roku wnętrza przebudował J. Cyganek, a w 1910 roku firma Boswau & Knauer przeprowadziła gruntowną modernizację według projektu Ahrensa. Wtedy obiekt otrzymał nazwę Kaiserhof. Po II wojnie światowej zaczął funkcjonować jako Hotel Bristol.9

Ta sama parcela przez dziesięciolecia zachowywała funkcję gastronomiczną, rozrywkową i hotelową: od ogrodu oraz lokalu Stolarczyka, przez Sanssouci i Kaiserhof, po Bristol. Kolejne przebudowy zmieniały wygląd kompleksu, ale nie jego znaczenie dla życia ulicy.

Znajdująca się przy hotelu sala należała do ważnych miejsc życia kulturalnego jeszcze przed powstaniem reprezentacyjnego Teatru Miejskiego w Bytomiu.

Między hotelami, bankami i kawiarniami

W krajobrazie Bahnhofstraße pojawiał się także Hotel Lomnitz, zapamiętany między innymi jako miejsce związane z Wojciechem Korfantym w okresie plebiscytowym. Obok hoteli działały kawiarnie, banki, redakcje, szkoły muzyczne i pracownie fotograficzne. Ulica zmieniała najemców oraz szyldy, ale nie traciła wielkomiejskiego charakteru.

Wybrane firmy i instytucje przy Bahnhofstraße

Rok lub okres źródłaAdresObiekt lub najemcaDziałalność
1904Bahnhofstraße 31Café Hohenzollernkawiarnia
1904Bahnhofstraße 40Oberschlesische Bankbank
katalog 1925–1939Bahnhofstraße 1„Ostdeutsche Morgenpost”redakcja i wydawnictwo
katalog 1925–1939Bahnhofstraße 10Cieplik’s Konservatorium, właściciel Paul Krausszkoła muzyczna
katalog 1925–1939Bahnhofstraße 17Bankhaus Jarislowsky & Co.bankowość
katalog 1925–1939Bahnhofstraße 25Günther Rudolfcukiernia i gastronomia
katalog 1925–1939Bahnhofstraße 32Foto-Atelier Germania, właściciel Georg Müllerfotografia
Wybrane wpisy z przewodnika Leo Woerla z 1904 roku oraz katalogu bytomskiego handlu Georga Lasika obejmującego lata 1925–1939.

Bahnhofstraße nie była jedynie drogą do pociągu. Stała się miejskim salonem, w którym podróżny po wyjściu z dworca mijał hotele, restauracje, banki, sklepy, pracownie fotograficzne i redakcje. Wielkomiejskość tej ulicy nie powstała jednak od razu — była wynikiem kilkudziesięciu lat intensywnej zabudowy i ciągłej wymiany najemców.10

↑ początek

6. Od Bahnhofstraße do Dworcowej

Po 1945 roku Bahnhofstraße otrzymała polską nazwę Dworcowa. Zmieniło się państwo, język szyldów i wielu użytkowników kamienic, ale podstawowa funkcja ulicy pozostała czytelna: nadal prowadziła od dworca ku centrum miasta.

Z czasem ulica utraciła część dawnej pozycji handlowej, a ruch samochodowy ustąpił funkcji pieszego deptaka. Ostatnia duża rewitalizacja objęła wymianę sieci, nową kamienną nawierzchnię, zieleń, małą architekturę oraz remonty zabytkowych kamienic. Miasto ponownie przedstawia Dworcową jako jedną z najbardziej reprezentacyjnych ulic Bytomia.11

Historia Dworcowej nie jest prostą opowieścią o jednej drodze, która przez tysiąc lat biegła tym samym śladem. Jest historią miejsca, którego funkcja nieustannie się zmieniała: od podmokłego przedpola grodu i rolniczego przedmieścia, przez ulicę prowadzącą do kolei, po handlowy bulwar i współczesny deptak.

↑ początek

Dzisiejsza ulica Dworcowa jest więc ostatnim etapem długiej przemiany: od dawnego traktu prowadzącego przez podmokłe tereny, przez Przedmieście Gliwickie, aż po reprezentacyjną Bahnhofstraße.

↑ początek
Przypisy źródłowe
  1. W. Immerwahr, „Die tausendjährige Geschichte der Bahnhofstraße in Beuthen OS.”, Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt, grudzień 1963, nr 12; przedruk: listopad 1975, nr 11. Por. także zestawienie hipotez w artykule flaczek.com o Sutuhali.
  2. F. Gramer, Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, Beuthen 1863, część dotycząca Przedmieścia Gliwickiego oraz dokumentu podziałowego miasta z 26 stycznia 1369 roku.
  3. W. Immerwahr, dz. cyt. — wydarzenia z 5 marca 1627 roku; F. Gramer, dz. cyt., s. 139–140 — sierpniowy pożar i informacja o 30 domach lub gospodarstwach oraz 72 stodołach ze zbożem.
  4. W. Immerwahr, dz. cyt., za: Benno Nietsche, Geschichte der Stadt Gleiwitz, Gleiwitz 1886, s. 625.
  5. W. Immerwahr, dz. cyt. — relacja o depozycie czeskich złotych monet odkrytym w 1876 roku przy domu Eliasohna nr 32.
  6. F. Gramer, dz. cyt., s. 219 oraz s. 263–286 — uruchomienie oświetlenia gazowego 19 stycznia 1862 roku, 117 latarni oraz opis modernizacji bruku i zabudowy.
  7. F. Gramer, dz. cyt., s. 211 i 256 — budowa lazaretu Spółki Brackiej na Przedmieściu Gliwickim od 1849 roku.
  8. „Gleiwitzer- und Bahnhofstraße sowie Boulevard” , Muzeum online Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej — plan z 1828 roku, wytyczenie nowej trasy, kamienice z lat 1869–1871 oraz wpływ budowy kolei w 1872 roku na powstanie Bahnhofstraße.
  9. Dorota Bajowska, „Hotel Sanssouci, ob. Bristol” , Narodowy Instytut Dziedzictwa, 2020; na podstawie karty ewidencyjnej „Hotel Sanssouci/Kaiserhof, ob. Hotel Bristol”, oprac. M. Łabuz, 1997. Por. również A. Gano-Kotula, „Kamienice przy ulicy Dworcowej”, w: J. Drabina (red.), Bytomskie zabytki, Bytom 2001.
  10. Leo Woerl, dz. cyt., 1904 — Café Hohenzollern i Oberschlesische Bank; Georg Lasik, Gewerbe – Handwerk und Handel in Beuthen O/S. / katalog bytomskiego handlu 1925–1939 — pozostałe wpisy tabeli.
  11. Miasto Bytom, serwis „Dworcowa” oraz materiały dotyczące rewitalizacji ulicy: przebudowa przestrzeni, wymiana sieci, nowa nawierzchnia, zieleń i remonty zabytkowych kamienic.
Bibliografia i materiały porównawcze
  • Gramer Franz, Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, Beuthen 1863.
  • Immerwahr W., „Die tausendjährige Geschichte der Bahnhofstraße in Beuthen OS.”, Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt, grudzień 1963, nr 12 — pierwodruk.
  • Immerwahr W., „Die tausendjährige Geschichte der Bahnhofstraße in Beuthen/OS.”, Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt, listopad 1975, nr 11 — przedruk.
  • Nietsche Benno, Geschichte der Stadt Gleiwitz, Gleiwitz 1886.
  • Stodolka Franz, Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien, materiały i opracowania powojenne.
  • Woerl Leo, Illustrierter Führer durch das Oberschlesische Industriegebiet, 1904.
  • Gano-Kotula Ariana, „Kamienice przy ulicy Dworcowej”, w: Jan Drabina (red.), Bytomskie zabytki, Towarzystwo Miłośników Bytomia, Bytom 2001.
  • Bajowska Dorota, „Hotel Sanssouci, ob. Bristol” , Narodowy Instytut Dziedzictwa, 2020.
  • „Gleiwitzer- und Bahnhofstraße sowie Boulevard” , Muzeum online Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej.
  • Miasto Bytom, materiały projektu rewitalizacji ulicy Dworcowej .
↑ początek
0
0

Read more

Pruski urzędnik przy mapie i dokumentach, za oknem kopalnie, huty i linie kolejowe rozwijającego się powiatu bytomskiego

Landrat kontra chaos. Jak powiat bytomski próbował okiełznać przemysłową rewolucję 1853–1859

Górny Śląsk • administracja • przemysł • 1853–1860

Landrat kontra chaos. Jak powiat bytomski próbował okiełznać przemysłową rewolucję 1853–1859

Maszyny przybywały szybciej niż domy, przepisy i urzędnicy. Ludzie wędrowali za pracą, wsie obrastały szybami i hutami, a władze próbowały policzyć niemal wszystko: robotników, dzieci, kominy, psy, pioruny, chorych i zaległe podatki. „Beuthner Kreisblatt” pokazuje przemysłową rewolucję od strony, której nie widać na pocztówkach — jako codzienną walkę o porządek w powiecie zmieniającym się szybciej niż jego administracja.

Historia wielkiego przemysłu zwykle zaczyna się od kopalń, hut, wynalazców i fortun. Gazeta urzędowa pozwala zejść niżej — do gmin, mieszkań i kancelarii, w których próbowano opanować skutki tej przemiany.

Okres główny: 1853–1859Epilog: 1860Źródło: „Beuthner Kreisblatt”
Spis treści
  1. Błoto pod kołami postępu
  2. Landrat chce wiedzieć wszystko
  3. Podatek pod bramą kopalni
  4. Człowiek bez papierów
  5. Gmina podrzuca chorego sąsiadom
  6. Cholera zamyka wieś, księgosusz granicę
  7. Nocne patrole, ziemianki i robotnicze osady
  8. Komin, pies, mysz i hałda
  9. Dzieci pod piecami
  10. „Poranna zorza” i jej cień
  11. Epilog: „Glück auf!” — zmiana warty
  12. Źródła i bibliografia

Błoto pod kołami postępu

Pejzaż przemysłowego Górnego Śląska około połowy XIX wieku, z linią kolejową dzielącą krajobraz wiejski i strefę kopalń oraz hut.
Powiat bytomski zmieniał się nierówno: po jednej stronie trwał jeszcze krajobraz wiejski, po drugiej rosły szyby, kominy i infrastruktura przemysłowa.

Koła wozów grzęzły w błocie, ulice zatykały transporty rudy i węgla, a po zmroku drogę oświetlały nieliczne latarnie. Bytom połowy lat pięćdziesiątych XIX wieku nie był jeszcze uporządkowaną przemysłową metropolią znaną z późniejszych fotografii i pocztówek. Zakłady, szyby i połączenia transportowe rozwijały się szybciej niż miejska infrastruktura.

Według opisu warunków z 1855 roku, przytoczonego przez Franza Stodolkę za późniejszym opracowaniem Hugo Solgera, brakowało skutecznej policji ulicznej, a nieutwardzone nawierzchnie po deszczu zamieniały się w lepką masę.1 Pierwszym widocznym skutkiem gospodarczego przyspieszenia nie zawsze był więc porządek. Częściej — korek z furmanek, turkot kół i przechodzień szukający suchego przejścia.

Nowe inwestycje rozwiązywały jeden problem, lecz potrafiły stworzyć następny. W 1854 roku prace przy kolei konnej, czyli Roßbahn, miały doprowadzić do wyschnięcia bytomskiego Źródełka Miłości — Liebesquelle, ważnego ujęcia dobrej wody pitnej.2 Transport surowców stawał się sprawniejszy, ale miasto traciło część dotychczasowego zaplecza sanitarnego.

Rozwój podnosił również ceny. Kronikarze wspominali o czynszach niewspółmiernie wysokich wobec ówczesnej wielkości Bytomia. Jednocześnie powstawały domy wyższe i jaśniejsze, z lepiej oświetlonymi klatkami schodowymi oraz tapetowanymi pokojami.3 Przemiana miała dwa oblicza: jedni wprowadzali się do nowoczesnych budynków, inni szukali najtańszego kąta albo prowizorycznego schronienia.

Miasto i sąsiednie osady przyciągały sezonowych murarzy, rzemieślników i robotników budowlanych z okolic Głubczyc, Prudnika, Rybnika oraz Opola.4 Dla przedsiębiorców byli potrzebnymi rękami do pracy. Dla urzędów — ludźmi, których należało przypisać do gminy, wpisać do rejestru i odnaleźć w razie zaległego podatku, poboru wojskowego albo choroby.

Miasto a powiat. Trzeba przy tym pamiętać, że ówczesny powiat bytomski był znacznie rozleglejszy od dzisiejszego Bytomia. Na łamach jego urzędowej gazety spotykają się sprawy Bytomia, Szombierek, Rozbarku, Zabrza, Katowic, Mysłowic, Świętochłowic, Tarnowskich Gór i dziesiątek miejscowości, które później znalazły się w innych jednostkach administracyjnych.

W kolejnych numerach „Beuthner Kreisblatt” pojawiały się nowe szyby, kotły, wielkie piece, walcownie, bocznice i drogi. Para napędzała już nie tylko kopalnie, lecz także młyny, cegielnie, warsztaty, kruszarki i pompy. W 1858 roku na szybie Grundmann kopalni Florentine w Łagiewnikach Górnych planowano maszynę odwadniającą o mocy 260 KM — jedną z najmocniejszych instalacji odnotowanych w badanym roczniku.5

Maszyny są jednak tylko tłem tej opowieści. Ważniejsze jest to, co działo się wokół nich. Wiejskie drogi stawały się trasami przewozu węgla i rudy, kolej przecinała pola, a wokół szybów wyrastały kolonie. Gminy, obszary dworskie — dominia — i miejscowe władze policyjne musiały rozstrzygać, kto ma leczyć chorego, ścigać złodzieja, naprawić drogę i utrzymać akuszerkę.

Po śmierci burmistrza Josepha Proskego w 1853 roku jego następcą został dotychczasowy skarbnik miejski Adolf Manderle, który objął urząd w 1854 roku. Nad rozległym powiatem czuwał natomiast landrat — pruski starosta powiatowy — Adolph von Tieschowitz, sprawujący ten urząd od 1840 roku.6 To na styku miasta, wsi, obszarów dworskich i zakładów zaczyna się historia administracyjnego zmagania z przemianą.

„Beuthner Kreisblatt” nie przypomina dzisiejszej gazety. To mieszanina zarządzeń, przetargów, listów gończych, tabel i reklam. Czytana numer po numerze ujawnia jednak stały mechanizm: pojawia się problem, potem skarga, zarządzenie, formularz, kontrola i groźba kary.

Rewolucja przemysłowa miała nie tylko stalowe koła, tłoki i kominy. Miała również formularze.

↑ początek

Landrat chce wiedzieć wszystko

Urzędnik z dokumentem stoi przy drodze na tle otwartego krajobrazu powiatu bytomskiego w połowie XIX wieku.
Rozległy powiat trzeba było najpierw objąć wzrokiem, opisem i dokumentem — dopiero wtedy stawał się zarządzalny.

Przemiana najpierw trafiała do kopalni, huty albo robotniczej osady. Chwilę później lądowała na biurku landrata.

Nazwisko Adolpha von Tieschowitza powraca w badanych rocznikach niemal bez przerwy. Ostrzegał, nakazywał, ganił, wyznaczał terminy i groził karami. Nie oznacza to, że sam tworzył każdą regulację. Polecenia przychodziły z ministerstw w Berlinie, rejencji opolskiej, urzędów górniczych i władz sanitarnych. Landrat był jednak lokalną twarzą systemu — człowiekiem, który miał przełożyć ogólne przepisy na działanie dziesiątek miast, wsi, kolonii, majątków i zakładów.

Aby zarządzać powiatem, trzeba było najpierw wiedzieć, co się w nim znajduje.

W 1853 roku żądano imiennych wykazów sołtysów, ławników i pisarzy gminnych. W następnych latach spisywano poborowych, mieszkańców, podatników, dzieci szkolne, położne, lekarzy, szpitale, osoby chore psychicznie i ludzi pozostających pod dozorem policyjnym. Rejestrowano zwierzęta, domy, grunty, maszyny oraz zakłady. Nawet uderzenia pioruna trafiały do osobnych zestawień.

W grudniu 1855 roku spis ludności miał zostać przeprowadzony od domu do domu. Urząd chciał znać nie tylko liczbę mieszkańców, lecz także skład gospodarstw, służbę, lokatorów i osoby przebywające czasowo. Dwa lata później polecono zebrać dane o zakładach przemysłowych, z rozróżnieniem robotników stałych i niestałych oraz pracujących kobiet i dzieci.7

W styczniu 1858 roku zarządy policyjne otrzymały polecenie sporządzenia wykazu domów rodzinnych dla robotników — Arbeiter-Familienhäuser. Należało podać liczbę oddzielnych mieszkań, rodzin i wszystkich osób znajdujących w nich schronienie.8 Zestawienie obejmowało również ludzi wynajmujących jedynie miejsce do spania, określanych jako Schlafburschen, a także dostęp robotników do ziemi i pomieszczeń gospodarczych.

Ręce do pracy napływały szybciej, niż powstawały mieszkania. Urząd próbował więc policzyć nie tylko budynki, lecz także rzeczywiste zagęszczenie ludzi ukryte za ich drzwiami.

Z dzisiejszej perspektywy ta lawina zestawień może przypominać biurokratyczną obsesję. Rejestry miały jednak bardzo konkretne zastosowanie: służyły podatkom, poborowi wojskowemu, opiece nad ubogimi, kontroli epidemii, planowaniu szkół i nadzorowi nad przemysłem. Mieszkaniec stawał się dla państwa naprawdę widoczny dopiero wtedy, gdy znalazł się we właściwej rubryce.

Landrat nie był absolutnym władcą powiatu. Tytuł artykułu jest skrótem narracyjnym. Tieschowitz działał w rozbudowanym łańcuchu pruskiej administracji: bywał autorem lokalnych poleceń, ale równie często wykonywał decyzje rejencji, ministerstw i urzędów specjalistycznych.

↑ początek

Podatek pod bramą kopalni

Robotnicy przed zabudowaniami przemysłowymi oraz urzędnik prowadzący zapisy podczas wypłaty w połowie XIX wieku.
Robotnika najłatwiej było odnaleźć przy bramie zakładu — także wtedy, gdy należało ściągnąć zaległy podatek.

Podatek klasowy był przypisany do człowieka, lecz urząd nie zawsze nadążał za człowiekiem wędrującym za pracą. Robotnicy zmieniali miejsce pobytu, zatrudniali się poza macierzystą gminą i pozostawiali po sobie zaległości, których dawny system poboru nie potrafił skutecznie odzyskać.

Latem 1855 roku administracja sięgnęła po rozwiązanie dostosowane do nowych realiów: należność można było potrącić bezpośrednio z wynagrodzenia. Landrat przypominał, że należy przy tym sumiennie uwzględnić zdolność płatniczą podatnika, wystawić mu pokwitowanie i przekazać pobraną kwotę właściwemu poborcy.9

Pełny kontekst zarządzenia wiązał ten mechanizm z kopalniami, hutami i placami budowy — miejscami, w których w dni wypłat łatwiej było znaleźć robotnika niż pod adresem jego tymczasowego zamieszkania. Przemysłowy system płac i wiejski system podatkowy spotykały się pod jedną bramą.

To pozornie drobne zarządzenie pokazuje, jak bardzo zmieniła się relacja mieszkańca z urzędem. Poborca znał gospodarstwo osiadłego podatnika. Robotnik mógł natomiast mieszkać kątem u obcych ludzi, pracować w innej miejscowości, a po kilku tygodniach przenieść się do następnego zakładu.

Państwo nie rezygnowało z kontroli. Po prostu ruszyło za nim.

Adres łączył się zresztą nie tylko z podatkiem, lecz także ze służbą wojskową, prawem pobytu, pomocą dla ubogich i odpowiedzialnością za leczenie. Sołtys nie miał już jedynie znać mieszkańców i pilnować dróg. Prowadził dokumentację, wysyłał zawiadomienia, rozliczał pieniądze i odpowiadał na pisma.

Przemysł wzmacniał więc nie tylko kopalnie. Wzmacniał również podpis, pieczęć i pokwitowanie.

↑ początek

Człowiek bez papierów

Mężczyźni siedzący przy długim stole nad księgami i formularzami w urzędowym wnętrzu w XIX wieku.
Za człowiekiem bez papierów szybko ruszała machina spisów, rejestrów, meldunków i urzędowych instrukcji.

Dla kopalni liczyły się ręce do pracy. Dla państwa — dokumenty człowieka, do którego należały.

Już w 1853 roku władze przewidywały napływ obcych robotników na wielkie budowy. Majstrom i kierownikom przypomniano, aby nie zatrudniali ludzi bez ważnych dokumentów i kart legitymacyjnych. Na placach budów miały odbywać się kontrole policji oraz żandarmerii.10

Trzy lata później system stał się dokładniejszy. W numerze 4 „Beuthner Kreisblatt” z 25 stycznia 1856 roku opublikowano regulację dotyczącą kontroli przyjazdów i wyjazdów robotników zatrudnionych między innymi w kopalniach i hutach. Zgłoszenie trafiało do miejscowego sołtysa, który najpóźniej w ciągu trzech dni miał przekazać pisemną informację nadrzędnej władzy policyjnej.11

Z dokumentu • nr 4/1856

„binnen längstens drei Tagen”

Sołtys miał przekazać informację policji najpóźniej w ciągu trzech dni.

W dokumencie pojawiały się także Abzugs-Atteste — zaświadczenia o odejściu lub wymeldowaniu z poprzedniego miejsca pobytu. Rejestry uwzględniały pochodzenie, wcześniejszy adres, informacje podatkowe i okoliczności odejścia z pracy. Odpowiedzialność mogła dosięgnąć nie tylko robotnika, lecz także przełożonego, który przyjął człowieka bez wymaganych dokumentów.

Logika tego systemu była prosta. Państwo chciało wiedzieć, skąd człowiek przybył, gdzie pracuje, czy zapłacił podatek, czy podlega służbie wojskowej i kto odpowie za niego, gdy zachoruje albo utraci zatrudnienie.

1Robotnik przybywa lub odchodzi
→
2Zgłoszenie otrzymuje sołtys
→
3W ciągu 3 dni zawiadamia policję
→
4Urząd aktualizuje rejestry

Tu spotykały się sprzeczne interesy. Zakład potrzebował pracowników. Gmina obawiała się przybysza bez majątku, który po wypadku mógł trafić na jej utrzymanie. Wojsko nie chciało utracić poborowego, urząd skarbowy — podatnika, a policja podejrzliwie traktowała każdego bez stałego zajęcia.

