Skip to contentSkip to main navigationSkip to footer

Blog

genealogia i historia

Kolorowy szkic w stylu vintage z napisem "Imperium Ballestremów od kuchni" i datami 1859–1939. Przedstawia symboliczne połączenie wieży szybowej kopalni z dymiącymi kominami huty, a na pierwszym planie drewniane biurko z mapami.

Imperium Ballestremów od kuchni. Jak zabrzańskie kopalnie przejęły śląskiego giganta?

Śledztwo archiwalne · Zabrze / Gliwice / Ruda

Imperium Ballestremów od kuchni. Jak zabrzańskie kopalnie przejęły śląskiego giganta?

zakres: 1859–1939 temat: przemysł ciężki · fuzje · architektura przemysłowa postaci: dr inż. Kurt Repetzki, hrabia Nikolaus von Ballestrem

W 1981 roku na łamach prasy ukazała się żarliwa obrona dziedzictwa Ballestremów i ich inwestycji społecznych w Rokitnicy. Jej autorem był dr inż. Kurt Repetzki – człowiek, który w latach 30. XX wieku zawiadywał ruchem kopalń „Abwehr” i „Concordia”. Podążając jego śladem i wczytując się w archiwalne wycinki prasowe, odkrywamy fascynującą historię o tym, jak lokalne gwarectwo węglowe wciągnęło w swoje struktury hutniczego kolosa.

Złoty wiek cynku i trudne decyzje (Carlshütte)

Zanim Ballestremowie stworzyli potęgę węglową wokół dzisiejszego Zabrza, ich majątek opierał się na fundacjach pamiętających pierwszą połowę XIX wieku. To właśnie w ich dobrach w Pławniowicach i Rudzie swoje pierwsze szlify jako aktuariusz zdobywał młody Karol Godula.

Jednym z filarów ich wczesnego przemysłu była rudzka huta cynku Carlshütte. Archiwalne statystyki ukazują jej imponującą efektywność:

  • W 1859 roku huta posiadała 36 pieców destylacyjnych, zatrudniała 196 robotników i wyprodukowała 27 383 centnarów surowego cynku.
  • W 1860 roku, utrzymując tę samą liczbę pieców i przetwarzając ponad 195 tys. centnarów wsadu, produkcja wzrosła do ponad 29 tys. centnarów (około 1490 ton) cynku, co dawało średni uzysk na poziomie 14,8%.
Szkic przedstawiający XIX-wieczną hutę cynku na Górnym Śląsku z dymiącymi kominami i długimi rzędami ceglanych pieców destylacyjnych.
Grafika 1. Przemysłowa Ruda w dobie świetności produkcji cynku (wizualizacja).

Wszystko zmieniło się wraz z kryzysem lat 70. i 80. XIX wieku. Spadek cen cynku oraz konieczność przestawienia się z galmanu na trudniejszą w obróbce blendę cynkową wymusiły gigantyczne inwestycje kapitałowe. Ballestremowie zdecydowali się wówczas na wydzierżawienie zakładu potężnemu kapitałowi księcia Hugo zu Hohenlohe – układ ten obowiązywał już w 1887 roku. Dzierżawa trwała przez kolejne dekady, a w 1905 roku Carlshütte funkcjonowała w ramach skonsolidowanej spółki akcyjnej Hohenlohe-Werke AG.

Krwiobieg imperium: 25 kilometrów kolei piaskowej

Rozwój górnictwa pod gęsto zabudowanymi miastami, takimi jak Zabrze, groził katastrofą budowlaną. Receptą na uniknięcie szkód na powierzchni stała się innowacyjna podsadzka płynna (Spülversatz), promowana m.in. przez dyrektora generalnego Ballestremów, Franza Pielera. Aby jednak system zadziałał, potrzebne były olbrzymie ilości piasku.

Hrabia Nikolaus von Ballestrem połączył siły z zarządem dóbr A. Borsiga, inicjując projekt o niespotykanym dotąd rozmachu. W latach 1909–1913 wybudowano 25-kilometrową normalnotorową linię kolejową, która połączyła piaskownie w Dzierżnie/Sersnie (pod Pyskowicami) z Kuźnicą Rudzką.

Fakty finansowe: Koszt samego wykupu gruntów i wywłaszczeń wyniósł ponad 1,85 miliona marek w złocie, a park maszynowy pochłonął kolejne 1,28 miliona.
Zabytkowy parowy pociąg towarowy ciągnący długi skład wagonów samowyładowczych wypełnionych żółtym piaskiem przez otwarty teren.
Grafika 2. Kolej piaskowa (Sandbahn) jako logistyczne serce śląskich kopalń (wizualizacja).

Gdy 1 października 1913 roku uruchomiono ten „krwiobieg”, była to największa kolej piaskowa na Górnym Śląsku, zasilająca bezpośrednio kopalnie Castellengo-Abwehr w Rokitnicy i Mikulczycach oraz Ludwigsglück i Hedwigwunsch w Zabrzu.

Podział Śląska, wielka fuzja i przeprowadzka (1922–1928)

Podział Górnego Śląska rozerwał dawne gospodarcze więzi. Przedsiębiorstwa chcące kontynuować produkcję w niemieckiej części regionu przenosiły swoje zarządy do Gliwic. To właśnie pod adres Markgrafenstr. 2 w Gliwicach przeniesiono dyrekcję dóbr hrabiego von Ballestrema oraz główny zarząd gwarectwa Castellengo-Abwehr.

W tych właśnie gabinetach, w maju 1927 roku, domknięto jedną z największych fuzji w regionie. Powołano do życia oficjalnie zjednoczony związek Gewerkschaft Castellengo-Abwehr. Struktura nowej spółki była imponująca – połączyła ona w jeden organizm kopalnię „Abwehr” (wniesioną przez Donnersmarckhütte A.-G.), dawnych udziałowców kopalni „Castellengo” oraz koncern hutniczy Vereinigte Oberschlesische Hüttenwerke AG (VOH). Na czele tej konsolidacji stanął dyrektor generalny Pieler.

Szach-mat na rynku hutniczym (1932)

Sama spółka Vereinigte Oberschlesische Hüttenwerke AG (VOH, potocznie „Oberhütten”) była gigantem powstałym z połączenia dawnych zakładów Hegenscheidta, Caro, Huldschinsky’ego oraz potężnego Oberbedarf. Wydawało się, że ten stalowy kolos będzie funkcjonował niezależnie.

Potężna, stalowa wieża szybowa kopalni węgla kamiennego górująca nad zespołem tradycyjnych, ceglanych budynków robotniczych.
Grafika 3. Kopalnia Castellengo – centrum nowego imperium węglowego (wizualizacja).

Tymczasem w 1932 roku doszło do ostatecznego przetasowania: węglowy związek Gewerkschaft Castellengo-Abwehr z Gliwic wykupił pakiet większościowy (Kapitalmehrheit) w koncernie „Oberhütten”. W ten sposób kopalnie zyskały kontrolę nad hutami. Z urzędowych rejestrów z 1936 roku dowiadujemy się o strukturze tego giganta w terenie:

Trzy kopalnie w jednym układzie zarządzania
Na podstawie wykazu zachodniogórnośląskich zakładów przemysłowych według stanu z 1936 roku.
ZakładMiejsceStatus w strukturzeKadra techniczna
Castellengo-GrubeRokitnicaWłasność Gewerkschaft Castellengo-AbwehrDr inż. Breuer jako dyrektor ruchu; dr inż. Kurt Repetzki jako zastępca dyrektora technicznego
Abwehr-GrubeMikulczyceWłasność Gewerkschaft Castellengo-AbwehrDr inż. Kurt Repetzki jako kierownik ruchu
Concordia-GrubeZabrze / HindenburgFormalnie własność VOH, dzierżawiona i zarządzana operacyjnie przez Castellengo-AbwehrDr inż. Kurt Repetzki w kierownictwie ruchu; techniczny nadzór grupy: Oberbergwerkdirektor Lonsdorfer
  • Castellengo-Grube (Rokitnica): Zastępcą kierownika ruchu był tu dr inż. Kurt Repetzki.
  • Abwehr-Grube (Mikulczyce): Stanowisko kierownika ruchu objął dr inż. Repetzki.
  • Concordia-Grube (Zabrze): Formalnie kopalnia należała do wykupionego VOH, ale była dzierżawiona i zarządzana przez Castellengo-Abwehr, również pod technicznym okiem dr. Repetzkiego.

Epilog: Lemoniada dla wicefeldwebla

Kiedy kilkadziesiąt lat później dr Kurt Repetzki w swojej recenzji stanowczo bronił osiągnięć socjalnych Ballestremów (takich jak budowa osiedla w Rokitnicy czy domu wypoczynkowego w Głuchołazach), miał w pamięci potężny, doskonale naoliwiony mechanizm gospodarczy, który współtworzył. Mechanizm ten nie przetrwał wojny – dr Nikolaus hrabia von Ballestrem, dziedzic fortuny, zginął tragicznie w lutym 1945 roku podczas bombardowania Drezna.

„uchodziły na długo przed 1920 r. i daleko poza granicami ojczyzny za wzorcowe”.

Dr inż. Kurt Repetzki o osiedlu górniczym w Rokitnicy i domu wypoczynkowym „Waldesruh” w Głuchołazach.
Brodaty oficer w mundurze polowym pije lemoniadę, siedząc swobodnie na materacu wewnątrz wojskowego namiotu w otoczeniu innych żołnierzy.
Grafika 4. Hrabia Nikolaus von Ballestrem w namiocie polowym pełniącym funkcję kasyna (wizualizacja).

„Nie wiem dlaczego pije lemoniadę, ale na pewno nie z oszczędności”.

Anegdota ze Świętoszowa z czerwca 1939 roku, zapisana we wspomnieniu Paula Jaroscha.

Pomimo gigantycznego bogactwa, hrabia zaskakiwał bezpośredniością. Najlepiej ilustruje to wspomnienie zapisane przez Paula Jaroscha z ćwiczeń wojskowych 84. Pułku Piechoty, odbywających się w czerwcu 1939 roku w Świętoszowie (Neuhammer). Potężny przemysłowiec służył tam jako zwykły wicefeldwebel, znany z tego, że jako jedyny miał oficjalną zgodę na noszenie tradycyjnej brody. Jak wspominał jeden z młodych oficerów, podczas wieczoru w kasynie Ballestrem nie zważał na konwenanse: siedział z resztą żołnierzy na materacu i zamiast drogiego wina popijał… najzwyklejszą lemoniadę.

Źródła historyczne (rozwiń bibliografię)
  1. Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt (Dezember 1972, Nr. 12): „Die Grafen von Ballestrem”.
  2. Schlesische Zeitung (1905, Jg. 164, Nr. 239).
  3. Jahrbuch für den Oberschlesischen Industriebezirk (Jg. 1, 1900).
  4. Oberschlesien, sein Land und seine Industrie: Festschrift für die XXIX. Haupt-Versammlung des Vereins Deutscher Ingenieure zu Breslau.
  5. Wochenschrift des Schlesischen Vereins für Berg- und Hüttenwesen (1860, Jg. 2, No. 28).
  6. Wochenschrift des Schlesischen Vereins für Berg- und Hüttenwesen (1861, Jg. 3, No. 21).
  7. Recenzja dr. inż. Kurta Repetzkiego dotycząca książki: Professor Dr. Konrad Fuchs: Wirtschaftsgeschichte Oberschlesiens 1871-1945, Dortmund 1981.
  8. Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt (Februar 1959, Nr. 2): „Die Sandbahn der Gräfl. v. Ballestrem’schen und A. Borsig’schen Steinkohlenwerke…”.
  9. Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise (November 1954, Nr. 11): „Westoberschlesische Bergwerke und Hüttenanlagen nach dem Stand von 1936”.
  10. Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise (Juli 1953, Nr. 7): „Geschichte der oberschlesischen Montanindustrie”.
  11. Ostdeutsche Morgenpost (21. Mai 1927, Nr. 139): „Gewerkschaft Castellengo-Abwehr. Fusionen in der deutsch-oberschlesischen Montanindustrie”.
  12. Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise (Februar 1955, Nr. 2): „Die wirtschaftliche und industrielle Entwicklung der Stadt Gleiwitz nach dem Stande von 1928”.
0
0

Read more

Grafika wyróżniająca artykuł o skandalu maturalnym z 1923 roku w bytomskiej Oberrealschule, dawnej szkole zwanej Pudełkiem z farbami

Tajemnice „Pudełka z farbami” cz. 2. Skandal maturalny 1923 i surowe realia bytomskiej Oberrealschule

Tajemnice „Pudełka z farbami” cz. 2. Skandal maturalny (1923) i surowe realia bytomskiej Oberrealschule

Za wielobarwną fasadą bytomskiego „Tuschkastenu” krył się świat surowych pedagogów, szkolnych kar, uczniowskich forteli i wielkiej historii, która coraz mocniej wdzierała się do klas przy dawnym Kaiserplatz. Druga część opowieści prowadzi od skandalu maturalnego z 1923 roku aż po przejmujące zdjęcie klasy z lat 1933/1934.

Gmach z glazurowanej cegły i rygor epoki

Kiedy dziś spoglądamy na monumentalny gmach IV Liceum Ogólnokształcącego przy placu Sikorskiego, czyli dawnym Kaiserplatz, uderza nas jego niezwykła, wielobarwna elewacja. Przedwojenna Miejska Wyższa Szkoła Realna, Städtische Oberrealschule Beuthen O.S., nie bez powodu zyskała wśród mieszkańców i uczniów przezwisko Tuschkasten — „Pudełko z farbami”. Glazurowany klinkier i secesyjne detale stanowiły barwny kontrast dla surowego, przemysłowego Bytomia.

Dawna Oberrealschule w Bytomiu przy Kaiserplatz na podkolorowanej pocztówce z około 1921 roku
Pocztówka z początku lat 20. XX wieku przedstawiająca dawną Oberrealschule w Bytomiu przy Kaiserplatz, czyli dzisiejszym placu Sikorskiego. Widoczny jest charakterystyczny gmach szkoły, wielobarwna elewacja oraz pomnik jeździecki Fryderyka II Wielkiego.

Fasada budynku, wyłożona wielobarwną cegłą glazurowaną, była jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów dawnego Kaiserplatz. Czerwone pasy cokołu, żółte partie szczytowe, zielonkawe detale ceramiczne i ciemny, mchowo-zielony dach tłumaczą, dlaczego szkoła otrzymała przezwisko Tuschkasten — „pudełko z farbami”. Przed wejściem rosły drzewa, a w sąsiedztwie gmachu stał odsłonięty w 1910 roku pomnik jeździecki Fryderyka II Wielkiego, słusznie nazywany przez uczniów Alte Fritz.

Za tymi kolorowymi murami krył się jednak świat absolutnej dyscypliny, wielkich stresów i specyficznego uczniowskiego mikroklimatu. W żargonie młodzieży szkoła była po prostu Penne — „budą”, nauczyciele byli Paukerami, a uczniowie chętniej mówili o sobie Lausern albo Schlingel, czyli urwisy i łobuzy, niż Musterknaben, wzorowi chłopcy. W drewnianych ławkach, rzeźbionych scyzorykami podczas mniej porywających lekcji, rozgrywały się małe dramaty, uczniowskie bunty i historie, które po latach wracały we wspomnieniach absolwentów.

Panteon belfrów: między szacunkiem a strachem

Aby zrozumieć atmosferę bytomskiego „Tuschkastenu”, trzeba spojrzeć na tych, którzy dzierżyli w nim władzę. Pokój nauczycielski był galerią nietuzinkowych osobowości. Na jego czele stali dyrektorzy, z których każdy budował własną legendę. Do 1923 roku placówką kierował dr Flaschel — surowy, pamiętliwy i autorytarny. Jego następca, dr Wolko, budził grozę samym dźwiękiem pęku kluczy, a uczniowie zapamiętali jego głos jako coś na kształt piorunu niosącego się po korytarzach.

Kolegium nauczycielskie bytomskiej Oberrealschule w 1926 roku, grupa pedagogów z dyrektorem Wolko
Kolegium nauczycielskie miejskiej katolickiej Oberrealschule w Bytomiu, 1926 rok. Wśród pedagogów widoczni są m.in. dyrektor dr Wolko, Studienrat Eichhorn, Studienrat Gugler, nauczyciele duchowni oraz rabin dr Krakauer.

Studienrat Robert Thiell „Bob”

Nauczyciel języka niemieckiego, zapamiętany jako wyjątkowo surowy pedagog. Wymagał zwięzłego, niemal żołnierskiego stylu i potrafił doprowadzać uczniów do ogromnego stresu.

Dr Marsen

Pedantyczny nauczyciel angielskiego, niemieckiego, geografii i historii. Zanim usiadł, sprawdzał czystość krzesła dwoma palcami, a wymowę egzekwował okrzykiem: Look at my mouth!

Radca Eichhorn „Panotzek”

Jedna z bardziej anegdotycznych postaci szkolnej pamięci. Uczniowie zapamiętali jego zaczerwienione policzki, specyficzny sposób bycia i zdania, które natychmiast obrastały klasowym humorem.

Studienrat Proft „Paule”

Nauczyciel muzyki z rodziny lutniczej. Potrafił nastroić szkolne skrzypce, ale nie znosił tytułomanii i patosu, które rozbrajał suchą ironią.

Ten nauczycielski świat nie był jednowymiarowy. Obok pedagogów budzących lęk pojawiali się ludzie wyrozumiali, utalentowani i autentycznie oddani szkole. Reginek wyrzeźbił drewnianą tablicę pamiątkową poległych w I wojnie światowej i organizował pokazy prac plastycznych. Feige, choć złamał regulamin, w czasie matury zadziałał raczej jak człowiek próbujący ratować przerażonych uczniów. A późniejszy dyrektor Kronenberg został zapamiętany przez maturzystów jako człowiek „o wielkim sercu”.

Właśnie dlatego historia matury z 1923 roku jest tak ciekawa. Nie pokazuje szkoły jako prostego świata złych nauczycieli i bezbronnych uczniów, lecz jako miejsce, w którym surowa dyscyplina, osobiste ambicje, urzędowa kontrola i zwykły ludzki odruch zderzyły się w jednej sali egzaminacyjnej.

Skandal maturalny: zemsta dyrektora i interwencja władz

W historii szkoły szczególnie mocno zapisał się rok 1923. W dniach 6–7 marca odbywały się egzaminy ustne dla grupy 24 abiturientów. Pierwszy dzień przebiegał w atmosferze ogromnego napięcia. Członek komisji, Oberstudienrat Feige, widząc zdenerwowanych uczniów, postanowił rozładować stres w sposób absolutnie niezgodny ze szkolnym regulaminem: poczęstował maturzystów papierosami.

Żeby zatrzeć ślady tego wychowawczego wykroczenia, wykorzystano kałamarz jako prowizoryczną popielniczkę. Problem w tym, że dym uchodzący przez okno miał zauważyć dyrektor dr Flaschel. Dla człowieka jego temperamentu była to zniewaga, której nie zamierzał puścić płazem.

Następnego dnia Flaschel wkroczył na salę i osobiście przejął egzaminowanie z języków obcych. Zamiast spokojnej rozmowy pojawiły się krzyżowe, podchwytliwe pytania, które miały rozbić pewność siebie abiturientów. Maturzyści zaczęli wypadać słabo, a sytuacja przybrała charakter jawnego odwetu.

Na sali obecny był jednak nadburmistrz Bytomia, dr Georg Stephan. Miał obserwować zachowanie dyrektora z narastającym niesmakiem. Po egzaminie, za zamkniętymi drzwiami, odbyła się burzliwa narada. Stephan skrytykował Flaschela za nieetyczne zachowanie i wymusił podwyższenie ocen. Dyrektor miał przyznać, że kierowała nim chęć ukarania uczniów za palenie papierosów poprzedniego dnia.

Dramatyczny finał

Uroczysta akademia w auli, tradycyjnie kończąca egzamin, została odwołana. Flaschel wszedł do zwykłej sali lekcyjnej, rzucił świadectwa dojrzałości na stół, wykrzyczał oskarżenia o brak dyscypliny i trzasnął drzwiami. Dokumenty maturzystom rozdał w ciszy zdegustowany wychowawca, profesor Gaebel. Niedługo później Flaschel odszedł na emeryturę.

Ta historia jest czymś więcej niż szkolną anegdotą. Pokazuje pęknięcie w dawnym modelu autorytetu: dyrektor wciąż miał ogromną władzę nad uczniem, ale nie był już całkowicie bezkarny. W marcu 1923 roku w bytomskiej Oberrealschule zderzyły się ze sobą stary rygor, uczniowski strach, drobne złamanie regulaminu i interwencja miejskiej władzy.

Życie codzienne, kary i apteczna sól glauberska

Poza maturalnymi dramatami codzienność w „Tuschkaście” składała się z drobnych przewinień, silnej hierarchii i bezwzględnych kar. W niższych klasach standardem były Backpfeifen, czyli karcące uderzenia w twarz, a za poważniejsze naruszenia regulaminu stosowano chłostę trzcinową rózgą. Dzienniki szkolne notowały nagany, pozostawanie po lekcjach i surowe upomnienia.

Uczniowie klasy Untersekunda I bytomskiej Oberrealschule w sali lekcyjnej w 1929 roku
Klasa Untersekunda I bytomskiej Oberrealschule w 1929 roku. Fotografia pokazuje wnętrze sali lekcyjnej, układ ławek i atmosferę szkolnej codzienności w międzywojennym Bytomiu.

Uczniowski stres miał też swój codzienny rytuał. Wywołanie do tablicy, do mapy albo do odpowiedzi mogło zamienić się w prawdziwą Zwickmühle — sytuację bez dobrego wyjścia. Po latach absolwenci wspominali poty, które oblewały ich w ławkach ze strachu przed nauczycielem i publiczną kompromitacją.

Nie oznacza to jednak, że uczniowie pozostawali bierni. Najlepszym dowodem jest słynna Tolle-Geschichte, historia o zemście na złodzieju szkolnych śniadań z lat 30. Gdy w klasie zaczęły masowo ginąć kanapki, grupa uczniów zorganizowała spisek. Podczas dużej przerwy poszli do narożnej apteki, mijając po drodze piekarnię Kabusa, i pod pretekstem „eksperymentów chemicznych” kupili nieoczyszczoną sól glauberską.

Spreparowano nią przynętę: apetyczną bułkę z salami. Złodziej, uczeń o nazwisku Tolle, wpadł w pułapkę. Środek przeczyszczający zaczął działać w najgorszym możliwym momencie — podczas lekcji matematyki prowadzonej przez bezlitosnego Schindlera, który słynął z tego, że nie wypuszczał uczniów do toalety. Na błagalne prośby miał odpowiadać chłodno: „Nie jest pan małym dzieckiem, proszę siedzieć!”.

Dramat zakończył się ucieczką zdesperowanego chłopca przez szkolny dziedziniec. Dla dzisiejszego czytelnika to scena niemal komiczna, ale pod spodem widać coś poważniejszego: szkolny rygor był tak silny, że nawet sytuacja fizjologicznej konieczności stawała się pojedynkiem z autorytetem nauczyciela.

Zderzenie z wielką historią

Wielka historia nie przychodziła do „Tuschkastenu” od razu z hukiem. Czasem wchodziła przez aulę podczas szkolnych uroczystości. Czasem stawała na placu przed budynkiem, wśród pomników, przejazdów i miejskich manifestacji. A czasem zostawiała po sobie tylko jedno puste miejsce w ławce.

W 1922 roku w przepełnionej auli odsłonięto dębową tablicę pamiątkową ku czci trzech nauczycieli i trzydziestu jeden uczniów poległych w I wojnie światowej. Tablicę wyrzeźbił nauczyciel rysunku Reginek. Szkolna wspólnota otrzymała wtedy własne miejsce pamięci — ciężkie, dębowe, oficjalne, wpisane w rytuał powojennej żałoby.

Z aulą wiązano również wspomnienie o Paulu Cyronie, późniejszym pastorze. W listopadowym numerze Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt z 1972 roku przypomniano, że jako uczeń bytomskiej Oberrealschule miał otrzymać tam osobiste błogosławieństwo od nuncjusza apostolskiego Eugenio Pacellego, późniejszego papieża Piusa XII. Po latach absolwenci półżartem łączyli ten epizod z jego późniejszą drogą kapłańską.