Szczególną kategorię stanowili przybysze z Królestwa Polskiego i innych terenów przygranicznych. Gazeta publikowała instrukcje dotyczące kart pobytu, paszportów, zbiegów i osób wydalanych. Pruskie państwo dzieliło ludzi według przynależności, stanu majątkowego, użyteczności i stopnia podejrzaności.

Rozwijający się powiat potrzebował robotnika, ale bał się człowieka bez papierów.

↑ początek

Gmina podrzuca chorego sąsiadom

Chory mężczyzna leży przy drodze, obok stoi strażnik lub urzędnik, a w tle widać mieszkańców wsi.
Gminy próbowały przerzucać odpowiedzialność za bezdomnych i ciężko chorych, zostawiając ich na skraju cudzej jurysdykcji.

W maju 1855 roku landrat opublikował upomnienie, które nie pozostawiało wiele miejsca na urzędowe eufemizmy. Mnożyły się doniesienia, że bezdomni i ciężko chorzy ludzie byli bezlitośnie pozostawiani na wolnym powietrzu albo wywlekani poza granice miejscowości, choć lokalne władze wiedziały o ich położeniu.12

Z dokumentu • nr 18/1855, poz. 102

„auf erbarmungslose Weise hilflos im Freien liegen gelassen”

„bezlitośnie pozostawieni bez pomocy na wolnym powietrzu”

Człowieka wymagającego pomocy można było fizycznie przesunąć na teren sąsiedniej gminy, aby obowiązek opieki obciążył kogoś innego. Ta praktyka odsłaniała słaby punkt ówczesnego systemu: pomoc nie była powszechnym świadczeniem. Odpowiedzialność spoczywała na konkretnej gminie, obszarze dworskim albo związku ubogich.

Najpierw należało więc ustalić, do kogo człowiek „należy”. Dopiero później można było rozmawiać o leczeniu i kosztach.

W szybko zmieniającym się powiecie stawało się to coraz trudniejsze. Robotnik mógł urodzić się w jednej wsi, mieszkać w drugiej, pracować w trzeciej, a zachorować w czwartej. Każda miejscowość miała powód, by przekonywać, że rachunek powinien zapłacić ktoś inny.

Ten sam problem powracał przy opiece położniczej. W listopadzie 1856 roku landrat wskazywał, że wiejskim akuszerkom należy zapewnić dochód pozwalający utrzymać się z zawodu bez podejmowania ciężkich prac polowych, które — jak zapisano — „tępią czucie w palcach i czynią dłoń twardą”.13

Z dokumentu • nr 45/1856, poz. 313

„die das Gefühl in den Fingern abstumpfen und die Hand hart machen”

Ciężka praca polowa „tępi czucie w palcach i czyni dłoń twardą”.

To wyjątkowo konkretny argument. Urząd dostrzegał, że jakość pracy położnej zależy od jej warunków materialnych i sprawności rąk. Gminy oraz związki ubogich miały zawierać odpowiednie umowy i finansować pomoc dla najbiedniejszych kobiet.

Równolegle rozwijała się opieka organizowana przez górnicze kasy brackie: powstawały lazarety, kotłownie, wodociągi i kuchnie.14 Nadal nie był to jednak spójny system pomocy społecznej, lecz sieć gminnych obowiązków, kas, umów, kościelnych inicjatyw i doraźnych zbiórek. Czasem przynosiła pomoc. Czasem przede wszystkim ustalała, kto ma zapłacić.

↑ początek

Cholera zamyka wieś, księgosusz granicę

W ruchu byli ludzie, towary i zwierzęta. Wraz z nimi poruszały się również choroby.

Latem 1855 roku w powiecie pojawiły się przypadki cholery. W sierpniu landrat polecił miejscowym organom policji rejestrować każde zachorowanie zgodnie z obowiązującym regulaminem. Zarządy policyjne miały także urządzać izby dla bezdomnych chorych.15

W kolejnych ogłoszeniach pojawiały się komisje sanitarne, izolacja domów, odkażanie i kontrola przemieszczania chorych. Wcześniejsze obwieszczenia wskazywały Michałkowice jako jedno z ognisk epidemii. Niezależnie od lokalnego przebiegu epidemii mechanizm był czytelny: zgłoszenie, rejestr, izolacja, dezynfekcja i przypisanie odpowiedzialności miejscowym władzom.

Urząd próbował zamknąć chorobę jednocześnie w domu, tabeli i granicach miejscowości.

Jeszcze większe zamieszanie wywoływał księgosusz, groźna choroba bydła. Na początku lutego 1856 roku, po doniesieniach o pomorze bydła na ziemiach polskich, granicę obsadzono wojskiem, tworząc kordon sanitarny.16 Ograniczenia obejmowały zwierzęta, mięso, skóry, paszę, nawóz i używane wyposażenie stajenne. Odwoływano targi i jarmarki.

Granica państwa stawała się granicą sanitarną. Posterunki i kontrole uderzały nie tylko w wielki handel. Gospodarz nie mógł swobodnie sprzedać zwierzęcia, rzeźnik tracił dostawcę, a targ pustoszał z powodu choroby po drugiej stronie kordonu.

Blokadę znoszono, gdy zagrożenie ustępowało, po czym przywracano po kolejnych alarmach. Władze nie panowały nad samą chorobą, lecz budowały coraz sprawniejszy aparat reagowania. Dla mieszkańca oznaczało to, że zwykła podróż, jarmark albo sprzedaż krowy mogły z dnia na dzień stać się sprawą policyjną.

↑ początek

Nocne patrole, ziemianki i robotnicze osady

Dwóch ludzi z latarnią idzie nocą obok biednych chat i prowizorycznych zabudowań na tle przemysłowego krajobrazu.
Wokół hut i kopalń powstawały prowizoryczne osady, które administracja próbowała kontrolować także nocą.

Przemysł nie kończył pracy po zmroku, a rozwijający się powiat nie potrafił zapewnić wszystkim dachu nad głową.

Wokół zakładów wyrastały kolonie i skupiska zabudowy o bardzo różnym standardzie. Obok murowanych domów robotniczych istniały przepełnione izby, prowizoryczne chaty i ziemianki.

W lipcu 1857 roku, po śmiertelnym zawaleniu jednej z takich budowli, landrat przypomniał miejscowym władzom policyjnym, że ziemianek — Erdhütten — oraz innych chat służących jako tymczasowe mieszkania nie należy dopuszczać bez wcześniejszej fachowej oceny bezpieczeństwa.17 Dla urzędu były samowolą i zagrożeniem. Dla ich mieszkańców bywały ostatnim dostępnym schronieniem.

Zarządzenie mogło usunąć niebezpieczną budowlę, ale nie odpowiadało na pytanie, dokąd mają pójść wyrzuceni ludzie.

Rok później zaczęto dokładnie spisywać domy rodzinne dla robotników, liczbę mieszkań, rodzin, lokatorów i osób wynajmujących jedynie miejsce do spania.8 Mieszkanie robotnika przestawało być wyłącznie jego prywatną sprawą. Przeludnienie oznaczało ryzyko chorób, pożarów, konfliktów i ubóstwa.

Równocześnie przybywało zarządzeń dotyczących nocnych patroli. Zimą alarmowano o włamaniach i kradzieżach. Ginęły ubrania, żywność i pieniądze, ale także proch, metale, narzędzia, szyny oraz części maszyn. Nowy przemysł tworzył bogactwo, a wraz z nim ogromną liczbę przedmiotów, które można było ukraść i sprzedać.

Patrole miały składać się z silnych i godnych zaufania mieszkańców. Kontrolowała je żandarmeria, a landrat zapowiadał niezapowiedziane inspekcje.18 Dawna wspólnotowa samoobrona stopniowo wchodziła w skład aparatu policyjnego.

Osobny problem stanowili robotnicy pozostający pod dozorem policyjnym, którzy pracowali nocą. Formalnie nie powinni opuszczać domu po zmroku, lecz kopalnia albo huta wymagała ich obecności na zmianie. W lipcu 1857 roku landrat przyznał, że zakaz doprowadził do oskarżania i karania górników oraz hutników wyłącznie za wykonywanie regularnej pracy nocnej.19 Nakazał więc sprawdzać u przełożonych, czy dana osoba rzeczywiście znajdowała się w zakładzie.

Państwo chciało kontrolować człowieka po zmroku. Przemysł potrzebował go właśnie wtedy. Policyjny zakaz musiał ustąpić grafikowi zmianowemu.

↑ początek

Komin, pies, mysz i hałda

W pruskich zarządzeniach obok wielkiej maszyny parowej bez trudu mieściła się mysz polna. Każde zagrożenie miało otrzymać własny przepis.

Ustalano zasady bezpieczeństwa dla ruchomych lokomobili, określano ich odległość od budynków krytych strzechą i wymagano zabezpieczeń przed iskrami. Magazyny prochu miały stać z dala od dróg i zabudowań, mieć masywne ściany, lekkie dachy oraz jak najmniej części żelaznych. Szczegółowym regułom podlegał również transport materiałów wybuchowych.20

Po reorganizacji okręgów kominiarskich wyznaczano częstotliwość czyszczenia kominów. Nakazywano też coroczne przeglądy piorunochronów, ostrzegając, że uszkodzona instalacja może być groźniejsza niż jej brak.21

Gdy myszy polne niszczyły uprawy, gminy miały organizować ich tępienie. Zakazywano chwytania ptaków śpiewających i niszczenia ich gniazd. Przy zagrożeniu wścieklizną psy nakazywano trzymać na uwięzi i oznaczać. Regulowano też godziny zamknięcia karczm, obecność dzieci i młodzieży oraz publiczne zabawy taneczne.22

W 1859 roku przypominano o zakazie wypłacania robotnikom wynagrodzeń podczas niedzielnych i świątecznych nabożeństw.23 Gazeta odnotowywała również śmiertelne skutki nocowania w hutniczych kanałach i na hałdach żużla. Ludzie szukali tam ciepła, lecz gazy, tlący popiół i gorący żużel przynosiły zatrucia, oparzenia i śmierć.24

Część tych przepisów brzmi dziś niemal groteskowo: pies miał obrożę, komin harmonogram, a mysz trafiała do zarządzenia landrata. Za każdym kryło się jednak realne niebezpieczeństwo — pożar, eksplozja, epidemia, zatrucie albo katastrofa budowlana.

Powiat był groźny nie tylko pod ziemią. Niebezpieczeństwo czaiło się w piecu, kominie, wagonie, karczmie, prowizorycznym domu, na szosie i na hałdzie. Urząd odpowiadał swoim podstawowym narzędziem: przepisem.

↑ początek

Dzieci pod piecami

Dwoje biednie ubranych dzieci stoi przy kanałach i zabudowaniach przemysłowych w chłodnym pejzażu miejskim.
Lekarz powiatowy dr Heer opisywał dzieci szukające ciepła przy kanałach hutniczych i w pobliżu żużlowych hałd.

Najciemniejszy obraz tej przemiany nie pochodzi z opisu kopalnianej katastrofy. Znalazł się w raporcie lekarza powiatowego dr. Heera, opublikowanym w dodatku do numeru 9 „Beuthner Kreisblatt” z 26 lutego 1858 roku.

Heer pisał o bezdomnych i żebrzących dzieciach, przykrytych brudnymi łachmanami, które nocą szukały „upiornego i niebezpiecznego legowiska” w tlącym się popiele hutniczych kanałów, określonych w źródle jako Zinkhüttenröschen.24

Raport dr. Heera • dodatek do nr 9/1858

„Nachts ein schauerliches und gefährliches Lager in der glimmenden Asche…”

Nocą szukały „upiornego i niebezpiecznego legowiska” w tlącym się popiele.

Nie był to ogólny moralizatorski apel. Lekarz wspomniał dziesięcioletnią dziewczynkę, przy której łożu śmierci niedawno stał. Gdy spała w popiele huty cynku, zapaliły się na niej ubrania. W raporcie pojawiały się również dzieci ginące albo odnoszące śmiertelne obrażenia w kanałach hutniczych i na hałdach żużlu.

Trudno o mocniejszy symbol epoki. W tym samym krajobrazie nowa maszyna mogła mieć dwieście koni mechanicznych, a dziecko nie miało bezpiecznego miejsca do spania.

Odpowiedzią były apele, zbiórki i pierwsze instytucje. Już w 1854 roku w Bytomiu działał komitet zabiegający o miejski sierociniec. Angażowali się w niego radny Karl Lukas i dr Meiselbach, a przedsięwzięcie wsparł zapisem testamentowym kupiec Mannheimer.25 W 1857 roku prowadzono akcję na rzecz domu sierot dla całego powiatu.

W maju 1858 roku landrat polecał władzom lokalnym poinformować mieszkańców o otwieranej placówce i podkreślał, że nawet najmniejszy dar zostanie przyjęty z wdzięcznością.26 Ogłoszenie dotyczyło sierocińca założonego w Bogucicach przez ks. Leopolda Markiefkę. Przebywało w nim trzynaścioro sierot pod opieką czterech sióstr zakonnych, a mieszkańców proszono nie tylko o pieniądze, lecz także o ziemniaki, groch i mąkę.

Nie był to jeszcze publiczny system opieki nad dziećmi. Los dzieci zależał od duchownych, sióstr zakonnych, darczyńców, kas, komitetów i pracodawców. Zmieniało się jednak samo rozumienie problemu. Sierota przestawała być wyłącznie sprawą rodzinnej wsi. Stawała się odpowiedzialnością całego powiatu.

Gwałtowny rozwój przemysłowy pogłębiał problemy, z którymi dawne formy opieki nie potrafiły sobie poradzić, i skłaniał państwo, Kościół, przedsiębiorców oraz mieszkańców do tworzenia nowych form pomocy. Nie dlatego, że epoka nagle stała się łagodna, lecz dlatego, że jej skutków nie dało się już ignorować.

↑ początek

„Poranna zorza” i jej cień

Józef Szafranek pisze przy biurku, a za oknem widać przemysłowy krajobraz Bytomia o świcie.
W 1856 roku Józef Szafranek nazwał ówczesne życie przemysłowe powiatu dopiero „jutrzenką” — Morgendämmerung.

W numerze 36 „Beuthner Kreisblatt” z 5 września 1856 roku ukazał się apel zatytułowany Literarische Bitte — „Prośba literacka”. Jego autorem był bytomski proboszcz Józef Szafranek, podpisany zgodnie z ówczesną pisownią jako Schaffraneck, Pfarrer.27

Szafranek informował, że pracuje nad kroniką lub bardziej szczegółową historią powiatu górnobytomskiego. Materiały z archiwów miasta i kościoła Mariackiego — St. Marien-Pfarrkirche — nie wystarczały do przedstawienia dziejów licznych miejscowości, dlatego prosił o nadsyłanie dokumentów, aktów, notatek, wiadomości, podań, tradycji i wszystkiego, co mogło posłużyć za źródło.

Zwracał się do właścicieli i zarządów dóbr, urzędów gospodarczych, gwarectw, władz miejskich i wiejskich, policji, pisarzy gminnych, duchownych, nauczycieli oraz najstarszych mieszkańców. Podkreślał, że nawet rzetelny opis najmniejszego wydarzenia może pomóc historykowi wyjaśnić dawne niejasności.

Najbardziej przejmujące zdanie dotyczyło jednak teraźniejszości:

„Sein industrielles Leben der Gegenwart ist eigentlich erst die Morgendämmerung.”

Dzisiejsze życie przemysłowe powiatu było — według Szafranka — dopiero jutrzenką. Pełnię rozwoju, „wysokość południa” i rozkwit miały zobaczyć przyszłe pokolenia.

Metafora była trafna. Zorza oświetlała szyby, kominy, koleje, walcownie i huty. Zapowiadała bogactwo, nowe miasta i techniczny postęp. Każde ostre światło tworzy jednak cień.

W cieniu pozostawali ludzie bez dokumentów, stałego mieszkania i gminy gotowej zapłacić za ich leczenie. Dzieci spały w tlącym popiele hut cynku. Chorych wywlekano poza granice miejscowości. Zaległy podatek mógł zostać potrącony z wynagrodzenia robotnika, a człowieka objętego dozorem policyjnym karano za nocną zmianę.

Gdy brakowało domów, powstawały ziemianki. Gdy rosła przestępczość, organizowano patrole. Gdy pojawiała się epidemia, zamykano dom, targ albo granicę.

Tieschowitz nie pokonał chaosu. Nie mógł zatrzymać migracji, zlikwidować nędzy ani przewidzieć każdej epidemii. Wraz z aparatem państwa tworzył jednak narzędzia, dzięki którym problem można było nazwać, policzyć, wpisać do tabeli, objąć przepisem, a niekiedy także złagodzić.

Na tym polega wyjątkowa wartość „Beuthner Kreisblatt”. Gazeta nie pokazuje rewolucji przemysłowej z perspektywy pomnika ani późniejszej legendy. Pokazuje ją tydzień po tygodniu, gdy nikt nie znał jeszcze zakończenia. W jednym numerze powstaje maszyna, w drugim landrat szuka izby dla bezdomnego chorego, w następnym zamyka targ bydła, żąda rejestru robotników albo publikuje raport o dziecku śpiącym w popiele huty.

Dzisiejsze czytanie gazety jest w pewnym sensie odpowiedzią na apel Szafranka. Z rozproszonych ogłoszeń, tabel i zarządzeń ponownie składamy historię powiatu — nie tylko jego wielkich zakładów, lecz także ludzi, którzy żyli w ich cieniu.

↑ początek

Epilog: „Glück auf!” — zmiana warty

Dwóch urzędników siedzi naprzeciw siebie przy biurku i przekazuje sobie dokument w kancelarii w XIX wieku.
Zmiana warty w bytomskiej landraturze była symboliczna: nowy człowiek przejmował urząd, lecz nie kończył administracyjnej walki z chaosem.

Jeszcze w lutym 1860 roku Adolph von Tieschowitz podpisywał dokumenty jako landrat. Kilka tygodni później dobiegło końca jego dwudziestoletnie urzędowanie.

W numerze 12 „Beuthner Kreisblatt” z 23 marca opublikował pożegnanie z mieszkańcami powiatu. Odchodził na stanowisko dyrektora Landschafty dla księstw górnośląskich — stanowej instytucji kredytowej właścicieli ziemskich — a odezwę zakończył górniczym pozdrowieniem:28

Glück auf!

Latem w bytomskim ratuszu wystawiono królewskie dary honorowe przeznaczone dla byłego landrata. Tymczasowy zarząd powiatu objął Hugo Solger, który od 1858 roku pracował w bytomskiej landraturze jako asesor rządowy. W październiku 1860 roku został definitywnie mianowany landratem. Swoją odezwę również zakończył słowami „Glück auf!”.28

Tieschowitz żegna powiatPo dwudziestu latach kończy odezwę słowami „Glück auf!”.
Dary honorowe w ratuszuMieszkańcy mogą oglądać królewskie upominki dla byłego landrata.
Solger obejmuje urządNowy landrat przejmuje urząd i to samo górnicze pozdrowienie.

Zmienił się człowiek, lecz zadanie pozostało podobne. Rocznik 1860 pokazuje jednak, że urząd coraz wyraźniej przechodził od reagowania na pojedyncze kryzysy do budowania trwalszych rozwiązań.

Pisarzy gminnych i miejscowych urzędników wzywano do Bytomia na instruktaże dotyczące formy dokumentów oraz obiegu pism. Landratura zalecała także zakup wydanego po polsku „Poradnika dla Sołtysów i Włościan górno-szlązkich” nauczyciela Reszki z Kokotka. Publikacja miała ułatwiać polskojęzycznym członkom miejscowych władz stosowanie pruskich przepisów.29

Rozwój Lipin doprowadził do utworzenia odrębnego okręgu policyjnego. Zaostrzano również kontrolę przybyszów z Królestwa Polskiego: wprowadzano płatne, trzyletnie Aufenthaltskarten, prowadzono kontrole paszportowe i zapowiadano deportacje osób bez wymaganych dokumentów. Ewidencja robotników z 1856 roku stawała się częścią trwałego systemu nadzoru.30

Równocześnie trwały wielkie inwentaryzacje. Urząd chciał wiedzieć, ile dawnych gospodarstw chłopskich rozpadło się od 1816 roku na małe gospodarstwa i parcele — Kleinstellen. Sporządzano wykazy fabryk, kopalń, spółek akcyjnych i maszyn. Jedna tabela opisywała rozdrobnienie dawnego świata gospodarstw chłopskich, druga — rozrost nowego świata przemysłu.31

Nie znikały problemy społeczne. W listopadzie Solger zwołał mieszkańców Bytomia, aby utworzyć społeczne stowarzyszenie wspierające ubogich. Inicjatywa miała uzupełnić niewystarczające środki komunalne prywatną filantropią i samoorganizacją mieszkańców.32

W marcu Tieschowitz żegnał powiat słowami „Glück auf!”. Jesienią Solger użył tego samego pozdrowienia, obejmując urząd. Była to symboliczna zmiana warty. Administracja nie próbowała już wyłącznie gasić pojedynczych pożarów. Tworzyła sieć rejestrów, instrukcji, kontroli i wyspecjalizowanych instytucji.

Chaos nie został pokonany.

Został jednak nazwany, podzielony na rubryki i powierzony urzędnikom, którzy mieli go mierzyć, opisywać i nadzorować.

Glück auf!

↑ początek
Źródła i bibliografia

Źródło podstawowe

  1. „Beuthner Kreisblatt”, roczniki 1853–1860, wybrane numery i dodatki, skany cyfrowe w zbiorach Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, sygn. 352680 III. W badanym okresie tytuł brzmiał „Beuthner Kreisblatt”; formę „Beuthener Kreisblatt” wprowadzono dopiero w 1872 roku.