Najbardziej poruszającym świadectwem pozostaje jednak fotografia klasy Oberprima z roku szkolnego 1933/1934. Na pierwszy rzut oka to zwykłe zdjęcie klasowe: ławki, zeszyty, poważne twarze młodych mężczyzn. Dopiero podpis pod fotografią zatrzymuje wzrok: allein: Franz Rosenthal — Franz Rosenthal siedzi samotnie.

Klasa Oberprima bytomskiej Oberrealschule w roku szkolnym 1933–1934, Franz Rosenthal siedzi samotnie w ławce
Klasa Oberprima bytomskiej Oberrealschule w roku szkolnym 1933/1934. Szczególnie wymowny jest podpis źródłowy: przy drugiej ławce po prawej stronie zapisano „allein: Franz Rosenthal” — czyli „Franz Rosenthal siedzi samotnie”.

Franz Rosenthal, jedyny uczeń pochodzenia żydowskiego w tej klasie, siedzi samotnie w dwuosobowej ławce. Ten szczegół mówi więcej niż długi komentarz. W kolorowym „Pudełku z farbami” zaczynał się już czas, w którym nawet szkolna ławka mogła stać się znakiem wykluczenia.

Rosenthal przeżył później obóz koncentracyjny w Buchenwaldzie i wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie pełnił posługę jako rabin. Jego los domyka opowieść o „Pudełku z farbami” w sposób poruszający. To już nie tylko historia budynku, uczniowskich czapek, psot i nauczycielskich dziwactw. To mikrokosmos XX wieku: miejsce, w którym dziecięcy śmiech, surowa edukacja, wojenne wspomnienia i polityczna przemoc spotkały się na jednym szkolnym korytarzu.

Aneks genealogiczny: uczniowie i maturzyści

Dla badaczy historii lokalnej i genealogów szczególnie cenne są nazwiska uczniów rozpoznanych na fotografiach klasowych z lat 1924–1934 oraz w późniejszych wspomnieniach absolwentów. Poniższy aneks zachowuje oryginalną pisownię nazwisk i jest domyślnie zwinięty, aby nie rozbijał rytmu głównej opowieści.

Klasa Obertertia I bytomskiej Oberrealschule w 1924 roku z nauczycielem Studienratem Henschke
Klasa Obertertia I dawnej Oberrealschule w Bytomiu, 1924 rok. W środku siedzi wychowawca, Studienrat Henschke. Pod fotografią zachowano obszerny podpis z nazwiskami uczniów, ważny dla badań genealogicznych.
Rozwiń listę uczniów i absolwentów z lat 1924–1934

Klasa Obertertia I, 1924 r. — nauczyciel Studienrat Henschke

Jusczyk, Hoffmann, Blochel, Juretko, Echtermeyer, Hayn (zmarł w 1925 r.), Nimpsch, Cyron, Kutzob, Mandsfeld, Pieczonka, Wengerek, Quililitsch, Teichmann, Hannig, Theo Dirbach, Dobek, Winkler, Jakobsen, Kasperczyk, Heyduschka, Michalski, Pollok, Behlau, Janosch, Kwastek, Thiele, Walter Glatz, Kurt Glatz, Obst, Mücke, Kusch, Bednorz, Bassek, Barth, Fesser, Auras, Rosenberger, Kulawik, Burkholder, Schumm, Jordan.

Klasa Unterprima 2, 1927 r. — nauczyciele Eichhorn i Breitkopf

Kalinowski, Kabitzke, Gburek, Hirsch, Überall, Kynast, Weiß, Kawalle, Kosak, Pogoda, Stolarczyk (podano też formę zniemczoną: Stollweg), Wuttke, Steinitz, Markefka.

Klasa Untersekunda I, 1929 r. — nauczyciel Studienrat Watzlaw

Wolf, Jordan, Konopka, Gemkow, Hornemann, Rudolf, Auerbach, Grindel, Ellguther, Eckhard, Gwosdz, W.-J. Urtel, Hlubek, Allert, Beck, Jähnel, Katerbau, von Wenczowski, Grünke, Hoffmann, Büchs, Janotta.

Klasa Oberprima, 1933/1934 r.

Richard Klaschik, Gerhard Metzner, Waldemar Donay, Jan Kurda, Herbert Flemming, Walter Flemming, Gerhard Pawlik, Ernst Scholz, Günter Beitz, Gottfried Morawietz, Franz Rosenthal, Paul Marx, Max Brey, Paul Drabant, Johannes Koch.

Klasa Untersekunda, 1934 r. — nauczyciele Reginek i dr Mazura

Heller, Josefzak, Förster, Michna, Krahl, E. Günther, Willibald Cerwionka, Grasse, Schmid, Szepanik, Goldemund, Jordan, E. Thiele-Müller, Horzowski, Flack, Zajonz, Gojowzyk, Luppa, Slowik, Hornig, Wolfgang Petzold, Czempiel, Janietz, Hampel, Mitras, Heidenreich, Meissner.

Bohaterowie „Tolle-Geschichte” i znani uczniowie z lat 30.

Tolle, Kalle Odersky, Wuttke, Cempiel, Böckmann, Himmel, Holitzka, Gerd, Pajonk / Jan Pająk, Anton Josefczak, Alfred Gotzmann, Schmitt, Beitz, Walter Pütz-Hamann, Herbert Heller, Kurt Sperber, Hans Konrad, Rudolf Pasternak, Rudi Kreisler, Jürgen Urtel, dr Hans Kroll, Karl Bauer, Beck, Czempiel, Büx, Erich Zoedler.

Uwaga: lista ma charakter roboczego aneksu genealogicznego. Zachowano pisownię występującą w materiale źródłowym; w przypadku części nazwisk mogą istnieć warianty polskie, niemieckie albo błędnie odczytane z podpisów fotografii.

Klasa Unterprima 2 bytomskiej Oberrealschule w 1927 roku z nauczycielami Eichhornem i Breitkopfem
Uczniowie klasy Unterprima 2 bytomskiej Oberrealschule w 1927 roku. Podpis źródłowy wymienia m.in. Kalinowskiego, Kabitzkego, Gbureka, Hirscha, Überalla, Kynasta, Weißa, Kawallego, Kosaka, Pogodę, Stolarczyka, Wuttkego, Steinitza i Markefkę.

Bibliografia i źródła

Rozwiń bibliografię i źródła
  • Materiały i sprawozdania ze zjazdów absolwentów z lat 60. i 80. XX wieku, publikowane w Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt.
  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, nr 11, listopad 1972 — relacja Maxa Schweinitza dotycząca egzaminów maturalnych z 6–7 marca 1923 roku oraz wspomnienie o pastorze Paulu Cyronie z anegdotą o błogosławieństwie nuncjusza Eugenio Pacellego.
  • Wspomnienia Jürgena Urtela oraz korespondencja dawnych nauczycieli i absolwentów bytomskiej Oberrealschule.
  • Archiwalne fotografie klasowe z lat 1924–1934, udostępnione przez krąg dawnych uczniów szkoły, określanych jako Alte Herren der Oberrealschule Beuthen O.S..
  • Materiały ikonograficzne: pocztówki i fotografie dawnej Oberrealschule przy ówczesnym Kaiserplatz.
0
0

Read more

Grafika wyróżniająca artykuł o Lipinach w latach 1939–1944, z ratuszem, dokumentami urzędowymi, kartką żywnościową i motywami propagandy wojennej.

Lipiny 1939–1944: administracja, propaganda i codzienność wojny

Lipiny / 1939–1944

Lipiny 1939–1944: administracja, propaganda i codzienność wojny

Od propagandowego Rückkehr zu Deutschland („powrotu do Niemiec”) do podatków, kartek, szkolnych dokumentów, obwieszczeń i uroczystości publicznych.

W kronice H. Moeckego rok 1939 został opisany językiem triumfu. Lipiny miały przeżyć Rückkehr zu Deutschland, czyli „powrót do Niemiec”, a wejście wojsk niemieckich przedstawiono jako moment politycznego przełomu i spełnienia. To język niemieckiej propagandy i administracji nazistowskiej, dlatego w tym tekście traktuję go jako zapis epoki, a nie neutralny opis wydarzeń.

Ten artykuł zaczyna się od 1939 roku, ale jego głównym tematem jest codzienne działanie administracji w kolejnych latach wojny. Pokazują je przede wszystkim obwieszczenia, ogłoszenia i informacje prasowe z lat 1940–1944.

Ważniejszy jest tu jednak drugi obraz Lipin: nie frontowy i nie uroczysty, lecz urzędowy. Wojna była obecna także w podatkach, kartkach, szkolnych dokumentach, regulaminach, obwieszczeniach i publicznych rytuałach.

Źródła pokazują sprawy bardzo konkretne: pokoje w ratuszu, budżet gminy, podatek od psów, opłaty kanalizacyjne, karty na ryby, przydział miodu dla dzieci, zapisy do szkoły, zebrania handlowców, akademie w Hüttengasthaus i apele NSDAP u Machona.

Wizualizacja stylizowana na dawną widokówkę z Lipin, z ratuszem, kościołem, zakładami przemysłowymi i motywem Lipiny 1939–1944
Wizualizacja poglądowa stylizowana na dawną widokówkę z Lipin. Grafika nawiązuje do ratusza, kościoła, przemysłowego charakteru miejscowości oraz tematu artykułu: administracji, propagandy i codzienności wojny w latach 1939–1944.

Nazwy źródłowe z epoki

W tekście zachowuję część nazw niemieckich w brzmieniu źródłowym, ponieważ właśnie tak występują w kronice, prasie i obwieszczeniach urzędowych z lat 1940–1944: Rückkehr zu Deutschland, Bürgermeister, Zimmer 8, Hüttengasthaus, Fischkarte, Volkslistenentscheid, Heldengedenktag, Julsonnwende, HJ, BDM, DAF, NSV.

W przypadku Lipin szczególnie często pojawia się Adolf-Hitler-Straße. Była to nazwa używana po 1939 roku dla dawnej Kronprinzenstraße, odpowiadającej dzisiejszej ulicy Chorzowskiej w Świętochłowicach.

Kilka pojęć

Rückkehr zu Deutschland — dosłownie „powrót do Niemiec”. W kronice H. Moeckego tak opisano wydarzenia po 1939 roku.

Haushaltskarte — karta gospodarstwa domowego używana w systemie reglamentacji. W obwieszczeniu z listopada 1942 roku mowa o zielonej Haushaltskarte, z której należało wyciąć odcinek H 91.

H 91 — oznaczenie konkretnego odcinka z zielonej Haushaltskarte. W Lipinach jego złożenie było warunkiem otrzymania przydziału 1/4 kg miodu dla dziecka w wieku 6–14 lat.

Fischkarte — karta kontrolna na ryby, stosowana w systemie reglamentacji żywności.

Volkslistenentscheid — decyzja dotycząca wpisu na Niemiecką Listę Narodowościową. Przy zapisach szkolnych w 1943 roku wymagano takiej decyzji dotyczącej obojga rodziców.

Nazwy niemieckie zostawiam tam, gdzie pomagają rozpoznać język źródeł i realia administracyjne epoki.

Max Kröner: burmistrz, administrator i człowiek systemu

Jedną z kluczowych postaci Lipin po 1939 roku był Max Kröner. W zestawieniu administracyjnym powiatu katowickiego z 1941 roku przy gminie Lipine / Lipiny wskazano go jako burmistrza. W źródłach występuje przede wszystkim jako Bürgermeister, ale jego rola była szersza.

Fragment tabeli administracyjnej powiatu katowickiego z 1941 roku z pozycją Lipine / Lipiny i nazwiskiem Max Kröner
Fragment zestawienia administracyjnego powiatu katowickiego według stanu z 1941 roku. Przy gminie Lipine / Lipiny jako burmistrz figuruje Max Kröner.

W dokumentach pojawia się również jako Betriebsführer, Leiter der Ortsgemeinschaft oraz Ortsgruppenbeauftragter NSDAP. Te funkcje dobrze pokazują, jak po 1939 roku łączyły się w Lipinach administracja gminna, porządek zakładowy i struktury partyjne.

Kröner podpisywał obwieszczenia, występował przy sprawach podatkowych i porządkowych, przemawiał podczas uroczystości, pojawiał się w kontekście NSDAP i lokalnych organizacji. Jego nazwisko wraca więc tam, gdzie przecinały się urząd gminy, zakład pracy i struktury partyjne.

Co załatwiano w lipińskim ratuszu

W źródłach pojawiają się konkretne pokoje ratusza: Zimmer 8, Zimmer 13, Zimmer 14 i Zimmer 22. To pozornie drobna informacja, ale pozwala zobaczyć urząd jako konkretne miejsce: z pokojami, godzinami przyjęć i sprawami, które mieszkańcy musieli załatwiać osobiście.

Najczytelniej pokazuje to prosty wykaz spraw przypisanych do konkretnych pokoi ratusza.

PokójSprawaZnaczenie
Zimmer 8Gemeindebauamt, plany techniczne i infrastrukturabudownictwo i infrastruktura
Zimmer 13Friedhofs- und Gartenamtcmentarz i zieleń
Zimmer 14Steuerstellepodatki i formularze
Zimmer 22zgłaszanie praw do grobówmiejsca pochówku

W Zimmer 8 wyłożono m.in. plany przebudowy infrastruktury. Dotyczyło to przebudowy linii Piaśniki — Königshütte przez Schlesische Kleinbahn A.-G. Mieszkańcy mogli zapoznać się z dokumentacją techniczną w określonym miejscu i czasie.

W Zimmer 14 działała Steuerstelle, czyli komórka związana z podatkami. Tam pojawiały się formularze, deklaracje i sprawy płatności kierowanych do kasy gminnej.

Osobny wątek dotyczy cmentarza. Friedhofsordnung z 1943 roku wyłożono w Zimmer 13, czyli w Friedhofs- und Gartenamt. Z kolei sprawy praw do grobów kierowano do Zimmer 22. Właściciele grobów musieli zgłaszać swoje roszczenia, podawać numery kwater i przedstawiać dokumenty.

Po upływie 20-letniego Ruhefrist groby niezweryfikowane mogły być likwidowane i wyrównywane. To ważny szczegół. Administracja zajmowała się nie tylko podatkami, budową czy handlem, ale także prawami do miejsc pochówku i porządkiem na cmentarzu.

Stara fotografia ratusza w Lipinach, Lipine O.S., miejsca działania administracji gminnej opisywanej w artykule
Ratusz w Lipinach na dawnej fotografii. W latach 1940–1944 to właśnie w ratuszu załatwiano sprawy budowlane, podatkowe, cmentarne i porządkowe opisywane w obwieszczeniach urzędowych.

Budżet, podatki i kasa gminy

Wojna nie zatrzymała zwykłej pracy gminy. Lipiny nadal miały budżet, podatki, opłaty lokalne i osobne regulaminy finansowe. W źródłach z lat 1941–1944 pojawiają się uchwały budżetowe, budżety uzupełniające oraz stawki podatków gminnych.

W 1943 roku plan wydatków gminy wynosił 2 406 737,42 RM. Skrót RM oznacza Reichsmarkę, czyli markę Rzeszy — niemiecką walutę używaną w tym okresie.

W dokumentach podano także stawki wymiaru podatków gminnych. W niemieckim systemie określano je jako Hebesätze. Nie były to „podatki 440%” albo „650%” w dzisiejszym, potocznym rozumieniu. Chodziło o stawki służące do naliczania podatku gminnego według obowiązujących zasad.

Najważniejsze liczby można zestawić krótko:

SprawaCo podano w źródle
Budżet gminy na 1943 rok2 406 737,42 RM
Podatek gruntowyGrundsteuer — Hebesatz 440%
Podatek od nieruchomościGrundstücksteuer — Hebesatz 190%
Podatek przemysłowy / od działalności gospodarczejGewerbesteuer — Hebesatz 210%
Podatek od sumy płacLohnsummensteuer — Hebesatz 650%
Podatek od psów30 / 40 / 54 RM rocznie

Osobno regulowano także podatek od psów. Pierwszy pies kosztował rocznie 30 RM, drugi 40 RM, a każdy kolejny 54 RM. Przewidziano też zwolnienia, m.in. dla psów służbowych, psów przewodników osób niewidomych, psów ratowniczych DRK oraz psów Wehrmachtu.

Ten przykład dobrze pokazuje drobiazgowość ówczesnej administracji. Nawet posiadanie psa oznaczało zgłoszenie, określoną stawkę, możliwe zwolnienie, znaczek podatkowy i obowiązek przestrzegania lokalnej ordynacji.

Porządek w gminie: ścieki, szyldy i straż pożarna

Obwieszczenia z lat 1940–1944 pokazują także mniej widowiskową, ale bardzo ważną stronę działania gminy: utrzymanie porządku w przestrzeni publicznej. Chodziło o kanalizację, obowiązki właścicieli posesji, wygląd szyldów, plany techniczne i bezpieczeństwo przeciwpożarowe.

W 1942 roku obowiązywały opłaty za odprowadzanie wód i ścieków. Liczono je według rocznego czynszu brutto nieruchomości, a stawka wynosiła 2% albo 2,5%, zależnie od rodzaju odprowadzanych wód.

Osobne obwieszczenie przypominało właścicielom i zarządcom posesji o zabezpieczaniu przed mrozem rynien, rur spustowych i osadników piasku. To były zwykłe obowiązki komunalne, ale właśnie przez takie przepisy urząd wpływał na codzienne utrzymanie budynków i ulic.

Władze gminy regulowały również wygląd szyldów i reklam. Kröner nakazał ujednolicenie Firmenschilder i Reklameschilder, uzasadniając to troską o Verschönerung des Ortsbildes, czyli „upiększenie obrazu miejscowości”. W praktyce oznaczało to, że nawet wygląd sklepowych tablic i reklam stawał się sprawą urzędową.

Do tej samej codziennej infrastruktury należała straż pożarna. Źródła wspominają zakup Motorspritze, czyli motopompy, Wehrführera Honslika oraz ćwiczenia wyznaczone na każdy piątek o godzinie 18:00 przed Gerätehaus.

Ten fragment źródeł pokazuje Lipiny nie od strony wielkiej polityki, lecz od strony zarządzania miejscowością: kanalizacji, utrzymania budynków, wyglądu ulic i służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo.

Dawna Adolf-Hitler-Straße w Lipinach, obecnie ul. Chorzowska, widok ulicy z kamienicami i torowiskiem tramwajowym
Adolf-Hitler-Straße w Lipinach na dawnej fotografii. Ulica była jedną z głównych osi miejscowości: przy niej działały sklepy, lokale i punkty usługowe wymieniane w obwieszczeniach oraz ogłoszeniach z lat 1940–1944.

Kartki na ryby i przydział miodu dla dzieci

Jednym z najbardziej konkretnych śladów wojennej codzienności była reglamentacja żywności.

System reglamentacji opierał się na kartach, odcinkach i wyznaczonych punktach sprzedaży. W praktyce oznaczało to, że nawet niewielki przydział żywności wymagał odpowiedniego kuponu, terminu i sklepu wskazanego przez administrację.

Od 16 lutego 1942 roku w powiecie katowickim funkcjonował system kart kontrolnych na ryby — Fischkarte. Karty miały pięć kolorów, zależnych od wieku. Inny kolor miały dzieci do lat 3, inny dzieci od 3 do 6 lat, inny dzieci od 6 do 14 lat, młodzież od 14 do 18 lat i dorośli.

W Lipinach wskazano autoryzowanych sprzedawców ryb. Byli to: Angela Foit przy Adolf-Hitler-Straße 3, E. Hojczyk przy Remystraße 7 oraz Kulik przy Hindenburgplatz.

Podobnie wyglądał przydział miodu. W listopadzie 1942 roku dzieci w wieku 6–14 lat mogły otrzymać 1/4 kg miodu. Przydział realizowano przez odcinek H 91 zielonej Haushaltskarte. W Lipinach dystrybutorami byli Ludwig Pajonk przy Adolf-Hitler-Straße 8 oraz Elisabeth Kurasch przy Hermann-Göring-Straße 14.

Reglamentacja miała więc bardzo praktyczny wymiar: wiek dziecka, numer odcinka, wyznaczony sklep i urzędowe rozliczenie.

Wizualizacja odcinka H 91 zielonej Haushaltskarte na przydział miodu dla dzieci w Lipinach w 1942 roku
Wizualizacja odcinka H 91 z zielonej Haushaltskarte na podstawie obwieszczenia burmistrza Krönera z 13 listopada 1942 roku. Przydział obejmował 1/4 kg miodu dla dzieci w wieku 6–14 lat i wymagał złożenia odcinka u jednego z wyznaczonych sprzedawców w Lipinach.

Cena też była sprawą urzędową

Reglamentacja nie kończyła się na kartach i przydziałach. Obejmowała także handel: ceny, marże, obowiązek ich oznaczania i kontrolę sprzedawców.

W Lipinach organizowano zebrania Fachschaft Einzelhandel, czyli zrzeszenia handlu detalicznego. Odbywały się m.in. u Seiberta i u Thomasa. Omawiano tam sprawy cen, marż, nadzoru i obowiązków kupców.

Język źródeł jest tu bardzo urzędowy, ale sens był prosty: ceny miały być widoczne, marże kontrolowane, a nadmierny zysk mógł zostać odebrany. W dokumentach pojawiają się m.in. Preisüberwachungsstelle — kontrola cen, Preisauszeichnungspflicht — obowiązek oznaczania cen, Gewinnspanne — marża, Gewinnabschöpfung — przejmowanie nadmiernego zysku oraz Hamsterei, czyli „chomikowanie” towarów.

Cena miała być widoczna. Marża miała mieścić się w określonych granicach. Zysk mógł być kontrolowany. Spekulacja i gromadzenie towarów stawały się sprawą urzędową albo policyjną.

Kontrola cen nie była tylko teorią. W marcu 1941 roku Berta Damski, handlarka targowa z Adolf-Hitler-Straße 7, została ukarana przez urząd określony w źródle jako Polizeipräsident in Kattowitz karą 100 RM za oferowanie cytryn po zawyżonych cenach. Nadzór nad handlem mógł więc kończyć się konkretną karą administracyjną.

Lokal Seiberta nie był więc w tym przypadku tylko miejscem spotkań towarzyskich. Był także miejscem zebrań i przekazywania instrukcji dla handlu detalicznego.

Dziecko w dokumentach wojennej administracji

Jednym z najmocniejszych przykładów wejścia administracji w życie rodzinne są zapisy szkolne z maja 1943 roku.

Schulanmeldung, czyli zapisy szkolne, prowadzono od 24 do 29 maja 1943 roku. Dotyczyły dzieci urodzonych między 1 listopada 1936 a 31 grudnia 1937 roku.

Rodzice musieli przynieść Geburtsurkunde (akt urodzenia) albo Stammbuch (księgę rodzinną), a także Impfschein (zaświadczenie o szczepieniu).

Wymagano również Volkslistenentscheid obojga rodziców, czyli decyzji dotyczącej wpisu na Niemiecką Listę Narodowościową.

Zapis dziecka do szkoły nie był więc tylko czynnością edukacyjną. Był momentem, w którym administracja sprawdzała wiek dziecka, dokumenty rodzinne, szczepienie oraz status narodowościowy rodziców.

Wizualizacja dokumentów wymaganych przy zapisach szkolnych w Lipinach w 1943 roku: akt urodzenia, Impfschein i Volkslistenentscheid rodziców
Wizualizacja dokumentów wymaganych przy zapisach szkolnych w 1943 roku: aktu urodzenia lub Stammbuch, Impfschein oraz Volkslistenentscheid obojga rodziców. Grafika poglądowa inspirowana obwieszczeniami urzędowymi.

Rytuały publiczne i organizacje nazistowskie

Propaganda w Lipinach miała swój kalendarz, swoje miejsca i swoje organizacje. W źródłach pojawiają się uroczystości pamięci, zebrania partyjne, działania młodzieży oraz akcje prowadzone nie w salach urzędowych, lecz w zwykłej przestrzeni ulicy.

Ważnym elementem tego kalendarza był Heldengedenktag, czyli dzień pamięci o poległych. W marcu 1941 roku obchody rozpoczęto od złożenia wieńców na grobach poległych i na mogile Rösnera. Potem odbyła się akademia w Hüttengasthaus, z oprawą muzyczną, przemówieniem Krönera i defiladą przed ratuszem.

Ten dawny gościniec huty pojawia się w źródłach jako jedna z ważnych sal zebrań i uroczystości publicznych. W latach 1943–1944 organizowano tam m.in. wydarzenia NSDAP oraz uroczystości przedświąteczne dla lokalnego okręgu.

Innym przykładem były obchody Julsonnwende, czyli nazistowsko przetwarzanej symboliki przesilenia zimowego i Bożego Narodzenia. Organizowała je NSDAP Ortsgruppe Nord, czyli północna grupa miejscowa NSDAP, z udziałem HJ — Hitlerjugend, nazistowskiej organizacji młodzieżowej. Kröner przemawiał wtedy o „sensie niemieckiego Bożego Narodzenia”.

W źródłach pojawiają się także obchody 9 listopada, związane z partyjną pamięcią o puczu monachijskim z 1923 roku. Odbywały się w ratuszu oraz w kopalni Matylda. W przemówieniach Krönera wracali Sturmmänner, czyli członkowie oddziałów szturmowych, oraz marsz na Feldherrnhalle w Monachium.

Propaganda oznaczała również dyscyplinowanie lokalnych struktur partyjnych. Podczas apelu NSDAP w gospodzie Machon Kröner występował jako zarządca okręgowy i mówił o obowiązkach Block- und Zellenleiter, czyli kierowników bloków i komórek partyjnych.

Przekaz polityczny wychodził jednak także poza sale zebrań. W grudniu 1943 roku przy Adolf-Hitler-Straße odnotowano Schaufensteraktion, czyli akcję wystawową przygotowaną przez jedną z miejscowych grup NSDAP. Witryna sklepowa została wykorzystana do antysowieckiej ekspozycji propagandowej o „Sowjet-Paradies”, czyli rzekomym „sowieckim raju”.

Podobny mechanizm widać przy Adolf-Hitler-Straße 21, gdzie NS-Frauenschaft, nazistowska organizacja kobieca, organizowała kiermasz zabawek wykonanych przez młodzież HJ na rzecz Winterhilfswerk, czyli zimowej akcji pomocy. Nie była to zwykła dobroczynność. Pomoc społeczna działała tu razem z propagandą, organizacją młodzieży i wojennym obrazem wspólnoty rodzin żołnierskich.

Dla porządku można zebrać te przykłady w jednym miejscu:

PrzykładMiejsce / formaZnaczenie
Heldengedenktaggroby, Hüttengasthaus, ratuszpaństwowo-partyjny rytuał pamięci wojennej
Hüttengasthaussala uroczystości i zebrańmiejsce lokalnych wydarzeń NSDAP i uroczystości publicznych
JulsonnwendeNSDAP Ortsgruppe Nord, HJideologiczna oprawa świąt zimowych
9 listopadaratusz, kopalnia Matyldalokalne obchody mitu partyjnego NSDAP
Apel NSDAPgospoda Machondyscyplinowanie struktur partyjnych
Schaufensteraktionwitryna przy Adolf-Hitler-Straßepropaganda w przestrzeni handlowej
NS-Frauenschaft / WinterhilfswerkAdolf-Hitler-Straße 21pomoc zimowa, młodzież HJ i akcja społeczno-propagandowa
HJ, BDM, DAF, NSVmłodzież, praca, opieka społecznaobejmowanie życia społecznego organizacjami nazistowskimi

Te przykłady pokazują, że propaganda nie ograniczała się do przemówień i kademii. Działała przez organizacje młodzieżowe, kobiece, zawodowe i opiekuńcze, ale także przenikała szkołę, sklepy, ulice i lokalne uroczystości.

Wnętrze dawnego Hüttengasthaus w Lipinach około 1911–1913 z barem, stołami i krzesłami
Wnętrze Hüttengasthaus w Lipinach, ok. 1911–1913, z czasów gdy lokal prowadził W. Angel. W późniejszych źródłach z lat 1940–1944 gościniec pojawia się jako jedno z miejsc zebrań, uroczystości i wydarzeń publicznych w Lipinach.

Codzienność zapisana w obwieszczeniach

Dokumenty z lat 1940–1944 pokazują Lipiny od strony codziennych obowiązków. Mieszkańcy stykali się z administracją w ratuszu, przy podatkach, opłatach komunalnych, kartkach żywnościowych, zapisach szkolnych, sprawach cmentarnych i kontroli handlu.

Kronika Moeckego opowiadała o 1939 roku językiem powrotu, uroczystości i niemieckiej propagandy. Obwieszczenia urzędowe prowadzą w inną stronę: do ratusza, sklepu, szkoły i na ulicę.

To tam codzienność widać najbliżej mieszkańca. Nie w wielkich hasłach, ale w dokumentach, terminach, opłatach, przydziałach i obowiązkach, które porządkowały życie Lipin pod niemiecką administracją po 1939 roku.

Bibliografia i źródła

Podstawą artykułu są dwa zestawy materiałów: kronika H. Moeckego z 1941 roku oraz opracowana baza źródłowa z niemieckiej prasy i obwieszczeń urzędowych z lat 1940–1944.

  • Heinrich Moecke, Chronik der Industriegemeinde Lipine O/S Kreis Kattowitz bis zum Jahre 1941 einschliesslich, Oppeln: Oberschlesische Gesellschaftsdruckerei GmbH, 1941.
  • Opracowanie własne: Baza wiedzy: Gmina Lipiny 1940–1944, sporządzone na podstawie niemieckich źródeł prasowych i urzędowych z lat 1940–1944.
  • Kattowitzer Zeitung, roczniki 1940–1942, wybrane numery dotyczące gminy Lipine / Lipiny, podatków, aprowizacji, administracji, handlu i uroczystości publicznych.
  • Oberschlesische Zeitung, roczniki 1942–1944, wybrane numery dotyczące budżetów gminnych, regulaminów, zapisów szkolnych i obwieszczeń administracyjnych.
  • Der Oberschlesische Kurier, rocznik 1940, wybrane numery dotyczące Lipin, kopalni Matylda, struktur DAF i spraw lokalnych.
  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, 1972, nr 9.
  • Opracowanie własne: Baza wiedzy: Adolf-Hitler-Straße. Lipine / Lipiny 1940–1944, sporządzone na podstawie wypisów z Kattowitzer Zeitung i Oberschlesische Zeitung.
0
0

Read more

Nauczyciele z przypadku i szkoły w oborach – szkolnictwo w powiecie bytomskim w latach 1798–1825

Nauczyciele z przypadku i szkoły w oborach. Szkolnictwo w powiecie bytomskim 1798–1825

Historia szkolnictwa · Bytom i dawny powiat bytomski

Nauczyciele z przypadku i szkoły w oborach. Szkolnictwo w powiecie bytomskim 1798–1825

Zanim szkoła stała się regularną instytucją z klasami, podręcznikami i przygotowanymi nauczycielami, dzieci w dawnym powiecie bytomskim uczyły się często w izbach organistów, przy kościele, w ciasnych chatach, a czasem niemal dosłownie obok gospodarskiej obory.

Źródło główne: J. Sannig, Oberschlesien, 1904 Zakres: 1798–1825 Bytom · Chorzów · Hajduki · Dąb · Tarnowskie Góry

W historii oświaty łatwo opowiadać o wielkich reformach i państwowych ustawach. Znacznie trudniej dostrzec prawdziwą szkolną codzienność przełomu XVIII i XIX wieku: dziecko z polskim modlitewnikiem zamiast podręcznika, murarza dorabiającego uczeniem tylko zimą czy krowę, która przez spróchniałe przepierzenie zaglądała do chorzowskiej izby lekcyjnej. Głównym przewodnikiem po tym nieco zapomnianym świecie będzie dla nas unikalny artykuł J. Sanniga opublikowany w czasopiśmie Oberschlesien w 1904 roku.

To już trzecia część naszego blogowego cyklu o dawnym szkolnictwie. Tym razem schodzimy szczebel niżej: z prestiżowych miejskich szkół do prowizorycznych klas, parafialnego nadzoru i wojennego chaosu w dawnym powiecie bytomskim.

1. Miejsce tego tekstu w cyklu

Na blogu ukazały się dotąd dwa teksty o edukacji w naszym regionie. Jeden omawiał Bytom jako historyczne miasto szkół, a drugi ukazywał realia XVI-wiecznej nauki i szkolnego rygoru. Dziś przenosimy się w czasie i przestrzeni. Skupimy się na edukacji elementarnej, ubogiej i zależnej od ludzi, którzy nauczycielami bywali nierzadko wyłącznie z życiowej konieczności.

↑ Wróć do spisu treści

2. Dawny powiat bytomski: większy niż myślisz

Gdy dziś mówimy „Bytom”, myślimy najczęściej o granicach dzisiejszego miasta. W źródłach z XIX wieku „powiat bytomski” oznaczał jednak terytorium o wiele rozleglejsze. Obejmował wsie, osady i tereny parafialne – m.in. Chorzów, Dąb, Hajduki, Tarnowskie Góry, Mysłowice i rozwijającą się Królewską Hutę.

Był to obszar pogranicza społecznego i gospodarczego. W połowie XIX wieku, jak skrupulatnie odnotował w swoich opisach statystycznych Hugo Solger, ten dawny rolniczy krajobraz przecinały już kopalnie, huty i nowe osiedla robotnicze. Szkoła elementarna musiała zatem gonić rzeczywistość zmieniającą się szybciej niż powstawały murowane budynki edukacyjne.

Poglądowa ilustracja wiejskiej szkoły na Górnym Śląsku około 1800–1825 roku
Tak mogła wyglądać skromna szkoła elementarna w dawnym powiecie bytomskim na początku XIX wieku. Ilustracja poglądowa w stylu szkicu historycznego.

↑ Wróć do spisu treści

3. Proboszcz jako inspektor szkolny

Zgodnie z ustaleniami Sanniga, w 1798 roku nadzór nad szkolnictwem w regionie powierzono bytomskiemu proboszczowi. Z zachowanych kronik wiemy, że był to ks. Stephan (Stefan) Nawrath, proboszcz miejski i prepozyt przy kościele Wniebowzięcia NMP. To on musiał zmierzyć się z ponurą rzeczywistością: poza Bytomiem i Tarnowskimi Górami na tym terenie właściwie nie uświadczono samodzielnych budynków szkolnych.

  • 1798 Ks. Stephan Nawrath obejmuje funkcję wizytatora szkolnego.
  • 1805–06 Przemarsz wojsk uderza w kruchą infrastrukturę edukacyjną.
  • 1813 Ks. Nawrath rezygnuje z nadzoru szkolnego z powodu obciążeń urzędu (pozostając nadal proboszczem bytomskim).
  • 1816 Przejęcie spraw szkolnych przez nową rejencję opolską daje impuls do odbudowy.

Edukacja elementarna wciąż była przedłużeniem działalności parafialnej. Lokalny duchowny pełnił nierzadko rolę jedynego gwaranta, że nauka na wsi w ogóle się odbywa.

↑ Wróć do spisu treści

4. Nauczyciele z przypadku

Najbardziej dojmującym obrazem z tekstu Sanniga jest brak wykwalifikowanych pedagogów. Uczyli głównie organiści, próbujący łączyć oprawę muzyczną mszy z przekazywaniem wiedzy w tej samej izbie. Nauczycielami bywali też lokalni rzemieślnicy: murarze, krawcy czy szewcy. Ich „misja” edukacyjna bywała czysto sezonowa – murarz mógł uczyć tylko zimą, a latem wracał na budowę.

Nauczyciel z początku XIX wieku prowadzący lekcję w skromnej izbie szkolnej dawnego powiatu bytomskiego
Nauczycielami bywali organiści, rzemieślnicy i osoby bez pełnego przygotowania pedagogicznego. Ilustracja poglądowa.
Sedno problemu

Szanse na rzetelną naukę obniżał sam poziom nauczycieli. Wielu z nich nie znało dobrze języka niemieckiego, nie potrafiło w nim pisać ani czytać, a system finansowania oparty na naturze (jajka, chleb, drewno) ledwo pozwalał im przetrwać.

↑ Wróć do spisu treści

5. Polskie modlitewniki zamiast elementarzy

Kolejnym wyzwaniem był całkowity brak standardowych materiałów dydaktycznych. Sannig podaje, że dzieci przynosiły na lekcje to, co znalazły w domach – najczęściej były to polskie modlitewniki, nazywane „książkami częstochowskimi”.

To fascynujący detal dla lokalnej historii – udowadnia, że dawny powiat bytomski był kulturowo i językowo zróżnicowany, a polszczyzna pełniła w wiejskich klasach rolę fundamentalną, wbrew pruskim dążeniom do państwowej unifikacji.

↑ Wróć do spisu treści

6. Wojna, lazarety i rozpad porządku

Zanim na dobre rozpoczęto próby naprawy sytuacji, wybuchły wojny napoleońskie. W listopadzie 1805 roku maszerująca armia rosyjska zarekwirowała szkolne izby na kwatery i lazarety. Niszczono ławki i ubogie wyposażenie. Kolejne kontrybucje z czasów konfliktu z Francją (1806) ostatecznie wydrenowały kasy gminne. Inspekcje przeprowadzane po 1810 roku zastały na Śląsku nie tyle zaniedbany system szkolny, co totalne pogorzelisko edukacyjne.

↑ Wróć do spisu treści

7. Chorzów: obora za ścianą klasy

J. Sannig najplastyczniej ilustruje ten upadek na przykładzie starej szkoły w Chorzowie. Była to chata kryta strzechą. Klasa lekcyjna sąsiadowała przez liche przepierzenie z oborą nauczyciela. Według protokołów rewizji z 1818 roku, podczas lekcji przez spróchniałe deski do środka zaglądała krowa, a jej ryczenie zagłuszało naukę.

Poglądowa ilustracja starej szkoły w Chorzowie około 1818 roku z klasą oddzieloną od obory drewnianym przepierzeniem
Stara szkoła w Chorzowie według relacji J. Sanniga: klasa, liche przepierzenie i obora nauczyciela tuż obok. Ilustracja poglądowa.

Była to centralna placówka dla dzieci m.in. z Chorzowa, Dębu i Hajduków. Warto odnotować, że po nieudolnym nauczycielu Johannie Korntke posadę przejął tu m.in. Józef Stokowy z Chropaczowa – późniejszy sędziwy organista kojarzony z pielęgnowaniem lokalnych pieśni ludowych. Dopiero w 1824 roku oddano w Chorzowie do użytku murowaną szkołę (której głównym mankamentem okazał się niemiłosiernie dymiący piec).

↑ Wróć do spisu treści

8. Adrian Włodarski: uczeń z Hajduków, który został biskupem

W cieniu rozpadającej się chorzowskiej strzechy rozegrała się jednak fascynująca mikrohistoria. Uczniowie mieli w zwyczaju zjeżdżać ze szkolnego dachu wprost na kupę nawozu. Pewnego dnia chłopiec z Hajduków, Adrian Włodarski, wpadł głębiej do gnojówki. Przerażony ojciec niezwłocznie zabrał syna z tej placówki i przeniósł do szkoły gwareckiej w Królewskiej Hucie. Tam, wspierany przez miejscowego nauczyciela o nazwisku Passak (Passek), młody Adrian zaczął błyskawicznie rozwijać swoje talenty.

Symboliczna scena przedstawiająca młodego Adriana Włodarskiego opuszczającego ubogą szkołę w dawnym powiecie bytomskim
Symboliczna ilustracja drogi Adriana Włodarskiego: od ubogiej szkoły w Hajdukach i Chorzowie ku dalszej edukacji w Królewskiej Hucie.
Niezwykły awans

Fryderyk Adrian Włodarski (1807–1875) przyjął święcenia kapłańskie, został wrocławskim kanonikiem katedralnym, a w 1861 roku mianowano go biskupem pomocniczym wrocławskim. Co więcej, sam w 1844 roku pełnił rolę oświatowego inspektora okręgowego – człowiek, który w dzieciństwie omal nie utonął w szkolnej gnojówce, decydował później o losach edukacji na Śląsku.

↑ Wróć do spisu treści

9. Od prowizorki do systemu (1816–1825)

Przełom w powiecie nastąpił po 1816 roku, pod rządami nowej rejencji w Opolu. Wymuszono remonty budynków, usuwano niekompetentnych rzemieślników z posad i systematycznie wprowadzano absolwentów pierwszych seminariów nauczycielskich. Po 1825 roku organizowano stałe konferencje dla nauczycieli i tworzono powiatowe biblioteczki, co powoli zamykało epokę oświaty „chałupniczej”.

↑ Wróć do spisu treści

10. Krótki rzut oka na połowę XIX wieku

Dla pełnego kontrastu przywołajmy ponownie opisy H. Solgera z połowy XIX stulecia. W tym czasie w samym Bytomiu działała już potężna, dziesięcioklasowa katolicka szkoła elementarna obsługująca prawie 1900 uczniów. Funkcjonowała szkoła ewangelicka, a także specjalistyczna placówka dla uboższych dziewcząt ucząca praktycznych prac ręcznych. Skok od krowy zaglądającej do klasy do zinstytucjonalizowanej, miejskiej oświaty zajął zaledwie kilka dekad.

↑ Wróć do spisu treści

11. Indeks postaci i nazw

Postacie
  • Stephan (Stefan) Nawrath — proboszcz bytomski, wizytator szkolny na przełomie wieków (zrezygnował z nadzoru w 1813 r.).
  • Johann Korntke — krytycznie oceniany nauczyciel chorzowski.
  • Józef Stokowy — następca Korntkego, późniejszy organista z Chorzowa.
  • Adrian Włodarski — chłopiec z Hajduków, który zrobił oszałamiającą karierę, kończąc jako wrocławski biskup pomocniczy.
  • Passak / Passek — nauczyciel z Królewskiej Huty, który odkrył talent Włodarskiego.
  • J. Sannig — badacz z początku XX wieku, autor głównego tekstu źródłowego.
Miejsca
  • Bytom / Beuthen — centrum powiatu i punkt odniesienia dla nadzoru szkolnego.
  • Chorzów — miejsce najbarwniejszego studium przypadku starej szkoły z początku XIX wieku.
  • Dąb / Domb — miejscowość, z której dzieci uczęszczały do szkoły chorzowskiej.
  • Hajduki Dolne i Górne — miejscowości związane ze szkołą chorzowską i historią Adriana Włodarskiego.
  • Królewska Huta — miejsce dalszej edukacji Adriana Włodarskiego.
  • Tarnowskie Góry / Tarnowitz — ważny ośrodek miejski i kościelno-szkolny w dawnym powiecie.
  • Mysłowice / Myslowitz — przykład miasta pogranicznego z rozwijającym się szkolnictwem wyznaniowym.

↑ Wróć do spisu treści

12. Bibliografia i źródła

Rozwiń / zwiń bibliografię
  1. J. Sannig, Über das Schulwesen im alten Beuthener Kreise vor 100 Jahren, nebst einigen Details, die damalige Chorzower Schule betreffend, w: Oberschlesien. Zeitschrift zur Pflege der Kenntnis und Vertretung der Interessen Oberschlesiens, 2. Jahrgang, Januar 1904, Heft 10.
  2. Hugo Solger, Der Kreis Beuthen in Oberschlesien mit besonderer Berücksichtigung der durch Bergbau und Hüttenbetrieb in ihm hervorgerufenen eigenthümlichen Arbeiter- und Gemeinde-Verhältnisse, Breslau, połowa XIX wieku.
  3. Górny Szlązk, w: Przegląd Polski, 1879/1880, R. 13, T. 1, s. 307–311. Wykorzystano jako kontekst do wzmianki o Józefie Stokowym i kulturze pieśni ludowych na Górnym Śląsku.
  4. Antoni Kiełbasa SDS, Biskup Adrian Włodarski 1807–1875, Trzebnica 1995.
  5. Geschichtliche Entwicklung der evangelischen Kirche in Königshütte, w: Kattowitzer Zeitung, nr 220, Jahrgang 59, Sonntag, 25. September 1927. Wykorzystano jako kontekst do wzmianki o szkole gwareckiej w Królewskiej Hucie i nazwisku Passak/Passek.
  6. Kronikarski przekaz dotyczący parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Bytomiu i proboszcza Stephana / Stefana Nawratha — wykorzystany do doprecyzowania identyfikacji Nawratha oraz odróżnienia jego funkcji proboszcza od funkcji szkolnego wizytatora.
  7. Materiały własne i wcześniejsze opracowania blogowe z cyklu o historii szkolnictwa w Bytomiu: Bytom — miasto szkół oraz Szkoła, łacina i rygor w XVI-wiecznym Bytomiu.

↑ Wróć do spisu treści

Tekst przygotowany jako część cyklu o historii edukacji w Bytomiu i dawnym powiecie bytomskim.

0
0

Read more

Zabytkowa partytura i batuta dyrygenta na dębowym biurku. Wizualizacja symbolizująca działalność męskich towarzystw śpiewaczych w Bytomiu w latach 1850-1941.

Zanim zamilkły pieśni. Złoty wiek bytomskich chórów męskich

Historia Bytomia · chóry · XIX–XX wiek

Zanim zamilkły pieśni. Złoty wiek bytomskich chórów męskich

W sobotni wieczór 22 maja 1852 roku w bytomskim „Białym Orle” (Weiße Adler) nie drukowano biletów. Przy wejściu stał talerz. Każdy, kto chciał wejść, kładł datek. Minimum wynosiło 15 srebrnych groszy. W sali hotelu i restauracji „Biały Orzeł” (Weiße Adler) przy Rynku zabrzmiała „Pieśń o dzwonie” — „Die Glocke” — z muzyką Andreasa Romberga. Dyrygował Rudolf Braxator, kantor kościoła Mariackiego i jeden z ojców bytomskiego śpiewu. Dochód był przeznaczony na budowę miejskiego sierocińca. Po odliczeniu kosztów zebrano ponad 105 talarów. Pieniądze przekazano radnemu Karlowi Lucasowi. Tak zaczyna się jedna z najciekawszych historii dawnego Bytomia: historia miasta, które przez chóry, próby, sztandary i koncerty uczyło się mówić wspólnym głosem.

Bytom / Beuthen Chóry męskie Kultura muzyczna Górny Śląsk
Wizualizacja koncertu chóru męskiego w sali Białego Orła w Bytomiu w XIX wieku
Pierwszy wielki koncert bytomskiego chóru. Wykonanie „Die Glocke” w eleganckiej sali hotelu „Biały Orzeł” (Weiße Adler) (wizualizacja).
Koncert, który zostawił ślad

Zachowały się precyzyjne wyliczenia z tamtego wieczoru. Dochód / wpływ z koncertu wyniósł dokładnie 117 talarów. Po odliczeniu niezbędnych kosztów organizacyjnych (11 talarów i 18 srebrnych groszy), w kasie pozostało 105 talarów i 12 srebrnych groszy czystego zysku, które przekazano na poczet funduszu budowy sierocińca.

Bytom, który dopiero uczył się śpiewać

W połowie XIX wieku Bytom był jeszcze niewielkim miastem. W 1849 roku liczył 5915 mieszkańców.

Życie muzyczne rozwijało się tu później niż w innych śląskich ośrodkach. Opole miało swoje tradycje wcześniej. Gliwice także wyprzedzały Bytom. Tarnowskie Góry dawały przykład, którego w Bytomiu nie dało się zignorować.

Śpiew oczywiście istniał. W kościołach, szkołach, domach i gospodach. Brakowało jednak trwałej organizacji: stowarzyszenia, prób, repertuaru, występów i własnej miejskiej dumy.

8 października 1850 roku powstało stowarzyszenie „Liedertafel Beuthen”. Wśród jego założycieli znaleźli się m.in. Franz Gramer (autor pierwszej wielkiej, dziewiętnastowiecznej kroniki miasta), Rudolf Braxator (kantor kościoła Mariackiego, który objął funkcję pierwszego dyrygenta chóru), sędzia powiatowy Mader, kapelan Amende oraz pastor Pasch.

Kilka lat później, 15 września 1856 roku, stowarzyszenie przyjęło nazwę „Männergesangverein Sängerbund Beuthen”.

Początki były proste. Gospoda. Piwo. Dym tytoniowy. Pieśni biesiadne. Męskie rozmowy po pracy.

Ale z tej atmosfery miało wyrosnąć coś znacznie większego.