Najważniejsze numery wykorzystane w artykule

  1. „Beuthner Kreisblatt” nr 18 z 4 maja 1855 r., poz. 102 — pozostawianie ciężko chorych bez pomocy i wywlekanie ich poza granice miejscowości.
  2. „Beuthner Kreisblatt” nr 32 z 4 sierpnia 1855 r., poz. 181 — potrącenia zaległych podatków z wynagrodzeń.
  3. „Beuthner Kreisblatt” nr 33–34 z sierpnia 1855 r., w tym nr 34, poz. 203 — rejestrowanie przypadków cholery i izby dla bezdomnych chorych.
  4. „Beuthner Kreisblatt” nr 4 z 25 stycznia 1856 r., poz. 15 — ewidencja przyjazdów i wyjazdów robotników oraz obowiązki sołtysów.
  5. „Beuthner Kreisblatt” nr 36 z 5 września 1856 r., dodatek — Józef Szafranek, Literarische Bitte, tekst datowany 28 sierpnia 1856 r.
  6. „Beuthner Kreisblatt” nr 45 z 7 listopada 1856 r., poz. 313 — dochody wiejskich akuszerek i skutki ciężkiej pracy polowej.
  7. „Beuthner Kreisblatt” nr 30 z 24 lipca 1857 r., poz. 195 — nocne zmiany robotników pozostających pod dozorem policyjnym.
  8. „Beuthner Kreisblatt” nr 31 z 31 lipca 1857 r., poz. 207 — ziemianki i inne prowizoryczne budowle mieszkalne.
  9. „Beuthner Kreisblatt” nr 3 z 15 stycznia 1858 r., poz. 22 — wykazy domów rodzinnych dla robotników.
  10. Dodatek do „Beuthner Kreisblatt” nr 9 z 26 lutego 1858 r. — raport lekarza powiatowego dr. Heera o bezdomnych dzieciach w kanałach hut cynku i na hałdach.
  11. „Beuthner Kreisblatt” nr 22 z 28 maja 1858 r. — apel o pomoc dla otwieranej placówki opiekuńczej.
  12. „Beuthner Kreisblatt” nr 12 z 23 marca 1860 r., obwieszczenie nr 93 — pożegnanie Adolpha von Tieschowitza.
  13. „Beuthner Kreisblatt” nr 41 z 12 października 1860 r., obwieszczenie nr 305 — odezwa Hugo Solgera po mianowaniu na urząd landrata.

Opracowania i źródła porównawcze

  1. Gramer Franz, Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, Beuthen O.S. 1863.
  2. Solger Hugo, Der Kreis Beuthen in Oberschlesien mit besonderer Berücksichtigung der durch Bergbau und Hüttenbetrieb in ihm hervorgerufenen eigenthümlichen Arbeiter- und Gemeinde-Verhältnisse. Mit Benutzung amtlicher Quellen geschildert, Breslau: Wilhelm Gottlieb Korn, 1860.
  3. Stodolka Franz, Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien, opracowanie powojenne.
  4. Wecker Luise, opracowanie dziejów Rozbarku (Roßberg), 1971.
Przypisy źródłowe

  1. F. Stodolka, Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien, opis warunków w Bytomiu w 1855 r., przytoczony za późniejszym opracowaniem Hugo Solgera.↩︎

  2. F. Gramer, Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, s. 213.↩︎

  3. Tamże, część II, s. 264.↩︎

  4. Tamże, s. 235.↩︎

  5. „Beuthner Kreisblatt”, rocznik 1858, ogłoszenie koncesyjne dotyczące maszyny odwadniającej o mocy 260 KM na szybie Grundmann kopalni Florentine w Łagiewnikach Górnych.↩︎

  6. F. Gramer, Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, s. 213 i 222 — Joseph Proske i Adolf Manderle; „Beuthner Kreisblatt” nr 12 z 23 marca 1860 r., poz. 93 — pożegnanie Tieschowitza po dwudziestu latach urzędowania.↩︎

  7. „Beuthner Kreisblatt” nr 47 z 23 listopada 1855 r., poz. 271 — spis ludności przeprowadzany od domu do domu; rocznik 1857 — zestawienia zakładów i zatrudnienia z rozróżnieniem pracowników stałych, niestałych, kobiet i dzieci.↩︎

  8. „Beuthner Kreisblatt” nr 3 z 15 stycznia 1858 r., poz. 22.↩︎

  9. „Beuthner Kreisblatt” nr 32 z 4 sierpnia 1855 r., poz. 181; zarządzenie o potrąceniach podatkowych z wynagrodzeń, pokwitowaniu należności i przekazaniu ich miejscowemu poborcy.↩︎

  10. „Beuthner Kreisblatt” nr 17 z 1853 r. — kontrola obcych robotników na budowach, dokumentów legitymacyjnych oraz zatrudniania przez majstrów i kierowników.↩︎

  11. „Beuthner Kreisblatt” nr 4 z 25 stycznia 1856 r., poz. 15.↩︎

  12. „Beuthner Kreisblatt” nr 18 z 4 maja 1855 r., poz. 102.↩︎

  13. „Beuthner Kreisblatt” nr 45 z 7 listopada 1856 r., poz. 313.↩︎

  14. „Beuthner Kreisblatt” nr 49–51 z 1855 r. — przetargi na lazarety brackie w Zabrzu i Mysłowicach; rocznik 1858 — kotłownia, wodociąg i kuchnia parowa lazaretu brackiego w Zabrzu.↩︎

  15. „Beuthner Kreisblatt” nr 32–34 z sierpnia 1855 r.; nr 34 z 22 sierpnia, poz. 203 — rejestrowanie przypadków cholery i urządzanie izb dla bezdomnych chorych; wcześniejsze obwieszczenia wskazywały Michałkowice jako jedno z ognisk.↩︎

  16. L. Wecker, opracowanie dziejów Rozbarku, informacja o wojskowym kordonie granicznym z lutego 1856 r.; por. także „Beuthner Kreisblatt” nr 38 i 42 z 1855 r. — ograniczenia związane z księgosuszem.↩︎

  17. „Beuthner Kreisblatt” nr 31 z 31 lipca 1857 r., poz. 207.↩︎

  18. „Beuthner Kreisblatt”, rocznik 1857 — zarządzenia dotyczące nocnych patroli gminnych i kontroli ich wykonywania przez żandarmerię.↩︎

  19. „Beuthner Kreisblatt” nr 30 z 24 lipca 1857 r., poz. 195.↩︎

  20. „Beuthner Kreisblatt” nr 35 z 1855 r. — przepisy bezpieczeństwa dla ruchomych lokomobili; roczniki 1853–1859 — zarządzenia dotyczące magazynowania i transportu materiałów wybuchowych.↩︎

  21. „Beuthner Kreisblatt”, grudzień 1857 r. — podział powiatu na okręgi kominiarskie i częstotliwość czyszczenia kominów; nr 21 z 1858 r. — coroczne kontrole piorunochronów na budynkach publicznych.↩︎

  22. „Beuthner Kreisblatt”, roczniki 1858–1859 — zarządzenia dotyczące zwalczania myszy polnych, ochrony ptaków śpiewających, znakowania i wiązania psów podczas zagrożenia wścieklizną oraz porządku w karczmach i na zabawach tanecznych.↩︎

  23. „Beuthner Kreisblatt” nr 43 z 1859 r., poz. 311 — zakaz wypłacania wynagrodzeń podczas niedzielnych i świątecznych nabożeństw.↩︎

  24. Dodatek do „Beuthner Kreisblatt” nr 9 z 26 lutego 1858 r., raport królewskiego lekarza powiatowego dr. Heera z 17 lutego 1858 r.; w źródle mowa o dzieciach nocujących w tlącym się popiele Zinkhüttenröschen i na Schlackenhalden.↩︎

  25. F. Stodolka, Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien, informacja o komitecie miejskiego sierocińca i zapisie Mannheimera; „Beuthner Kreisblatt”, rocznik 1857 — odezwy i sprawozdania ze zbiórki na dom sierot dla powiatu.↩︎

  26. „Beuthner Kreisblatt” nr 22 z 28 maja 1858 r., ogłoszenie poprzedzające poz. 144 — apel o dary dla otwieranej placówki; pełny kontekst rocznika wskazuje na sierociniec ks. Leopolda Markiefki w Bogucicach, trzynaścioro dzieci i cztery siostry zakonne.↩︎

  27. „Beuthner Kreisblatt” nr 36 z 5 września 1856 r., dodatek, s. 242–243; Literarische Bitte, tekst datowany: Beuthen O/S., 28 sierpnia 1856 r., podpis: „Schaffraneck, Pfarrer”.↩︎

  28. „Beuthner Kreisblatt” nr 12 z 23 marca 1860 r., poz. 93 — pożegnanie Tieschowitza; nr 30 z 27 lipca 1860 r. — wystawa królewskich darów honorowych; nr 41 z 12 października 1860 r., poz. 305 — odezwa Hugo Solgera po definitywnym mianowaniu na landrata. Solger od 1858 r. był asesorem rządowym w bytomskiej landraturze.↩︎

  29. „Beuthner Kreisblatt” nr 18 i 21 z 1860 r. — instruktaże dla pisarzy gminnych i urzędników; nr 41 z 1860 r. — zalecenie polskojęzycznego Poradnika dla Sołtysów i Włościan górno-szlązkich nauczyciela Reszki z Kokotka.↩︎

  30. „Beuthner Kreisblatt” nr 26 z 1860 r. — utworzenie okręgu policyjnego w Lipinach; nr 30 i 49 z 1860 r. — karty pobytu, kontrola paszportowa i wydalanie przybyszów bez dokumentów.↩︎

  31. „Beuthner Kreisblatt” nr 29 z 1860 r. — spis gospodarstw rozdrobnionych od 1816 r. na Kleinstellen; nr 33 z 1860 r. — inwentaryzacja spółek akcyjnych, fabryk i kopalń.↩︎

  32. „Beuthner Kreisblatt” nr 47 z 1860 r. — wezwanie do utworzenia społecznego stowarzyszenia wspierającego ubogich w Bytomiu.↩︎

0
0

Read more

Ratusz w Szombierkach przed 1945 rokiem – Ratusz w cieniu kopalni

Ratusz w cieniu kopalni

Cykl: Gmina, urząd, władza

Ratusz w cieniu kopalni

Jak zarządzano Szombierkami przed 1945 rokiem — samodzielna gmina między mieszkańcami, koncernem Schaffgotschów, narodowym socjalizmem i wojną

Schomberg / Szombierki administracja gminna kopalnia i samorząd 1919–1945

W szombierskim ratuszu nie wydobywano węgla, lecz niemal każda ważniejsza decyzja urzędu zaczynała się pod ziemią. Kopalniane wyrobiska przesądzały, gdzie można budować. Koncern Schaffgotschów posiadał zakłady, mieszkania i tereny, bez których trudno było rozwiązać nawet zwyczajny problem komunalny.

Przed 1945 rokiem Szombierki nie były jeszcze dzielnicą Bytomia. Stanowiły dużą gminę przemysłową z własnym ratuszem, władzami i rozbudowanym personelem. Urząd prowadził kasę, podatki, urząd stanu cywilnego, pomoc społeczną, zakłady komunalne i techniczną obsługę miejscowości.

Nie jest to więc tylko opowieść o kolejnych niemieckich urzędnikach. To historia miejsca, jego instytucji i problemów, które nie zniknęły wraz ze zmianą państwowości w 1945 roku.

Historyczny widok ratusza i przemysłowych Szombierek
Ratusz był centrum administracji samodzielnej gminy funkcjonującej w bezpośrednim sąsiedztwie kopalń i zakładów Schaffgotschów.

Zanim Szombierki stały się dzielnicą

Dzisiejsze spojrzenie na Szombierki łatwo podporządkować historii Bytomia. Przez większą część pierwszej połowy XX wieku miejscowość funkcjonowała jednak jako osobna gmina, posiadająca własne władze, budżet i administrację.

Szerszą opowieść o dawnej wsi, jej mieszkańcach i przemianie w ośrodek przemysłowy przedstawia artykuł „Szombierki, jakich już nie ma. Dawna wieś, kopalnia i koniec starego świata” .

Do 1945 roku gmina znajdowała się w granicach Niemiec. Językiem urzędowym był niemiecki, a stanowiska nosiły nazwy takie jak Gemeindevorsteher, Gemeindeschulze czy Bürgermeister. Urząd zarządzał jednak konkretną górnośląską społecznością o złożonej tożsamości językowej, regionalnej i narodowej.

W księgach rejestrowano narodziny, małżeństwa i zgony mieszkańców. Z kasy gminnej finansowano szkoły, ulice, oświetlenie i pomoc społeczną. W ratuszu rozpatrywano podatki, pozwolenia i skargi, niezależnie od tego, jakim językiem mieszkańcy posługiwali się w swoich domach.

Szombierki były przy tym miejscowością przemysłową w stopniu trudnym dzisiaj do odtworzenia. Kopalnia nie była jednym z wielu zakładów. Wpływała na rozwój przestrzenny, zabudowę, zatrudnienie i codzienne życie większości rodzin.

Rozwiń skróconą chronologię władz gminy
do 1918

Anton Schigulski — naczelnik gminy.

1918 – 29 stycznia 1919

Zarząd przejściowy; nazwisk dotąd nie ustalono.

1919–1929/1930

Gerhard Enger — naczelnik urzędu i gminy.

1930 – około 1933/1934

Dr Hans Kuhna — burmistrz.

1934

Morczinek — potwierdzony jako zwierzchnik gminy.

marzec 1937

Walter Hauptmann — potwierdzony jako burmistrz.

15 października 1937 – 14 listopada 1939

Paul Gloger — naczelnik urzędu i burmistrz.

21 listopada 1939 – połowa września 1941

Joseph Lison — burmistrz lub zwierzchnik gminy.

jesień 1941 – 19 lutego 1942

Osoba kierująca gminą pozostaje nieustalona.

20 lutego 1942 – 15 stycznia 1945

Reinhold Mandrella — burmistrz; Josef Bursig jako zastępca.

Samorząd pod ziemią

Gerhard Enger objął kierowanie urzędem i gminą 29 stycznia 1919 roku. Szombierki wychodziły wówczas z wojny, rewolucji i rozpadu dawnego porządku cesarskiego. Wkrótce miały nadejść powstania śląskie, plebiscyt, kryzys gospodarczy i inflacja.

Jedno z powojennych źródeł wskazuje, że Enger kierował wcześniej urzędem stanu cywilnego w Mikulczycach. Nie podano jednak, kiedy i jak długo pełnił tę funkcję.

Ważniejsze od szczegółów jego życiorysu jest to, czym zajmowała się gmina. Remontowano sale szkolne, instalowano centralne ogrzewanie w szkole dla chłopców, porządkowano szkolny dziedziniec, modernizowano oświetlenie w stronę Bytomia i prowadzono prace związane z oczyszczaniem ścieków.

Nie były to przedsięwzięcia nadające się na monumentalny pomnik. Właśnie z takich decyzji składało się jednak zarządzanie miejscowością gwałtownie rosnącą wokół kopalni.

Historię zakładu, który ukształtował przestrzeń, zatrudnienie i społeczną strukturę miejscowości, opisuje osobny artykuł: „Hohenzollerngrube / KWK Szombierki — Żelazny gigant, który wchłonął Szombierki” .

W 1929 roku Enger został jednogłośnie ponownie wybrany na zwierzchnika gminy. Wybór wymagał jeszcze zatwierdzenia przez władzę nadzorczą, co przypomina, że lokalny samorząd nie był całkowicie niezależny od powiatu i państwa.

Na fotografii Ochotniczej Straży Pożarnej Enger występuje obok sekretarza gminnego Dulla, elektryka gminnego Glenza oraz innych przedstawicieli miejscowej społeczności. Starsze zdjęcie tej samej organizacji przedstawia Antona Schigulskiego, zmarłego w 1918 roku naczelnika gminy.

W 1930 roku urząd objął dr Hans Kuhna, prawnik związany wcześniej z zarządem kopalń Schaffgotschów. Jego doświadczenie dobrze pasowało do miejscowych realiów. Większe inwestycje wymagały bowiem nie tylko pieniędzy, lecz także uzgodnień z właścicielem terenów, zabudowy i podziemnych wyrobisk.

Zależność od koncernu jeszcze wyraźniej ujawniła się w czasie urzędowania Paula Glogera. Szkody górnicze ograniczały możliwości budowlane, a gmina mogła planować rozwój tylko w granicach wyznaczanych przez działalność kopalni.

Dobrym przykładem była sprawa 25 rodzin mieszkających w zrujnowanych barakach. Urząd nie posiadał środków ani lokali pozwalających samodzielnie rozwiązać problem. Według relacji Gloger prowadził negocjacje z dyrekcją Schaffgotschów, w wyniku których rodziny miały otrzymać mieszkania w sąsiedniej miejscowości.

Samorząd mógł reprezentować mieszkańców i prowadzić negocjacje, lecz nie posiadał pełnej kontroli nad zabudową, mieszkaniami i przestrzenią gminy.

Właśnie na tym polegało życie ratusza w cieniu kopalni.

Gdy partia weszła do urzędu

Lata trzydzieste przyniosły zmianę głębszą niż zwykła wymiana jednego zwierzchnika na drugiego. Po przejęciu władzy przez narodowych socjalistów lokalny samorząd był stopniowo podporządkowywany państwu i NSDAP.

Z zachowanych powojennych relacji wynika, że Hans Kuhna nie należał do partii, a jego konflikt z powiązanym z NSDAP kasjerem kościelnym posłużył jako pretekst do usunięcia go ze stanowiska. Dokumentu odwołania dotąd nie odnaleziono, wiadomo jednak, że przed 1934 rokiem nie kierował już Szombierkami.

W 1934 roku na czele gminy znajdował się Morczinek, określony w prasie jako Gemeindeschulze i członek NSDAP. Nadal zajmował się zwykłymi sprawami administracyjnymi: podatkami, obciążeniami powiatowymi, składem przedstawicielstwa gminnego czy zasadami działalności lokali.

Jednocześnie prowadził działalność w Bund Deutscher Osten, organizacji narodowo-politycznej i propagandowej. Funkcja urzędowa oraz aktywność ideologiczna zaczynały tworzyć jeden mechanizm.

W marcu 1937 roku urząd burmistrza Szombierek sprawował Walter Hauptmann. Jego późniejsza kariera wiodła przez aparat NSDAP, działalność propagandową i stanowisko kierownika partyjnego w Bytomiu. Szombierski urząd okazał się jednym z etapów politycznego awansu.

Ogłoszenie rodzinne Waltera Hauptmanna wymieniające go jako burmistrza Szombierek w 1937 roku
Ogłoszenie o narodzinach Dietlind Ingwalde Hauptmann, opublikowane w „Der Oberschlesische Wanderer”, rocznik 109, nr 79 z 1937 roku. Walter Hauptmann został w nim wymieniony jako burmistrz Szombierek.

Ratusz nie przestał przez to zajmować się szkołami, podatkami, pomocą społeczną i infrastrukturą. Zmieniło się jednak otoczenie, w którym podejmowano decyzje. Administracja została włączona w system dyktatury, a urzędnik mógł być jednocześnie kierownikiem lokalnej instytucji i działaczem aparatu politycznego.

Paul Gloger, kierujący Szombierkami od października 1937 roku, również należał do NSDAP. Zachowane relacje pokazują go przede wszystkim przy sprawach finansowych, inwestycyjnych i mieszkaniowych, ale jego urząd funkcjonował już w ramach państwa narodowosocjalistycznego.

Wojna wchodzi do ratusza

We wrześniu 1939 roku obok zwykłych spraw komunalnych pojawiły się skutki wojny: zagrożenie ostrzałem, ruchy wojska, niepokój mieszkańców i konieczność utrzymania porządku.

Gloger wspominał nocny wyjazd z komendantem policji w rejon zagrożenia oraz uspokajanie mieszkańców przygotowujących się do opuszczenia miejscowości. Po kilku tygodniach został przeniesiony do Mikulczyc.

Od 21 listopada 1939 roku Szombierkami kierował Joseph Lison, określony w powojennym źródle jako wojenny kierownik organizacyjny Związku Studentów. Pozostał na stanowisku do połowy września 1941 roku.

Po jego odejściu pojawia się kilkumiesięczna luka. Nie wiadomo, kto formalnie prowadził gminę do lutego 1942 roku. Większą rolę mógł odgrywać Josef Pius Bursig, ale w dotychczas odnalezionych dokumentach nie został nazwany pełniącym obowiązki burmistrza.

Bursig prowadził piekarnię w Szombierkach. W 1926 roku został radnym, trzy lata później ławnikiem gminnym, a w 1942 roku występował już jako zastępca burmistrza. Nie był prawnikiem koncernu ani funkcjonariuszem skierowanym z zewnątrz. Przez kilkanaście lat przechodził kolejne szczeble miejscowego samorządu.

20 lutego 1942 roku wręczył akt nominacyjny Reinholdowi Mandrelli. Nowy burmistrz kierował gminą do 15 stycznia 1945 roku.

O jego konkretnych decyzjach wiadomo niewiele. Urząd nadal jednak prowadził rejestry, ściągał podatki, obsługiwał mieszkańców, zarządzał pomocą społeczną i infrastrukturą. Wojna nie zniosła codziennej administracji. Zwiększyła natomiast liczbę regulacji i poleceń przekazywanych z góry.

Dobrym przykładem ciągłości jest Günter Sandler. W styczniu 1940 roku rozpoczął w szombierskim urzędzie szkolenie na przyszłego urzędnika administracyjnego. Zakończył je w lipcu 1942 roku, gdy gminą kierował już Mandrella.

W ciągu tego okresu zmieniali się zwierzchnicy, a wojna obejmowała kolejne kraje. Kandydat na urzędnika nadal uczył się prowadzenia dokumentacji i wykonywania procedur.

W dotychczas zgromadzonych materiałach nie odnaleziono dokumentu pokazującego uporządkowane przekazanie urzędu w styczniu 1945 roku. Znana relacja opisuje raczej rozpad administracji w warunkach zbliżającego się frontu.

Ciąg dalszy historii Szombierki 1945: Tragedia mieszkańców i koniec pewnej epoki Wejście Armii Czerwonej, ofiary cywilne, spalenie pałacu, deportacje górników, los kobiet i administracyjny epizod „Chruszczowa”.

Ludzie za okienkami

Historia administracji łatwo zamienia się w spis burmistrzów. Tymczasem urząd nie działał dzięki jednej osobie siedzącej w reprezentacyjnym gabinecie.

Najlepszym dowodem jest fotografia personelu administracji gminnej Szombierek, wykonana prawdopodobnie w latach 1937–1939. Przed obiektywem ustawiono blisko trzydzieści osób reprezentujących cały mechanizm codziennego działania gminy.

Personel administracji gminnej Szombierek z burmistrzem Paulem Glogerem
Personel administracji gminnej Szombierek z Paulem Glogerem, prawdopodobnie w latach 1937–1939. Zdjęcie opublikowano w październiku 1977 roku.
Finanse Kasa gminna, podatki, egzekucja administracyjna i kontrola rachunkowa.
Sprawy mieszkańców Urząd stanu cywilnego, urząd główny, registratura i centrala telefoniczna.
Pomoc społeczna Urząd socjalny, opiekunki społeczne oraz wsparcie rodzin robotniczych.
Gospodarka komunalna Zakłady komunalne, urząd gospodarczy i obsługa lokalnych usług.
Infrastruktura Elektryczność, sieć rurowa, budynki szkolne i urządzenia techniczne.
Kierownictwo Zwierzchnik podejmował decyzje, ale zawodowi pracownicy utrzymywali procedury.

Josef Müller zajmował wysokie stanowisko inspektora administracji gminnej. Powojenny nekrolog przedstawiał go jako urzędnika dobrze znanego mieszkańcom i zasłużonego dla gminy, choć nie wymieniał konkretnych osiągnięć.

Helene Nowak z domu Heiduk pracowała w administracji i posiadała rozległą wiedzę o szombierskiej pracy socjalnej. Jest bardzo prawdopodobne, że była Heleną Heiduck widoczną na fotografii personelu.

Josef Glenz pracował jako mistrz elektryk. Najprawdopodobniej jest tą samą osobą, którą na wcześniejszej fotografii straży podpisano jako elektryka gminnego. Byłby więc przykładem ciągłości personelu technicznego pomimo zmian kierownictwa.

Część pracowników administracji angażowała się także w miejscowe organizacje. Na fotografiach straży obok zwierzchników gminy pojawiają się sekretarz Dull i elektryk Glenz. Administracja wspierała również lokalne stowarzyszenia, między innymi Turn- und Spielverein Schomberg 06.

Rozwiń wykaz personelu ze zdjęcia

Funkcje podano zgodnie z podpisem opublikowanym w październiku 1977 roku. Datowanie zdjęcia na lata 1937–1939 wynika z obecności Paula Glogera.

  • Günter SchyskaKasa gminna.
  • Rudolf GriskoUrząd gospodarczy.
  • Walter SwobodaFunkcja niepodana.
  • Johannes „Hans” BulkaUrząd stanu cywilnego.
  • Paul GlogerBurmistrz.
  • Konrad KochanowskiUrząd główny.
  • Rudolf MeierUrząd socjalny.
  • Josef GlenzMistrz elektryk.
  • Fräulein BoenischUrząd gospodarczy.
  • Fräulein StrauchFunkcja niepodana.
  • Helene ImmischSekretariat burmistrza.
  • Osoba niezidentyfikowanaDrugi rząd.
  • Liesel ImmischUrząd socjalny.
  • Martha SchneiderRegistratura i centrala telefoniczna.
  • Klara KnappeOpiekunka społeczna.
  • Helene HeiduckPrawdopodobnie późniejsza Helene Nowak.
  • Josef RollikMistrz sieci rurowej.
  • Agnes TeichmannZakłady komunalne.
  • August GratzaPodatki.
  • Georg DrabantUrząd socjalny.
  • Reinhold BregullaFunkcja niepodana.
  • Karl MüllerUrząd gospodarczy.
  • Anton WoschGospodarz budynków szkolnych.
  • August MrutzekUrzędnik egzekucyjny.
  • Osoba niezidentyfikowanaTrzeci rząd.
  • Eberhard DornKontrola rachunkowa.
  • TobisKasa gminna; imię nieustalone.

Co pozostało po 1945 roku

W styczniu 1945 roku zakończyła się historia niemieckiej administracji Szombierek. Nie zakończyła się jednak historia miejscowości ani jej codziennych potrzeb.

Polska administracja obejmowała miejscowość posiadającą ratusz, szkoły, drogi, sieci komunalne i zabudowę ukształtowaną przez wcześniejsze dziesięciolecia. Musiała też zmierzyć się z tymi samymi materialnymi problemami: szkodami górniczymi, potrzebami mieszkaniowymi i obsługą dużej społeczności przemysłowej.

Nie oznaczało to prostej ciągłości kadrowej ani prawnej. Zmieniły się państwo, język urzędowy i system polityczny. Ciągłość dotyczyła przede wszystkim miejsca: nadal trzeba było prowadzić urząd stanu cywilnego, utrzymywać szkoły, naprawiać ulice, zapewniać światło i wodę oraz pomagać rodzinom.

Dlatego dzieje ratusza sprzed 1945 roku nie są tylko historią urzędników, których już tu nie ma. Wyjaśniają, jak funkcjonowały Szombierki, zanim stały się częścią powojennego Bytomia.

Zmieniały się systemy, nazwiska i urzędowe pieczęcie. Kasa nadal musiała się zgadzać. Dzieci trzeba było rejestrować, rodziny wspierać, szkoły utrzymywać, a uszkodzone przez górnictwo budynki naprawiać. Właśnie w tej codzienności kryje się prawdziwa historia szombierskiego ratusza.

Bibliografia i materiały źródłowe

Prasa i źródła z epoki

  • „Katolik”, 1929, rocznik 62, nr 113.
  • „Katolik Codzienny”, 1926, rocznik 29, nr 10; 1929, rocznik 32, nr 218.
  • „Der Oberschlesische Wanderer”, 1934, rocznik 107, nr 253.
  • „Der Oberschlesische Wanderer”, 1935, rocznik 108, nr 250.
  • „Der Oberschlesische Wanderer”, 1937, rocznik 109, nr 79.
  • „Amtsblatt der Regierung zu Oppeln für 1932”, tom 117, nr 30 i 49.
  • „Kattowitzer Zeitung”, 1940, rocznik 72, nr 62 i 212.
  • „Gau-Anordnungsblatt” der Gauleitung Oberschlesien, 12 grudnia 1941 r.

Wydawnictwa ziomkowskie i wspomnienia

  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, maj 1967, nr 5, Adolf Derschat, „Bürgermeister Carl Czichy aus Klausberg”.
  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, luty 1978, nr 2, „Der Schomberger Bürgermeister Gerhard Enger”.
  • Siegfried Kowollik, „Der Schomberger Bürgermeister Dr. Hans Kuhna”, „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, czerwiec 1979, nr 6.
  • Leonhardt Maniura, „Schomberg und der Zweite Weltkrieg”, „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, czerwiec 1989, nr 6.
  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, czerwiec 1991, nr 6 — fotografie Ochotniczej Straży Pożarnej w Szombierkach.
  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, październik 1977, nr 10 — fotografia personelu administracji gminnej.
  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, wrzesień 1979, nr 9 — nekrolog Heleny Nowak z domu Heiduk.
  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, luty 1981, nr 2 — nekrolog Josefa Müllera.
  • „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”, czerwiec 1978, nr 6 — „Zum Gedenken an Günter Sandler, Schomberg”.

Opracowania i materiały pomocnicze

  • „Pod rządami gauleiterów: elity i instancje władzy w rejencji katowickiej w latach 1939–1945”.
  • „Górny Śląsk podczas II wojny światowej: między utopią niemieckiej wspólnoty narodowej a rzeczywistością okupacji na terenach wcielonych do Trzeciej Rzeszy”.
  • Drzewo genealogiczne i wiedza rodzinna Bursig / Flaczek.
1
0

Read more

Karykatura śląskiego znachora trzymającego ognistą kulę, obok płonącej beczki Oksowki na tle dawnej, drewnianej chaty.

Medycyna ludowa, mroczne uroki i drastyczna ortopedia

Historia codzienności · Górny Śląsk

Medycyna ludowa, mroczne uroki i drastyczna ortopedia

Czyli wiejscy „specjaliści” na dawnym Śląsku: owczarze diagnozujący z moczu, kręgarz z drabiną, wiedeńscy kuracjusze w Chałupkach i ognista beczka grasująca nocą pod Żernikami.

Znachorzy Medycyna ludowa Magia ochronna Śląskie legendy

Zanim na górnośląskiej prowincji pojawiły się nowoczesne gabinety lekarskie, o zdrowie i życie mieszkańców dbali wybitni specjaliści, którzy w równym stopniu polegali na znajomości ludzkiej anatomii, co na zaawansowanym odczynianiu uroków. W dawnych archiwalnych zapiskach etnograficznych te lokalne medyczne autorytety figurują najczęściej jako Schäfer (owczarz) lub – co brzmi już niemal jak tytuł ordynatora – Schafmeister (mistrz owczarski). To właśnie ci „mądrzy ludzie” prosto z pastwisk, zamiast dyplomów uniwersyteckich, dzierżyli w dłoniach kije, wielkie kotły i absolutny monopol na wiejską wiedzę tajemną.

Nie byli to wyłącznie pospolici oszuści. W świecie bez łatwego dostępu do lekarza, szpitala i apteki działali zwykle w najlepszej wierze, łącząc doświadczenie, obserwację, tradycję i magię. Tyle że ich metody z dzisiejszej perspektywy potrafią przyprawić o zawrót głowy.

Oto katalog najważniejszych lokalnych znachorów oraz ich niezawodnych — choć czasem przerażających — sposobów leczenia.

01

Ruda

Alchemik z miedzianym kotłem

Karta specjalisty Miejscowy owczarz i producent uniwersalnego lekarstwa.
Diagnostyka
Wnikliwa i wielce tajemnicza analiza moczu pacjenta.
Sprzęt
Wielki miedziany kocioł, zioła, korzenie i pilnie strzeżona receptura.
Specjalizacja
Jedno potężne panaceum na właściwie każdą dolegliwość.
Karykatura śląskiego znachora z Rudy, który w skupieniu ogląda fiolkę z płynem na tle wielkiego, dymiącego miedzianego kotła.
Analiza z moczu i wielki miedziany kocioł – rudzki znachor podczas skomplikowanego procesu diagnostycznego.

Rudzki „mądry człowiek” warzył lekarstwa w ogromnym miedzianym kotle, mieszając tajne zioła i korzenie. Preparat miał pomagać niemal na wszystko, co w dawnych warunkach wiejskich było niewątpliwą zaletą: pacjent nie musiał nawet wiedzieć, co dokładnie mu dolega. [1]

Aromat wywaru musiał być tak silny, że prawdopodobnie leczył katar również w sąsiednich wsiach.
02

Ligota Zabrska · Ellguth-Zabrze

Ortopedia ekstremalna i ciężka artyleria

Karta specjalisty Dawny pracownik drogowy, wiejski „kręgarz” od zwichnięć i złamań.
Sprzęt medyczny
Drewniana drabina, liny i bardzo ograniczone znieczulenie emocjonalne.
Procedura
Pacjenta przywiązywano do drabiny, a następnie naciągano chore kończyny i stawy.
Tajna broń
Brunhilda, córka znachora, ważąca według relacji około 125 kilogramów.
Potężna kobieta o imieniu Brunhilda naciąga pacjenta przywiązanego do drewnianej drabiny, podczas gdy wiejski znachor notuje coś w notesie.
Drabina, liny i potężna Brunhilda – trzy filary dawnej śląskiej ortopedii, których nie znajdziesz w akademickich podręcznikach.

Kiedy siła samego znachora nie wystarczała do nastawienia opornych kości, do akcji wkraczała jego córka Brunhilda. Jej udział był ostatecznym argumentem w walce ze zwichnięciami. Gdy tylko dołączała do naciągania, każdy staw musiał wrócić na swoje miejsce — albo z trzaskiem przesunąć się w kierunku, którego nie przewidywała żadna nowoczesna anatomia. [1]

Drabina, liny i Brunhilda: trzy filary ortopedii, których nie znajdziemy dziś w żadnym podręczniku akademickim.
03

Chałupki · Annaberg, Kreis Ratibor

Luksusowa klinika dla VIP-ów

Karta specjalisty Owczarz-doktor, który specjalizował się w chorobach wewnętrznych.
Gabinet
Pomieszczenia w dawnym zamku Rothschildów.
Klientela
Zamożni kuracjusze ze Śląska, Wiednia, a nawet Alzacji.
Zaplecze
Izby wynajmowane u miejscowych chłopów na czas kuracji.
Karykatura zszokowanego, bogatego arystokraty w eleganckim stroju, który przyjmuje podejrzaną kurację od wiejskiego znachora w brudnej stodole na stogu siana.
XIX-wieczne VIP SPA. Gdy eleganckie salony zamieniają się na stodołę, a profesjonalna medycyna na łyżkę tajemniczej mazi.

Sława uzdrowiciela z Chałupek była tak wielka, że bogaci pacjenci z daleka zjeżdżali na śląską prowincję, byle tylko dostać się na wizytę. Część z nich zatrzymywała się w wiejskich izbach, tworząc wokół praktyki znachora coś, co dziś nazwalibyśmy rozbudowaną bazą noclegową dla turystyki medycznej. [1]

Wiedeń miał swoich profesorów medycyny. Chałupki miały owczarza w zamku — i najwyraźniej całkiem skuteczny marketing szeptany.
04

Jemielnica · Himmelwitz

Znachor z aptekarskim zacięciem

Karta specjalisty Owczarz, diagnosta i mistrz budowania nastroju podczas wizyty.
Diagnostyka
Oczywiście mocz pacjenta — jeden z fundamentów ówczesnego repertuaru znachorskiego.
Teatr wizyty
Samotna „medytacja” w sąsiednim pokoju nad ogromną, tajemniczą księgą.
Finał
Profesjonalnie wyglądająca recepta i skierowanie pacjenta do miejscowej apteki.
Zdezorientowany starszy mężczyzna z wielkim wąsem drapie się po głowie, udając lekarza i czytając ogromną księgę medyczną do góry nogami.
Aura tajemniczości to podstawa. Nieważne, że księga jest do góry nogami, ważne, że pacjent czuje respekt przed wiedzą.

Jemielnicki uzdrowiciel doskonale rozumiał, że pacjent leczy się nie tylko lekarstwem, ale również atmosferą. Po oględzinach znikał w sąsiednim pokoju, gdzie pochylał się nad wielką księgą medyczną. Cisza, skupienie i niedostępna wiedza drukowana budowały wokół niego aurę człowieka wtajemniczonego.

Najciekawsze następowało jednak na końcu. Zamiast odprawiać czary albo przygotowywać własne mikstury, znachor wychodził z pokoju i wypisywał receptę, z którą odsyłał chorego do apteki. [1]

Najpierw mistycyzm, potem farmacja. Z punktu widzenia pacjenta: pełna obsługa i żadnego dysonansu.
05

Żerniki · Zernik i okolice

Pszczelarz „Wróż” oraz domowy arsenał magiczny

W okolicach Żernik granica między medycyną a czystą magią zacierała się niemal całkowicie. Główną postacią był stary pszczelarz, nazywany „wróżem” — dawnym słowiańskim określeniem uzdrowiciela — albo po prostu „mądrym chłopem”. [1]

Medycyna roślinna

Żrąca cebula morska i domowa farmacja

W śląskich domach hodowano cebulę morską — Scilla maritima. Jej żrący sok powodował pęcherze na skórze. Rozgniecione liście przykładano na wrzody, stłuczenia i bolące palce, określane w źródle jako „Fingerwurm”. [2]

Skoro piekło niemiłosiernie, to znaczyło, że lekarstwo właśnie zabierało się do pracy.
Magia ochronna

Odczynianie uroków, „łuska” i pieronowy kamień

Czteropanelowy komiks z humorystycznymi karykaturami przedstawiającymi XIX-wieczne śląskie rytuały medyczne: odczynianie uroków, leczenie wola kamieniem, obcinanie kołtuna i plucie przez koszulę.
Domowy arsenał magiczny w praktyce: od nocnych śpiewów po walkę z kołtunem wielkimi nożycami.
Leczenie oczu — „łuska”. Dolegliwość zamawiano, czyli „zażegnywano”. Rytuał musiał odbyć się pod gołym niebem i bezwzględnie przed wschodem słońca. [1]
Leczenie wola. Szyję pocierano „pieronowym kamieniem” — Donnerkeil. Za takie kamienie uważano prehistoryczne belemnity, interpretowane jako skamieniałe strzały piorunów, którym przypisywano ochronną moc. [1]
Kołtun — Weichselzopf. Splątane włosy można było obciąć tylko w Wielki Piątek przed świtem. Złamanie tej zasady miało grozić ślepotą albo szaleństwem. [1]
Złe oko — urok. Gdy mdłości przypisywano spojrzeniu starszej, zezującej kobiety, należało udać się w ustronne miejsce, przetrzeć twarz wewnętrzną stroną noszonej koszuli i trzykrotnie splunąć. [2]
Mroczne legendy

Ognista „Oksowka” w piaszczystym wąwozie

Przerażony chłop na wozie konnym ucieka nocą przed wielką, płonącą beczką z groźną miną, która goni go po polnej drodze.
Ognista Oksowka. Trudno o spokojną rekonwalescencję, gdy po drodze goni cię płonąca beczka.

Jeżeli kuracja nie przynosiła oczekiwanego skutku, zawsze pozostawało jeszcze wyjaśnienie nadprzyrodzone. W okolicy opowiadano o przerażającej „Oksowce” — zjawie pod postacią ognistej beczki buchającej iskrami, która nocami miała toczyć się za chłopskimi wozami w pobliskim piaszczystym wąwozie. Sama nazwa to zregionalizowane słowo Oxhoft (oksehoft), oznaczające potężną beczkę, a ludowe przekazy precyzyjnie umiejscawiały owego złego ducha przy wyrobiskach żwiru u stóp wzniesienia zwanego „gorą”, na południe od Żernik. [2]

Uzdrowiciele w najlepszej wierze

Z perspektywy XXI wieku łatwo śmiać się z drabiny, cebuli morskiej, pieronowych kamieni czy rytuałów odprawianych przed świtem. Trzeba jednak pamiętać, że śląscy „mądrzy ludzie” działali w świecie, w którym profesjonalna pomoc lekarska bywała droga, odległa albo po prostu niedostępna.

Ich praktyki łączyły okruchy realnej wiedzy, doświadczenie pokoleń, religijność, lokalny folklor i potrzebę odzyskania kontroli nad chorobą. Niektóre metody mogły pomagać, inne pozostawały obojętne, a część — zwłaszcza ortopedia z udziałem drabiny i Brunhildy — mogła dołożyć pacjentowi całkiem nowych problemów.

Mimo to nie byli wyłącznie karykaturami dawnej wsi. Byli odpowiedzią na realną potrzebę: ktoś musiał przyjść, obejrzeć chorego, nazwać jego cierpienie i obiecać, że da się z nim coś zrobić.

Bibliografia i źródła archiwalne

Podstawę artykułu stanowią dwa zapisy historyczno-etnograficzne Emanuela Czmoka.

1

Czmok, Emanuel. [Zapis historyczno-etnograficzny dotyczący medycyny ludowej i działalności wiejskich uzdrowicieli]. Der Oberschlesier, styczeń 1927, nr 1.

Główne źródło informacji o praktykach śląskich znachorów z Rudy, Ligoty Zabrskiej z asystującą Brunhildą, Chałupek, Jemielnicy oraz o pszczelarzu z Żernik. Z tekstu pochodzą także opisy leczenia wola pieronowym kamieniem i wierzeń dotyczących ścinania kołtuna.

2

Czmok, Emanuel. „Zur Volkskunde unserer Gegend”. Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, październik 1961, nr 10, s. 35.

Pośmiertnie opublikowane notatki terenowe badacza. Źródło informacji o medycznym zastosowaniu cebuli morskiej, rytuałach odczyniania uroków za pomocą koszuli oraz lokalnej legendzie o ognistej beczce „Oksowce” grasującej w okolicach Żernik.

Historia medycyny ludowej · dawny Górny Śląsk · materiał popularnonaukowy
0
0

Read more

Historyczny kolaż ukazujący przedwojenne przejście graniczne z tramwajami, stertę starych walizek podróżnych, operatora kamery na korbkę oraz taśmę filmową z wizerunkiem dawnego personelu szpitala w Piaśnikach.

SZPITAL NA POGRANICZU cz3. · Piaśniki, Lipiny i ludzie dr. Waltera Urtela 

CZĘŚĆ 3
SZPITAL NA POGRANICZU · Piaśniki, Lipiny i ludzie dr. Waltera Urtela

Klottka i zaginiony film

Granica, rozpad zespołu i pamięć o dawnych Piaśnikach

Część 1Część 2Część 3

Tramwaj nadal jechał tą samą trasą. Po 1922 roku zwykła podróż z Piaśnik do Bytomia stała się jednak przekraczaniem granicy państwowej.

Pasażerowie wysiadali, przechodzili przez odprawę i ponownie wsiadali do wagonu. Uczniowie jechali do szkół, robotnicy do pracy, rodziny w odwiedziny. Między nimi krążyły zakupy, wiadomości i przemycane butelki.

Symbolem tej codzienności stała się „Klottka”.

Dla Waltera Urtela i jego otoczenia granica oznaczała także powolny rozpad świata zawodowego. Niemieccy lekarze tracili stanowiska, wyjeżdżali albo byli wydalani. Później przyszły wojna, okupacja i kolejna zmiana władzy.

Po 1945 roku dawny zespół rozproszył się po Polsce, Niemczech, Austrii i Francji. Bonfilia Siwon pozostała na Śląsku. Ogrody szpitalne zabudowano, Turmhaus rozebrano, a wieżyczka zniknęła z dachu.

W 1977 roku dawni pracownicy mieli spotkać się jeszcze raz. Głównym punktem zjazdu był pokaz filmu nakręconego w Piaśnikach w 1935 roku.

Dziś nie wiadomo, gdzie znajduje się ta taśma.

Spis treści
  1. Nowa granica, dawne życie
  2. Klottka” — granica, kontrole i przemyt
  3. Tramwajem z Piaśnik do Bytomia
  4. Lekarze po niewłaściwej stronie granicy
  5. Wyjazd Urtela i powrót po niemieckiej agresji
  6. Rozpad zespołu i powojenne losy Bonfilii
  7. Zabudowane ogrody i zjazd dawnych pracowników
  8. Film, którego nie udało się odnaleźć
  9. Przeczytaj również
  10. Bibliografia i źródła
01

Nowa granica, dawne życie

Podział Górnego Śląska w 1922 roku przeciął obszar, który przez dziesięciolecia rozwijał się jako jeden organizm przemysłowy. Bytom pozostał w Niemczech. Świętochłowice, Lipiny i Piaśniki znalazły się w Polsce.

Na mapie była to nowa linia. W terenie przecinała drogi, kolej, tramwaje, zakłady i rodzinne kontakty.

Granica państwowa przecięła gęsto zabudowany, przemysłowy krajobraz Górnego Śląska. Widoczne przejście graniczne, a w tle kopalnia Hohenzollerngrube.

Piaśniki straciły część wcześniejszego znaczenia. Zarząd dawnego Schlesag przeniesiono do Bytomia, a stary niemiecki kapitał musiał odnaleźć się w nowej, poplebiscytowej rzeczywistości — w oficjalnych komunikatach spółka zaczęła posługiwać się równolegle trzema nazwami: polską, francuską i niemiecką. Szpital Hutniczy nadal jednak działał, a Walter Urtel, Bonfilia Siwon i część niemieckiego personelu pozostali na swoich stanowiskach.

Dawnych więzi nie dało się przerwać rozporządzeniem. Mieszkańcy mieli krewnych po obu stronach. Jeździli do pracy, szkół, lekarzy i sklepów. Niemiecki Bytom wciąż pozostawał naturalnym punktem odniesienia dla wielu ludzi z polskich już Piaśnik.

Każda taka podróż wymagała jednak dokumentów i kontroli.