Pierwszy wielki dźwięk: koncert w „Białym Orle” (Weiße Adler)

Portret radnego Karla Lucasa
Radny miejski Karl Lucas (1808–1878).

Biały Orzeł stał przy Rynku, na rogu dawnej Synagogenstraße. Był miejscem znanym, miejskim, reprezentacyjnym. Tam 22 maja 1852 roku bytomscy śpiewacy wykonali „Die Glocke”. Wybór nie był przypadkowy. „Pieśń o dzwonie” Friedricha Schillera, z muzyką Andreasa Romberga, należała do repertuaru podniosłego i wymagającego. Nie była zwykłą pieśnią przy kuflu.

Dyrygował Braxator. Śpiewacy stanęli przed publicznością, a przy wejściu brzęczały monety rzucane na talerz.

Posłuchaj

Die Glocke Andreasa Romberga, wykonana w Bytomiu w 1852 roku, jest dziś dostępna także we współczesnych nagraniach: posłuchaj utworu w serwisie YouTube .

Koncert, który zostawił ślad

Zachowały się precyzyjne wyliczenia z tamtego wieczoru. Dochód / wpływ z koncertu wyniósł 117 talarów. Po odliczeniu kosztów (11 talarów i 18 srebrnych groszy), w kasie pozostało 105 talarów i 12 srebrnych groszy czystego zysku, przekazanych na budowę sierocińca.

Zbiórka na sierociniec
Zamiast biletów – talerz na datki. Historyczna wizualizacja zbiórki charytatywnej z 1852 roku.

Od karczmy do sali koncertowej

Najstarsze chóry wyrastały z życia towarzyskiego.

Próby odbywały się w lokalach. Śpiewano przy piwie. Repertuar był lekki, biesiadny, bliski codzienności.

Potem przyszli kantorzy, nauczyciele muzyki i dyrygenci z większymi ambicjami. Bytom był już wtedy miastem, w którym szkoły odgrywały coraz większą rolę w życiu publicznym i kulturalnym — szerzej pisałem o tym w artykule „Bytom — miasto szkół. Historia edukacji” . Zaczęła się praca nad głosem, dyscypliną i repertuarem.

Chóry sięgały po pieśni dawne, ludowe, kompozycje śląskich twórców i muzykę a cappella. Z czasem coraz częściej występowały nie tylko w gospodach, ale w salach koncertowych, szkołach i podczas miejskich uroczystości.

Symboliczny był ruch Paula Jaschkego. Próby najstarszego chóru przeniósł do sali muzycznej Wyższej Szkoły Realnej, czyli Oberrealschule.

Zmieniło się miejsce. Zmienił się ton.

Śpiewacy nadal byli wspólnotą. Spotykali się, żartowali, jeździli na zjazdy, śpiewali na pogrzebach kolegów. Ale obok towarzyskiego ducha pojawiła się praca artystyczna.

Bytomskie chóry zaczęły brzmieć coraz pewniej.

Ludzie, którzy kazali Bytomiowi śpiewać

Za chórami stali ludzie, którzy potrafili zebrać głosy i utrzymać je razem.

Rudolf Braxator dał początkom autorytet kościelnego kantora. Julius Schiwy przejął pałeczkę na długie lata. Paul Braxator podtrzymał rodzinną ciągłość. Max Neumann obudził ruch, gdy zaczął popadać w stagnację. Paul Jaschke podniósł wymagania artystyczne.

Stare biurko z batutą, okularami i otwartą partyturą utworu Die Glocke
Atrybuty dyrygenta. Wizualizacja biurka chórmistrza z otwartą partyturą kantaty „Die Glocke”.
Więcej niż dyrygent: Paul Jaschke (1881–1929)

Jaschke nie był tylko dyrygentem chóru, który wyciągnął śpiewaków z karczmy do sal Wyższej Szkoły Realnej (Oberrealschule). Był twórcą całego systemu edukacji muzycznej w bytomskim Realgymnasium. Uczył podstaw śpiewu, prowadził szkolny chór i uczniowską orkiestrę, a także – co w latach 20. XX wieku uchodziło za niezwykle nowoczesne – przygotowywał uczniów do świadomego słuchania dzieł Bacha czy Beethovena za pomocą wykładów i nagrań z płyt. Zmarł przedwcześnie w wieku 48 lat, krótko przed objęciem stanowiska profesora Akademii Pedagogicznej w Bytomiu i niedługo po wydaniu wspólnego, górnośląskiego śpiewnika szkolnego z radcą Maxem Neumannem.

Richard Ullmann wniósł do „Liedertafel” energię i charakter. Jego chór wyrósł z grupy kilkudziesięciu rzemieślników i robotników do zespołu liczącego około stu śpiewaków.

Po nocnych próbach śpiewacy trafiali czasem do domu Ullmannów. Lisa Ullmann parzyła kawę i przygotowywała poczęstunek.

Tak właśnie tworzyła się wspólnota.

Śpiewacy byli ze sobą nie tylko na scenie. Byli tam również po próbie — gdy po wspólnym wysiłku siadali przy stole, by odetchnąć i zwyczajnie ze sobą pobyć.

Kobieta nalewająca kawę zmęczonym śpiewakom w salonie z lat 20. XX wieku
Kulisy ruchu śpiewaczego. Lisa Ullmann gości śpiewaków „Liedertafel” kawą i poczęstunkiem po późnych spotkaniach chóru. (wizualizacja).
Rudolf Braxator Julius Schiwy Paul Braxator Max Neumann Paul Jaschke Richard Ullmann

Publiczna obecność chórów

W latach 20. XX wieku bytomskie towarzystwa śpiewacze stanowiły już znaczącą siłę w życiu kulturalnym miasta.

Miasto było większe, bardziej przemysłowe, głośniejsze. Chóry też nabrały siły. Występowały w salach, jeździły na zjazdy, przyjmowały gości, wystawiały sztandary.

W dniach 28–30 czerwca 1925 roku Bytom był stolicą 21. Górnośląskiego Święta Związku Śpiewaczego. Nadburmistrz dr Knakrick witał zjeżdżających z całego regionu gości. Uroczystości na Rynku odbywały się w strugach ulewnego deszczu. Mokry bruk odbijał światło wysokich latarń oraz szyldy domów towarowych, takich jak Josef Cohn czy M. Wolff Jr.

Tłum dzieci w marynarskich mundurkach i śpiewaków na zalanym deszczem bytomskim Rynku w 1925 roku
Wielki chór 1000 dzieci w marynarskich mundurkach oraz zjednoczone męskie towarzystwa śpiewacze podczas 21. Górnośląskiego Święta Śpiewaczego (czerwiec 1925 r.). Na podwyższeniu dyryguje Paul Jaschke.

Na środku placu dyrektor muzyczny Paul Jaschke dyrygował z podwyższenia potężnym, jubileuszowym chórem tysiąca dzieci ubranym w charakterystyczne marynarskie mundurki. Bezpośrednio za nimi stał gęsty tłum mężczyzn w ciemnych garniturach — to bytomskie towarzystwa śpiewacze łączyły swój głos z młodym pokoleniem.

Dwa lata później przyszły jeszcze bardziej widowiskowe uroczystości. W dniach 13–14 sierpnia 1927 roku obchodzono 25-lecie reaktywowanego chóru „Liedertafel”.

Był komers w Domu Strzeleckim. Było odsłonięcie tablicy ku czci dziesięciu poległych członków chóru. Były delegacje, goście i poczty sztandarowe.

13–14 sierpnia 1927

Największe wrażenie robił pochód. Przez miasto ruszyły sztandary, śpiewacy, wóz świąteczny i delegacje.

Bogato zdobiony, haftowany sztandar chóru w klasycystycznej sali
Symbol miejskiej dumy i przynależności – wizualizacja chóralnego sztandaru, podobnego do tego, który w 1927 roku poświęcono na bytomskim Rynku.

Pochód dotarł na Rynek. Tam Max Neumann poświęcił nowy sztandar „Liedertafel”.

Rynek stał się główną sceną miejskich uroczystości, a historyczna zabudowa — naturalnym tłem wydarzenia. W tej scenerii uroczyste poświęcenie sztandaru „Liedertafel” przez radcę Neumanna nie było tylko ceremonią, lecz manifestacją trwałości i prestiżu bytomskich śpiewaków.

Śpiew stał się nieodłącznym elementem bytomskiego pejzażu.

Muzyczna mapa dawnego Bytomia

Spokojne ogrody i budynek Domu Strzeleckiego w stylu retro
Dom Strzelecki (Schützenhaus) wraz z ogrodami – centrum koncertów, komersów i jubileuszy (wizualizacja).

Hotel i restauracja „Weiße Adler” / Biały Orzeł

tu 22 maja 1852 roku odbył się koncert „Die Glocke”, z którego dochód przeznaczono na budowę miejskiego sierocińca.

Rynek

miejsce publicznych uroczystości, pochodów (m.in. wielkiego zjazdu w 1925 r. w ulewnym deszczu) i poświęcenia sztandaru „Liedertafel” w 1927 roku.

Kościół Mariacki

miejsce pracy Rudolfa Braxatora, kantora i pierwszego dyrygenta najstarszego bytomskiego chóru.

Kościół Świętej Trójcy

związany z Juliusem Schiwym, wieloletnim dyrygentem „Sängerbundu”.

Dom Strzelecki (Schützenhaus)

Centrum koncertów, komersów, jubileuszy i balów śpiewaczych. Miejsce to miało własną, znacznie starszą historię związaną z bytomskim Bractwem Strzeleckim .

Bytomski Dom Koncertowy / Beuthener Konzerthaus

estrada ważnych koncertów, w tym pożegnalnego występu z 1941 roku.

Konserwatorium Cieplika

założone w 1892 roku przez Thomasa Cieplika; ważne zaplecze edukacyjne bytomskich muzyków, śpiewaków i instrumentalistów.

Wyższa Szkoła Realna przy pl. Sikorskiego (Oberrealschule am Kaiserplatz)

Ważne miejsce prób i edukacji muzycznej. W jej salach spotykały się m.in. chóry „Sängerbund”, „Madrigalchor” oraz Städtischer Singverein. Paul Jaschke przeniósł tam próby „Sängerbundu”, wiążąc działalność chóru z profesjonalnym zapleczem szkolno-muzycznym. O samym gmachu szkoły, znanym jako „Tuschkasten”, pisałem osobno w artykule „Tuschkasten. Bytomska Oberrealschule z 1928 roku” .

Restauracja F. Roebera / Rödera (ul. Jainty / Tarnowitzerstraße 15)

lokal, w którym spotykał się chór „Liedertafel” i gdzie uroczyście odsłonięto tablicę poległych śpiewaków.

Ulica Katowicka (Dyngosstraße)

miejsce spotkań i prób założonego w 1890 roku chóru „Liederkranz”.

Restauracja Kaiserkrone przy pl. Akademickim (Pl. n. d. Kaserne)

miejsce prób męskiego chóru śpiewaczego kopalni Bleischarley pod przewodnictwem nadinżyniera Schüttela.

Nie tylko wielkie chóry

Najmocniej zapisały się „Sängerbund” i „Liedertafel”. Ale muzyczny Bytom był gęstszy.

Działał MGV „Liederkranz”, założony 27 listopada 1890 roku. Przez lata miał charakter towarzyski, lecz około 1924 roku pod kierunkiem Josepha Reimanna nabrał bardziej reprezentacyjnego charakteru.

Popularny był także „Männergesangverein Beuthen”. W latach 1922–1927 prowadził go Georg Kitzler. Koncerty w Domu Strzeleckim (Schützenhaus) bywały wyprzedane.

Osobną barwę miał założony w 1912 roku „Bäckermeistergesangverein”, chór mistrzów piekarskich. Nie ścigał się z wielkimi chórami o publiczny splendor. Uświetniał życie własnego cechu. Śpiew był tam częścią zawodowej wspólnoty.

Byli też „Beuthener Sängerknaben” — bytomski chór chłopięcy prowadzony przez Georga Klußa. Zapamiętano ich m.in. dzięki marynarskim mundurkom.

Obok chórów działały orkiestry kopalniane i hutnicze, uświetniające święta zakładowe i miejskie. Osobnym przykładem zespołu zakładowego był męski chór śpiewaczy kopalni Bleischarley pod przewodnictwem nadinżyniera Schüttela.

Był też cały świat edukacji muzycznej. Konserwatorium Cieplika, nauczyciele, kantorzy, szkolne chóry, kościelne zespoły, dyrygenci i kompozytorzy.

W tym pejzażu pojawia się Erich Lokay — kompozytor, chórmistrz i jedna z ważnych postaci bytomskiego życia muzycznego , a obok niego Alois Heiduczek, Paul Kraus, Michael Jarczyk i wielu innych.

Bytom śpiewał głosami mężczyzn, chłopców, uczniów, piekarzy, górników i kantorów.

Ostatnie akordy

Jeszcze w listopadzie 1936 roku odbyło się II Górnośląskie Święto Muzyczne.

Były połączone chóry. Były transmisje radiowe. Była twórczość lokalnych kompozytorów. Było poczucie, że Bytom należy do ważnych punktów muzycznej mapy regionu.

Potem przyszła wojna.

Zespoły traciły ludzi. Stowarzyszenia słabły. Dawny rytm prób, koncertów i zjazdów zaczął się rozpadać.

W 1941 roku w Bytomskim Domu Koncertowym odbył się pożegnalny koncert najstarszego chóru. Wystąpiły resztki dawnych chórów męskich, około 100 chłopców z Beuthener Mittelschule oraz 16 muzyków Teatru Miejskiego.

Razem około dwustu wykonawców.

Potężny chór męski i chłopięcy podczas dramatycznego koncertu w latach 40. XX wieku
Pożegnalny występ. Ostatni wielki koncert w Bytomskim Domu Koncertowym w 1941 roku, zwiastujący koniec złotej ery śpiewu (wizualizacja).

Wielka liczba. I zarazem finał.

Po 1945 roku dawny świat bytomskich stowarzyszeń śpiewaczych przestał istnieć w znanej sobie formie. Zmieniła się ludność, język, administracja i pamięć miasta.

Według relacji Georga Klußa tragiczny los spotkał Polewkę, drukarza i drugiego chórmistrza „Liedertafel”, który zginął w Bytomiu w 1945 roku.

Richard Ullmann osiadł po wojnie w Ilten koło Hanoweru. W jednym z powojennych listów wracał myślą do dawnego bytomskiego chóru. Pisał, że w nowych warunkach nie udało mu się już stworzyć tak zgranej wspólnoty.

Dawny głos Bytomia nie zabrzmiał drugi raz tak samo…

Słowniczek postaci

Karl Lucas (1808–1878)

Radny miejski (Stadtrat), przewodniczący komitetu budowy miejskiego sierocińca w Bytomiu, inicjator i odbiorca funduszy z charytatywnego koncertu „Die Glocke” w 1852 roku. Ciekawostka: był rodzonym bratem Emilii Lucas, przybranej matki słynnej Joanny Gryzik (dziedziczki fortuny Karola Goduli). Zachował się jego portret z 1876 r., wykonany w bytomskim atelier J. F. Stieblera.

Rudolf Braxator (1820–1879)

kantor kościoła Mariackiego w Bytomiu od 1840 roku, współzałożyciel i pierwszy dyrygent najstarszego bytomskiego chóru męskiego. Prowadził wykonanie „Die Glocke” podczas koncertu charytatywnego w „Białym Orle” (Weiße Adler) w 1852 roku.

Julius Schiwy (1844–1910)

zięć Rudolfa Braxatora, kantor i organista przy kościele Świętej Trójcy. Przez 32 lata dyrygował „Männergesangverein Sängerbund Beuthen”. Wspominany podczas zjazdu śpiewaczego w 1925 roku.

Paul Braxator (1848–1926)

syn Rudolfa Braxatora. Od 1894 roku pierwszy przewodniczący „Sängerbundu”, później także chórmistrz. Reprezentował rodzinną ciągłość najstarszego bytomskiego chóru.

Max Neumann (1878–1949)

radca szkolny, kompozytor, organizator ruchu śpiewaczego i przewodniczący okręgu Bytom-Gliwice-Zabrze. W latach 20. XX wieku pomógł ożywić „Sängerbund”. Prowadził także własny Max-Neumann-Quintett.

Paul Jaschke (1881–1929)

miejski dyrektor muzyczny Bytomia, pedagog i państwowy doradca muzyczny. Twórca silnego środowiska edukacji muzycznej w Realgymnasium (chóry, orkiestry uczniowskie). Założyciel Singverein Beuthen (1918 r.). W najstarszym chórze męskim podniósł wymagania artystyczne i przeniósł próby do profesjonalnej sali muzycznej. Autor (wraz z M. Neumannem) podręcznika muzycznego „Hirts Musikbuch für oberschlesische Schulen – Lied und Leben”.

Richard Ullmann (1887–1967)

nauczyciel, rektor szkoły, weteran I wojny światowej i dyrygent reaktywowanego chóru „Liedertafel”. Pod jego kierownictwem zespół rozwinął się z grupy rzemieślników i robotników w duży chór liczący około stu śpiewaków. Po wojnie osiadł w Ilten koło Hanoweru.

Lisa Ullmann

żona Richarda Ullmanna. Wspominana jako osoba tworząca domowe zaplecze chóru; po długich próbach przyjmowała śpiewaków kawą i poczęstunkiem.

Georg Kluß

dyrygent, kompozytor i autor powojennych artykułów o bytomskim ruchu chóralnym. W latach 1931–1941 kierował muzycznie „Sängerbundem”. Prowadził także bytomski chór chłopięcy „Beuthener Sängerknaben”.

Joseph Reimann

nauczyciel muzyki w Liceum Miejskim i dyrektor Miejskiej Szkoły Śpiewu. Około 1924 roku przejął kierownictwo nad MGV „Liederkranz” i podniósł poziom zespołu.

Georg Kitzler

nauczyciel i dyrygent „Männergesangverein Beuthen” w latach jego największej popularności, około 1922–1927. Pod jego batutą chór dawał wyprzedane koncerty w Domu Strzeleckim (Schützenhaus)

Erich Lokay

bytomski kompozytor i dyrygent, związany m.in. z chórami i muzyką kościelną. Współtworzył szerokie środowisko muzyczne miasta.

Polewka

drukarz, drugi chórmistrz i zastępca Richarda Ullmanna w „Liedertafel”. Według relacji Georga Klußa zginął w Bytomiu w 1945 roku.

Bibliografia i źródła

Poniższe zestawienie obejmuje źródła prasowe, opracowania kronikarskie oraz powojenne publikacje wspomnieniowe wykorzystane przy opracowaniu tekstu.

Archiwalne źródła urzędowe i prasa z epoki

  • Intelligenzblatt für Beuthen, nr 20 z dn. 14 maja 1852 r. Ogłoszenie zapowiadające charytatywny koncert „Die Glocke” w lokalu Beuthnera.
  • Intelligenzblatt für Beuthen, nr 24 z dn. 11 czerwca 1852 r. Oficjalne podziękowanie i rozliczenie finansowe zysku z koncertu na rzecz budowy sierocińca.
  • Festschrift zur 50-Jahr-Feier des M.-G.-V. „Sängerbund” Beuthen/OS., Bytom 1900/1906.
  • Oberschlesien im Bild, nr 31 z dn. 12 września 1924 r., s. 5. Fotografia dokumentująca „Sängerfahrt” chóru „Liedertafel” do Kłodzka.
  • Festbuch zur XVII. Hauptversammlung des Vereins katholischer Lehrer Schlesiens in Beuthen O.-S. (4.–7. Oktober 1925), Oberschlesische Zeitung G.m.b.H., Bytom 1925.
  • Ostdeutsche Morgenpost, nr 223 z dn. 14 sierpnia 1927 r. Relacja z sobotnich obchodów 25-lecia „Liedertafel” w Domu Strzeleckim.
  • Ostdeutsche Morgenpost, nr 224 z dn. 15 sierpnia 1927 r. Relacja z odsłonięcia tablicy poległych, pochodu ulicami miasta i poświęcenia sztandaru na Rynku.
  • Oberschlesien im Bild, nr 35 z dn. 26 sierpnia 1927 r., s. 2. Reportaż fotograficzny „25 Jahre Liedertafel-Beuthen”.
  • Der Oberschlesier, rocznik 18 (1936), zeszyt 11, s. 613–614. Recenzja z II Górnośląskiego Święta Muzycznego w Bytomiu.

Opracowania kronikarskie

  • Gramer Franz, Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, Bytom 1863.
  • Stodolka Franz, Das Beuthener Musikleben. Rozdział w monografii historycznej Bytomia poświęcony ewolucji chórów męskich, rzemieślniczych i kościelnych.

Powojenne publikacje wspomnieniowe

  • Kluß Georg, Musik und Musiker im Raume Beuthen. Ein Beitrag zum 8. Beuthener Heimattreffen in Recklinghausen, w: Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, nr 8, sierpień 1965, s. 26–29.
  • Kaul Hans, Die erste Aufführung der Glocke in Beuthen OS. 1852, w: Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, nr 10, październik 1968, s. 24–25.
  • Kluß Georg, Das Chorwesen in Beuthen-Stadt. Männerchöre, cz. I, w: Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, nr 7/8, lipiec/sierpień 1972, s. 34–36.
  • Kluß Georg, Das Chorwesen in Beuthen-Stadt. Männerchöre, cz. II, w: Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, nr 11, listopad 1972, s. 30, 32.
  • Kluß Georg, Das Chorwesen in Beuthen-Stadt. Männerchöre, cz. III, w: Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, nr 2, luty 1973, s. 31–32.
0
0

Read more

Noc świętojańska na Górnym Śląsku – ogień, woda, zioła i wróżby

Noc świętojańska na Górnym Śląsku. Ogień, woda, zioła i magia najkrótszej nocy

Górny Śląsk · Johannisnacht · obrzędowość ludowa

Noc świętojańska na Górnym Śląsku. Ogień, woda, zioła i magia najkrótszej nocy

Dziś, 24 czerwca, przypada dzień św. Jana Chrzciciela. W dawnym kalendarzu ludowym był to jeden z najważniejszych momentów roku: czas najkrótszych nocy, najdłuższego światła, ognia, wody, ziół, wróżb i obrzędowej magii. Na Górnym Śląsku znano go jako Johannistag, a poprzedzającą go noc jako Johannisnacht — noc świętojańską.

Górny Śląsk noc św. Jana ogień świętojański zioła i wróżby Johannistag / Johannisnacht
Ogień płomień, dym, skoki i ochrona domostw
Woda obmycie, odnowienie, zdrowie i uroda
Zioła rośliny zebrane w pełni letniej mocy
Wróżba wianki, kwiat paproci i pytania o przyszłość
Noc świętojańska na Górnym Śląsku – ogień i woda w ludowej obrzędowości
Ogień i woda należały do najważniejszych symboli nocy świętojańskiej. Ilustracja poglądowa.

Noc graniczna

Był to czas, w którym chrześcijańskie wspomnienie św. Jana Chrzciciela nakładało się na starsze wyobrażenia związane z przesileniem letnim. W ludowej pamięci zachowały się echa dawnych kultów światła, słońca, oczyszczenia i płodności. Najważniejszym znakiem tej nocy był ogień.

Noc świętojańska należała do tych momentów roku, które dawna wyobraźnia ludowa traktowała jako czas szczególny. Była nocą graniczną: między wiosną a pełnią lata, między codziennością a światem ukrytych mocy, między tym, co znane, a tym, co tajemnicze.

W takich chwilach — podobnie jak w Wigilię Bożego Narodzenia, noc zaduszną czy czas przejścia starego roku w nowy — świat miał być bardziej otwarty. Łatwiej działały czary, wróżby i zaklęcia. Rośliny nabierały niezwykłej mocy, woda stawała się uzdrawiająca, ogień oczyszczał, a dym chronił przed chorobą i nieszczęściem.

Próg roku ludowego

Noc św. Jana była więc nie tylko ludową zabawą. Była rytuałem przejścia przez najjaśniejszy punkt roku. Człowiek wchodził w pełnię lata, ale chciał uczynić to bezpiecznie: zabezpieczyć dom, obejście, rodzinę, bydło, pola i przyszły urodzaj.

Święto światła i ognia

W opisach górnośląskich zwyczajów świętojańskich szczególnie często pojawia się Johannisfeuer, czyli ogień świętojański. Ognisko było najważniejszym znakiem tej nocy. Łączyło radość ze światła z pragnieniem oczyszczenia i ochrony.

Wspólnota zgromadzona przy ognisku świętojańskim
Ogień świętojański był nie tylko widowiskiem, ale także rytuałem wspólnoty. Ilustracja poglądowa.

Stosy rozpalano ze starego chrustu, żywicy, smoły, a także ze starych mioteł. Materiał na ognisko zbierano nieraz przez wiele tygodni. Już samo przygotowanie stosu było częścią święta: angażowało młodzież, sąsiadów, całe lokalne wspólnoty.

Symbol słońca

Ogień był znakiem słońca, życia, siły i oczyszczenia. W najkrótszą noc roku płomień miał niejako pomagać światłu, podtrzymywać jego moc i przenosić ją na ludzi, zwierzęta oraz domostwa.

Ogień wspólnotowy

Nie był to ogień domowego paleniska, codzienny i użytkowy. Był to ogień świąteczny, rytualny, wspólnotowy — rozpalany poza domem, w otwartej przestrzeni, tam gdzie mogła zebrać się wieś lub grupa sąsiedzka.

Wokół ognia gromadzono się, śpiewano, bawiono i wykonywano czynności, którym przypisywano moc ochronną.

Płonące miotły i skoki przez ogień

Jednym z najbardziej widowiskowych zwyczajów było kręcenie nad głowami płonącymi, smolnymi miotłami — Pechbesen. Takie miotły podpalano, obracano nimi w powietrzu, a następnie rzucano wysoko. Najwyższy rzut był powodem do dumy.

W tym obrazie jest coś bardzo pierwotnego: ciemna noc, otwarta przestrzeń, zapach smoły i żywicy, kręgi ognia zataczane nad głowami, iskry lecące ku niebu.

Była to zabawa, ale zarazem gest rytualny. Ogień należało poruszyć, wynieść wysoko, rozproszyć jego blask, pozwolić mu działać.

Jeszcze bardziej znany był Feuersprung, czyli skok przez ogień. Skakali głównie młodzi, dla których był to sprawdzian odwagi i zręczności. Ale znaczenie tego gestu nie kończyło się na popisie. Skok przez ogień miał zapewniać zdrowie, szczęście i powodzenie. Przejście nad płomieniem było symbolicznym oczyszczeniem.

Ochrona gospodarstwa

Wierzono również, że ogień świętojański może chronić zwierzęta gospodarskie. W niektórych przekazach pojawia się przekonanie, że kontakt z ogniem lub jego dymem zabezpiecza bydło przed chorobami, czarami, a nawet kulawizną. W społeczności rolniczej była to sprawa ogromnej wagi. Zdrowie zwierząt oznaczało bezpieczeństwo całego gospodarstwa.

Dym, który oczyszczał

Nie tylko sam płomień miał moc. Równie ważny był dym.

Dym z ognisk świętojańskich uznawano za oczyszczający i uzdrawiający. Matki przenosiły przez niego dzieci, by ochronić je przed chorobą. Pasterze przepędzali przez dym zwierzęta, wierząc, że zabezpieczy je to przed złymi wpływami. Dym miał odpędzać to, co niewidzialne: chorobę, urok, czary, demony, nieszczęście.

W dawnych praktykach do ognia wrzucano nawet kości zwierząt. Powstający dym miał oczyszczać powietrze z „oparów chorobowych”. Dla dzisiejszego czytelnika może brzmieć to jak zabobon, ale w świecie dawnej kultury ludowej był to element spójnego systemu myślenia.

Jak rozumiano chorobę?

Choroba nie była postrzegana wyłącznie jako zjawisko fizyczne. Mogła być skutkiem złego powietrza, uroku, czarów albo naruszenia porządku świata. Dlatego ogień i dym działały nie tylko symbolicznie. Były traktowane jako realne narzędzia ochrony.

Zioła świętojańskie

Drugim wielkim kręgiem obrzędowości świętojańskiej była magia roślin.

Wierzono, że zioła zebrane w czasie przesilenia letniego mają szczególną moc. To właśnie wtedy natura znajdowała się w pełni sił. Rośliny były najbardziej żywotne, nasycone światłem i sokami. Człowiek chciał tę moc przejąć, utrwalić i wykorzystać.

Kobiety zbierające zioła świętojańskie na łące
Zioła zebrane w czasie przesilenia letniego uchodziły za szczególnie mocne. Ilustracja poglądowa.
  • domy i okna przystrajano wieńcami z kwiatów oraz ziół;
  • stajnie i obejścia zabezpieczano zielenią przed czarownicami, demonami i chorobami;
  • granica z roślin miała odgradzać dom od tego, co złe i niepożądane;
  • dziurawiec, czyli Johanniskraut, uchodził za ziele szczególnie ochronne i lecznicze.
Roślina w rytmie roku

W świętojańskich zwyczajach ważna była nie tylko praktyczna znajomość roślin, ale również przekonanie, że natura przemawia rytmem roku. Zioło zerwane przypadkowo było tylko rośliną. Zioło zerwane w noc św. Jana stawało się nośnikiem szczególnej mocy.

Kwiat paproci i ukryte skarby

Najbardziej tajemniczym motywem nocy świętojańskiej był kwiat paproci. Według ludowych wierzeń paproć miała zakwitać tylko raz w roku — właśnie w tę noc. Ten, kto odnalazł cudowny kwiat albo zdobył tajemnicze nasienie paproci, zyskiwał nadzwyczajne zdolności.

W przekazach pojawia się motyw niewidzialności oraz zdolności widzenia skarbów ukrytych w ziemi. Człowiek, któremu udało się zdobyć kwiat paproci, mógł przeniknąć zasłonę zwykłego świata. Widział to, czego inni nie widzieli. Uzyskiwał dostęp do bogactwa, tajemnicy i wiedzy.

Ale zdobycie kwiatu paproci nigdy nie było łatwe. W wyobrażeniach ludowych towarzyszyły temu przeszkody, strach i działanie złych sił. Skarb natury nie był przeznaczony dla każdego. Trzeba było odwagi, sprytu, czystości intencji albo szczególnego szczęścia.

Noc pragnień i próby

Motyw kwiatu paproci dobrze pokazuje charakter całej nocy świętojańskiej. Była to noc pragnień: zdrowia, miłości, bogactwa, wiedzy, bezpieczeństwa i szczęścia. Ale była też nocą próby. To, co najcenniejsze, znajdowało się poza zwykłym porządkiem i wymagało przekroczenia granicy.

Woda, uroda i odnowienie

Obok ognia wielkie znaczenie miała woda. W noc świętojańską miała ona nabierać szczególnej mocy uzdrawiającej i odmładzającej.

Dziewczęta na zroszonej łące w poranek po nocy świętojańskiej
Rosa, świt i woda wiązały się z odnowieniem, zdrowiem i urodą. Ilustracja poglądowa.

Kobiety i dziewczęta potajemnie obmywały się w rzekach, by zachować zdrowie, świeżość i urodę. Taki gest był czymś więcej niż zwykłą kąpielą. Był obrzędem odnowienia. Woda miała zmywać chorobę, słabość, zmęczenie i to, co nieczyste.

Ogień i woda w jednym rytuale

Ogień i woda, choć przeciwstawne, w tej nocy działały razem. Ogień oczyszczał przez płomień i dym. Woda oczyszczała przez obmycie. Ogień był jasny, gwałtowny, widoczny z daleka. Woda była cicha, często używana potajemnie, związana szczególnie z kobiecą sferą obrzędu.

Wspólnie tworzyły pełny rytuał przejścia: spalenie tego, co złe, i odnowienie tego, co żywe.

Wianki i wróżby miłosne

Noc świętojańska była także czasem dziewczęcych wróżb. W tradycji górnośląskiej pojawia się zwyczaj rzucania wianków przez ramię na drzewa. Liczba prób potrzebnych, by wianek zawisł na gałęzi, wróżyła liczbę lat oczekiwania na zamążpójście.

Dziewczęta puszczające wianek na wodę podczas nocy świętojańskiej
Wianki były znakiem dziewczęcości, młodości i pytań o przyszłość. Ilustracja poglądowa.

Wianek miał tu znaczenie szczególne. Był znakiem dziewczęcości, młodości i gotowości do wejścia w nowy etap życia. Jego los stawał się znakiem przyszłego losu dziewczyny. Czy szybko wyjdzie za mąż? Czy będzie musiała czekać? Czy szczęście przyjdzie łatwo, czy dopiero po wielu próbach?

Zabawa, która mówiła o poważnych sprawach

Takie wróżby były zabawą, ale nie tylko zabawą. W dawnej społeczności małżeństwo było jednym z najważniejszych przejść życiowych. Dziewczęce obrzędy świętojańskie oswajały niepewność przyszłości. Pozwalały pytać o los w formie lekkiej, śpiewnej, wspólnotowej, ale zakorzenionej w poważnych sprawach życia.

Dziewczęce obchody i kwietne naczynia

Z obrzędowością świętojańską wiązał się również śląski zwyczaj określany jako „A Rosatopp”. Polegał on na obchodzeniu domów przez dziewczęta z ukwieconymi naczyniami. Towarzyszyły temu śpiewy i prośby o dary.

Ten zwyczaj pokazuje inną stronę nocy świętojańskiej. Nie tylko ogień, skoki i dym, ale także kwiaty, śpiew, dziewczęca wspólnota i odwiedzanie domów. Obrzęd wychodził poza jedno miejsce. Przenosił się od progu do progu, obejmując całą wieś lub okolicę.

Kwiaty, śpiew i ekonomia daru

Kwietne naczynie było znakiem lata, płodności i dostatku. Dziewczęta przynosiły do domów symboliczny obraz rozkwitającej natury. W zamian otrzymywały dary. W takim geście spotykały się magia, zabawa i ekonomia daru: życzenie pomyślności wymagało odpowiedzi.

Św. Jan i dawne kulty światła

Chrześcijański dzień św. Jana Chrzciciela nie wymazał starszych znaczeń tej nocy. Raczej je przykrył, uporządkował i wpisał w kalendarz kościelny. Dlatego w tradycji ludowej obok imienia świętego pozostały praktyki, których korzenie sięgają głębiej: ogień, woda, zioła, wróżby, ochrona przed demonami, rytuały płodności i oczyszczenia.

Postać św. Jana znalazła się w pobliżu letniego przesilenia nieprzypadkowo. W kalendarzu symbolicznym jego dzień przypada wtedy, gdy słońce osiąga pełnię mocy, a potem zaczyna powoli ustępować. W ludowej wyobraźni był to moment niezwykły: światło jest największe, ale właśnie od tej chwili noce będą coraz dłuższe.

Radość i niepokój

Dlatego noc świętojańska miała w sobie zarówno radość, jak i niepokój. Świętowano pełnię lata, ale jednocześnie zabezpieczano się przed tym, co mogło nadejść. Palono ognie, zbierano zioła, obmywano się wodą, wróżono, chroniono domy i zwierzęta. Był to rytuał pełni, ale też rytuał ochrony.

Wspólnota wokół ognia

Noc świętojańska była świętem wspólnotowym. Nie odbywała się w zamknięciu domu, lecz w przestrzeni otwartej. Gromadziła młodzież, dzieci, dorosłych, pasterzy, gospodarzy i dziewczęta odprawiające swoje wróżby.

Każdy miał w tym święcie własne miejsce. Młodzi popisywali się odwagą przy ogniu. Dziewczęta wróżyły sobie zamążpójście. Matki chroniły dzieci dymem. Gospodarze troszczyli się o bydło i obejście. Znachorki i osoby znające zioła wiedziały, kiedy i co zebrać. Cała wspólnota uczestniczyła w rytuale, który dotyczył najważniejszych spraw: zdrowia, płodności, miłości, dostatku i bezpieczeństwa.

Właśnie dlatego noc św. Jana była tak trwała. Łączyła wiele potrzeb naraz. Była świętem młodości, ale też gospodarstwa. Była zabawą, ale też ochroną. Była chrześcijańskim dniem świętego, ale zachowywała pamięć bardzo dawnych wyobrażeń o sile słońca, ognia, wody i roślin.

Najkrótsza noc, najdłuższy blask

Dawna noc świętojańska na Górnym Śląsku była czasem, w którym świat wydawał się bardziej żywy niż zwykle. Ogień płonął jaśniej, woda leczyła mocniej, zioła działały skuteczniej, a przyszłość dawała się odczytać z wianka zawieszonego na gałęzi.

Cztery siły nocy

W jej obrzędach spotykały się cztery wielkie siły: ogień, woda, roślina i słowo. Ogień oczyszczał. Woda odnawiała. Zioła chroniły. Pieśń i wróżba pozwalały wypowiedzieć pragnienia.

Rytuał uczestnictwa

Ludzie stawali wobec potęgi natury nie jako obserwatorzy, lecz jako uczestnicy rytuału. Palili ogniska, skakali przez płomień, przechodzili przez dym, zrywali zioła, szukali kwiatu paproci, obmywali się w wodzie i pytali o przyszłość.

Była to noc pełni lata, ale także noc ludzkich lęków i nadziei. W najkrótszą noc roku próbowano dotknąć tego, co ukryte — i zabrać ze sobą choć część letniego światła na dalszą drogę przez rok.

flaczek.com
noc świętojańska Górny Śląsk Johannistag Johannisfeuer zioła świętojańskie folklor śląski
Bibliografia i źródła
  • Perlick A., Der Johannestag im oberschlesischen Brauchtum, Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, Juni 1972 (6) oraz Mai 1933 (5).
  • Peschel Fr., Mittsommerfeuer in Schlesien, Der Oberschlesier, Mai 1933 (5).
  • Hoffmann W., Hausmittel gegen Krankheiten (Plesser Land), Der Oberschlesier, Mai 1932 (5).
  • Heß K., Volksaberglaube im Kreise Pleß, Oberschlesische Volkskunde, 1932 (Heft 7/10).
  • Schodrok C., Heut’ ist Johannisnacht!, Unser Oberschlesien, Juni 1954 (9).
  • Leschnik G., Sprawozdanie z działalności grupy w Hanowerze, Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, Juli/August 1975 (7/8).
  • Perlick A., Die Pflanze im oberschlesischen Volksbrauchtum, Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, Mai 1967 (5) i Mai 1991 (5).
0
0

Read more

Ilustracja architektoniczna w stylu retro przedstawiająca zalaną słońcem krytą pływalnię z palmą oraz napis Solanka Bytomska: Skarb odkryty pod ziemią.

Bytomska Solanka: Skarb Odkryty Pod Ziemią

Historia Bytomia · solanka · Parkbad

Bytomska Solanka: skarb odkryty pod ziemią

Zanim Górny Śląsk zaczął marzyć o luksusowym uzdrowisku, w kopalni działy się rzeczy niepokojące. Górnicy mający stały kontakt z podziemnymi rozlewiskami na głębokości ponad 700 metrów masowo uskarżali się na tajemniczą wysypkę na nogach. Dziś wiemy, że był to pierwszy sygnał zwiastujący istnienie bytomskiej solanki — leczniczego fenomenu, który z czasem zamienił zwykłą pływalnię w prawdziwy miejski mit.

Bytom / Beuthen Karsten-Zentrum solanka lecznicza Parkbad 1934 Park Miejski

Podziemny sygnał: wysypka górników

Historia bytomskiej solanki zaczyna się nie w eleganckim zakładzie kąpielowym, lecz głęboko pod ziemią. W głębokich wyrobiskach kopalnianych, gdzie gromadziły się wody dołowe, górnicy zaczęli skarżyć się na uporczywe dolegliwości skórne nóg. Z pozoru była to wyłącznie uciążliwość zawodowa. W rzeczywistości stanowiła pierwszy trop prowadzący do odkrycia wyjątkowo mocnego źródła mineralnego.

700 m przybliżona głębokość ujęcia w kopalni Karsten-Zentrum
3,6% zawartość sodu wykazana w analizach chemicznych
6,9% zawartość chloru w badanej solance
1934 rok wielkiego otwarcia nowoczesnego Parkbadu

Podziemna woda nie była więc zwykłym problemem technicznym. Była zapowiedzią czegoś, co wkrótce zaczęto opisywać językiem medycyny, miejskich ambicji i uzdrowiskowego prestiżu. Bytom, kojarzony z kopalniami i przemysłem, nagle otrzymał szansę na zupełnie inną opowieść: historię miasta zdrojowego.

Niepozorny początek legendy

To, co dla górników było swędzącą dolegliwością, dla lekarzy i miejskich władz okazało się znakiem ukrytego pod Bytomiem bogactwa. Solanka miała z czasem trafić z kopalnianych chodników do łaźni, basenów i medycznych gabinetów.

Dwoista historia odkrycia

Samo oficjalne znalezienie ujęcia kryje w sobie ciekawą historyczną rozbieżność. Według powojennej prasy nastąpiło to w latach 1901–1902, kiedy inżynier Wilhelm Gebhardt zauważył kopalniane rury zapchane krystalizującą się solą. Ta prozaiczna awaria mogła być w praktyce jednym z najważniejszych odkryć w dziejach bytomskiego lecznictwa.

Starsze kroniki miejskie Bytomia datują jednak przełomowe wydarzenie inaczej — na około 1910 rok. Wskazują przy tym, że ujęcie biło na głębokości około 700 metrów w kopalni Karsten-Zentrum. Niezależnie od dokładnej daty jedno pozostaje pewne: złoża ukryte w morskich osadach trzeciorzędowych okazały się geologicznym fenomenem.

Wersja prasowa

Lata 1901–1902, inżynier Wilhelm Gebhardt, kopalniane rury i sól krystalizująca w instalacji. To narracja bardziej anegdotyczna, ale bardzo sugestywna.

Wersja kronikarska

Około 1910 roku, kopalnia Karsten-Zentrum i ujęcie na głębokości około 700 metrów. Ta wersja mocniej wiąże odkrycie z miejską dokumentacją.

Legenda spod ziemi

W mieście szybko narodziła się także słynna opowieść, jakoby bytomska solanka miała podziemne połączenie z kopalnią w Wieliczce. Stanowiło to doskonałą pożywkę dla powstania lokalnej legendy — i właśnie dlatego ta opowieść tak dobrze przetrwała w pamięci mieszkańców.

Twarde dane: 3,6% sodu i 6,9% chloru

Bytomska solanka nie była zwykłą wodą. Szczegółowa analiza chemiczna przeprowadzona przez Państwowy Instytut Higieny (Staatl. Hygienische Institut) wykazała jej niezwykle silne właściwości. W badaniach stwierdzono obecność sodu na poziomie 3,6% oraz chloru sięgającą aż 6,9%.

Skład źródła

W bytomskiej solance znajdowały się również potas, wapń, magnez, żelazo, siarczany, wodorowęglany oraz wolny dwutlenek węgla. To właśnie ta mieszanka budowała jej reputację jako wody o silnym potencjale leczniczym.

Dokumentacja medyczna dowodziła, że bytomskie źródło pod względem siły leczniczej znacznie przewyższało słynne niemieckie uzdrowiska, takie jak Bad Oeynhausen czy Harzburg. Dla miasta był to argument ogromnej wagi: nie chodziło już wyłącznie o ciekawostkę geologiczną, ale o ogromny prestiż dla miasta.

  • sód — 3,6% według analizy chemicznej;
  • chlor — 6,9%, czyli wyjątkowo silny składnik solanki;
  • minerały uzupełniające — m.in. potas, wapń, magnez i żelazo;
  • gazy i związki — siarczany, wodorowęglany i wolny dwutlenek węgla.

Pierwsze łaźnie i wielkie, przerwane inwestycje

Początkowo cenny płyn doprowadzano rurociągiem, określanym w kronikach po prostu jako wodociąg — Wasserleitung. Biegł on w bezpośrednim sąsiedztwie miasta i prowadził solankę do starego zakładu kąpielowego, czyli alte Badeanstalt. Ten mieścił się w dawnej przepompowni wody przy głównej promenadzie.

Włodarze Bytomia bardzo szybko dostrzegli potencjał źródła. Już w 1913 roku radni zatwierdzili gigantyczny budżet w wysokości 600 000 marek niemieckich na budowę zupełnie nowego zakładu solankowego — Solbad.

Bytom miał stać się czymś więcej niż miastem kopalń. W planach pojawiał się obraz nowoczesnego ośrodka kąpielowego, który mógł połączyć przemysłowy Śląsk z atmosferą eleganckiego uzdrowiska.

Ambitne plany inwestycyjne zostały jednak całkowicie udaremnione przez wybuch I wojny światowej oraz postępującą po niej inflację. Solankowy sen trzeba było odłożyć, choć sama idea nie zniknęła. Przetrwała w miejskich dyskusjach, dokumentach i wyobraźni ludzi, którzy wciąż widzieli w wodzie spod ziemi szansę na wielką zmianę.

Parkbad: ruina zamieniona w cud architektury

Kolorowana pocztówka historyczna przedstawiająca modernistyczne wejście do krytej pływalni Parkbad w Bytomiu z 1934 roku.
Kolorowana pocztówka z lat 30. XX wieku ukazująca fasadę krytej pływalni w bytomskim Parku Miejskim.

Pierwsze dyskusje nad koniecznością wybudowania w Bytomiu krytej pływalni z prawdziwego zdarzenia toczyły się już w latach 1897–1898. Drogę do realizacji marzenia blokowały jednak kolejne problemy finansowe, organizacyjne i polityczne. Kiedy wreszcie ruszyła budowa wielkiego kompleksu, historia znów postawiła miastu przeszkodę.

1897–1898

Pierwsze poważne dyskusje o budowie krytej pływalni w Bytomiu.

1913

Miasto zatwierdza 600 000 marek niemieckich na nowy zakład solankowy, lecz inwestycję przerywa wojna i inflacja.

23 października 1929

Prace przy wielkim kompleksie zostają całkowicie wstrzymane.

1934

Parkbad zostaje ukończony i przygotowany do otwarcia w okolicach świąt Wielkanocnych.

2012

Po wielkim remoncie pływalni zapada decyzja o rezygnacji z reaktywacji niecek solankowych.

Choć ostatecznie ruszyła budowa wielkiego kompleksu, 23 października 1929 roku prace zostały całkowicie wstrzymane. Przez kilka lat niedokończony szkielet inwestycji straszył jako upiorna ruina u samego wejścia do Parku Miejskiego. Do momentu przerwania robót inwestycja pochłonęła 1,3 miliona marek Rzeszy (RM), a aby ją dokończyć, władze miasta musiały wygospodarować kolejne 600 000 marek Rzeszy.

Przypis redakcyjny

RM (Reichsmark) — marka Rzeszy, oficjalna waluta niemiecka obowiązująca w latach 1924–1948. W artykule skrót ten odnosi się do kosztów inwestycji z okresu międzywojennego, a nie do wcześniejszego budżetu zatwierdzonego w 1913 roku.

Udało się. Uporządkowano wielki teren rozciągający się między dawnymi ulicami: Humboldtstraße, czyli dzisiejszą ulicą Kolejową, Hindenburgstraße, czyli dzisiejszą ulicą Wrocławską, oraz Ostlandstraße, odpowiadającą dzisiejszej ulicy Strzelców Bytomskich. Obiekt wreszcie ukończono i przygotowano do wielkiego otwarcia w okolicach świąt Wielkanocnych (Ostern) w 1934 roku.

Nowoczesność na wschodzie Niemiec

Kryty basen w Parku Miejskim, powszechnie nazywany Parkbad, określano jako jeden z najnowocześniejszych obiektów rekreacyjnych na wschodzie ówczesnych Niemiec. Był nie tylko pływalnią, lecz także kompleksem leczniczym, wypoczynkowym i towarzyskim.

Czarno-biała fotografia przedstawiająca główną nieckę basenową wypełnioną solanką wewnątrz krytej pływalni Hallenbad w Bytomiu.
Wnętrze hali pływackiej z imponującą główną niecką o nietypowych, ułamkowych wymiarach 33 1/3 x 12 1/2 metra.

Główna niecka basenowa robiła potężne wrażenie i miała bardzo nietypowe, ułamkowe wymiary: dokładnie 33 1/3 × 12 1/2 metra. Co ciekawe, wyposażono ją również w profesjonalną trampolinę do skoków, czyli Sprungbrett. To właśnie te rozmiary do dziś podtrzymują sporną wśród historyków tezę, że obiekt był przygotowywany jako basen rezerwowy na Igrzyska Olimpijskie w Berlinie w 1936 roku.