Granica przebiegła przez środek codziennego życia.

02

„Klottka” — granica, kontrole i przemyt

Jednym z najważniejszych punktów nowej granicy między Piaśnikami a Bytomiem był polski budynek celny. Przez przejście prowadziła linia tramwajowa. Według wspomnień pasażerowie musieli opuścić wagon, przejść pieszo przez odprawę i po kontroli ponownie wsiąść do tramwaju.

Miejsce to potocznie nazywano „Klottką”. Wbrew pozorom nie była to unikalna nazwa własna tego konkretnego przejścia, lecz powszechnie funkcjonujące w ówczesnym górnośląskim żargonie określenie na zamknięte pomieszczenie urzędowe — komorę celną (Zollkammer), areszt, a nawet regularne więzienie.

Widok na posterunek celny, zwany potocznie „Klottką”. To tutaj podróżni zmuszani byli do opuszczania tramwajów, poddając się uciążliwym odprawom państwowym i regularnym rewizjom.

Niemieccy autorzy przedstawiali polskie procedury jako szczególnie uciążliwe. W zamkniętej przestrzeni „Klottki” państwowe przepisy każdego dnia bezwzględnie zderzały się z życiem mieszkańców pogranicza. Przeprowadzano tam szczegółowe rewizje osobiste (Leibesvisitation). Procedura ta budziła ogromny sprzeciw, ponieważ była wyjątkowo opresyjna i upokarzająca dla kobiet, które rutynowo zmuszano do udania się na bok w celu obmacywania w poszukiwaniu ukrytych towarów. W tym samym czasie mężczyźni nierzadko przechodzili bez większych przeszkód.

Zdarzała się również niebezpieczna nadgorliwość funkcjonariuszy. Udokumentowano przypadki, w których celnicy potrafili zniszczyć prywatne przedmioty medyczne pod pretekstem szukania kontrabandy (np. rozcinając płócienny pas przepuklinowy), za co urząd musiał potem wypłacać poszkodowanym rekompensatę ze środków państwowych.

Mimo rygoru, przez granicę nieustannie próbowano przewozić żywność, alkohol i drobne towary. Celnicy często pochodzili z tego samego regionu co kontrolowani pasażerowie, doskonale znali miejscową mowę i obyczaje.

Jedna z anegdot opowiada o lekarzu wezwanym na zaplecze pod pretekstem rzekomych nieprawidłowości (Unstimmigkeiten) w dokumentach pojazdu. W biurze funkcjonariusze sprawnym ruchem wyjęli spod jego płaszcza przemycaną butelkę alkoholu, traktowaną jako „lekarstwo” na poprawę nastroju i nieformalną opłatę. Po tej dyskretnej konfiskacie dokumenty natychmiast przestały budzić zastrzeżenia. Choć historia mogła zostać podkoloryzowana, doskonale oddaje ówczesną pragmatyczną zasadę pogranicza: „służba to służba, a wódka to wódka” (Dienst war Dienst, und Schnaps war Schnaps).

W pobliżu „Klottki” miała się również rozegrać opisana w poprzedniej części nocna droga archiprezbitera Musialika. Nie wiadomo, czy chorego przewieziono przez sam punkt odprawy, czy przekroczono granicę w jego sąsiedztwie.

Codzienność na zielonej granicy miała jednak również swoje brutalne oblicze. Nielegalne przekraczanie kordonu wiązało się z ogromnym ryzykiem utraty życia. W 1937 roku w pobliżu Lipin, przy szybie Marcin (Martinschacht), straż graniczna otworzyła ogień do uciekającej grupy przemytników. Ciężko ranni trafiali prosto na bloki operacyjne Szpitala Hutniczego w Piaśnikach – tak jak 24-letni Paul Hunger z Lipin, operowany natychmiast po postrzale w podbrzusze, którego rokowania oceniano jako krytyczne.

03

Tramwajem z Piaśnik do Bytomia

Wśród osób regularnie przekraczających granicę był Jürgen Urtel, młodszy syn ordynatora.

Najpierw uczęszczał do niemieckiej szkoły mniejszościowej w Lipinach. Od Wielkanocy 1928 roku był uczniem bytomskiej Oberrealschule, nazywanej „Tuschkasten”, czyli „Pudełkiem z farbami”. W wykazie klasy z 1929 roku figuruje uczeń zapisany jako W.-J. Urtel.

Każdego szkolnego dnia Jürgen jechał z polskich Piaśnik do niemieckiego Bytomia. Oznaczało to bezwzględną konieczność posiadania dokumentów, opuszczania tramwaju, wchodzenia do komory celnej i oczekiwania — nierzadko w sporym stresie związanym z ewentualną rewizją — na dalszy przejazd.

Tramwaj zmierzający do Bytomia (Beuthen). To właśnie tą trasą młody Jürgen Urtel codziennie dojeżdżał z Piaśnik do szkoły, systematycznie przekraczając granicę państwową.

Granica powiatów – Miasto Beuthen – Powiat Świętochłowice

W tym miejscu granica administracyjna była jednocześnie granicą państwową. Tory biegły dalej, lecz pasażer znajdował się już w zupełnie innym systemie prawnym.

Historię szkoły Jürgena ująłem szerzej w materiale „Tuschkasten — bytomska Oberrealschule w 1928 roku”:

Przejdź do materiału uzupełniającego

Po wojnie Jürgen odnajdywał dawnych uczniów i nauczycieli oraz organizował spotkania absolwentów. Z czasem podobne poszukiwania objęły personel szpitali jego ojca.

Próbował odtworzyć utracony świat z fotografii, nazwisk i adresów.

04

Lekarze po niewłaściwej stronie granicy

Po podziale regionu niemiecki personel medyczny stopniowo tracił wcześniejszą pozycję w instytucjach po stronie polskiej. Znaczenie miały obywatelstwo, język, prawo wykonywania zawodu, umowy i polityka kadrowa nowego państwa.

Późniejsza prasa ziomkowska przedstawiała ten proces jako systematyczne wypieranie Niemców z ojczyzny. Rzeczywistość była bardziej złożona, lecz utrata stanowisk i zawodowego bezpieczeństwa była realna.

Kurt Gebhardt pochodził z Lipin. Jego ojciec pracował jako inżynier w walcowni cynku. Po studiach Gebhardt został asystentem Urtela w Piaśnikach. 30 października 1924 roku wydalono go z polskiej części Górnego Śląska.

Nie znamy dokładnej podstawy decyzji. Kilka miesięcy później pracował już w Szpitalu Spółki Brackiej w Bytomiu. Granica odebrała mu miejsce, z którym był związany rodzinnie i zawodowo.

Jeszcze silniej Urtelowie zapamiętali los dr. Otto Ulotha (ur. 1865), dawnego przełożonego Waltera i wuja Aenne. Ten doświadczony medyk (dyplom uzyskał w 1892 roku) był postacią o ugruntowanej pozycji — od początku XX wieku nie tylko kierował miejscowym lazaretem brackim (Knappschafts-Lazarett) w Bielszowicach, ale należał również do lokalnej elity, zasiadając jako reprezentant w tamtejszym przedstawicielstwie gminnym.

Jeszcze w urzędowym spisie lekarzy polskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na lata 1926–1927 Uloth figurował na swoim stanowisku w Bielszowicach. Jednak niedługo później, w okresie letnich wakacji 1927 roku, został zwolniony w trybie natychmiastowym („fristlos”) przez polską administrację i zastąpiony polskim lekarzem.

Zwolnienie to wywołało u niego ogromny wstrząs nerwowy i utratę służbowego mieszkania. Zmarł po ciężkiej chorobie 8 stycznia 1929 roku w samym Szpitalu Hutniczym w Piaśnikach, gdzie Walter Urtel — jego dawny asystent i mąż siostrzenicy Änne — miał według relacji rodzinnej kilkakrotnie próbować ratować go operacyjnie.

Nekrolog dr. Otto Ulotha, opublikowany w styczniu 1929 roku. Ten wybitny lekarz i wuj rodziny Urtelów zmarł w Piaśnikach krótko po tym, jak polskie władze pozbawiły go stanowiska ordynatora w Bielszowicach.

Jego pogrzeb w Bytomiu, zaplanowany na 12 stycznia, przekształcił się w wielką demonstrację polityczną. Fakt, że Uloth przez lata był liderem lokalnej społeczności, doskonale tłumaczy skalę tego wydarzenia. Kondukt żałobny opisywano jako niekończący się, a na przejściach granicznych utworzyły się ogromne zatory, ponieważ niemieckie organizacje z polskiej strony Śląska masowo przekraczały granicę, aby wziąć w nim udział.

05

Wyjazd Urtela i powrót po niemieckiej agresji

Walter Urtel pozostał w Piaśnikach przez cały okres obowiązywania górnośląskiej konwencji genewskiej. Gdy wygasła w 1937 roku, jego praca w polskiej części regionu dobiegła końca. Nie był to jednak wyjazd dobrowolny.

15 września 1937 roku Wydział Zdrowia polskiego Urzędu Wojewódzkiego ostatecznie zakazał Urtelowi – jako obywatelowi niemieckiemu (Reichsdeutscher) – dalszego wykonywania praktyki z rygorem natychmiastowym, mimo że pierwotnie posiadał zezwolenie na pobyt i pracę do 1 grudnia. Po zignorowaniu wezwania, polski lekarz powiatowy ze Świętochłowic osobiście zakazał mu wstępu na teren szpitala. Nowym dyrektorem placówki został dr Alfred Barlik, który przybył z Poznania i kierował szpitalem aż do 1945 roku. Niemiecka prasa propagandowa (m.in. „Ostland”) z tamtego okresu wykorzystała ten incydent, sprowadzając decyzję władz do zawiści polskich lekarzy i osadzając ją w ramach krytyki tzw. „Systemu Grażyńskiego”.

Urtel z czasem objął posadę w Pyskowicach. Według nekrologu zreorganizował tamtejszą nierentowną placówkę, doprowadzając ją do dobrego stanu organizacyjnego i finansowego.

W 1938 roku do Pyskowic przeniosła się Bonfilia. Została przełożoną sióstr i ponownie organizowała pracę szpitala. Jej decyzja pokazuje siłę zawodowej więzi z Urtelem. Nie była przypadkową pielęgniarką podążającą za lekarzem, lecz sprawdzoną organizatorką jego zespołu.

We wrześniu 1939 roku Niemcy napadły na Polskę. Świętochłowice, Lipiny i Piaśniki zostały zajęte i wcielone do III Rzeszy. Urtel miał ponownie objąć kierownictwo lub nadzór nad dawnymi placówkami w Piaśnikach, Wirku i Nowym Bytomiu.

Prasa ziomkowska nazywała to powrotem.

Nie był to jednak zwykły powrót lekarza do dawnego miejsca pracy. Z powojennych polskich publikacji medycznych (m.in. „Śląskiej Gazety Lekarskiej”) wyłania się obraz jego bliskiej współpracy z aparatem okupacyjnym. Według tych relacji Urtel pełnił funkcję „męża zaufania” niemieckiej izby lekarskiej na Śląsku. Autorzy artykułów zarzucali mu wykorzystywanie doskonałej znajomości lokalnego środowiska do bezwzględnego oceniania śląskich medyków. Choć prasa z końca lat 40. posługiwała się ostrym, rozliczeniowym językiem, pewnym faktem pozostaje, że za swoją działalność organizacyjną w strukturach niemieckich dr Urtel otrzymał urzędowe podziękowanie w okólniku z 20 lutego 1943 roku.

Szerszy obraz okupacyjnej codzienności opisuję w artykule „Lipiny 1939–1944. Administracja, propaganda i codzienność wojny”:

Przejdź do artykułu uzupełniającego

Bonfilia zarządzała w Pyskowicach personelem i zaopatrzeniem. Według wspomnień przekazywała biedniejszym pacjentom część żywności otrzymywanej od zamożnych rolników.

Była sprawną przełożoną i osobą wrażliwą na ubóstwo. Pracowała jednak w systemie państwa prowadzącego wojnę i politykę terroru.

06

Rozpad zespołu i powojenne losy Bonfilii

W 1945 roku dawny świat Waltera Urtela rozpadł się ostatecznie. Lekarz uciekł na Zachód przed nadejściem Armii Czerwonej, pozostawiając na Śląsku cały majątek.

Zmiana granic przyniosła dla niego niezwykle poważne konsekwencje prawne – jego nazwisko znalazło się na polskiej urzędowej liście osób poszukiwanych, a ówczesne władze formułowały wobec niego ciężkie zarzuty, z wydawaniem pacjentów w ręce Gestapo włącznie. Bez wglądu w pełne, oryginalne akta śledcze trudno dziś jednak jednoznacznie oddzielić faktyczne zbrodnie od elementów powojennej propagandy i środowiskowych rozliczeń.

Od 1946 roku prowadził praktykę ogólną w bawarskim Rothenfels am Main (gdzie po wojnie osiadł jego starszy syn). Ostatnie lata życia spędził w Neckargemünd, gdzie zmarł na dusznicę bolesną 28 sierpnia 1961 roku w wieku 75 lat.

Wpis nr 25 z kościelnej księgi pogrzebowej w Neckargemünd.

Jego pierwsza żona, Aenne, po wojnie mieszkała w Prien am Chiemsee. Młodszy syn, Jürgen, osiadł w austriackiej miejscowości Rohrbach-Gölsen. Przez lata z ogromnym zaangażowaniem katalogował kontakty i organizował coroczne, kwietniowe zjazdy dawnych uczniów i nauczycieli bytomskiej Oberrealschule w Rothenfels am Main. Zmarł nagle 7 sierpnia 1983 roku, w wieku 65 lat.

Inni członkowie dawnego środowiska trafili do Niemiec i Francji. Z kolei dr Stefan Strumieński, dawny asystent ordynatora, przeniósł się na Ziemie Odzyskane – trafił do Szczecina, gdzie przez kolejną dekadę stał się wybitnym organizatorem powojennej medycyny i naczelnym ordynatorem miejskiego szpitala.

Bonfilia nie wyjechała.

Przez wiele lat zarządzała kościelnym gospodarstwem rolnym w Ptakowicach. Było to inne zajęcie niż praca w szpitalu, lecz nadal wymagało dyscypliny i organizacji.

Około 1970 roku przebywała w Zakładzie św. Jadwigi w Brzegu Dolnym. Była ciężko chora i nie mogła samodzielnie prowadzić korespondencji. Ostatnie dwa lata życia spędziła przykuta do łóżka.

Towarzyszyła jej dawna siostra ze szpitala w Pyskowicach. Opiekowała się nią zakonnica pochodząca z Chorzowa, również związana wcześniej ze środowiskiem Urtela.

Bonfilia zmarła 28 kwietnia 1973 roku, pięć dni po ukończeniu 88 lat (Późniejsze ogłoszenie podawało błędnie rok 1974).

Pogrzeb był skromny. Rodzina Urtelów złożyła na grobie bukiet goździków.

Po dziesięcioleciach i zmianie granic pozostał niewielki znak dawnej więzi.

07

Zabudowane ogrody i zjazd dawnych pracowników

W latach 70. szpital nadal funkcjonował, lecz jego otoczenie wyglądało już inaczej.

Dawne ogrody zabudowano. Obok oddziału kobiecego powstał blok mieszkalny, który Jürgen Urtel nazwał „brzydkim”. Była to ocena człowieka pamiętającego drzewa, alejki i otwartą przestrzeń.

Na najniższej kondygnacji bloku miał mieszkać i umrzeć Antoni Bukowy (wzmiankowany w niemieckich źródłach jako Bukowe). Ten polski lekarz z dyplomem lwowskiego uniwersytetu to postać o niezwykłym, tragicznym życiorysie. Był weteranem powstań śląskich i harcmistrzem, który w czasie II wojny światowej przeszedł przez piekło obozów koncentracyjnych w Dachau i Mauthausen-Gusen. Po ocaleniu powrócił do Lipin, pracując tam od przedwojnia (odebrał około 1500 porodów). Po 1945 roku przez kilkadziesiąt lat kierował miejską poradnią przeciwgruźliczą, służąc dokładnie tej samej społeczności, co niegdyś dr Urtel. Zmarł w 1971 roku.

W placówce pracowała jeszcze Heli Ahnert, należąca do dawnego personelu. Była jednym z ostatnich osobowych połączeń między szpitalem Urtela a instytucją działającą w Polsce Ludowej.

Jürgen przez około szesnaście lat zbierał adresy lekarzy, sióstr, sanitariuszy, laborantek i administratorów związanych z placówkami ojca. Na liście znaleźli się między innymi dr Kurt Gebhardt, dr Erwin Busse, dr Aleksander Ernst (wcześniej notowany jako Ernest), sanitariusz Kubon, siostry Bonfilia, Raimunda, Benizia i Rosula, dr Antoni Bukowy oraz Heli Ahnert.

Nie wszyscy pracowali równocześnie w Piaśnikach. Łączyła ich pamięć szpitali w Piaśnikach, Wirku, Nowym Bytomiu i Pyskowicach.

Spotkanie zaplanowano na 22 kwietnia 1977 roku w gospodzie Zum Hirschen w Rothenfels am Main, gdzie Walter Urtel po wojnie prowadził praktykę. Data ta nie była przypadkowa – spotkanie dawnego personelu medycznego zbiegło się z organizowanymi w tym samym miejscu, zawsze w ostatni weekend kwietnia, wielkimi zjazdami absolwentów bytomskiej Oberrealschule, których inicjatorem był Jürgen Urtel.

Po latach rozproszenia dawni lekarze, siostry i pracownicy szpitali mieli znów spotkać się w jednym miejscu.

08

Film, którego nie udało się odnaleźć

Największą atrakcją zjazdu miał być pokaz filmu:

Największą atrakcją zjazdu dawnych pracowników w 1977 roku miał być pokaz filmu nakręconego w Szpitalu Hutniczym. Do dziś nie udało się ustalić, co stało się z tą bezcenną taśmą.

To jedna z najbardziej niezwykłych informacji w całej historii szpitala.

Film powstał, gdy Urtel nadal kierował placówką, Bonfilia należała do najważniejszych osób w zespole, a wokół budynku rozciągały się jeszcze ogrody.

Nie znamy autora nagrania, jego długości ani formatu. Nie wiadomo, czy była to prywatna pamiątka, dokumentacja zakładowa czy zapis uroczystości. Źródło potwierdza jedynie tytuł i planowany pokaz w 1977 roku.

Możemy być pewni tylko tego, że film istniał co najmniej czterdzieści dwa lata po nakręceniu.

Później ślad się urywa.

Taśma mogła pozostać w rodzinie Urtelów, w Austrii, Rothenfels albo w zbiorach uczestnika spotkania. Mogła trafić do archiwum ziomkowskiego. Mogła także zostać zniszczona lub zapomniana w nieopisanym pudełku.

Film miałby dziś ogromną wartość, ponieważ pozwoliłby zobaczyć szpital, jego otoczenie i być może personel takim, jakim były w 1935 roku — bez pośrednictwa późniejszych wspomnień.

Pokazałby miejsce.

Być może ludzi.

Być może zwyczajny dzień pracy.

Urtel był cenionym chirurgiem i silnym organizatorem. Z jednej strony należał do niemieckiego establishmentu, z drugiej – jak udowodniły odnalezione polskie raporty – przysięga lekarska stała dla niego stanowczo ponad narodowościowymi podziałami.

Bonfilia była siostrą operacyjną, przełożoną, organizatorką i powiernicą pacjentów. Z równym oddaniem asystowała przy ratowaniu polskich żołnierzy, co przy potajemnych ucieczkach niemieckich internowanych. Po wojnie pozostała na Śląsku, choć dawny świat szpitala już nie istniał.

Dawny świat Szpitala Hutniczego w Piaśnikach. Personel zjednoczony wokół dr. Waltera Urtela, którego z czasem nieodwracalnie rozdzieliły zmiany granic, wojna i powojenne przesiedlenia.

Zniknęła wieżyczka.

Rozebrano Turmhaus.

Ogrody zabudowano.

Granica przestała istnieć.

Szpital trwał, lecz ludzie, którzy nadali mu dawny charakter, rozproszyli się albo umarli.

Pozostały fotografie, nazwiska i zapowiedź seansu z 1977 roku.

Być może gdzieś nadal leży pudełko opisane słowami:

Krankenhaus Piasniki 1935….
09

Przeczytaj również

Bibliografia i źródła Sekcja domyślnie zwinięta — kliknij, aby rozwinąć

Prasa i materiały źródłowe

  • „Kattowitzer Zeitung”, wydania z 9 stycznia 1929 r. oraz 25/26 września 1937 r.
  • „Ostdeutsche Morgenpost”, wydanie z 10 stycznia 1929 r.
  • „Gleiwitzer — Beuthener — Tarnowitzer Heimatblatt”, wybrane numery z lat 1961–1983.
  • „Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise”, wybrane numery z lat 1955–1966.
  • „Unser Oberschlesien”, numery z 1974 i 1977 roku.
  • „Ostland. Halbmonatsschrift für Ostpolitik”, Nr 19, wyd. Bund Deutscher Osten e.V., Berlin, 1 października 1937, s. 363.
  • „Śląska Gazeta Lekarska”, Rocznik I i II (1945–1946), artykuł: Z czasów okupacji. O działalności niemieckiej izby lekarskiej w Katowicach, wyd. Cieszyn 1947, s. 502–503.
  • Chronik der Industriegemeinde Lipine OS Kreis Kattowitz bis zum Jahre 1941 einschliesslich (maszynopis).
  • Sprawozdanie Związku Gospodarczego Lekarzy Polaków Województwa Śl. za rok 1934.
  • Urzędowy spis lekarzy uprawnionych do wykonywania praktyki lekarskiej (Wydawnictwo Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, 1926/1927).
  • Staatsarchiv Würzburg, akta sądu denazyfikacyjnego (Spruchkammer Lohr), sygnatura 1496, rocznik 1948.
  • Nekrolog Waltera Urtela z 1961 roku.
  • Wspomnienia Jürgena Urtela dotyczące Piaśnik, Bielszowic i bytomskiej Oberrealschule.
  • Teksty dotyczące Kurta Gebhardta, Otta Ulotha, Aenne Urtel, Bonfilii Siwon i dawnego personelu.
  • Zaproszenie na zjazd dawnych pracowników w Rothenfels am Main z 1977 roku.
  • Informacja o filmie „Krankenhaus Piasniki 1935”.
  • Encyklopedia Pomorza Zachodniego (pomeranica.pl), hasło: Stefan Strumieński.

Materiały ikonograficzne

  • fotografie i ryciny przejść granicznych („Klottka”, Łagiewniki);
  • skany z kroniki Lipin dotyczące tzw. „Starego Lazaretu”;
  • oryginalny nekrolog dr. med. Otto Ulotha z 1929 roku;
  • fotografia tramwaju typu Nordwaggon Bremen przy granicy Bytomia i powiatu Świętochłowice z 1932 roku;
  • kolaż podsumowujący (zespół dr. Waltera Urtela).

Relacje ustne

  • wspomnienie mieszkańca Turmhausu z lat 1958–1980.

Artykuły uzupełniające

  • „Tuschkasten — bytomska Oberrealschule w 1928 roku”.
  • „Lipiny 1939–1944. Administracja, propaganda i codzienność wojny”.
  • „Lipiny i Chropaczów — jak przemysł stworzył miasto z dymu”.

Poprzednie części cyklu

  • „Szpital z wieżyczką. Jak przemysł stworzył medyczne centrum Piaśnik”.
  • „Ludzie, którzy umierali na papierze. Konspiracja w Szpitalu Hutniczym w Piaśnikach”.
Szpital na pograniczu · część 3 z 3
0
0

Read more

Archiwalny kolaż w sepii przedstawiający kościół św. Augustyna w Lipinach, grupę uzbrojonych powstańców śląskich oraz siostry zakonne na tle sylwetki duchownego. Grafika promująca drugą część cyklu historycznego.

SZPITAL NA POGRANICZU cz2. · Piaśniki, Lipiny i ludzie dr. Waltera Urtela

CZĘŚĆ 2
SZPITAL NA POGRANICZU · Piaśniki, Lipiny i ludzie dr. Waltera Urtela

Ludzie, którzy umierali na papierze

Konspiracja w Szpitalu Hutniczym w Piaśnikach

Część 1Część 2Część 3

W późniejszych niemieckich wspomnieniach o Szpitalu Hutniczym w Piaśnikach powtarza się niezwykły motyw: pacjent uznany w dokumentacji za zmarłego miał w rzeczywistości nadal żyć.

Na papierze umierał. W rzeczywistości przygotowywano go do ucieczki.

Według tych relacji personel zdobywał dla niego cywilne ubranie i dokumenty, a następnie wyprowadzał go przez okno przy zabudowaniach gospodarczych. Strażników częstowano alkoholem, a ich karabiny miały być potajemnie rozładowywane.

Nie wiemy, ilu ludzi mogło opuścić szpital w ten sposób. Nie odnaleziono listy uciekinierów, sfałszowanych kart ani polskich raportów opisujących cały proceder. Większość szczegółów pochodzi z relacji niemieckiego personelu i rodziny Urtelów, spisanych wiele lat po wydarzeniach.

Źródła są jednostronne. Pokazują powstania przede wszystkim jako czas zagrożenia dla niemieckiej ludności, a pomoc udzielaną rodakom jako ratowanie ich przed śmiercią. Powtarzają się jednak nazwiska, miejsca i metody działania.

W centrum tej nieformalnej sieci mieli znajdować się Walter Urtel, Bonfilia Siwon, sanitariusz Kubon oraz niewielkie grono zaufanych sióstr.

Szpital leczył. Ale czasem również ukrywał.

Spis treści
  1. Szpital wciągnięty w konflikt
  2. Szkoła I, Gościniec Hutniczy i „polnisches KZ”
  3. Na papierze pacjent już nie żył
  4. Okno przy przyszpitalnym chlewiku
  5. Bonfilia, Kubon i zaufane siostry
  6. Feltner, Principini i nieznany Francuz
  7. Napad na dom i ostatnia droga Musialika
  8. Medycyna czy działalność polityczna?
  9. Zapowiedź części trzeciej
  10. Przeczytaj również
  11. Bibliografia i źródła
01

Szpital wciągnięty w konflikt

Walter Urtel objął placówkę w 1919 roku, gdy przyszłość Górnego Śląska wciąż pozostawała nierozstrzygnięta. Upadło Cesarstwo Niemieckie, odrodziło się państwo polskie, a krwawy spór o region przenosił się z gazet i politycznych wieców bezpośrednio na ulice i do zakładów pracy.

Linia podziału nie przebiegała prosto. W tych samych familokach mieszkali ludzie mówiący po polsku, niemiecku i śląsku, wybierający jednak różne strony barykady. Ci sami robotnicy pracowali przy sąsiednich piecach czy maszynach, a po szychcie zasilali szeregi zwalczających się bojówek.

Szpital Hutniczy w Piaśnikach znalazł się w samym oku tego cyklonu.

Główny gmach Szpitala Hutniczego w Piaśnikach, wzniesiony w latach 1905–1906. Budynek wyróżniała charakterystyczna wieżyczka nad centralnym ryzalitem.

Przyjmował rannych powstańców, funkcjonariuszy, poturbowanych cywilów oraz osoby przywożone prosto z miejsc internowania. W ogarniętym chaosem regionie personel lecznicy dysponował potężnymi narzędziami: dostępem do leków, zamkniętych sal, transportu medycznego i oficjalnej dokumentacji.

W tamtych dniach diagnoza medyczna często miała wagę wyroku. Wystarczyło, że ordynator uznał stan zatrzymanego za ciężki, by zablokować przesłuchanie lub wywózkę. W ten sposób wypis ze szpitala lub adnotacja w karcie chorób mogły stać się przepustką do wolności.

Biały fartuch i lekarski autorytet dawały możliwości absolutnie niedostępne zwykłym mieszkańcom. Czas pokazał, że Walter Urtel i jego najbardziej zaufani współpracownicy nie zawahali się tej władzy użyć.

02

Szkoła I, Gościniec Hutniczy i „polnisches KZ”

W niemieckich wspomnieniach powtarzają się dwa miejsca przetrzymywania ludzi w Lipinach podczas wydarzeń z 1921 roku.

Pierwszym był okazały gmach Szkoły I, wzniesiony przy ówczesnej Schulstraße (dzisiejsza ul. dr. Antoniego Bukowego). Relacje przedstawiają go jako szczególnie surowy punkt internowania. Ironią losu zaledwie rok po tych wydarzeniach, po nowym podziale Górnego Śląska, w tym samym budynku prężnie ruszyła niemiecka szkoła mniejszościowa.

Dawna Schulstraße, czyli obecna ul. dr. Antoniego Bukowego w Lipinach, początek XX wieku. Po lewej widoczny jest nieistniejący już gmach Szkoły I. Niewielki budynek przed szkołą mieścił ochronkę prowadzoną przez siostry boromeuszki.

Drugim miejscem był Gościniec Hutniczy (Hüttengasthaus) przy dawnej Kronprinzenstraße (ul. Chorzowska). Ponieważ na początku XX wieku prowadził go W. Angel, w pamięci internowanych zapisał się po prostu jako Hüttengasthaus Angel. Warunki miały tam być nieco łagodniejsze. W kolejnych dekadach ten sam budynek tętnił życiem jako znany mieszkańcom „Klub Kaczmarskiego”, a następnie Dom Górnika i Dom Kultury „Grota”.

Dawna Kronprinzenstraße, obecnie ul. Chorzowska w Lipinach. Po prawej stronie widoczny jest okazały budynek Gościńca Hutniczego, późniejszego Domu Górnika i Domu Kultury „Grota”.
Wnętrze Gościńca Hutniczego w Lipinach około 1911–1913 roku. Widoczny na fotografii podpis „Hüttengasthaus Lipine, Inh. W. Angel” wskazuje, że lokal prowadził wówczas W. Angel.

Późniejsi autorzy wspomnień często pisali o przetrzymywanych tam Niemcach jako o ludziach czekających na masowe egzekucje. Choć czas powstań obfitował w pobicia i samosądy po obu stronach, opowieści te były mocno przesadzone. Nigdy nie odnaleziono dokumentów potwierdzających przygotowywanie jakichkolwiek masowych rozstrzeliwań.

Co więcej, powojenna prasa ziomkowska celowo używała wobec Szkoły I propagandowego określenia polnisches KZ („polski obóz koncentracyjny”). Ten naładowany emocjami skrót miał budzić u czytelników jednoznaczne skojarzenia ze zbrodniczym systemem nazistowskim i potęgować mit własnego męczeństwa. W rzeczywistości lipińskie punkty były raczej doraźnymi aresztami, których ostatecznej skali i formy, z braku wystarczających dokumentów, wciąż jeszcze nie znamy.

Szerszy obraz przemocy oraz napięć w tej części regionu przedstawiam w artykule „Mroczna historia Lipin i Chropaczowa”:

Przejdź do artykułu uzupełniającego
03

Na papierze pacjent już nie żył

Szpitalna konspiracja działała według ściśle określonego, zuchwałego scenariusza. Pierwszym i najważniejszym krokiem było zawsze wyciągnięcie zatrzymanego z rąk strażników i przetransportowanie go na bezpieczny teren lecznicy.

Wystarczyło, by dr Urtel autorytarnie stwierdził, że człowiek jest ciężko ranny, zakaźnie chory lub wymaga natychmiastowej obserwacji. Po przekroczeniu progu szpitala pacjent trafiał do zupełnie innego świata. Uzbrojeni strażnicy rzadko zapuszczali się na oddziały, a cała dokumentacja pozostawała w wyłącznych rękach zaufanego personelu.

To właśnie tam rozpoczynał się drugi etap operacji — mistyfikacja medyczna. Na szpitalnych kartach gorączkowych (Fiebertafeln), gdzie precyzyjnie zapisywano temperaturę i przebieg leczenia, przy wybranych nazwiskach nagle pojawiała się krótka adnotacja o zgonie.

Na papierze pacjent już nie żył.

Dla wartowników i urzędników lekarski wpis stanowił ostateczność, która ucinała wszelkie pytania. Szpitalny autorytet działał jak doskonała tarcza — nikt nie domagał się oględzin ciał ani nie kwestionował diagnozy ordynatora.

Podczas gdy na zewnątrz pacjent oficjalnie uchodził za martwego, w zamkniętych pomieszczeniach przygotowywano dla niego cywilne ubrania i fałszywe dokumenty. Mundur lub więzienne łachy znikały, a człowiek wychodził ze szpitala już jako zupełnie ktoś inny.

Wizualizacja artystyczna mechanizmu opisywanego w późniejszych wspomnieniach. Nie odnaleziono dotąd kart gorączkowych potwierdzających wpisanie konkretnego pacjenta jako zmarłego.
04

Okno przy przyszpitalnym chlewiku

Najbardziej konkretnym elementem relacji jest droga wyjścia.

Ukrywanych ludzi wyprowadzano przez niewielkie, odpowiednio zamaskowane okno w pobliżu przyszpitalnego chlewika. Zabezpieczające je kraty nie stanowiły dla wtajemniczonego personelu żadnej przeszkody.

Położenie było dogodne. Przy zabudowaniach gospodarczych poruszali się pracownicy kuchni, sanitariusze i dostawcy. Pojawiały się wozy z żywnością i opałem, wynoszono odpady. Ruch na zapleczu nie zwracał uwagi tak szybko jak przy głównym wejściu.

Człowiek wychodzący przy chlewiku omijał wartownika przed budynkiem.

Wizualizacja artystyczna drogi ucieczki opisywanej w późniejszych wspomnieniach. Dokładne położenie okna, wygląd zaplecza i sposób pokonywania kraty pozostają nieustalone.

Dalszy kierunek ucieczki był dla zbiegów oczywisty. Musieli jak najszybciej przedostać się na niemiecką stronę, a ich naturalnym celem stawał się pobliski Bytom, Gliwice i dalsze terytoria, na których mogli czuć się bezpiecznie.

W pamięci dawnych pracowników okno stało się symbolem całej akcji. Z jednej strony znajdowały się sale chorych i dokumenty. Z drugiej — podwórze, zabudowania gospodarcze i możliwość zniknięcia.

05

Bonfilia, Kubon i zaufane siostry

Takiego przedsięwzięcia nie mógł prowadzić sam ordynator.

Najważniejszą osobą była Bonfilia Siwon. Jako siostra operacyjna i organizatorka znała dyżury, układ budynku, personel oraz stan pacjentów. Mogła zdecydować, kto wejdzie do sali, kiedy wydać ubrania i która część szpitala pozostanie bez nadzoru.

Jej rola wykraczała poza wykonywanie poleceń Urtela. To ona musiała zamienić decyzję lekarza w bezpieczny plan: przygotować ludzi, znaleźć właściwy moment i ograniczyć liczbę wtajemniczonych.

Wspomnienia przypisują aktywną rolę również innym siostrom. Miały zdobywać ubrania, pomagać przy dokumentach, częstować strażników alkoholem i rozładowywać ich karabiny.

Tak ryzykowne i brawurowe akcje wymagały absolutnej dyskrecji. Cała konspiracja opierała się na wąskim, zamkniętym gronie wtajemniczonych, których łączyła codzienna praca i bezwzględne, wzajemne zaufanie.

Należał do niego sanitariusz Kubon. Nie znamy jego imienia, ale relacje przedstawiają go jako człowieka wtajemniczonego w najdelikatniejsze sprawy. Co niezwykle ciekawe, z odnalezionych polskich raportów wojskowych z 9 czerwca 1921 roku wynika, że dr Urtel oficjalnie wnioskował do polskich władz o przydzielenie mu polskiego sanitariusza, aby „mógł łatwiej z rannymi porozumieć”, ponieważ sam nie mówił po polsku. Niewykluczone, że to właśnie z tej inicjatywy w kręgu zaufanych ordynatora pojawił się zaufany łącznik.

Bonfilia i Kubon znali szpital od strony niewidocznej na pocztówkach. Wiedzieli, którędy prowadzą korytarze, kto może zadawać pytania i jak wiele da się ukryć za drzwiami sali chorych.

06

Feltner, Principini i nieznany Francuz

Jednym z nielicznych uciekinierów znanych z nazwiska był Viktor Feltner. Był weteranem I wojny światowej, odznaczonym Krzyżem Żelaznym I i II klasy, który po powrocie z brytyjskiej niewoli wstąpił w 1919 roku do niemieckiej Sicherheitspolizei. Podczas zaciętych walk z polskimi powstańcami dostał się do niewoli i ostatecznie trafił do szpitala w Piaśnikach.

Nie zabawił tam długo. Zbiegł z lecznicy w brawurowy sposób razem z dwoma towarzyszami, a kluczową rolę w zorganizowaniu ich udanej ucieczki do Gliwic odegrał dr Urtel. Pomoc udzielona odznaczonemu niemieckiemu funkcjonariuszowi pokazuje, że szpitalna konspiracja miała wyraźny cel polityczny.

Sam Feltner okazał się człowiekiem twardych zasad. W późniejszych latach z odwagą odmówił wstąpienia do NSDAP, co pokazuje, że jego wcześniejszej służby w policji nie należy utożsamiać z późniejszym nazistowskim aparatem terroru.

W konspiracyjnej siatce wokół szpitala pojawia się również egzotyczna postać włoskiego oficera z alianckiego kontyngentu, nazywanego Principini. Ten oficer Bersaglieri — elitarnej formacji lekkiej piechoty — mieszkał początkowo w Piaśnikach u budowniczego Weltike i szybko nawiązał bliskie relacje z rodziną Urtelów.

Wykorzystując swoją pozycję, Principini stał się cichym protektorem miejscowych Niemców oraz niezwykle cennym i wpływowym współpracownikiem szpitalnego podziemia.

Jeszcze bardziej zuchwałe akcje przypisywano pewnemu oficerowi francuskiemu. Podjeżdżał on pod szpital oficjalnym wozem więziennym i pod mrożącym krew w żyłach pozorem zabierania ludzi na egzekucję wywoził ich w bezpieczne miejsce, umożliwiając im ucieczkę.

Była to niezwykle ryzykowna gra, prowadzona na oczach wartowników. Dowodziła, że dr Urtel i jego zespół potrafili znaleźć sojuszników nawet w szeregach alianckich rozjemców.

Plansza redakcyjna przedstawiająca trzy postacie występujące w późniejszych wspomnieniach. Jedynie Viktor Feltner został dotąd zidentyfikowany z imienia i nazwiska. Sylwetki, pieczęcie i formularze nie są reprodukcjami autentycznych akt ani wizerunków.
07

Napad na dom i ostatnia droga Musialika

Konflikt dotarł również do domu ordynatora.

W 1921 roku uzbrojeni powstańcy wtargnęli do mieszkania Urtelów i przystawili Aenne pistolet do głowy. Walter Urtel miał wymusić na napastnikach przeprosiny, a następnie doprowadzić do wystawienia przed domem ochrony.

W rodzinnej pamięci właśnie ta scena tłumaczyła późniejsze działania ordynatora. Zagrożenie weszło bezpośrednio do jego domu i dotknęło najbliższych mu osób.

Zupełnie inny charakter miała historia lipińskiego proboszcza i archiprezbitera, księdza Wincentego Musialika — w niemieckich relacjach zapisywanego jako Muschallik lub Muschalek. Kierował parafią św. Augustyna od 1901 roku, a więc przez ponad dwie dekady. Gdy w 1922 roku wytyczono nową granicę polsko-niemiecką, kończył się nie tylko pewien porządek polityczny, lecz także świat, w którym Musialik przez lata sprawował władzę duszpasterską.

Konflikt nie rozpoczął się dopiero po jego wyjeździe. Narastał już wcześniej w samych Lipinach, gdzie spór o język nabożeństw, organizacje kościelne i narodową przyszłość miejscowości coraz wyraźniej dzielił również katolików. Przed procesją Bożego Ciała 15 czerwca 1922 roku, wbrew stanowisku proboszcza, z programu usunięto miejscowy, przeważnie niemieckojęzyczny chór św. Cecylii. Na jego miejsce zaproszono polski chór spoza Lipin. Spór o pieśni i oprawę procesji był w rzeczywistości walką o to, kto odtąd będzie nadawał ton życiu parafii.

Jedną z najważniejszych postaci po stronie polskiej był ks. Franciszek Palarczyk — w późniejszym niemieckim wspomnieniu zapisany fonetycznie jako „Palatschek”. Palarczyk był wikariuszem w Lipinach od 1915 roku. Z powodu zdecydowanie propolskiej działalności został czasowo przeniesiony do Szobiszowic, lecz po petycjach polskich organizacji i mieszkańców pozwolono mu wrócić. W okresie plebiscytowym kierował liczącym około trzystu członków Towarzystwem Oświaty im. św. Jacka i pełnił funkcję kapelana powstańczego.

Po podziale Górnego Śląska Palarczyk kilkakrotnie zabiegał o pozostanie w Lipinach w charakterze proboszcza. To właśnie dlatego niemieckie środowisko Musialika mogło widzieć w nim głównego rywala i człowieka dążącego do przejęcia parafii. Późniejsze, jednostronne wspomnienie zarzuciło mu nawet nastawanie na życie starego proboszcza. Takiego oskarżenia nie potwierdzają jednak znane dokumenty. Wiadomo natomiast, że w atmosferze politycznego przełomu wobec Musialika stosowano naciski, a w działaniach przeciwko niemu uczestniczyli miejscowi byli powstańcy.

Ostatecznie parafii nie powierzono Palarczykowi. Po odejściu Musialika jej tymczasowym zarządcą został ks. Karol Wilk, pełniący w latach 1922–1923 funkcję substytuta. Następnie probostwo objął ks. Emanuel Sowa. Palarczyka skierowano natomiast w 1924 roku do Radlina i Biertułtów, gdzie powierzono mu utworzenie nowej parafii.

Musialik opuścił Lipiny i znalazł schronienie po niemieckiej stronie granicy, w Bytomiu. Ciężko chorował na nerki. Jego ostatnim pragnieniem było jednak wrócić do dawnej parafii, umrzeć na jej terenie i spocząć w kościele, z którym związał ponad dwadzieścia lat życia.

W tej historii pojawia się niezwykła klamra. Gdy pół wieku wcześniej podczas budowy kościoła św. Augustyna zabrakło pieniędzy, do ukończenia świątyni zdecydowanie przyczynił się ewangelik August Schmieder, generalny dyrektor Śląskiej Spółki Akcyjnej. Teraz inny protestant, Walter Urtel, podjął ryzyko, aby umierający katolicki ksiądz mógł powrócić do swojej parafii.

Transport odbył się nocą w pobliżu polskiego punktu celnego, nazywanego potocznie „Klottką”. Chorego przewieziono karetką z niemieckiego Bytomia na polską stronę granicy, a następnie ukryto w pierwszym pokoju przy korytarzu prowadzącym do szpitalnej kaplicy.

Bezpośrednio w potajemnym przewiezieniu księdza uczestniczył młody asystent dr Kurt Gebhardt. Na terenie Szpitala Hutniczego pieczę nad chorym sprawowali Walter Urtel, zaufany sanitariusz Kubon oraz przełożona sióstr, Bonfilia Siwon. O obecności Musialika wiedziało jedynie wąskie grono wtajemniczonych.

Finał tej historii rozegrał się dokładnie tak, jak pragnął duchowny. Wincenty Musialik zmarł 15 lipca 1923 roku w Szpitalu Hutniczym w Piaśnikach. Pochowano go nie na przykościelnym cmentarzu, lecz wewnątrz kaplicy Różańcowej kościoła św. Augustyna — świątyni, której parafią kierował przez ponad dwadzieścia lat.

Schemat orientacyjny łączący Bytom, okolice „Klottki”, Szpital Hutniczy w Piaśnikach oraz miejsce pochówku Musialika w Lipinach. Mapa nie odtwarza dokładnego przebiegu trasy.

Był to gest głęboko humanitarny, ale jednocześnie potajemny przerzut człowieka przez strzeżoną granicę i twardy element lokalnej walki o władzę duchowną. Właśnie dlatego historia szpitala i jego zespołu tak bardzo wymyka się prostym, czarno-białym ocenom.

08

Medycyna czy działalność polityczna?

Dotychczasowy obraz szpitala opierał się głównie na powojennych, niemieckich wspomnieniach. Sugerowały one, że personel działał z pełną premedytacją wyłącznie na rzecz własnej, niemieckiej wspólnoty, a polskie otoczenie stanowiło jedynie zagrożenie. Odnalezione oryginalne polskie raporty wojskowe Dowództwa miasta Lipiny z czerwca 1921 roku całkowicie burzą ten jednostronny mit.

Dokumenty te ukazują Waltera Urtela jako lekarza, dla którego przysięga Hipokratesa stała ponad podziałami. Z raportu z 4 czerwca dowiadujemy się, że gdy dr. Urtelowi odgórnie zakazano przyjmowania rannych żołnierzy polskich, ordynator stanowczo sprzeciwił się tej decyzji. Polski dowódca odnotował jego postawę w oficjalnym meldunku:

„[…] bardzo z temi ludźmi współczuje i oświadczył że opieki lekarskiej są bardzo potrzebni.”