Zbliżenie na stalową skocznię basenową i minimalistyczny zegar ścienny w wielkiej hali bytomskiego Parkbadu.
Profesjonalna trampolina do skoków (Sprungbrett) umiejscowiona tuż przy głównej niecce basenowej.

Solankowe luksusy, brodzik i palmy na dachu

Parkbad szybko stał się wizytówką miejskiej nowoczesności. Okrzyknięty „najpiękniejszym” obiekt wyposażono w wielką halę pływacką, tarasy do leżenia, specjalistyczny dział kąpieli wannowych i medycznych, a nawet solanki dla najmłodszych.

Historyczne ujęcie sterylnej, wykafelkowanej strefy sanitarnej ze stanowiskami do mycia stóp przed wejściem na halę bytomskiej pływalni.
Pedantycznie czysta strefa sanitarna wyposażona w ceramiczne stanowiska wymuszające dbałość o higienę przed wejściem do wody.

Dla dzieci

Dla najmłodszych stworzono dedykowany solankowy brodzik — Kinder-Soleplanschbecken. Według dawnych opisów z doskonałymi skutkami leczono tam dziecięcą anemię i krzywicę.

Dla kuracjuszy

Oddział medyczny oferował naturalne kąpiele solankowe, kąpiele parowe i inhalacje. Zabiegi stosowano m.in. przy rwie kulszowej, dnie moczanowej i chorobach serca.

Dla elegancji

Goście mieli do dyspozycji zakład fryzjerski, restaurację oraz słynną kawiarnię Hallenbad-Café, która tętniła życiem i dodawała obiektowi miejskiego szyku.

Dla sterylności

Nowoczesna strefa sanitarna posiadała pojedyncze pokoje z kabinami prysznicowymi — Einzelräume mit Duschzellen. Luksus miał iść w parze z pedantyczną czystością.

Najbardziej widowiskowym elementem kompleksu w ciepłe miesiące był jednak taras na dachu. Wysypano tam tony piasku, tworząc sztuczną plażę, a egzotycznego, iście uzdrowiskowego klimatu dodawały olbrzymie donice z żywymi palmami i bananowcami wystawianymi na zewnątrz.

Zewnętrzny taras bytomskiej pływalni zagospodarowany na sztuczną plażę z leżakami, żywymi palmami i egzotycznymi bananowcami.
Taras wypoczynkowy bytomskiego obiektu, gdzie w sezonie letnim tworzono sztuczną plażę z prawdziwie uzdrowiskową roślinnością.
Śląski kurort nad dachem

Ten obraz jest jednym z najbardziej niezwykłych w całej historii bytomskiej solanki: przemysłowe miasto, Park Miejski, nowoczesny basen, piasek na dachu i egzotyczne rośliny, które miały przenieść gości w klimat prawdziwego uzdrowiska.

Mroczny epizod „białej wody”

Z historią bytomskiego basenu wiąże się także dramatyczny i mroczny epizod. Naturalna solanka, wchodząc w reakcję chemiczną z płynami dezynfekującymi na bazie chloru, potrafiła drastycznie mętnieć. Woda bywała wręcz nieprzejrzysta, dlatego stali bywalcy nazywali ją „białą wodą”.

Ciemna strona legendy

W latach 90. XX wieku na terenie pływalni doszło do tragedii. Utonęła nauczycielka, a z powodu silnego zmętnienia wody jej ciało zostało zauważone na dnie dopiero po pewnym czasie. To wydarzenie na zawsze dopisało do historii Parkbadu przejmujący, bolesny rozdział.

Ten tragiczny wypadek pokazał niebezpieczne oblicze bytomskiej solanki. Woda, która przez lata przynosiła zdrowie i była symbolem miejskich ambicji, w wyniku specyficznej reakcji chemicznej bezpośrednio przyczyniła się do dramatu.

Definitywny koniec solankowej tradycji

Złota era lecznictwa ostatecznie przeminęła, gdy podziemny rurociąg uległ rozszczelnieniu. To przerwało zasilanie bezpośrednio z kopalni i zachwiało podstawą całej solankowej tradycji w Bytomiu. Od tego momentu dawna ciągłość została zerwana, a funkcjonowanie solankowych niecek stało się coraz trudniejsze.

Ostateczny koniec nastąpił po zakończeniu wielkiego remontu gmachu pływalni w 2012 roku. Podjęto wtedy nieodwołalną decyzję o rezygnacji z reaktywacji niecek solankowych. W 2026 roku mija od tamtego momentu dokładnie 14 lat.

Dziś bytomskie tradycje uzdrowiskowe to ostatecznie zamknięty rozdział, udokumentowany jedynie w archiwalnych teczkach i na starych fotografiach. Historia, która na przełomie wieków rozpoczęła się od zwykłej awarii kopalnianych pomp, dała przemysłowemu miastu na kilkadziesiąt lat nowoczesny zakład leczniczy z prawdziwego zdarzenia. I choć po remoncie z 2012 roku solankowe niecki bezpowrotnie wyschły, twarde dane medyczne wciąż przypominają, że Bytom dysponował podziemnym skarbem śmiało dorównującym najlepszym europejskim kurortom.

Bibliografia i źródła

Poniższe zestawienie obejmuje najważniejsze źródła wykorzystane przy opracowaniu artykułu: odkrycie solanki, prasowe relacje o Parkbadzie, nietypowe wymiary niecki, powojenne lecznictwo oraz ostateczny koniec solankowych tradycji po remoncie z 2012 roku.

  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, czerwiec 1972, nr 6, artykuł Wie die Beuthener Heilsole entdeckt wurde. Źródło dokumentujące postać inżyniera Gebhardta, awarię rur, anegdoty o wysypce górników oraz miejską legendę o podziemnym połączeniu z Wieliczką.
  • Beuthener Stadtblatt, 1938, Jg. 13, nr 1 i 5 oraz Kattowitzer Zeitung, 1935, Jg. 67, nr 295. Zbiorcze odniesienie do prasy międzywojennej, która zachwycała się nową pływalnią, sztuczną plażą z palmami i solankowymi brodzikami.
  • Życie Bytomskie, 2024, R. 68, nr 29, artykuł Jeśli lato, to na basen!. Źródło potwierdzające nietypowe wymiary niecki 33,3 × 12,5 m oraz przytaczające sporną hipotezę o rezerwowym obiekcie na Igrzyska Olimpijskie w Berlinie.
  • Życie Bytomskie, 1964, R. 8, nr 20 (389), reportaż Bytom – Zdrój ma solankę równą… Ciechocinkowi. Źródło ważne dla akapitu o powojennej złotej erze, wznowieniu zabiegów w 1946 roku oraz opinii prof. Sabatowskiego.
  • Życie Bytomskie, 2015, R. 59, nr 19 (3019), artykuł Bytomianie tęsknią za solanką. Źródło dokumentujące zrujnowany rurociąg, późniejsze mieszanie sztucznej wody z przywożonej soli oraz ostateczny koniec historii po remoncie z 2012 roku.
0
0

Read more

Wizualizacja zaginionego krajobrazu dawnego Rozbarku w Bytomiu, przedstawiająca drewnianą bramę, wiatrak i kominy fabryczne ukryte w archiwalnej mgle.

Zaginiony Rozbark · miejsca wymazane z mapy

Historia Rozbarku · miejsca wymazane z mapy

Zaginiony Rozbark. Brama Rogulli, Srocze Wzgórze, Fabryka Prochu i inne miejsca wymazane z mapy

Dziś Rozbark jest częścią Bytomia tak oczywistą, że łatwo zapomnieć, iż przez stulecia był osobną przestrzenią. Nie tylko administracyjnie, ale też krajobrazowo. Miał własne wzgórza, stawy, pola, młyny, zagrody, folwarki, hałdy, kapliczki i miejsca, o których opowiadano lokalne legendy.

Rozbark / RoßbergBrama RogulliSrocze WzgórzeStaw św. JackaFabryka Prochu

Ten dawny Rozbark nie zniknął jednego dnia. Woda odpływała przez kopalniane odwadnianie. Wzgórza wybierano na piasek. Bramy rozbierano pod nowe ulice. Stare gospodarstwa ustępowały zabudowie miejskiej. A tam, gdzie kiedyś kończyła się wieś, pojawiały się kopalnie, szyny, tramwaje i domy robotnicze.

Ten artykuł nie jest więc pełną historią Rozbarku. To raczej próba przejścia po mapie miejsc, których już nie da się zobaczyć w dawnym kształcie: Bramy Rogulli, Sroczego Wzgórza, Fabryki Prochu, Kaminer Straße, Rozbarskich Alp i kilku innych punktów, które pomagają zrozumieć, czym był zaginiony Rozbark.

Rozbark pod spodem dzisiejszego miasta

Jedną z najważniejszych przewodniczek po dawnym Rozbarku jest Luise Wecker (ur. 1880, zm. po 1932) — pochodząca z Bytomia nauczycielka, która pracę w rozbarskiej szkole rozpoczęła w 1906 roku. Oprócz angażowania się w nowoczesną pedagogikę i prowadzenia praktycznych klas gospodarstwa domowego, skrupulatnie dokumentowała lokalną przeszłość. W 1930 roku wydała swoją fundamentalną pracę Geschichtliche Heimatkunde von Roßberg. To właśnie u niej Rozbark pojawia się jeszcze jako świat żywy: z nazwami ulic, wspomnieniami mieszkańców, opisami gospodarstw i miejsc, które w chwili pisania już znikały albo miały za chwilę zniknąć.

Dawny Rozbark leżał na wschód od Bytomia, na terenie bardziej pofałdowanym, niż podpowiada dzisiejszy miejski krajobraz. Od strony Klukowic teren wznosił się ku Sroczemu Wzgórzu i Czerwonej Górze. Nowe drogi, wykopy, nasypy, zabudowa i niwelacje sprawiły jednak, że dawna rzeźba tej części miasta stała się trudna do odczytania.

Stary Rozbark był wsią rozwijającą się przy Bytomiu, ale nie był od przemysłu odizolowany. Chłopskie gospodarstwa sąsiadowały z drogami, folwarkami, terenami górniczymi i późniejszą zabudową robotniczą. Dlatego jego historia nie jest prostym przejściem od „sielskiej wsi” do „przemysłowej dzielnicy”. Przez długi czas obie rzeczywistości nachodziły na siebie.

Rozbark zapisany warstwami…

Czyli próba odczytania Rozbarku przez zaginione stawy, wzgórza, zagrody, drogi, kopalnie i miejsca pamięci.

Staw św. Jacka i Gumowy Most

Jednym z najbardziej malowniczych miejsc dawnego Rozbarku był Staw św. Jacka, znany jako Jacekteich. Luise Wecker lokowała go w rejonie dawnych ulic Neuestraße, Ringstraße i Schulstraße, czyli dzisiejszych ulic Sokoła, Matejki i Szkolnej. U jego końca znajdowała się wąska kładka prowadząca z Rozbarku w stronę Bytomia, zwana Gumowym Mostem.

Z tym miejscem wiązano opowieści o wodniku. Starsi mieszkańcy mieli wspominać, że w rozbarskich wodach dokazywała tajemnicza postać znana ze śląskich podań. To jeden z tych fragmentów dawnego Rozbarku, w których źródłowy opis miejsca od razu łączy się z lokalną legendą.

Ten świat znikał jednak etapami. Już w XVIII wieku część stawu osuszył hrabia Henckel von Donnersmarck, zakładając na odzyskanym terenie barokowy Ogród Pański (Herrschaftlicher Garten). Reszta wód ze Stawu św. Jacka ostatecznie zaniknęła w listopadzie 1830 roku, w wyniku działania maszyn odwadniających w szarlejskich kopalniach. Kolejne osuszone fragmenty rozlewiska — znajdujące się w wyraźnym obniżeniu terenu — zamieniono później w prywatny Ogród Kalessego, należący do bytomskiego restauratora.

Sielanka dawnego rozlewiska szybko jednak zderzyła się z nową epoką. Z zachowanych dokumentów budowlanych z 1861 roku wynika, że gdy tuż nad Ogrodem Kalessego (na tzw. terenach klukowickich) budowano bytomską gazownię, pojawił się problem z odprowadzaniem brudnych cieczy poprodukcyjnych. Ponieważ ogród restauratora leżał na dnie dawnej niecki stawowej, zdecydowano się poprowadzić kryty kanał ściekowy z gazowni na wskroś przez ten zielony teren. To ważny symbol przemiany: miejsce wiejskich legend i dawnej wody najpierw przejęło miasto na swoje ogrody, by chwilę później przeciąć je rurami rodzącego się przemysłu.

Staw św. Jacka i Gumowy Most w dawnym Rozbarku, wizualizacja poglądowa
Wizualizacja inspirowana opisami źródłowymi. Staw św. Jacka i wąska kładka zwana Gumowym Mostem w dawnym Rozbarku.

Srocze Wzgórze (oryg. Elsterberge): wzniesienia, kaplica i pamięć po zarazie

Podobnie jak zniknięcie Stawu św. Jacka zmieniło dawny układ wodny Rozbarku, tak Srocze Wzgórza (oryg. Elsterberge, w dosłownym tłumaczeniu Góry Srok) stanowią przykład utraconego, wyższego ukształtowania tego terenu. Wznosiły się one na wschód od dawnej zabudowy, a ich zbocza ciągnęły się od dawnej Klukowitzer Straße (dzisiejszej ulicy Korfantego). Obecnie nie da się ich zobaczyć w pierwotnej formie, ponieważ zostały w całości zniwelowane w wyniku masowego wybierania piasku.

Nie były to jednak zwykłe wzniesienia. Według przekazów stała tam drewniano-kamienna kaplica słupowa łączona z pamięcią o ofiarach zarazy z 1737 roku. Chorobę określano jako gorączkową, najpewniej tyfus. Z tym wydarzeniem wiązano dramatyczną opowieść o chorych, którzy w gorączkowym amoku mieli wyskakiwać z łóżek, uciekać w pola i umierać tam, gdzie opadli z sił.

Bliscy mieli grzebać ich w tych miejscach i stawiać tam małe kapliczki albo kaplice słupowe. Nawet jeśli nie każdy szczegół tej opowieści da się przyjąć dosłownie, sens jest czytelny: dawna społeczność potrzebowała znaków pamięci. Kapliczka na Sroczym Wzgórzu mogła być właśnie takim znakiem.

Gdy kaplica zniknęła, a same wzgórza wybierano na piasek, przepadł nie tylko punkt topograficzny. Z krajobrazu usunięto miejsce, które przez pokolenia mogło przypominać o chorobie, strachu i śmierci poza uporządkowaną przestrzenią cmentarza.

Obok Sroczego Wzgórza znajdowała się również Czerwona Góra, znana z niemieckich źródeł jako Roter Berg. Jej nazwa miała pochodzić od czerwonych rud żelaza. To przypomnienie, że dawny Rozbark miał swoją topografię: wzgórza, obniżenia terenu, wodę, pola i ślady dawnego wydobycia.

Srocze Wzgórze, czyli Elsterberge w Rozbarku, z kapliczką po zarazie 1737 roku
Wizualizacja inspirowana opisami źródłowymi. Srocze Wzgórze (oryg. Elsterberge) jako utracony punkt topograficzny i miejsce pamięci po ofiarach zarazy z 1737 roku.

Kaminer Straße: ulica dawnych gospodarstw

Jednym z najważniejszych miejsc dla zrozumienia starego Rozbarku była Kaminer Straße, czyli dzisiejsza ulica Musialika. To właśnie tam zachowało się wiele starych gospodarstw chłopskich. Ulica prowadziła na wschód i należała do najstarszych dróg w Rozbarku.

Nie chodziło tylko o pojedyncze domy. Kaminer Straße przechowywała cały typ dawnej zabudowy. Tradycyjna rozbarska zagroda opierała się na układzie, w którym główny dom mieszkalny stał szczytem do ulicy. Naprzeciwko znajdował się mniejszy dom „na wycugu”, czyli Auszughaus albo Alt-Sitz. Z tyłu podwórze zamykała stodoła, oddzielając część gospodarczą od ogrodu.

Od strony ulicy ten świat zamykały bramy. Były czymś więcej niż praktycznym wjazdem na podwórze. Oddzielały przestrzeń publiczną od prywatnego wnętrza gospodarstwa. Mówiły o statusie gospodarza, typie zabudowy i dawnym charakterze Rozbarku.

Występowały zarówno bramy drewniane, jak i masywniejsze formy murowane. Niektóre miały łukowate przejścia dla pieszych, prostokątne prześwity, szczebliny i dekoracyjne detale. Dziś trudno sobie wyobrazić, jak bardzo taka ulica różniła się od współczesnej zabudowy miejskiej. Kaminer Straße była ciągiem gospodarstw, podwórzy, bram, stodół, ogrodów i pamięci rodzinnej.

Właśnie w takim kontekście trzeba zobaczyć Bramę Rogulli.

Brama Rogulli: najpiękniejsza brama Rozbarku

Brama Rogulli nie była zwykłym elementem zabudowy. Luise Wecker pisała o gospodarstwie chłopa Rogulli jako o miejscu, które szczególnie rzucało się w oczy, a samą bramę określała jako najpiękniejszą w całym Rozbarku.

Była to brama w stylu frankońskim, związana z posesją nr 25. Właścicielem był Bernhard Rogulla. Przed kwietniem 1867 roku część zabudowań i gruntów dawnej posesji Rogulli trafiła do Johanna Skory oraz Kasprzyka. Później ślad tej posesji staje się szczególnie ciekawy, bo z Johannem Skorą wiąże się także pierwszy przymusowy szpital Rozbarku przy Kaminer Str. 2.

Sama brama była potężną, drewnianą i zadaszoną konstrukcją. Z jednej strony miała szeroki wjazd dla wozów, z drugiej mniejszą furtkę dla pieszych. Nad furtką znajdowała się dekoracyjna balustrada z toczonych tralek. To nie były zwykłe gospodarskie wrota, ale znak dawnej kultury budowania, zamykający podwórze i jednocześnie zdobiący ulicę.

Dlaczego zniknęła? Przez gospodarstwo miała zostać poprowadzona nowa ulica osiedlowa, łącząca dawny Barbaraplatz (plac św. Barbary) z rejonem dawnej Elsterbergstraße (dzisiejszej ulicy Alojzjanów). Brama musiała ustąpić nowej komunikacji. Co szczególnie przejmujące, muzeum regionalne miało ją wykupić i zachować jako pomnik historyczno-kulturowy.

Brama Rogulli nie została rozebrana dlatego, że nikt nie widział jej wartości. Przeciwnie — planowano zachować ją jako pamiątkę dawnej zabudowy. Ostatecznie jednak przegrała z nową ulicą i przebudową tej części Rozbarku.

Była ważna nie jako wielka budowla, lecz jako element codziennego krajobrazu Kaminer Straße: gospodarstwa, podwórza, stodoły, ogrodu i przejazdu dla wozów. Wraz z jej rozbiórką znikał fragment dawnego, chłopskiego Rozbarku.

Brama Rogulli przy dawnej Kaminer Straße w Rozbarku, wizualizacja na podstawie opisów źródłowych
Wizualizacja inspirowana opisami źródłowymi. Brama Rogulli przy dawnej Kaminer Straße, dzisiejszej ul. Musialika, pokazana jako symbol świata rozbarskich zagród. Grafika ma charakter poglądowy i nie jest rekonstrukcją 1:1.
Najważniejszy symbol artykułu

Brama Rogulli działa tu jak soczewka: pokazuje nie tylko jeden obiekt, ale cały zanikający układ dawnej Kaminer Straße — dom, podwórze, stodołę, ogród, wjazd i granicę między ulicą a gospodarstwem.

Kaminer Str. 2: szpital, którego Rozbark nie chciał

Z dawną Kaminer Straße (dzisiejszą ulicą Musialika) wiąże się jeszcze jeden ważny punkt: pierwszy szpital w Rozbarku. Utworzono go w 1879 roku przy Kaminer Str. 2, w prywatnym domu Johanna Skory. Co ciekawe, nazwisko Skory pojawia się również przy losach dawnej posesji Rogulli. To pokazuje, jak gęsto splatały się tutaj historie gospodarstw, nowych ulic i pierwszych instytucji publicznych.

Najciekawsze jest jednak to, że placówka powstała pod przymusem władz. Gmina Rozbark nie chciała jej uruchomić. Przedstawiciele gminy tłumaczyli, że miejscowość nie ma dobrej wody pitnej ani wykwalifikowanego personelu pielęgniarskiego. Pojawił się też argument wręcz groteskowy: opiekę musiałby przejąć stróż nocny, a smakowite kąski przeznaczone dla chorych pewnie częściej wędrowałyby do kuchni żony stróża niż do samych pacjentów.

Dziś brzmi to komicznie, ale za tym argumentem kryje się coś poważniejszego. Rozbark szybko rósł, industrializował się i potrzebował instytucji publicznych: opieki zdrowotnej, szkół, policji i urzędów. Każda taka instytucja oznaczała jednak koszty, które w przypadku tego szpitala obliczono na 3334 marki rocznie.

Ostatecznie sprzeciw nie pomógł. Szpital uruchomiono przymusowo na koszt gminy Rozbark. Lazaret zawierał pięć sal chorych z ośmioma łóżkami, łazienkę, mieszkanie dla pielęgniarza oraz kostnicę. Dom Skory został wynajęty na cele opiekuńcze na pięć lat, do 1884 roku.

Kaminer Straße (dzisiejsza ulica Musialika) pojawia się tu w nowym świetle. To już nie tylko ulica chłopskich gospodarstw i bram. To także miejsce, w którym wiejska wspólnota zderzała się z nowoczesnym obowiązkiem organizowania publicznej opieki zdrowotnej.

Warto dodać, że później przy Kaminer Str. 35 funkcjonował wojenny lazaret. Dawna restauracja, wyszynk i sale Josefa Pawelczka zostały w latach 1914–1916 zarekwirowane i zaadaptowane na Królewski Szpital Rezerwowy. Ta jedna ulica skupia więc zaskakująco wiele warstw: stare gospodarstwa, najpiękniejszą bramę Rozbarku, przymusowy szpital i wojenny lazaret.

Młyn Klugiusa i miejsce, które zmieniało funkcję

Dawny Rozbark miał także swoją część związaną z Klukowitz. Nazwa ta przypomina o młynarzu Johannie Klugiusie. Jego młyn stał w południowej części dawnej Küperstraße (dzisiejszej ulicy Matejki), tuż za przecinającą ją ulicą Schulstraße (Szkolną).

Losy młynarza splatają się bezpośrednio z historią powstania opisanego wcześniej Ogrodu Pańskiego. Według przekazów Klugius zubożał, ponieważ hrabia Henckel von Donnersmarck, realizując własne plany inwestycyjne i osuszając staw pod swój barokowy ogród, celowo pozbawił młyn wody. Co gorsza, mimo unieruchomienia koła młyńskiego, hrabia nadal bezlitośnie domagał się od Klugiusa czynszu, świń i zboża. Doprowadzony do ostateczności młynarz w 1721 roku musiał sprzedać swój majątek hrabiemu za zaledwie 300 florenów.

Teren przejęty przez arystokratę szybko zmienił funkcję, wpisując się w jego konkurencyjne zapędy. W miejscu dawnego młyna powstał najpierw duży murowany dom myśliwski, a następnie gorzelnia i browar (później znany jako browar Schäfera). W lokalnych przekazach zachowała się też barwna informacja o wybudowanych tam stajniach dla dzikich zwierząt – podobno trzymano w nich niedźwiedzie, lisy i wilki.

W 1929 roku, podczas robót ziemnych, natrafiono na fundamenty dawnego młyna Klugiusa. To jeden z tych fascynujących momentów, gdy zaginiona przestrzeń na chwilę wraca na powierzchnię. Przez ułamek sekundy można było zobaczyć, że pod nową ulicą i zwartą zabudową wciąż leżą fizyczne ślady znacznie starszego, przedprzemysłowego Rozbarku.

Wiatrak, który opuścił Rozbark

Z zachowanych badań Luise Wecker wynika dokładna, trójetapowa historia rozbarskiego wiatraka kozłowego (Bock-Windmühle). Obiekt został wzniesiony w 1830 roku za dawną ulicą Elsterbergstraße (w okolicach Sroczego Wzgórza / dzisiejszej ul. Alojzjanów), a jego pierwszym właścicielem był młynarz Michel Spyra.