Z kolei w dokumencie z 9 czerwca polskie dowództwo wprost chwali niemieckiego lekarza, raportując do komendy powiatowej w Szarleju, że „los naszych żołnierzy leży mu bardzo na sercu i on sam, jest bardzo zdolnym lekarzem”. Zaufanie do ordynatora było po polskiej stronie tak duże, że to właśnie do niego skierowano ofiarę przestępstwa (służącą zgwałconą przez polskiego oficera) w celu przeprowadzenia niezależnej i obiektywnej obdukcji.

Szpital ratował zdrowie i życie, stając się bezpieczną przystanią w ogarniętym chaosem regionie. Urtel i Bonfilia potrafili wzorowo współpracować z nową, polską administracją, co doskonale pokazuje uroczysta szpitalna „Gwiazdka” z 24 grudnia 1930 roku. Niemiecki personel wspólnie z dr. Aleksandrem Ernstem, polskim wikarym katolickim i przedstawicielami Powiatowej Kasy Chorych rozdawał wówczas pacjentom świąteczne podarki.

Gdy opadł bitewny kurz, placówka musiała działać dalej. Zniknęły prowizoryczne miejsca internowania, lecz w ich miejscu pojawiła się twarda granica państwowa. Przecięła ona dotychczasowe trasy tramwajowe, wymusiła codzienne kontrole pasażerów, skomplikowała drogę do bytomskiej szkoły i zawodowe życie niemieckiego personelu.

Dla ludzi dr. Urtela otwierał się zupełnie nowy, jeszcze trudniejszy rozdział.

09

Zapowiedź części trzeciej

CZĘŚĆ 3

KLOTTKA I ZAGINIONY FILM

Granica, rozpad zespołu i pamięć o dawnych Piaśnikach

W ostatnim odcinku:

  • „Klottka” — punkt kontroli, przemytu i codziennych układów;
  • tramwaj między Piaśnikami a Bytomiem;
  • szkolna droga Jürgena Urtela;
  • wydalenie Kurta Gebhardta;
  • zwolnienie Ottona Ulotha;
  • wyjazd Waltera Urtela w 1937 roku;
  • powrót do dawnych placówek po niemieckiej agresji na Polskę;
  • rozpad zespołu po 1945 roku;
  • powojenne losy Bonfilii;
  • zabudowa dawnych ogrodów;
  • zjazd personelu w 1977 roku;
  • film „Krankenhaus Piasniki 1935”, którego los pozostaje nieznany.
10

Przeczytaj również

Bibliografia i źródła Sekcja domyślnie zwinięta — kliknij, aby rozwinąć

Prasa i wspomnienia

  • „Gleiwitzer — Beuthener — Tarnowitzer Heimatblatt”, wybrane numery z lat 1961–1983 (w tym tekst jubileuszowy V. Feltnera ze stycznia 1963 r.).
  • „Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise”, wybrane numery z lat 1955–1966.
  • „Unser Oberschlesien”, wybrane numery z lat 1974 i 1977.
  • „Ostdeutsche Morgenpost”, wydania z 1929 i 1930 roku.
  • „Kurjer Śląski” (dawniej Śląski Głos Poranny), nr 300, z 30 grudnia 1930 roku (relacja z przyszpitalnej Gwiazdki).
  • Wspomnienia dotyczące Aenne Urtel (1971 r.) oraz Kurta Gebhardta, archiprezbitera Wincentego Musialika i ks. Franciszka Palarczyka (E. Lippok, 1972 r.).
  • Nekrolog i biografia Waltera Urtela z 1961 roku oraz teksty dotyczące Bonfilii Siwon.

Dokumenty i rejestry medyczne

  • Spis lekarzy województwa śląskiego z 20 lipca 1932 roku.
  • Sprawozdanie Związku Gospodarczego Lekarzy Polaków Województwa Śląskiego za rok 1933.

Niepublikowane materiały archiwalne

  • Odpisy raportów wojskowych Dowództwa Miasta Lipiny do Komendy Powiatowej w Szarleju z dni: 4, 9 i 11 czerwca 1921 r.

Opracowania i kroniki

  • H. Moecke, Chronik der Industriegemeinde Lipine O/S, Kreis Kattowitz, bis zum Jahre 1941 einschließlich, Oppeln 1941.
  • Krzysztof Brożek, Polscy lekarze na Górnym Śląsku i Śląsku Cieszyńskim od końca XIX do połowy XX wieku, Katowice 2009.
  • Leonard Smołka, Palarczyk Franciszek, [w:] Słownik biograficzny katolickiego duchowieństwa śląskiego XIX i XX wieku, red. M. Pater, Katowice 1996.
  • Henryk Gwóźdź, Udział duchowieństwa śląskiego w akcji plebiscytowej i powstaniach 1919–1921, „Śląskie Studia Historyczno-Teologiczne”, t. 15, 1982.
  • Andrzej Michalczyk, Heimat, Kirche und Nation. Deutsche und polnische Nationalisierungsprozesse im geteilten Oberschlesien 1922–1939, Köln–Weimar–Wien 2011.
  • E-ncyklopedia wiedzy o Kościele katolickim na Śląsku (silesia.edu.pl), hasła: Palarczyk Franciszek (1887–1961) oraz Parafia św. Augustyna w Lipinach.

Materiały ikonograficzne

  • pocztówka przedstawiająca dawną Schulstraße, Szkołę I i ochronkę sióstr boromeuszek;
  • fotografia wnętrza Gościńca Hutniczego w Lipinach z podpisem „Inh. W. Angel”;
  • pocztówka przedstawiająca Gościniec Hutniczy przy dawnej Kronprinzenstraße;
  • fotografie i pocztówki przedstawiające Szpital Hutniczy w Piaśnikach.

Relacje ustne

  • wspomnienie mieszkanki (Grażyny Perrier-Klosek) dotyczące budynku Turmhausu i jego otoczenia.

Artykuły uzupełniające

  • „Mroczna historia Lipin i Chropaczowa”.
  • „Lipiny. Narodziny dzielnicy przemysłowej 1780–1939”.

Poprzednia część cyklu

  • „Szpital z wieżyczką. Jak przemysł stworzył medyczne centrum Piaśnik”.
Szpital na pograniczu · część 2 z 3
0
0

Read more

Grafika wyróżniająca artykuł Szpital na pograniczu, część 1: Szpital z wieżyczką

SZPITAL NA POGRANICZU cz1. · Piaśniki, Lipiny i ludzie dr. Waltera Urtela

CZĘŚĆ 1
SZPITAL NA POGRANICZU · Piaśniki, Lipiny i ludzie dr. Waltera Urtela

Szpital z wieżyczką

Jak przemysł stworzył medyczne centrum Piaśnik

Część 1Część 2Część 3

Na dawnych fotografiach Szpital Hutniczy w Piaśnikach wygląda niemal reprezentacyjnie. Długi ceglany gmach, wysokie okna, ogród i wieżyczka górująca nad okolicą tworzyły sylwetkę dobrze znaną mieszkańcom Piaśnik i Lipin.

Dziś wieżyczki już nie ma. Dawne ogrody częściowo zabudowano, a pobliski Turmhaus, w którym przyjmował pacjentów dr Walter Urtel, ustąpił miejsca marketowi. Zniknęła także granica polsko-niemiecka, która po 1922 roku przecięła drogi, tory i codzienne życie mieszkańców.

Pozostały fotografie, nekrologi i wspomnienia. Wiele opublikowano po wojnie w niemieckiej prasie ziomkowskiej. Są cenne, lecz stronnicze: pokazują Górny Śląsk przede wszystkim jako utraconą niemiecką ojczyznę. Dlatego trzeba oddzielać nazwiska, daty i miejsca od ocen dopisanych po latach.

W centrum tej historii stoją dwie osoby. Walter Urtel — ceniony chirurg, silny organizator i człowiek niemieckiego środowiska. Oraz Bonfilia Siwon — siostra operacyjna, przełożona i osoba, która znała szpital od środka lepiej niż ktokolwiek.

Zanim placówka zaczęła ukrywać ludzi i fałszować dokumentację, była przede wszystkim dzieckiem przemysłu.

Spis treści
  1. Gmach, który górował nad Piaśnikami
  2. Szpital zrodzony z przemysłu
  3. Walter Urtel obejmuje placówkę
  4. Chirurg, który nie lubił ustępować
  5. Bonfilia Siwon — szpital od środka
  6. Dom ordynatora i codzienność wokół szpitala
  7. Turmhaus — dom, którego już nie ma
  8. Granica przecina dawny świat
  9. Zapowiedź części drugiej
  10. Przeczytaj również
  11. Bibliografia i źródła
01

Gmach, który górował nad Piaśnikami

Na starych pocztówkach pojawiają się różne podpisy: Lipine O.-S. — Lazarett, Hüttenkrankenhaus Piasniki, Szpital Hutniczy w Piaśnikach. Nazwy zmieniały się zależnie od języka i wydawcy, ale chodziło o ten sam kompleks medyczny związany z przemysłowymi Lipinami.

Dzięki wzmiankom w ówczesnej prasie, m.in. w „Ostdeutsche Bau Zeitung”, wiemy, że budowę okazałego gmachu głównego rozpoczęto w 1905, a ukończono w 1906 roku. Wcześniej w tym miejscu stała już przyszpitalna kaplica i apteka. Budynek wzniesiono w stylu neorenesansu północnego. Był długi, ceglany, z centralnym ryzalitem, a nad rzędami wysokich okien wznosiła się czworoboczna wieżyczka ze stromym hełmem. Nie znamy jej dokładnej funkcji ani daty usunięcia. Mogła zniknąć z powodu szkód górniczych, wojny lub powojennych przebudów, które zatarły zabytkowy charakter obiektu.

Przed szpitalem rozciągał się ogród. W głębi znajdowały się kolejne skrzydła i zabudowania gospodarcze. Placówka działała jak niewielki samodzielny organizm. Główny gmach mieścił początkowo oddział męski, natomiast oddział kobiecy, liczący zaledwie 10 łóżek, usytuowano w jednokondygnacyjnym budynku z tyłu. Początkowo szpital mógł przyjąć 75 pacjentów, jednak w 1927 roku placówkę rozbudowano, adaptując m.in. dawną kotłownię.

Szpital Hutniczy w Piaśnikach na dawnej pocztówce z początku XX wieku. Charakterystyczna wieżyczka przez dziesięciolecia określała sylwetkę całego kompleksu.
02

Szpital zrodzony z przemysłu

Piaśniki nie stały się ośrodkiem medycznym przypadkiem. Najpierw powstały huty, kopalnie, walcownie i osiedla robotnicze. Za nimi przyszły szkoły, wodociągi, kościoły i szpital.

W 1853 roku we Wrocławiu utworzono Śląską Spółkę Akcyjną dla Górnictwa i Hutnictwa Cynku, znaną jako S.A.G. lub Schlesag. Cztery lata później rozpoczęła się budowa kolonii Piaśniki. Spółka wznosiła mieszkania, obiekty administracyjne i zaplecze dla zakładów (główny kompleks zarządu mieszkańcy nazywali „Zamkiem”). To właśnie z funduszy hutniczych, w odpowiedzi na dramatyczne warunki sanitarne i wysoką śmiertelność na Śląsku, narodziła się potrzeba stworzenia profesjonalnej opieki medycznej, uwieńczona na początku XX wieku budową nowoczesnego szpitala.

Początki opieki medycznej w tym rejonie sięgają lat 60. XIX wieku, kiedy to Hutnicza Spółka Bracka ufundowała pierwszy, mniejszy szpital w Lipinach. Przełom nastąpił jednak w 1907 roku. Jak odnotowano w kronikach Zgromadzenia Sióstr Boromeuszek, placówkę przeniesiono wówczas do nowego, okazałego gmachu w Piaśnikach. Głównym powodem relokacji, oprócz palącej potrzeby zwiększenia liczby łóżek, była konieczność ucieczki przed trującymi wyziewami i negatywnym wpływem pobliskich hut cynku. Różnica w skali była drastyczna: stary obiekt w Lipinach w 1896 roku miał zaledwie 50 łóżek, podczas gdy nowy szpital w Piaśnikach już w 1908 roku dysponował 86 miejscami dla chorych.

Oryginał niemiecki
Tłumaczenie polskie
Historyczny prequel do historii medycznego zagłębia. Fragment kroniki (oryginał i polskie tłumaczenie) dokumentujący funkcjonowanie tzw. „Starego Lazaretu” w Lipinach. Ośrodek ten działał do 1906 roku, kiedy ciężar opieki medycznej ostatecznie przejął nowocześniejszy kompleks w Piaśnikach. Kliknij wybraną miniaturę, aby ją powiększyć.
Szpital Hutniczy w Piaśnikach na pocztówce opisanej „Lipine O.-S. — Lazarett”. Ujęcie pokazuje nie tylko główny gmach z charakterystyczną wieżyczką, lecz także dalsze zabudowania.

Szpital był częścią tego samego systemu. Miał leczyć ludzi pracujących przy piecach, maszynach, szybach i walcach. Urazy, oparzenia, zatrucia i choroby płuc należały do przemysłowej codzienności. Rozmiar placówki stale rósł — z początkowych 75 miejsc do aż 136 łóżek wykazanych w polskim sprawozdaniu urzędowym z 1934 roku. Sam dr Urtel zdefiniował później swój szpital mianem „miejsca naukowego starcia z chorobami cynkowymi i ołowianymi”. Nie były to puste słowa — to właśnie tutaj, w latach 1932–1935, jego asystent, dr Stefan Strumieński (urodzony w Brodach oficer rezerwy i wszechstronnie wykształcony lekarz władający czterema językami), prowadził pionierskie badania nad ołowicą i toksykologią cynku wśród robotników hut „Silesia”.

Bieżąca prasa z lat 1907–1941 pokazuje, że lecznica szybko wyrosła poza rolę zakładowego szpitala dla robotników jednej spółki. Trafiali tu poszkodowani z Lipin, Świętochłowic, Chropaczowa, Łagiewnik, Chorzowa, Nowej Wsi, Huty Zgoda, a nawet z Gliwic po niemieckiej stronie granicy. Były wśród nich ofiary ciężkich wypadków hutniczych, drogowych i tramwajowych, dzieci z oparzeniami i amputacjami urazowymi oraz osoby ranne podczas napaści. Nie był to „SOR” w dzisiejszym znaczeniu, ale ważny regionalny ośrodek leczenia ciężkich urazów i stanów nagłych.

Opieka medyczna miała także wymiar gospodarczy. Przedsiębiorstwo pomagało robotnikom, ale jednocześnie chroniło własną siłę roboczą i wiązało ludzi z zakładem.

Szersze tło przemian Lipin i Piaśnik opisałem w artykule „Lipiny. Narodziny dzielnicy przemysłowej 1780–1939”:

Przejdź do artykułu uzupełniającego

Bez gwałtownej industrializacji nie byłoby tak rozbudowanej placówki. Nie powstałoby też środowisko medyczne, które później stworzyli Urtel i Bonfilia.

03

Walter Urtel obejmuje placówkę

Walter Urtel urodził się 25 stycznia 1886 roku w Katzow (pol. hist. Kaczów) na Pomorzu Przednim. Studiował medycynę w Greifswaldzie (po. hist. Gryfia), a następnie pracował jako asystent profesora Tietza we Wrocławiu. Dopiero później przyjechał na Górny Śląsk, gdzie podjął pracę w Szpitalu Spółki Brackiej w Bielszowicach pod kierunkiem dr. Ottona Ulotha.

Tam poznał Aenne Dieffenbach, siostrzenicę Ulotha. Pobrali się w 1913 roku. Mieli dwóch synów: Waltera i Jürgena.

W czasie I wojny światowej Urtel służył na froncie zachodnim jako lekarz sztabowy (Stabsarzt). Późniejszy nekrolog przypisywał mu kierowanie lazaretem polowym i pracę pod Verdun. Wojnę zakończył jako doświadczony chirurg, odznaczony Krzyżem Żelaznym I i II klasy.

Stanowisko ordynatora Szpitala Hutniczego w Piaśnikach objął dokładnie 15 sierpnia 1919 roku. Jak sam wspominał po latach, konkurencja w regionie przemysłowym była ogromna — wybrano go spośród 98 kandydatów ubiegających się o tę posadę.

Był to moment szczególny. Cesarstwo Niemieckie upadło, odrodziło się państwo polskie, a przyszłość Górnego Śląska pozostawała nierozstrzygnięta. Szpital nie mógł jednak przerwać pracy. Nadal przyjmował robotników, dzieci, kobiety, rannych i przewlekle chorych.

Urtel miał za sobą front. Był przyzwyczajony do szybkich decyzji, dyscypliny i kierowania zespołem. W Piaśnikach otrzymał placówkę, którą mógł urządzić według własnych zasad.

Z czasem jego pozycja wykraczała poza jeden szpital. W 1927 roku powierzono mu również placówkę w Wirku, a źródła wiążą go także z Nowym Bytomiem. Stał się ważną postacią niemieckiego środowiska medycznego w regionie.

04

Chirurg, który nie lubił ustępować

Największą renomę Urtel zdobył jako chirurg, szczególnie dzięki operacyjnemu leczeniu wola. W czasach, gdy zabiegi tarczycy wciąż należały do trudnych i ryzykownych, doświadczenie operatora miało ogromne znaczenie.

Późniejsze niemieckie wspomnienia przedstawiały go jako specjalistę znanego daleko poza Piaśnikami. W tych ocenach widać część budowanej po wojnie legendy, ale jego silna pozycja zawodowa nie budzi większych wątpliwości.

W 1930 roku włączył się w publiczny spór o eksperymentalną metodę leczenia gruźlicy profesora Friedmanna. Na łamach „Ostdeutsche Morgenpost” krytykował podawanie żywych prątków i bronił odpowiedzialności lekarza za wybór terapii.

Tytuł jego odpowiedzi brzmiał: „Czy lekarzowi wolno eksperymentować?”.

Polemika pokazuje człowieka pewnego swoich racji i gotowego wystąpić przeciw uznanemu autorytetowi. Ta cecha pomagała mu kierować szpitalem, ale mogła też prowadzić do konfliktów.

Urtel nie był postacią neutralną. Należał do niemieckiej warstwy zawodowej, która przed podziałem regionu zajmowała uprzywilejowaną pozycję. Kiedy walka o Górny Śląsk weszła do szpitala, jego lojalność miała wyraźny kierunek.

Dr Walter Urtel, wieloletni kierownik Szpitala Hutniczego w Piaśnikach. Cyfrowa rekonstrukcja postaci w gabinecie lekarskim, opracowana na podstawie zachowanego materiału ikonograficznego. Grafika nie jest oryginalną fotografią z epoki.
05

Bonfilia Siwon — szpital od środka

Kiedy w 1919 roku dr Walter Urtel obejmował kierownictwo nad placówką, zastał tam zespół sióstr o ogromnym doświadczeniu. Boromeuszki posługiwały w hutniczym szpitalu już od lat 60. XIX wieku (oficjalne schematyzmy zgromadzenia podają rok 1865). Zanim nastała epoka Urtela, siostry miały za sobą dziesięciolecia heroicznej walki w ekstremalnie trudnych warunkach przemysłowych, niosąc pomoc mieszkańcom m.in. podczas wybuchu paniki wywołanej ospą w 1871 roku oraz w trakcie ciężkich nawrotów epidemii tyfusu pod koniec lat 70. XIX wieku. Ich późniejsza, międzywojenna działalność charytatywna pod okiem siostry Bonfilii była bezpośrednią kontynuacją tej wieloletniej misji zakonu, którego siostry były kierowane do Piaśnik z domu macierzystego w Cieszynie.

Walter Urtel kierował placówką, ale nie utrzymałby jej w ruchu bez ludzi znających każdy oddział, dyżur i magazyn. Najważniejszą z tych osób była siostra Bonfilia Siwon.

Urodziła się 23 kwietnia 1885 roku i należała do Zgromadzenia Sióstr Boromeuszek. Według nekrologu podczas I wojny światowej służyła w sanitariacie frontowym. To samo źródło przypisywało jej Krzyż Żelazny I klasy — co jest informacją niezwykłą, wymagającą potwierdzenia.

W Piaśnikach pracowała jako siostra operacyjna, lecz jej rola była znacznie szersza. Organizowała pracę sióstr, znała potrzeby oddziałów, pilnowała zaopatrzenia i miała bezpośredni kontakt z pacjentami. Wspomnienia nazywały ją prawą ręką Urtela, ale była przede wszystkim samodzielną organizatorką.

Wiedziała, kto ma dyżur, gdzie można znaleźć ubrania, które pomieszczenie pozostaje puste i komu można zaufać. Pacjenci oraz świeccy pracownicy mieli zwracać się do niej także w sprawach osobistych. Była przełożoną, powiernicą i strażniczką szpitalnego porządku.

Wraz z Urtelem i polskimi instytucjami organizowała pomoc dla chorych i najuboższych. Działania te miały miejsce w samym środku potężnego kryzysu gospodarczego – w latach 1929–1934 liczba bezrobotnych na Śląsku potroiła się, przekraczając 100 tysięcy osób, co wpędzało rodziny robotnicze w skrajną biedę. Z powojennych wspomnień wiemy o potajemnym zakupie przez ordynatora ścinków materiału z łódzkiej fabryki, z których szyto odzież. Polska prasa („Kurjer Śląski”) w grudniu 1930 roku donosiła też, że staraniem sióstr miłosierdzia zorganizowano w szpitalu uroczystą Gwiazdkę z podarkami. Z tą działalnością pomocową wiąże się urocza lokalna anegdota – w ramach wdzięczności dwaj górnicy przynieśli doktorowi w prezencie zamarzniętą gęś. Jak głosiły lokalne plotki, ptak miał zostać potajemnie „zabrany” z okna jednego z domów przy Kopalni Śląsk (Schlesiengrube).

Jej wiedza o szpitalu miała później okazać się bezcenna. Gdy część personelu zaczęła ukrywać ludzi, potrzebna była nie tylko zgoda lekarza, lecz także ktoś, kto potrafił bezpiecznie przeprowadzić ich przez codzienny rytm placówki.

06

Dom ordynatora i codzienność wokół szpitala

Rodzina Urtelów mieszkała przy szpitalu — zgodnie z ówczesnym zwyczajem naczelny lekarz zajmował reprezentacyjny parter w budynku sąsiadującym z głównym gmachem lecznicy. Jürgen Urtel zapamiętał duży dom otoczony częściowo zdziczałym ogrodem. Rosły tam kasztanowce, lipy, bzy i jaśmin. W pobliżu znajdował się park z kortami tenisowymi.

Ten obraz wyraźnie różni się od robotniczych podwórek Lipin. Pokazuje uprzywilejowaną pozycję ordynatora i jego rodziny. Urtelowie żyli w przemysłowej miejscowości, ale nie tak samo jak większość jej mieszkańców.

W domu pracowała kucharka Müller z Lipin. Relacje ordynatora z pracownikami wykraczały poza sztywne ramy — co roku z okazji jego urodzin pod domem grała dla niego zakładowa orkiestra hutnicza, a siostry zakonne i personel przygotowywali dla niego specjalne pieśni i kanony. Wspomnienia zachowały też bale kostiumowe i drobne anegdoty z życia towarzyskiego.

W jednej Urtel występował jako Król Drozdbrody. W innej pojawiał się dr Busse, lekarz określany jako komunista, zatrzymany przez polską policję w drodze na bal.

Te sceny pokazują środowisko, w którym Niemcy, Polacy i Ślązacy pracowali obok siebie, zanim polityka podporządkowała sobie niemal każdą relację. Potwierdza to wspomniana przyszpitalna „Gwiazdka” z 1930 roku – przy pacjentach i siostrach zakonnych stanęli ramię w ramię: ewangelik dr Urtel, dr Aleksander Ernst (kierujący sąsiednim, liczącym 120 łóżek Szpitalem Hutniczym w Nowej Wsi — czyli w dzisiejszym Wirku, dzielnicy Rudy Śląskiej), miejscowy katolicki ksiądz wikary oraz polski przewodniczący Powiatowej Kasy Chorych.

Szpitalny kompleks nie był zresztą wyłącznie zamkniętą twierdzą medyczną, ale pełnił również ważną funkcję społeczno-duchową dla okolicznych mieszkańców. Zanim w 1938 roku w Piaśnikach powstała samodzielna parafia, to właśnie przyszpitalna kaplica służyła lokalnej społeczności. Szpitalna kostnica i dziedziniec stanowiły też miejsce pożegnań – to stąd w 1926 roku wyruszył kondukt żałobny po zmarłej na dyżurze siostrze Apolinarii, wieloletniej pracownicy lecznicy.

Placówka na wskroś wrosła w Piaśniki. Jak donosiła ówczesna prasa, gdy konduktorzy tramwajów jadących w stronę Bytomia zapowiadali ten przystanek, budziło to u pasażerów jednoznaczne skojarzenie z lecznicą. Z kolei okoliczni mieszkańcy nazywali ordynatora „Cudownym Doktorem” (Wunderdoktor), co samemu Urtelowi – jako człowiekowi ścisłej nauki – miało nie do końca odpowiadać. Personel na co dzień mijał się z pacjentami w sklepach i na ulicach. Narastające narodowościowe napięcie nie mogło jednak zatrzymać się przed szpitalną bramą.

07

Turmhaus — dom, którego już nie ma

Z Urtelem wiązał się również Turmhaus, czyli Dom z wieżą. Stał przy ważnym skrzyżowaniu w Piaśnikach, blisko przystanków tramwajowych. Dziś w tym miejscu znajduje się market, a w sąsiedztwie działa stacja paliw.

Panorama Piaśnik wykonana w 1979 roku z budowanego wieżowca [przy ulicy Chorzowskiej]. W prawej części fotografii, wśród drzew, widoczny jest jeszcze Turmhaus – na krótko przed jego wyburzeniem. W tle rozciąga się przemysłowy krajobraz oraz powstające osiedla mieszkaniowe. (Zdjęcie ze zbiorów J. Nowaka / fotopolska.eu)

Budynek miał dwa skrzydła mieszkalne i wysoką, kwadratową wieżę. Wcześniej mieszkała tam nauczycielska rodzina Lissek. Później Urtel prowadził w Turmhausie prywatną praktykę.

Powojenny wygląd domu znamy z relacji mieszkańca z lat 1958–1980. Frontowe wejście od strony przystanku zamurowano. Do środka wchodziło się od podwórza. W holu leżały czarno-białe kafelki, a przy schodach biegła drewniana poręcz — po śląsku „gelynder”. Na podwórku stały chlewiki, a za nimi znajdował się drugi plac z trzema dużymi drzewami.

Na jednej z fotografii widnieje napis: „DO ROZBIÓRKI 1980”. Wkrótce Turmhaus zniknął.

Turmhaus, czyli Dom z wieżą, przy skrzyżowaniu dzisiejszych ulic Bytomskiej i Chorzowskiej. Na elewacji widoczny jest napis „DO ROZBIÓRKI 1980”. Budynek wkrótce wyburzono; dziś w tym miejscu znajduje się market.

Dla historii Piaśnik to bardzo ważna lokalizacja. Nie mówimy tu o zapomnianym punkcie na starej mapie, ale o ruchliwym skrzyżowaniu, przez które do dziś toczy się codzienne życie miasta.

08

Granica przecina dawny świat

W 1922 roku Lipiny, Piaśniki i Świętochłowice znalazły się w Polsce. Bytom pozostał w Niemczech.

Granica przecięła drogi, kolej, tramwaje, miejsca pracy i rodzinne kontakty. Zarząd Schlesag przeniesiono z Piaśnik do Bytomia, a miejscowość straciła część wcześniejszego znaczenia administracyjnego.

Szpital został po polskiej stronie. Zostali w nim także Urtel, Bonfilia i część niemieckiego personelu.

Od tej chwili niemiecki ordynator kierował placówką w państwie polskim. Jego syn Jürgen uczył się najpierw w niemieckiej szkole mniejszościowej w Lipinach, a od 1928 roku dojeżdżał do bytomskiej Oberrealschule, zwanej „Tuschkasten”. Każdy dzień szkolny oznaczał przekroczenie granicy.

Tramwaj na granicy między Piaśnikami a Bytomiem około 1932 roku. Fotografia dobrze pokazuje, jak po podziale Górnego Śląska granica przecinała codzienne szlaki komunikacyjne mieszkańców, w tym także linię tramwajową.

Historię tej szkoły opisałem szerzej w artykule „Tuschkasten — bytomska Oberrealschule w 1928 roku”:

Przejdź do artykułu uzupełniającego

Dla personelu szpitalnego podział regionu oznaczał więcej niż odprawy i dokumenty. Zmieniały się przepisy, administracja i układ sił. Niemieckie środowisko medyczne musiało działać w państwie, które budowało własne kadry i instytucje.

Urtel nie stał ponad konfliktem. Źródła pokazują go jako człowieka mocno związanego z niemiecką wspólnotą i gotowego działać w jej interesie.

Szpital dawał do tego szczególne możliwości. Lekarz mógł zdecydować, że zatrzymany człowiek wymaga leczenia. Personel kontrolował dokumentację, sale i zaplecze gospodarcze. Bonfilia wiedziała, kto pełni dyżur i którędy można przejść bez zwracania uwagi.

W kolejnej części medycyna przestanie być tylko leczeniem.

Na papierze niektórzy pacjenci mieli umrzeć. W rzeczywistości szpital przygotowywał dla nich ubrania, dokumenty i drogę wyjścia.

09

Zapowiedź części drugiej

CZĘŚĆ 2

LUDZIE, KTÓRZY UMIERALI NA PAPIERZE

Konspiracja w Szpitalu Hutniczym w Piaśnikach

W następnym odcinku:

  • miejsca internowania w Szkole nr 1 i Hüttengasthausie w Lipinach;
  • propagandowe określenie „polnisches KZ”;
  • fałszowane karty gorączkowe;
  • pacjenci uznawani za zmarłych;
  • okno przy przyszpitalnym chlewiku;
  • Bonfilia, Kubon i siostry uczestniczące w działaniach konspiracyjnych;
  • ucieczka Viktora Feltnera;
  • włoski oficer i nieznany Francuz;
  • napad na dom Urtelów;
  • nocny powrót archiprezbitera Musialika.
10

Przeczytaj również

Bibliografia i źródła Sekcja domyślnie zwinięta — kliknij, aby rozwinąć

Prasa, opracowania i materiały źródłowe

  • „Kattowitzer Zeitung”, wydania z 9 stycznia 1929 r., 25/26 stycznia 1936 r., 28 stycznia 1936 r., 25/26 września 1937 r. (oraz nekrolog s. Apolinarii z września 1926 r.).
  • „Gleiwitzer — Beuthener — Tarnowitzer Heimatblatt”, wybrane numery z lat 1961–1983.
  • „Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise”, wybrane numery z lat 1955–1966.
  • „Unser Oberschlesien”, numery z 1974 i 1977 roku.
  • „Ostdeutsche Morgenpost”, wydania z lutego i marca 1930 roku.
  • „Ostdeutsche Bau-Zeitung”, wydanie z 28 czerwca 1905 roku (informacje o budowie gmachu szpitala).
  • „Kurjer Śląski” (dawniej Śląski Głos Poranny), nr 300, z 30 grudnia 1930 roku (relacja z przyszpitalnej Gwiazdki).
  • Archiwum Sióstr Boromeuszek w Mikołowie (Kronika domu Lipiny/Piaśniki szpital miejski, schematyzmy zgromadzenia).
  • Krzysztof Brożek, „Polscy lekarze na Górnym Śląsku i Śląsku Cieszyńskim od końca XIX do połowy XX wieku”, Katowice 2009.
  • Sprawozdanie Związku Gospodarczego Lekarzy Polaków Województwa Śl. za rok 1934.
  • Opracowanie Krömera z 1941 roku dotyczące rozwoju Lipin i Piaśnik.
  • Wspomnienia i nekrologi dotyczące Waltera Urtela, Aenne Urtel, Bonfilii Siwon, Ottona Ulotha, Kurta Gebhardta, Hedwig Lissek i Jürgena Urtela.
  • Lokalne opracowania historyczne i monografie cytowane za archiwum społecznościowym „Świętochłowice dawno temu”.
  • Encyklopedia Pomorza Zachodniego (pomeranica.pl), hasło: Stefan Strumieński.

Materiały ikonograficzne

  • fotografie Szpitala Hutniczego w Piaśnikach oraz pocztówka „Lipine O.-S. — Lazarett”;
  • fotografia Turmhausu z napisem „DO ROZBIÓRKI 1980”;
  • portret dr. Waltera Urtela z 1925 roku (archiwum prywatne Heiko W. H. Urtela).

Relacje ustne

  • wspomnienie mieszkanki (Grażyny Perrier-Klosek) z lat 1958–1980 dotyczące wnętrz i otoczenia Turmhausu.

Artykuły uzupełniające

  • „Lipiny. Narodziny dzielnicy przemysłowej 1780–1939”.
  • „Tuschkasten — bytomska Oberrealschule w 1928 roku”.
  • „Lipiny i Chropaczów — jak przemysł stworzył miasto z dymu”.

Poprzednie części cyklu

  • Jest to pierwsza część cyklu „Szpital na pograniczu”.
Szpital na pograniczu · część 1 z 3
1
0

Read more

Kolorowy szkic w stylu vintage z napisem "Imperium Ballestremów od kuchni" i datami 1859–1939. Przedstawia symboliczne połączenie wieży szybowej kopalni z dymiącymi kominami huty, a na pierwszym planie drewniane biurko z mapami.

Imperium Ballestremów od kuchni. Jak zabrzańskie kopalnie przejęły śląskiego giganta?

Śledztwo archiwalne · Zabrze / Gliwice / Ruda

Imperium Ballestremów od kuchni. Jak zabrzańskie kopalnie przejęły śląskiego giganta?

zakres: 1859–1939 temat: przemysł ciężki · fuzje · architektura przemysłowa postaci: dr inż. Kurt Repetzki, hrabia Nikolaus von Ballestrem

W 1981 roku na łamach prasy ukazała się żarliwa obrona dziedzictwa Ballestremów i ich inwestycji społecznych w Rokitnicy. Jej autorem był dr inż. Kurt Repetzki – człowiek, który w latach 30. XX wieku zawiadywał ruchem kopalń „Abwehr” i „Concordia”. Podążając jego śladem i wczytując się w archiwalne wycinki prasowe, odkrywamy fascynującą historię o tym, jak lokalne gwarectwo węglowe wciągnęło w swoje struktury hutniczego kolosa.

Złoty wiek cynku i trudne decyzje (Carlshütte)

Zanim Ballestremowie stworzyli potęgę węglową wokół dzisiejszego Zabrza, ich majątek opierał się na fundacjach pamiętających pierwszą połowę XIX wieku. To właśnie w ich dobrach w Pławniowicach i Rudzie swoje pierwsze szlify jako aktuariusz zdobywał młody Karol Godula.

Jednym z filarów ich wczesnego przemysłu była rudzka huta cynku Carlshütte. Archiwalne statystyki ukazują jej imponującą efektywność:

  • W 1859 roku huta posiadała 36 pieców destylacyjnych, zatrudniała 196 robotników i wyprodukowała 27 383 centnarów surowego cynku.
  • W 1860 roku, utrzymując tę samą liczbę pieców i przetwarzając ponad 195 tys. centnarów wsadu, produkcja wzrosła do ponad 29 tys. centnarów (około 1490 ton) cynku, co dawało średni uzysk na poziomie 14,8%.
Szkic przedstawiający XIX-wieczną hutę cynku na Górnym Śląsku z dymiącymi kominami i długimi rzędami ceglanych pieców destylacyjnych.
Grafika 1. Przemysłowa Ruda w dobie świetności produkcji cynku (wizualizacja).

Wszystko zmieniło się wraz z kryzysem lat 70. i 80. XIX wieku. Spadek cen cynku oraz konieczność przestawienia się z galmanu na trudniejszą w obróbce blendę cynkową wymusiły gigantyczne inwestycje kapitałowe. Ballestremowie zdecydowali się wówczas na wydzierżawienie zakładu potężnemu kapitałowi księcia Hugo zu Hohenlohe – układ ten obowiązywał już w 1887 roku. Dzierżawa trwała przez kolejne dekady, a w 1905 roku Carlshütte funkcjonowała w ramach skonsolidowanej spółki akcyjnej Hohenlohe-Werke AG.

Krwiobieg imperium: 25 kilometrów kolei piaskowej

Rozwój górnictwa pod gęsto zabudowanymi miastami, takimi jak Zabrze, groził katastrofą budowlaną. Receptą na uniknięcie szkód na powierzchni stała się innowacyjna podsadzka płynna (Spülversatz), promowana m.in. przez dyrektora generalnego Ballestremów, Franza Pielera. Aby jednak system zadziałał, potrzebne były olbrzymie ilości piasku.

Hrabia Nikolaus von Ballestrem połączył siły z zarządem dóbr A. Borsiga, inicjując projekt o niespotykanym dotąd rozmachu. W latach 1909–1913 wybudowano 25-kilometrową normalnotorową linię kolejową, która połączyła piaskownie w Dzierżnie/Sersnie (pod Pyskowicami) z Kuźnicą Rudzką.

Fakty finansowe: Koszt samego wykupu gruntów i wywłaszczeń wyniósł ponad 1,85 miliona marek w złocie, a park maszynowy pochłonął kolejne 1,28 miliona.
Zabytkowy parowy pociąg towarowy ciągnący długi skład wagonów samowyładowczych wypełnionych żółtym piaskiem przez otwarty teren.
Grafika 2. Kolej piaskowa (Sandbahn) jako logistyczne serce śląskich kopalń (wizualizacja).

Gdy 1 października 1913 roku uruchomiono ten „krwiobieg”, była to największa kolej piaskowa na Górnym Śląsku, zasilająca bezpośrednio kopalnie Castellengo-Abwehr w Rokitnicy i Mikulczycach oraz Ludwigsglück i Hedwigwunsch w Zabrzu.

Podział Śląska, wielka fuzja i przeprowadzka (1922–1928)

Podział Górnego Śląska rozerwał dawne gospodarcze więzi. Przedsiębiorstwa chcące kontynuować produkcję w niemieckiej części regionu przenosiły swoje zarządy do Gliwic. To właśnie pod adres Markgrafenstr. 2 w Gliwicach przeniesiono dyrekcję dóbr hrabiego von Ballestrema oraz główny zarząd gwarectwa Castellengo-Abwehr.

W tych właśnie gabinetach, w maju 1927 roku, domknięto jedną z największych fuzji w regionie. Powołano do życia oficjalnie zjednoczony związek Gewerkschaft Castellengo-Abwehr. Struktura nowej spółki była imponująca – połączyła ona w jeden organizm kopalnię „Abwehr” (wniesioną przez Donnersmarckhütte A.-G.), dawnych udziałowców kopalni „Castellengo” oraz koncern hutniczy Vereinigte Oberschlesische Hüttenwerke AG (VOH). Na czele tej konsolidacji stanął dyrektor generalny Pieler.

Szach-mat na rynku hutniczym (1932)

Sama spółka Vereinigte Oberschlesische Hüttenwerke AG (VOH, potocznie „Oberhütten”) była gigantem powstałym z połączenia dawnych zakładów Hegenscheidta, Caro, Huldschinsky’ego oraz potężnego Oberbedarf. Wydawało się, że ten stalowy kolos będzie funkcjonował niezależnie.

Potężna, stalowa wieża szybowa kopalni węgla kamiennego górująca nad zespołem tradycyjnych, ceglanych budynków robotniczych.
Grafika 3. Kopalnia Castellengo – centrum nowego imperium węglowego (wizualizacja).

Tymczasem w 1932 roku doszło do ostatecznego przetasowania: węglowy związek Gewerkschaft Castellengo-Abwehr z Gliwic wykupił pakiet większościowy (Kapitalmehrheit) w koncernie „Oberhütten”. W ten sposób kopalnie zyskały kontrolę nad hutami. Z urzędowych rejestrów z 1936 roku dowiadujemy się o strukturze tego giganta w terenie:

Trzy kopalnie w jednym układzie zarządzania
Na podstawie wykazu zachodniogórnośląskich zakładów przemysłowych według stanu z 1936 roku.
ZakładMiejsceStatus w strukturzeKadra techniczna
Castellengo-GrubeRokitnicaWłasność Gewerkschaft Castellengo-AbwehrDr inż. Breuer jako dyrektor ruchu; dr inż. Kurt Repetzki jako zastępca dyrektora technicznego
Abwehr-GrubeMikulczyceWłasność Gewerkschaft Castellengo-AbwehrDr inż. Kurt Repetzki jako kierownik ruchu
Concordia-GrubeZabrze / HindenburgFormalnie własność VOH, dzierżawiona i zarządzana operacyjnie przez Castellengo-AbwehrDr inż. Kurt Repetzki w kierownictwie ruchu; techniczny nadzór grupy: Oberbergwerkdirektor Lonsdorfer
  • Castellengo-Grube (Rokitnica): Zastępcą kierownika ruchu był tu dr inż. Kurt Repetzki.
  • Abwehr-Grube (Mikulczyce): Stanowisko kierownika ruchu objął dr inż. Repetzki.
  • Concordia-Grube (Zabrze): Formalnie kopalnia należała do wykupionego VOH, ale była dzierżawiona i zarządzana przez Castellengo-Abwehr, również pod technicznym okiem dr. Repetzkiego.

Epilog: Lemoniada dla wicefeldwebla

Kiedy kilkadziesiąt lat później dr Kurt Repetzki w swojej recenzji stanowczo bronił osiągnięć socjalnych Ballestremów (takich jak budowa osiedla w Rokitnicy czy domu wypoczynkowego w Głuchołazach), miał w pamięci potężny, doskonale naoliwiony mechanizm gospodarczy, który współtworzył. Mechanizm ten nie przetrwał wojny – dr Nikolaus hrabia von Ballestrem, dziedzic fortuny, zginął tragicznie w lutym 1945 roku podczas bombardowania Drezna.

„uchodziły na długo przed 1920 r. i daleko poza granicami ojczyzny za wzorcowe”.

Dr inż. Kurt Repetzki o osiedlu górniczym w Rokitnicy i domu wypoczynkowym „Waldesruh” w Głuchołazach.
Brodaty oficer w mundurze polowym pije lemoniadę, siedząc swobodnie na materacu wewnątrz wojskowego namiotu w otoczeniu innych żołnierzy.
Grafika 4. Hrabia Nikolaus von Ballestrem w namiocie polowym pełniącym funkcję kasyna (wizualizacja).

„Nie wiem dlaczego pije lemoniadę, ale na pewno nie z oszczędności”.

Anegdota ze Świętoszowa z czerwca 1939 roku, zapisana we wspomnieniu Paula Jaroscha.

Pomimo gigantycznego bogactwa, hrabia zaskakiwał bezpośredniością. Najlepiej ilustruje to wspomnienie zapisane przez Paula Jaroscha z ćwiczeń wojskowych 84. Pułku Piechoty, odbywających się w czerwcu 1939 roku w Świętoszowie (Neuhammer). Potężny przemysłowiec służył tam jako zwykły wicefeldwebel, znany z tego, że jako jedyny miał oficjalną zgodę na noszenie tradycyjnej brody. Jak wspominał jeden z młodych oficerów, podczas wieczoru w kasynie Ballestrem nie zważał na konwenanse: siedział z resztą żołnierzy na materacu i zamiast drogiego wina popijał… najzwyklejszą lemoniadę.

Źródła historyczne (rozwiń bibliografię)
  1. Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt (Dezember 1972, Nr. 12): „Die Grafen von Ballestrem”.
  2. Schlesische Zeitung (1905, Jg. 164, Nr. 239).
  3. Jahrbuch für den Oberschlesischen Industriebezirk (Jg. 1, 1900).
  4. Oberschlesien, sein Land und seine Industrie: Festschrift für die XXIX. Haupt-Versammlung des Vereins Deutscher Ingenieure zu Breslau.
  5. Wochenschrift des Schlesischen Vereins für Berg- und Hüttenwesen (1860, Jg. 2, No. 28).
  6. Wochenschrift des Schlesischen Vereins für Berg- und Hüttenwesen (1861, Jg. 3, No. 21).
  7. Recenzja dr. inż. Kurta Repetzkiego dotycząca książki: Professor Dr. Konrad Fuchs: Wirtschaftsgeschichte Oberschlesiens 1871-1945, Dortmund 1981.
  8. Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt (Februar 1959, Nr. 2): „Die Sandbahn der Gräfl. v. Ballestrem’schen und A. Borsig’schen Steinkohlenwerke…”.
  9. Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise (November 1954, Nr. 11): „Westoberschlesische Bergwerke und Hüttenanlagen nach dem Stand von 1936”.
  10. Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise (Juli 1953, Nr. 7): „Geschichte der oberschlesischen Montanindustrie”.
  11. Ostdeutsche Morgenpost (21. Mai 1927, Nr. 139): „Gewerkschaft Castellengo-Abwehr. Fusionen in der deutsch-oberschlesischen Montanindustrie”.
  12. Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise (Februar 1955, Nr. 2): „Die wirtschaftliche und industrielle Entwicklung der Stadt Gleiwitz nach dem Stande von 1928”.
0
0

Read more