Przedsięwzięcie okazało się jednak mało opłacalne i wiatrak szybko zaczął podupadać. W lipcu 1843 roku Spyra sprzedał go za 320 talarów młynarzowi Augustowi Marpertowi z Tarnowskich Gór. To wtedy doszło do pierwszej relokacji budowli. Specyfika drewnianej konstrukcji koźlaka pozwoliła na jego całkowity demontaż i przeniesienie przy pomocy rozbarskich chłopów na Groß-Dombrowkastraße (historyczny trakt prowadzący do Dąbrówki Wielkiej, czyli dzisiejszą ulicę Brzezińską). Dawne zapisy lokują budowlę pod adresem Groß-Dombrowkastraße 48, co topograficznie odpowiada obszarowi u zbiegu dzisiejszych ulic Brzezińskiej i Tuwima. Prace kontynuowano po zatwierdzeniu planu sytuacyjnego i braku sprzeciwu najbliższych sąsiadów.

Wiatrak stał w nowym miejscu do 1898 roku. Z powodu postępującej zabudowy miejskiej wzdłuż ulicy, jego ostatni rozbarski właściciel, Alexander Sollorz, zdecydował o kolejnej rozbiórce i sprzedaży. Obiekt przetransportowano do Ligoty Woźnickiej (w niemieckich źródłach Ellguth-Woiznik), gdzie został po raz drugi odbudowany, lecz ostatecznie uległ tam całkowitemu zniszczeniu w pożarze.

Historia tego obiektu to rzadki w tamtym okresie przykład mobilności infrastruktury. Budowla nie została wyburzona na miejscu przez wkraczającą zabudowę, lecz była fizycznie przenoszona, ustępując krok po kroku przed nową, miejską tkanką.

Fabryka Prochu: katastrofa między Rozbarkiem a Brzezinami

Najbardziej dramatycznym miejscem w tej opowieści jest Fabryka Prochu, określana też w przekazach jako fabryka dynamitu. Znajdowała się między Groß-Dombrowkastraße a szosą siemianowicką, czyli między Rozbarkiem a Brzezinami Śląskimi.

W 1871 roku, w czasie wojny francusko-pruskiej, zakład wyleciał w powietrze. Według przekazu przyczyną była nieostrożność. Siła wybuchu musiała być ogromna. Ofiary zostały tak zmasakrowane, że nie mogli ich rozpoznać nawet najbliżsi, a w archiwach do dziś brakuje ich pełnej, zweryfikowanej listy. Wiele ciał miało na zawsze pozostać pod ziemią w miejscu katastrofy.

Ta tragedia w brutalny sposób obnażyła najciemniejszą stronę epoki industrialnej: raczkujący przemysł oznaczał nie tylko rozwój, ale też śmiertelne ryzyko, technologiczną bezwzględność i widmo nagłej katastrofy.

Zakładu nie odbudowano. W późniejszym czasie pojawia się natomiast mniejszy magazyn prochu, położony między kopalniami Neue Fortuna i Neu-Eurydice. Okolica Rozbarku i Brzezin była więc nasycona infrastrukturą przemysłową oraz militarną, której ślady nie zawsze są dziś widoczne.

Zniknięcie Fabryki Prochu z mapy Rozbarku miało charakter nagły i ostateczny. W przeciwieństwie do dawnych gospodarstw czy młynów, zakładu nie rozebrano, nie przeniesiono ani nie zaadaptowano do nowych funkcji. Fabryka przestała istnieć w ułamku sekundy, a fizyczne zniszczenie infrastruktury w wyniku eksplozji trwale wymazało ten obiekt z lokalnego krajobrazu.

Fabryka Prochu między Rozbarkiem a Brzezinami Śląskimi, katastrofa z 1871 roku, wizualizacja poglądowa
Wizualizacja inspirowana opisami źródłowymi. Fabryka Prochu między Rozbarkiem a Brzezinami Śląskimi jako przemysłowy kontrapunkt opowieści. Grafika pokazuje katastrofę z 1871 roku w sposób poglądowy, bez dosłownej rekonstrukcji zdarzenia.

Rozbarskie Alpy i pingi: krajobraz po wydobyciu

Nie wszystkie zaginione miejsca Rozbarku były stare i wiejskie. Część powstała już jako rezultat przemysłu, a potem także zniknęła. Najlepszym przykładem są Rozbarskie Alpy, czyli Roßberger Alpen.

Tak nazywano wysokie hałdy związane z dawną kopalnią rud „Rokoko”. Wydobywano tam rudy, w tym także srebro. Hałdy przez długi czas dominowały w krajobrazie, a później zostały zniwelowane pod zabudowę. Na pamiątkę tego przemysłowego krajobrazu pozostały dawne nazwy wytyczonych tam ulic: Rococostraße (dzisiejsza ulica Gallusa) oraz Haldenstraße (dzisiejsza ulica Kossaka).

To ciekawy paradoks. Najpierw przemysł zmienił wiejski krajobraz, usypując hałdy tak wyraźne, że nazwano je Alpami. Potem kolejna faza urbanizacji usunęła nawet te hałdy. Zniknął więc nie tylko dawny Rozbark rolniczy, ale także wcześniejszy Rozbark przemysłowy.

Do tej samej warstwy należą także tzw. pingi — niewielkie zapadliska i leje po dawnym, płytkim wydobyciu rud żelaza oraz galmanu. Takie ślady znajdowały się między innymi na dawnym polu Knefflikowskim. Stanowiły one fizyczny dowód wczesnej eksploatacji górniczej, trwale deformując ówczesną rzeźbę terenu siecią płytkich zagłębień, które z biegiem lat uległy zatarciu i niwelacji.

Rozbark nie stał się przemysłowy dopiero wtedy, gdy pojawiła się wielka kopalnia węgla. Jego ziemia była naruszana wcześniej przez eksploatację rud. Ołów, srebro, galman, żelazo, później węgiel — wszystko to stopniowo przepisywało mapę miejscowości.

Rozbarskie Alpy, hałdy dawnej kopalni rud Rokoko w Rozbarku, wizualizacja poglądowa
Wizualizacja inspirowana opisami źródłowymi. Rozbarskie Alpy, czyli hałdy dawnej kopalni rud Rokoko w rejonie późniejszych ulic Rococostraße (dzisiejsza ul. Gallusa) i Haldenstraße (dzisiejsza ul. Kossaka).

Rustical kontra Dominial: kto płacił za przemysłowy Rozbark?

Na końcu warto postawić pytanie mniej widowiskowe, ale bardzo ważne: kto płacił za tę przemianę?

Rozbark był podzielony nie tylko krajobrazowo, ale także administracyjnie i podatkowo. Istniały grunty wiejskie, czyli Rossberger Rustical, objęte gminą chłopską, oraz obszary dworskie, czyli Gutsbezirk albo Rossberger Dominial Terrain, związane z arystokracją i wielkim przemysłem.

Według przekazu F. Stodolki grunty wiejskie były obciążone podatkami rzędu ponad 500 procent. Z tych pieniędzy utrzymywano policję, opiekę zdrowotną i szkoły dla przeludnionych wsi robotniczych. Tymczasem obszary dworskie, na których działał duży przemysł, miały płacić obciążenia rzędu około 50 procent.

Jeżeli spojrzeć na to razem z historią przymusowego szpitala, wszystko układa się w większy obraz. Gmina chłopska musiała mierzyć się ze skutkami industrializacji: wzrostem ludności, chorobami, potrzebą szkół, policji, opieki i administracji. Jednocześnie duży przemysł korzystał z odrębnego statusu obszarów dworskich.

Kwestie podatkowe i administracyjne stanowią bezpośrednie odzwierciedlenie ówczesnych przekształceń własnościowych. Zyski z działalności kopalń i masowej parcelacji gruntów często trafiały do wielkich właścicieli ziemskich oraz inwestorów, podczas gdy koszty utrzymania gwałtownie rosnącego zaplecza społecznego spadały na rozbarską gminę. W tym kontekście utrata dawnych terenów rolniczych i zmiana stosunków wodnych nie jest jedynie elementem lokalnego folkloru, lecz twardym zapisem ekonomicznej dominacji wkraczającego przemysłu nad dawną strukturą wsi.

Rossberger Rustical

Wiejska część gminy, która ponosiła koszty lokalnych instytucji i skutków gwałtownego wzrostu osady robotniczej.

Rossberger Dominial Terrain

Obszary dworskie i przemysłowe, związane z odrębnym statusem oraz innym ciężarem podatkowym.

Zakończenie: miejsca, których nie widać

Zaginiony Rozbark nie jest jednym utraconym miejscem. To cała sieć punktów, które zniknęły w różny sposób.

Staw św. Jacka wyschnął. Gumowy Most przetrwał tylko w nazwie i wspomnieniu. Srocze Wzgórze zostało wybrane na piasek. Kaplica po ofiarach zarazy zniknęła razem z dawnym miejscem pamięci. Brama Rogulli ustąpiła nowej ulicy. Młyn Klugiusa zmienił się w dom myśliwski, gorzelnię i browar. Wiatrak przeniesiono poza Rozbark, gdzie ostatecznie spłonął. Fabryka Prochu wyleciała w powietrze. Rozbarskie Alpy usypano, a potem zniwelowano. Pingi i dawne ślady wydobycia zasypano albo przykryto nową zabudową.

Tak właśnie znika przestrzeń. Nie zawsze przez wielkie wojny i spektakularne ruiny. Czasem przez osuszenie stawu. Czasem przez wybieranie piasku. Czasem przez nową drogę. Czasem przez parcelację. Czasem przez to, że stara brama przestaje pasować do nowego miasta.

Dlatego warto zapisywać takie miejsca. Nie po to, żeby udawać, że da się cofnąć czas. Raczej po to, żeby pod współczesnym Rozbarkiem zobaczyć jeszcze ten wcześniejszy: wiejski, pagórkowaty, wodny, górniczy, pełen gospodarstw, bram, kapliczek, hałd i trudnych historii.

Bo pod dzisiejszym Rozbarkiem wciąż ukrywa się ten dawny — cichszy, starszy i prawie niewidzialny. Nie ma go już na mapie, ale wciąż można odnaleźć jego ślady.

zaginiony Rozbarkhistoria Bytomiamiejsca utraconeRoßbergtopografia pamięci
Bibliografia i źródła

Fundamenty — opracowania źródłowe

Wecker, Luise: Geschichtliche Heimatkunde von Roßberg (Beiträge zur Heimatkunde der Stadt Beuthen OS, zeszyt 5). Bytom, 1930. Podstawa topografii, historii społecznej, opisów ulic, gospodarstw i lokalnej pamięci Rozbarku.

Stodolka, Franz: Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien. Świadectwo naoczne i kompilacyjne, pomocne zwłaszcza przy sprawach społecznych, administracyjnych i podatkowych.

Gramer, Franz: Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien. 1863. Źródło dla starszej historii Bytomia, legend, topografii i kontekstu miejskiego.

Kasperkowitz, Karl, red.: Monographien deutscher Städte, Band XV: Beuthen O/S. 1925. Kluczowe opracowanie dla przemysłu, kultury i urbanistyki Bytomia oraz jego otoczenia na przełomie XIX i XX wieku.

Prasa historyczna i urzędowa

Beuthner Kreisblatt 1867, nr 17. Dokumentacja parcelacji majątku Rogulli i Skóry.

Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt 1969, nr 9 (wrzesień). Przedruk tekstu A. Perlicka z 1926 roku (Zur Geschichte der Beuthener Gasanstalt). Kluczowy dokument dla historii Ogrodu Kalessego, budowy bytomskiej gazowni i zmian w rzeźbie terenu (1861).

Schlesische Schulzeitung 1906, nr 33. Urzędowe wykazy nominacji nauczycieli w Rozbarku.

Oberschlesische Volkskunde 1931, rocznik 3, zeszyt 6/7. Materiały etnograficzne dotyczące Rozbarku.

Der Oberschlesier 1931–1932, rocznik 13 i 14. Materiały dotyczące rymów dziecięcych, przesądów i działalności pedagogicznej Luise Wecker.

Ikonografia i materiały specjalistyczne

Heimatbuch des oberschlesischen Industriegebiets 1937. Zbiór dokumentacji zdjęciowej, w tym materiały z Archiwum Muzeum w Bytomiu i Archiwum Prowincji.

Plan miasta: Beuthen O/S. um 1800. Historyczne opracowanie kartograficzne potwierdzające lokalizację Stawu św. Jacka, przebieg Żabiego Potoku oraz barokowy układ Ogrodu Pańskiego. (Analiza i opracowanie źródłowe: projekt edukacyjny Zielony Kwartał KWK Rozbark).

Stütz & Salzbrunn: Deutschlands Städtebau: Beuthen O/S. 1929. Źródło dla urbanistyki, charakterystyki budownictwa i przemian miejskich.

Pocztówka fotograficzna, ok. 1916: Kaminerstraße 35. Dokumentacja lazaretu wojskowego w salach Josefa Pawelczka.

Dokumenty analityczne i raporty

Raport Izby Obrachunkowej Rzeszy 1935. Analiza finansowa i organizacyjna miasta Bytom.

Pissarski, W.: Der Selbstschutzkampf um Beuthen 1921/22. Źródło do wydarzeń powstańczych i walk o Bytom po I wojnie światowej.

0
0

Read more

Szkic historyczny przedstawiający drewnianą urnę wyborczą i rozsypane wokół czarne i białe fasolki, symbolizujące pierwsze demokratyczne wybory w Bytomiu w 1809 roku.

Czarne fasolki w ratuszu. Jak rodził się bytomski samorząd?

Historia Bytomia · 1800–1815

Czarne fasolki w ratuszu. Jak rodził się bytomski samorząd?

Wyobraźcie sobie miasto, w którym wpływy do kasy nie starczają nawet na pensje urzędników, mury miejskie grożą zawaleniem, a nocami miejscy dygnitarze osobiście ścigają po zaułkach włóczęgów i obcych przybyszów. Brzmi jak scena z historycznej komedii? Tymczasem tak wyglądał Bytom na początku XIX wieku. Z tego finansowego i administracyjnego chaosu narodził się pierwszy samorząd w Bytomiu — a jedną z głównych ról odegrała w tej historii osobliwa procedura głosowania za pomocą czarnych i białych fasolek.

Bytom / Beuthen reforma miejska 1808 wybory 1809 Stary Ratusz ród Mokrskich

Bytom około 1800 roku: małe miasto i wielkie problemy

Na początku XIX wieku Bytom nie był jeszcze przemysłowym miastem, które znamy z późniejszych fotografii, pocztówek i prasowych opisów. Był niewielkim, mocno podupadłym ośrodkiem, otoczonym dwoma przedmieściami, z pamięcią dawnego znaczenia, ale z bardzo ograniczonymi możliwościami finansowymi.

Szkic kolorowy przedstawiający ponurą, niewybrukowaną ulicę dawnego miasteczka.
Tak mogła wyglądać jedna z nieoświetlonych, błotnistych bytomskich ulic około 1800 roku.

Całe miasto wraz z przedmieściami liczyło na początku stulecia, w latach 1800–1807, około 1850 mieszkańców. Do 1820 roku liczba ta wzrosła nieznacznie, osiągając równe 2000 osób, co dobrze pokazuje bardzo powolny rozwój Bytomia tuż przed nadejściem epoki industrialnej. Pełne prawa obywatelskie, czyli Bürgerrecht, posiadało zaledwie około 400 osób. To właśnie ta grupa miała realny udział w życiu publicznym. Reszta mieszkańców pozostawała w niższym statusie tzw. Schutzverwandte — osób znajdujących się pod ochroną miasta, ale bez pełni praw publicznych.

Miasto na granicy wypłacalności

Zadłużenie Bytomia wynosiło około 2000 talarów. Roczne wpływy do kasy miejskiej sięgały 1935 talarów, podczas gdy same pensje urzędników pochłaniały 2303 talary. Innymi słowy: urząd kosztował więcej, niż miasto było w stanie zebrać w zwykłych dochodach.

Stan przestrzeni miejskiej dobrze oddawał tę zapaść. Dawne mury miejskie, zbudowane z kamienia wapiennego, były w bardzo złym stanie i miejscami groziły zawaleniem. Około 1807 roku rozebrano bramy: Tarnogórską (Tarnowitzer Tor) i Gliwicką (Gleiwitzer Tor), a w 1816 roku ostatecznie zniwelowano dawne wały ochronne.

Miasto było też ciemne, ciasne i technicznie zapóźnione. W latach 1800–1810 brakowało oświetlenia ulicznego. Wybrukowana była tylko połowa Rynku oraz dwie główne ulice: Krakowska (Krakauer Straße) i Tarnogórska (Tarnowitzer Straße). Do dyspozycji mieszkańców pozostawało zaledwie pięć studni.

  • mury miejskie — w złym stanie, stopniowo rozbierane;
  • brak oświetlenia — ulice po zmroku pogrążone były w ciemności;
  • skromna infrastruktura — bruk obejmował tylko część Rynku i dwie główne ulice;
  • niedobór wody — w całym mieście działało jedynie pięć studni.

Po wielkim pożarze z 1804 roku władze próbowały ograniczyć zagrożenie ogniowe. Charakterystyczne drewniane podcienia przy rynkowych kamienicach nakazano zamurować albo usunąć, a cegły z rozebranych fragmentów murów miejskich wykorzystano później do wymiany drewnianych kominów na murowane. To był powolny, praktyczny remont miasta, które wchodziło w XIX wiek raczej z trudem niż z rozmachem.

Stary porządek: Radlinski, Beck i nocne kontrole

Zanim stery rządów przejął opisywany duet, jeszcze w 1799 roku funkcję burmistrza Bytomia pełnił v. Fragstein. Niedługo później nad podupadłym miastem zaczął czuwać nowy, choć wciąż trzymający się starych nawyków, układ władzy. Jego najważniejszą postacią stał się Radlinski, występujący pod osobliwym i bardzo wymownym tytułem Consul dirigens. Obok niego działał Beck, burmistrz policji (Polizeibürgermeister).

Ich sposób pilnowania porządku nie przypominał nowoczesnej administracji miejskiej. Władze organizowały tzw. General-Landes-Visitation — tajne nocne kontrole, podczas których osobiście wyłapywano włóczęgów oraz obcych chłopów przebywających w mieście bez pozwolenia.

Szkic dwóch XIX-wiecznych urzędników z latarniami patrolujących ciemną uliczkę.
Tajne nocne kontrole – Consul dirigens Radlinski i burmistrz policji Beck osobiście patrolujący bytomskie zaułki.
Nie całkiem państwo policyjne, ale…

Nie trzeba dopisywać tej scenie przesadnej grozy. Wystarczy wyobrazić sobie niewielkie, słabo oświetlone miasto, dwóch urzędników odpowiedzialnych za porządek i nocne obchody wymierzone w ludzi uznawanych za „obcych”. To dobrze pokazuje, jak daleko dawny model zarządzania odbiegał od późniejszego samorządu.

Ten stary układ nie mógł jednak trwać bez końca. Bytom był zadłużony, zaniedbany i zarządzany metodami, które coraz słabiej pasowały do nowej epoki. W ratuszu zbliżał się moment, w którym dotychczasowi urzędnicy mieli zostać rozliczeni nie przez hrabiego ani kamerę urzędniczą, lecz przez miejscowych obywateli.

Reforma Steinowska: jak powstawał samorząd w Bytomiu?

Podstawą tej zmiany była pruska ordynacja miejska z 19 listopada 1808 roku, znana jako Steinsche Städteordnung. To ona otworzyła drogę do wyborów z 1809 roku i powołania nowej rady miejskiej.

Wybory w Bytomiu odbyły się 24 lutego 1809 roku. Zarządził je jeszcze sam Radlinski. Miasto podzielono na cztery okręgi wyborcze (Wahlbezirke), a mieszkańcy posiadający prawa obywatelskie wybrali 24 radnych miejskich (Stadtverordnete).

Skład nowej rady

Wśród 24 radnych znalazło się aż 20 rzemieślników, w tym sukiennicy i tkacze. Obok nich wybrano dwóch kupców, jednego urzędnika — poborcę akcyzy — oraz jednego aptekarza.

Zatwierdzenie wyborów

8 marca 1809 roku wrocławskie Kolegium Wojny i Domen (Breslauer Kriegs- und Domänenkammer) zatwierdziło wyniki wyborów.

Ten skład jest bardzo wymowny. Nowy samorząd w Bytomiu nie wyrósł z arystokratycznych salonów, lecz ze świata warsztatów, cechów, sukna, płótna, handlu i miejskich podatków. Szczególnie ważni byli tu sukiennicy — rzemieślnicy, których dawny cech przez stulecia pilnował jakości wyrobów, zasad pracy i zawodowego prestiżu. Więcej o tym środowisku pisałem w artykule „Bytomskie sukno, piwne kary i 35 mistrzów w lochach. Historia cechu sukienników”.

Czarne i białe fasolki w Starym Ratuszu

Najbardziej obrazowa scena tej historii rozegrała się 9 marca 1809 roku, podczas pierwszego posiedzenia nowej rady. Odbyło się ono w pokoju Starego Ratusza (Altes Rathaus) — budynku o szesnastowiecznej metryce, znanym także z głębokich ratuszowych piwnic.

Zastosowano procedurę zwaną balotażem (Ballotage). Każdy z 24 radnych otrzymywał do ręki dwa ziarna fasoli (Bohnen). Biała fasolka wrzucona do kasety oznaczała poparcie kandydata, czarna — sprzeciw.

Głosowanie na fasolki - tak rodził się samorząd w Bytomiu w 1809 roku. Dłoń wrzuca białą fasolkę do drewnianej urny.
W 1809 roku o losach bytomskiego magistratu decydowały czarne i białe fasolki wrzucane do wyborczej kasety w podziemiach Starego Ratusza.
Jak działał balotaż?

W głosowaniu tajnym radny nie wypowiadał nazwiska ani nie podnosił ręki. Wrzucał do kasety jedno z dwóch ziaren: białe oznaczało poparcie, czarne — sprzeciw. Dzięki temu wynik był jasny, ale pojedynczy głos pozostawał ukryty.

Dla Radlinskiego wynik okazał się druzgocący. Dawny Consul dirigens otrzymał same czarne fasolki i został odsunięty od władzy. W źródłowym języku określano to obrazowo jako abgesägt — „odpiłowany”.

Nowym burmistrzem został Anton Jonas, poborca akcyzy, który podczas posiedzenia pełnił funkcję protokolanta. Otrzymał komplet 24 białych fasolek. To trudno odczytać inaczej niż jako demonstracyjne poparcie dla zmiany.

Kupiec Franz Moswick został skarbnikiem i pierwszym radcą. Otrzymał 14 białych fasolek. Do grona niepłatnych radców (unbesoldete Ratsmänner) weszli także aptekarz Schulz, sukiennik Walter, krawiec Balthasar i piekarz Woehl.

Ciekawostka – źródła

W dawnych opracowaniach można natrafić na błędną datę tych wydarzeń. Kronikarz Franz Stodolka podał datę uroczystego zaprzysiężenia magistratu jako „5 czerwca 1805 r.”, choć chodziło o rok 1809. To drobiazg, ale ważny — tłumaczy, skąd mogą brać się późniejsze rozbieżności w literaturze.

Po stresującym balotażu nowo wybrana elita miejska zeszła prosto do ratuszowej Piwnicy Miejskiej (Stadtkeller). Jak otwarcie przyznają dawne źródła, nową erę, w której ukształtował się samorząd w Bytomiu, należało po prostu „oblać trunkiem”, a nowi dygnitarze musieli się w swoim gronie zapoznać. W ten sposób zorganizowano tam wysoce nieoficjalne „posiedzenie”, a wielka zmiana ustrojowa w mieście nie zakończyła się sztywnym uściskiem dłoni, lecz swobodnym, zakrapianym alkoholem świętowaniem.

Szkic kolorowy grupy rzemieślników i urzędników siedzących przy stole w zabytkowej, ceglanej piwnicy.
O ile na górze decydowały fasolki, w podziemiach królował już trunek – nieoficjalne posiedzenie nowej elity w Piwnicy Miejskiej (Stadtkeller).

Mokrscy: od upokorzenia do miejskiej elity

Nowa władza nie od razu okazała się stabilna. Pierwszy przewodniczący rady, kupiec Franz Moswick, nie poradził sobie z obowiązkami i już w lipcu 1809 roku został odsunięty. Zastąpił go krawiec Frankowitz, lecz i on szybko okazał się niewystarczający dla tego urzędu.

Szkic historycznego, szesnastowiecznego budynku ratusza z wieżą.
Stary Ratusz w Bytomiu (Altes Rathaus) – to w jego murach decydowały się polityczne losy Mokrskich i całego miasta.

W tej sytuacji rada powierzyła ster Ludwigowi Mokrskiemu, sukiennikowi. Jego wybór miał zostać oficjalnie uprawomocniony na posiedzeniu 17 lipca 1809 roku. I właśnie w tym miejscu lokalna historia robi się szczególnie ciekawa.

W 1722 roku przedstawiciele zamożnego rzemiosła — Wenzel, Kaspar i Johann Mokrscy, wówczas związani z rzeźnictwem — weszli w konflikt z hrabią Henckel von Donnersmarck. Kara była upokarzająca: buntowników wtrącono do cuchnącej jamy pod izbą lokajską.

Nie warto jednak opowiadać tej historii wyłącznie jako anegdoty o brutalnej karze. Ważniejsze jest to, że nazwisko Mokrskich nie zniknęło z miejskiej elity. Przeciwnie — przez kolejne dekady rodzina nadal pojawiała się w strukturach miejskich. W 1720 roku burmistrzem był Johann Mokrsky, a w 1755 roku w miejskich zapisach występował Balzer Mokrski.

Do 1809 roku Mokrscy byli już silnie związani z branżą tekstylną: sukiennictwem i tkactwem. Do 24-osobowej rady weszło aż czterech przedstawicieli tej rodziny: Ludwig, Joseph, Johann i Paul. Stanowili niemal jedną szóstą całego składu rady.

Rodzinny rewanż historii

W tej opowieści nie chodzi o prostą zemstę, ale o długie trwanie miejskich rodzin. Ród, który kilkadziesiąt lat wcześniej doświadczył brutalnego upokorzenia ze strony pańskiej władzy, w 1809 roku znalazł się w samym centrum, tworząc od podstaw samorząd w Bytomiu.

Dalsze losy bohaterów

Historia nie kończy się w marcu 1809 roku. Jak to często bywa, ludzie odsunięci od władzy potrafili jeszcze wrócić, a zwycięzcy nie zawsze utrzymywali zdobyte stanowiska na długo. Dlatego warto spojrzeć na dalsze losy kilku postaci, które spinały przełom między dawnym porządkiem a nowym samorządem.

Radlinski

Zdetronizowany w 1809 roku i odesłany w stan spoczynku, niespodziewanie powrócił później na urząd burmistrza. Pełnił go w latach 1815–1818. Zmarł nagle na stanowisku — według przekazu doznał udaru siedząc przy stole.

Beck

Dawny burmistrz policji ustąpił w 1809 roku, przeszedł w stan spoczynku i nie wrócił już do życia publicznego. W odróżnieniu od Radlinskiego nie odzyskał dawnej pozycji.

Anton Jonas

Wielki zwycięzca fasolkowego głosowania nie utrzymał władzy na stałe. Wrócił do pracy w finansach, a w 1818 roku wygrał zawody strzeleckie i został Królem Kurkowym.

Wollny

Postać ważna dla uporządkowania osi czasu. W 1799 roku sprawował funkcje poczmistrza (Postwärter) i skarbnika (Kämmerer). W 1814 roku objął urząd burmistrza, wypełniając tym samym lukę we władzach pomiędzy kadencją Antona Jonasa a powrotem Radlinskiego w latach 1815–1818.

Ludwig Mokrski

Jego pojawienie się na czele rady pokazuje awans miejskiego rzemiosła i siłę rodzin, które przez pokolenia potrafiły utrzymywać znaczenie w lokalnej wspólnocie.

Dlaczego warto o tym pamiętać?

Dziś po Starym Ratuszu i jego piwnicach nie ma już śladu, a wybory wyglądają zupełnie inaczej. Warto jednak pamiętać, że początki nowoczesnego układu, jakim był samorząd w Bytomiu, nie rodziły się w spokojnym, uporządkowanym mieście. Wykuwały się w półmroku słabo oświetlonych ulic, pośród rozpadających się murów, nocnych łapanek i urzędniczych napięć, które pewnego marcowego dnia rozstrzygnęły białe i czarne fasolki.

Miejsce dawnego układu Radlinskiego i Becka zaczęła zajmować rada, w której najważniejszy głos mieli miejscowi rzemieślnicy, kupcy i ludzie związani z codziennym życiem miasta.

Czarne fasolki wrzucone przeciwko Radlinskiemu są więc czymś więcej niż anegdotą. To symbol chwili, w której małe, zadłużone i zaniedbane miasto zaczęło uczyć się nowego sposobu rządzenia. Jeszcze niedoskonałego, jeszcze pełnego konfliktów, ale już innego niż dawniej.

A Mokrscy? Ich obecność przypomina, że historia Bytomia to nie tylko decyzje magistratu, hrabiowskie rozkazy i pruskie reformy. To także rodziny rzemieślnicze, nazwiska powracające w aktach przez pokolenia, lokalne ambicje, dawne upokorzenia, awanse i pamięć o sprawach, które naprawdę poruszały mieszkańców.

Bibliografia i źródła

Poniższe zestawienie obejmuje najważniejsze źródła wykorzystane przy opracowaniu artykułu: opis wyborów z 1809 roku, stan miasta na początku XIX wieku, skład nowej rady miejskiej, losy Radlinskiego, wcześniejsze wzmianki o rodzie Mokrskich oraz dodatkowe ustalenia chronologiczne dotyczące władz Bytomia.

  • P. L., Mit zwei Bohnen wurde 1809 der Magistrat in Beuthen OS. gewählt, [w:] Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, nr 10, październik 1971, s. 18–19.
    Główne źródło opisujące wybory „na fasolki”, upadek Radlinskiego i stan infrastruktury Bytomia na początku XIX wieku. Był to przedruk artykułu pierwotnie opublikowanego w bytomskiej prasie w lutym 1940 roku. Wcześniejsza wersja tego samego tekstu ukazała się także w Heimatblatt, nr 4, kwiecień 1963, pod tytułem Die Magistratswahl im Jahre 1809 in Beuthen OS.
  • Stodolka F., Kronika Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen, [w:] Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise, nr 1, styczeń 1954 oraz nr 6, czerwiec 1954.
    Źródło wykorzystane do weryfikacji powrotu Radlinskiego, demografii miasta, składu nowej rady miejskiej z uwzględnieniem rodu Mokrskich oraz błędu zecerskiego dotyczącego daty.
  • Gramer F., Die Bürgermeister der Stadt Beuthen/Oberschlesien, przedruk z kroniki Bytomia z 1864 roku, s. 221, oprac. Franz Strzala, [w:] Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, nr 5, maj 1972.
    Źródło pomocnicze do potwierdzenia funkcji pełnionych w radzie przez przedstawicieli rodu Mokrskich w XVIII wieku, w tym burmistrza Johanna Mokrskiego.
  • Materiały z czasopisma Volk und Heimat, m.in. z 1924 roku, zawierające opublikowane fragmenty starych rejestrów miejskich, rzucające nowe światło na chronologię władz Bytomia.
  • Lasik G., Gewerbe – Handwerk und Handel in Beuthen OS.
    Opracowanie wykorzystane przy identyfikacji rzemieślników uczestniczących w zarządzie miasta oraz przy odtworzeniu imiennej listy radnych wybranych 24 lutego 1809 roku, ze szczególnym uwzględnieniem dominacji sukienników.
0
0

Read more

Stylizowana srebrna moneta z górnikiem jako ilustracja halerza bytomskiego

Mennictwo bytomskie, część 2. Jak Bytom wybił własną tożsamość w srebrze

Mennictwo bytomskie · część 2

Halerz z górnikiem. Jak Bytom wybił własną tożsamość w srebrze

Od książęcych denarów przechodzimy do miasta: halerzy, pieczęci ławniczej, wspólnej mennicy Bytomia i Gliwic, sporów o dawne prawa oraz monet odnalezionych po wiekach w skarbach.

Bytom / Beuthen XV wiek halerze miejskie górnik na monecie Gliwice

W pierwszej części tej historii najważniejsze były srebro, kopacze srebra i książęta bytomscy. Śledziliśmy początki mennictwa, tajemnicze denary Piastów i to, jak uderzeniem stempla w kruszec manifestowano władzę nad regionem.

Teraz schodzimy z dworu książęcego prosto na miejski bruk. W późnym średniowieczu Bytom miał już nie tylko górnicze zaplecze. Miał także własną monetę miejską. Na niewielkim, niepozornym krążku zwanym halerzem pojawił się znak, którego nie da się pomylić z niczym innym: sylwetka górnika przy pracy.

Nie był to przypadek. W kilkunastu milimetrach srebra zamknięto potężną opowieść o mieście, które potrafiło przenieść swoje największe atuty — złoża, rzemiosło i niezależność — prosto do sakiewek ówczesnych mieszkańców.

Od książąt do miasta

O ile denary przypisywane bytomskim książętom były politycznym manifestem w mikroskali, o tyle halerze miejskie prowadzą nas w zupełnie inną rzeczywistość. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj sam gród. Ze źródeł oraz zachowanych numizmatów jasno wynika, że w późnym średniowieczu Bytom dysponował własną emisją.

Co ciekawe, mennica obsługiwała również sąsiednie Gliwice, jednak monety bito przede wszystkim pod szyldem bytomskim. To właśnie dlatego w numizmatyce do dziś funkcjonuje pojęcie „halerzy bytomskich”, a nie gliwickich. Wspólna mennica nie osłabiała bynajmniej roli Bytomia — wręcz przeciwnie, czyniła z niego główny punkt ciężkości na lokalnej mapie obrotu pieniądzem.

Moneta bliższa człowiekowi

Halerz nie służył wielkim transakcjom handlowym. Był drobnym, codziennym pieniądzem targu i rzemiosła. Czymś, co regularnie przechodziło z rąk do rąk. I właśnie dlatego był nośnikiem idealnym dla miejskiej tożsamości.

Halerz bytomski — mała moneta, mocny znak

Wyobraźmy to sobie: zaledwie 13 milimetrów średnicy. Na tak małej powierzchni łatwo zgubić detal. Jednak najwyraźniejszy typ bytomskiego halerza niósł przekaz prosty i mocny. Na awersie dumnie prezentował się orzeł śląski, a na rewersie — człowiek rąbiący skałę kilofem.

Zamiast wizerunku władcy, tarczy herbowej czy wyidealizowanego świętego, miasto zdecydowało się wybić zawód. Zwykłą, ludzką pracę. Wizerunek górnika, choć dzisiaj na Śląsku wydaje się czymś zupełnie naturalnym, w średniowiecznej ikonografii monetarnej był niesamowicie wymownym dowodem dumy z lokalnych zasobów.

Poglądowa ilustracja halerza bytomskiego z wizerunkiem górnika przy pracy i orłem śląskim
Ilustracja halerzy bytomskich z górnikiem. Krążek miał zaledwie około 13 mm średnicy, ale jego symbolika niosła potężny przekaz o zasobach miasta.

Pieczęć ławnicza, czyli starszy brat halerza

Górnik z kilofem nie pojawił się na monecie przypadkowo. Ten plastyczny motyw to bezpośrednie nawiązanie do starszej tradycji miasta — a konkretnie do dawnych pieczęci (badanych przez naukę zwaną sfragistyką). Znamy go z pieczęci ławniczej Bytomia, zwanej Sigillum scabinorum in Bithom, której używano już w okolicach połowy XIV wieku.

Obydwa nośniki operowały tym samym słownikiem wizualnym: łączyły orła śląskiego z górnikiem. Różnica polegała na ich funkcji. Pieczęć uwierzytelniała akty prawne, a moneta cyrkulowała w kieszeniach rzemieślników.

Detal kontra skala

Halerz nie był jednak fotograficzną kopią pieczęci. Mincerz dysponował zaledwie kilkunastoma milimetrami miejsca, a twardy stempel wymagał innej techniki rytu. Dlatego moneta nie powielała każdego detalu, lecz genialnie nawiązywała do najważniejszego, utrwalonego już znaku miasta.

Poglądowe zestawienie halerza bytomskiego z pieczęcią ławniczą miasta Bytomia
Motyw górnika na halerzu to płynne nawiązanie do starszej tradycji miejskiej z Sigillum scabinorum in Bithom. Zestawienie obu artefaktów ma charakter poglądowy.

MONETA DE BITHOM — Bytom wygrawerowany w srebrze

Średniowieczna moneta to często łamigłówka z brakującymi literami. Miejsca na małym krążku było jak na lekarstwo, a stemple po tysiącach uderzeń potrafiły być po prostu niedbałe. Mimo to bytomskie halerze wyraźnie krzyczały, skąd pochodzą.

Najważniejsza łacińska formuła, z jaką możemy się spotkać, to MONETA DE BITHOM. W innych wariantach mincerze ratowali się skrótami lub ozdobnymi inicjałami.

Miasto rozpisane na warianty

MONETA DE BITHOM
pełna, elegancka formuła deklarująca z dumą: „moneta z Bytomia”.
BITHUM
często spotykany średniowieczny zapis fonetyczny.
BITU
drastyczny skrót uwarunkowany ciasnotą stempla.
Gotycka litera B
minimalistyczny znak skrótowy, często ozdobnie wpisywany w popularny motyw trójliścia.
Warianty zapisu nazwy Bytomia na średniowiecznych halerzach: MONETA DE BITHOM, BITHUM oraz BITU
Elastyczność mincerzy. Różne formy zapisu Bytomia na monetach wynikały wprost z praktyki warsztatów i walki o każdy milimetr cennego srebra.

Bytom i Gliwice — dwa miasta, jedna potrzeba

Oba zaprzyjaźnione w interesach miasta potrzebowały drobnego bilonu do smarowania lokalnej gospodarki. Uruchomienie dwóch odrębnych, w pełni niezależnych rzemieślniczo mennic było po prostu nieopłacalne. Wspólny warsztat rozwiązujący ten problem był czystym pragmatyzmem.

Z punktu widzenia bytomskiej ambicji miało to jednak kluczowe znaczenie: skoro na monetach obiegowych w obu miastach bito nazwę i insygnia Bytomia, to właśnie on narzucał narrację. Stawał się swoistym bankiem centralnym dla okolicznych rynków i targu.

Zaginiony przywilej i ślady w dokumentach

Tu zaczynają się prawdziwe schody dla historyków. Do dzisiaj nie odnaleziono prostego aktu prawnego, w którym władca nadawałby Bytomiowi przywilej bicia własnej monety. Gdyby taki dokument leżał bezpiecznie w archiwum, sprawa byłaby znacznie prostsza.

Zamiast tego badacze muszą opierać się na rozproszonych śladach. Franz Gramer, wielki XIX-wieczny kronikarz Bytomia, nie znał jeszcze średniowiecznych halerzy z górnikiem. Wspominał jedynie o niepewnych, późniejszych monetach z lat 1612 i 1624, o których słyszał, że znajdują się w prywatnych rękach. Nie stanowiły one jednak dla ówczesnych żadnego mocnego dowodu na istnienie miejskiej mennicy.

Dla średniowiecznego pieniądza znacznie cenniejsze są inne, z pozoru błahe wzmianki. W 1482 roku zapisano darowiznę kościelną w wysokości 10 marek, którą wyrażono wprost w „bytomskiej monecie”. To niezwykle ważny szczegół — dowodzi, że bytomski halerz funkcjonował w tamtym czasie jako pełnoprawny punkt odniesienia w lokalnej księgowości i gospodarce.

Drugim twardym dowodem jest miejska petycja z 1584 roku. Magistrat wspomina w niej, że jeszcze ponad sto lat wcześniej w Bytomiu działała mennica, która obsługiwała również sąsiednie Gliwice. To pokazuje, jak mocno w mieście zakorzeniła się pamięć o dawnym uprawnieniu.

  • Rok 1482 Zapis majątkowej darowizny wyrażonej oficjalnie w „bytomskiej monecie”.
  • Rok 1584 Petycja magistratu wspominająca dawną mennicę Bytomia, która zaopatrywała w bilon także Gliwice.
  • Lata 1612 i 1624 Niepewne, nowożytne monety wspominane przez kronikarza Franza Gramera jako obiekty kolekcjonerskie.

Mennica ostatecznie musiała zamilknąć pod koniec XV wieku. Wraz z postępującą centralizacją prawa menniczego, od początku XVI stulecia halerze bytomskie definitywnie znikają z wykazów oficjalnych środków płatniczych krążących po Śląsku.

Spór o Münzgeld, czyli cień dawnego prawa

Pamięć o miejskiej mennicy przetrwała nie tylko w opowieściach, ale też w twardych realiach finansowych. W XVIII wieku dawne prawo stało się bowiem powodem poważnego sporu podatkowego.

W 1722 roku magistrat bytomski złożył obszerną skargę znaną jako Gravamina. Osią konfliktu był Münzgeld, czyli roczny podatek menniczy. Ówczesny pan stanowy, hrabia Karol Józef Henckel von Donnersmarck, konsekwentnie egzekwował od mieszczan kwotę 19 talarów i 10 srebrnych groszy. Z perspektywy miasta sytuacja była absurdalna: magistrat domagał się zwolnienia z opłaty za przywilej korzystania z mennicy, która nie działała od stuleci.

W 1744 roku Bytom podjął jeszcze jedną próbę odwrócenia sytuacji, starając się o oficjalne przywrócenie prawa do bicia drobnych półkrajcarówek. Próba ta nie przyniosła jednak skutku, a miejski pieniądz pozostał już wyłącznie echem przeszłości.

Ten wątek doskonale pokazuje, że średniowieczne przywileje potrafiły żyć własnym życiem. Czasem obciążały portfele mieszczan jeszcze długo po tym, jak ostatnie wybite przez nich monety pokryły się ziemią i patyną.

Notgeld — wojenny powrót do własnego pieniądza

Zrobimy na chwilę skok w czasie. Podczas I wojny światowej na terenie całych Niemiec — i w Bytomiu również — powrócił koncept własnego pieniądza miejskiego. Tym razem jednak powodem nie była rzemieślnicza duma, a desperacja i pustki w kasach.

Pieniądz zastępczy, czyli słynny Notgeld, miał ratować obrót gospodarczy z powodu drastycznego braku bilonu państwowego. Choć lokalny patriotyzm często gościł na banknotach i żetonach awaryjnych, był to epizod wymuszony kryzysem, a nie romantyczna kontynuacja średniowiecznego prawa menniczego.

Przykłady Notgeldu, czyli niemieckiego pieniądza zastępczego z okresu kryzysu po I wojnie światowej
Pieniądz zastępczy Notgeld ratował codzienny handel. Emisje bytomskie należały do tego samego wspaniałego trendu weksylologiczno-numizmatycznego, choć nie miały nic wspólnego z dawnym przywilejem bicia halerzy.

Skarby z ziemi, czyli dlaczego te monety są tak rzadkie?

Przez lata bytomski halerz uchodził niemal za białego kruka śląskiej numizmatyki. Dopiero na początku XX wieku na jaw wyszły fascynujące odkrycia.

W 1902 roku w Wiczkowicach pług wyorał wielki garniec pełen monet. Skarb liczył ok. 4000 sztuk. Znalazło się w nim… dokładnie 5 halerzy bytomskich. Rok później, w ogromnym znalezisku w Starym Śleszowie (ok. 1000 sztuk kruszcu), wyłowiono kolejne 5 bytomskich egzemplarzy. Później, w głuszy lasów rudzkich pod Jankowicami, z dwóch skrytych garnków udało się wyłuskać zaledwie jednego naszego halerza.

Kropla w morzu srebra

Tysiące odnalezionych monet i zaledwie kilka sztuk z bytomskim górnikiem — te liczby mówią same za siebie. Właśnie ta skrajna rzadkość występowania w ziemnych skarbach sprawia, że halerze są dziś tak cennym i poszukiwanym znaleziskiem dla historyków.

Mapa poglądowa miejsc odnalezienia skarbów monet: Wiczkowice, Stary Śleszów, Jankowice
Ziemia bardzo niechętnie oddawała te tajemnice. W odkrywanych skarbach ze Śląska halerze bytomskie zawsze stanowiły zaledwie znikomy ułamek.

Zacięta licytacja w Halle i muzealny triumf

Prawdziwym świętem dla historii miasta był rok 1926. W renomowanym domu aukcyjnym w Halle nad Soławą pod młotek trafiła spektakularna kolekcja wrocławskiego zbieracza, Gustava Striebolla.

Dla włodarzy bytomskiego muzeum była to jedyna okazja, aby przywrócić pamięć w formie fizycznej. Po zażartej licytacji, na której prężyli muskuły także emisariusze z muzeów w Berlinie i Gliwicach, Bytom zdołał wygrać i odzyskać sześć arcyrzadkich numizmatów, w tym książęce denary oraz halerze z górnikiem.

Ilustracja nawiązująca do katalogu aukcyjnego i zakupu 6 rzadkich bytomskich monet z kolekcji Gustava Striebolla w Halle w 1926 roku
Zjawisko łączenia numizmatyki z lokalnym patriotyzmem. Dzięki aukcji z 1926 roku materialne ślady miejskiego pieniądza stały się chlubą bytomskiego muzeum.

Lekcja ostrożności, czyli jedna litera zmienia wszystko

Badanie starych monet wymaga cierpliwości, a jeden źle odczytany detal potrafi zmienić całą interpretację. Doskonałym tego przykładem jest praca Borysa Paszkiewicza, który w 1994 roku zweryfikował dawne ustalenia Ferdynanda Friedensburga. Chodziło o monetę Fbg 817/508, którą przez lata łączono z Bytomiem z powodu litery „B” i niewyraźnej legendy odczytywanej jako „BOTI”.

Ponowna analiza kształtu liter i charakterystycznego układu orła przyniosła jednak inne wnioski. Według badacza krążek wcale nie pochodził z bytomskiej mennicy, lecz należał do wczesnocieszyńskich emisji z czasów Bolesława I. To świetny dowód na to, że w numizmatyce nawet najmniejszy szczegół wymaga ciągłej, krytycznej weryfikacji.

Zakończenie: górnik, który przetrwał wieki

Historia bytomskiego pieniądza zaczęła się od książęcych ambicji, ale jej najciekawszy rozdział napisało samo miasto. O ile piastowskie denary były echem wielkiej polityki, o tyle halerze stanowią pomnik rzemieślników, kupców i lokalnej gospodarki.

Zamiast wzniosłych idei, miasto postanowiło utrwalić na srebrze człowieka rąbiącego skałę kilofem. Zrozumiało bowiem doskonale, gdzie naprawdę bije tętno jego potęgi. I choć po dawnej mennicy do dziś hula w archiwach wiatr historii, a o dawnym przywileju przypominały głównie spory o Münzgeld, ten mały, 13-milimetrowy krążek broni się sam.

To prawdopodobnie najmniejsza, ale najsilniejsza opowieść o tożsamości dawnego Bytomia, jaką kiedykolwiek stworzono.

Bibliografia i źródła
  • Ferdinand Friedensburg, Schlesiens Münzgeschichte im Mittelalter, t. 2, 1888.
  • Borys Paszkiewicz, Średniowieczne monety Księstwa Cieszyńskiego, „Pamiętnik Cieszyński”, t. 9, 1994.
  • Franz Gramer, Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, 1862–1863.
  • Dokument z 1482 r. (darowizna na rzecz ołtarza św. Zygmunta z zapisem o „bytomskiej monecie”).
  • Petycja miejska Bytomia do margrabiego Jerzego Fryderyka z 1584 r.
  • Skarga magistratu bytomskiego (Gravamina) z 1722 r. w sprawie podatku Münzgeld.
  • Katalog aukcyjny firmy A. Riechmann & Co. (kolekcja Gustava Striebolla), Halle, 1926.
  • Dokumentacja znalezisk numizmatycznych ze skarbów śląskich (Wiczkowice 1902, Stary Śleszów 1903, okolice Jankowic/lasy rudzkie).
0
0

Read more