Skip to contentSkip to main navigationSkip to footer

Blog

genealogia i historia

Mroczne, średniowieczne malowidło przedstawiające trzech mężczyzn wrzucających księdza w habicie do Stawu Małgorzaty. W tle mgła, kościół gotycki i tłum z pochodniami. W wodzie widać demony i pływające perły. U dołu napis: Zbrodnia nad Stawem Małgorzaty (1363). Grafika wyróżniająca bloga flaczek.com.

Zbrodnia nad Stawem Małgorzaty (1363). Bytom miastem wyklętym

Zbrodnia nad Stawem Małgorzaty (1363)

W 1363 roku w Bytomiu rozegrały się wydarzenia, które na całą dekadę wykluczyły miasto ze wspólnoty chrześcijańskiej. Spór polityczny i majątkowy między władzami miejskimi a Kościołem przerodził się w krwawy lincz na dwóch duchownych. Co naprawdę wydarzyło się nad Stawem Małgorzaty na Rozbarku i dlaczego mroczna legenda splotła tę historię z postacią świętego, który w rzeczywistości zmarł sto lat wcześniej?

I. Pycha patrycjatu i spór o bytomskie srebro

Zbrodnia z 1363 roku nie wydarzyła się w próżni. W tle narastał wieloletni i ostry spór między świeckim Magistratem a Kościołem o dziesięcinę z wydobycia kruszców. Bytom przeżywał swój prawdziwy „srebrny wiek”, a miarą ogromnej pychy ówczesnej władzy stał się burmistrz Andreas Fabrici. To ten sam patrycjusz, który – jak głoszą słynne podania – kazał odlać dla swojego nowo narodzonego dziecka szczerozłotą lub srebrną kołyskę.

Ostentacyjne bogactwo i kategoryczna niechęć do płacenia należności na rzecz Kościoła doprowadziły do otwartej wojny z duchowieństwem. Magistrat zorganizował nawet na rynku demonstrację siły z udziałem miejskiego kata, by zastraszyć poprzedniego proboszcza, Anselma. Gdy więc w 1363 roku stanowisko duszpasterza objął Piotr von Stoisle, władze Bytomia nie zamierzały już negocjować. Postanowiły pójść na zwarcie i doprowadzić do całkowitej likwidacji prepozytury św. Małgorzaty. Iskra padła na beczkę prochu.

II. Sąd bez prawa i egzekucja

Krwawy Lincz nad Stawem

Wrzesień 1363 roku przyniósł bezprecedensowe złamanie prawa kanonicznego. Radni, za aprobatą wzburzonego tłumu, postawili przed świeckim sądem proboszcza Piotra von Stoisle oraz jego kapelana (wikarego), Mikołaja z Pyskowic. Oskarżono ich o rzekome nadużycia urzędu, a wyrok mógł być tylko jeden: śmierć poprzez utopienie.

Egzekucję wykonano niemal natychmiast – 14 września 1363 r. Związanych duchownych wyprowadzono za mury, nad Staw Małgorzaty (Margarethenteich) w dzisiejszym Rozbarku i wrzucono do wody. Zbrodnia miała niezwykle brutalny przebieg. O ile proboszcz Piotr szybko zatonął, kapelan Mikołaj w śmiertelnej panice zdołał poluzować pęta i wydobyć się na powierzchnię. Jego próba ocalenia życia została jednak drastycznie przerwana. Bytomski syndyk miejski, niejaki Wojtacha, nakazał katu wepchnąć rannego księdza z powrotem do stawu, a w ostateczności dobić go toporem. Skatowany duchowny skonał w męczarniach po trzech dniach.

🔎 Zaginiony Staw Małgorzaty

Na współczesnych mapach Bytomia na próżno szukać Margarethenteich. Staw rozlewał się w naturalnym, bagnistym obniżeniu terenu, u stóp Wzgórza św. Małgorzaty. Obejmował obszar z grubsza między dzisiejszą ulicą Siemianowicką a terenami dawnej Kopalni Rozbark (Teatr Rozbark), ciągnąc się aż w stronę dzisiejszej ulicy Chorzowskiej.

Zbiornik nie przetrwał XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej. Rozwój kopalń spowodował drastyczne obniżenie wód gruntowych – staw wysechł, a teren zasypano. Kiedy dziś jedziesz tramwajem wzdłuż ulicy Chorzowskiej na wysokości kościoła św. Małgorzaty, przecinasz właśnie dno dawnego stawu, w którym utopiono bytomskich księży.

III. Dziesięć lat interdyktu

Miasto Wyklęte ze Wspólnoty

Reakcja Stolicy Apostolskiej na rozlew krwi duchownych była stanowcza i bolesna. Na Bytom spadł surowy interdykt, czyli klątwa papieska. Dla ówczesnej społeczności wykluczenie ze wspólnoty chrześcijańskiej oznaczało cywilizacyjny paraliż:

  • Kościoły zostały rygorystycznie zamknięte, a dzwony zamilkły.
  • Wiernym odmówiono dostępu do mszy i niemal wszystkich sakramentów.
  • Zmarłych bytomian grzebano niczym rzezimieszków – bez kapłana, w niepoświęconej ziemi.

Bytom stał się „miastem wyklętym” na mapie Śląska. Trwało to okrągłą dekadę. Główni winowajcy zapłacili wysoką cenę: ówczesny burmistrz zginął wkrótce w pożarze, a syndyk Wojtacha, udawszy się do Rzymu po łaskę, został skazany na dożywotnie więzienie w lochach.

IV. Perły, krew i tańczące demony

Zbrodnia w oparach XIX-wiecznej baśni

Historyczny fakt mordu nad Stawem Małgorzaty z czasem obrósł niesamowitą, mroczną legendą. XIX-wieczni kronikarze, próbując wyjaśnić późniejszy upadek lokalnego górnictwa, stworzyli wokół tych wydarzeń niezwykle plastyczną opowieść. Według tej literackiej kreacji, dramat w wodach miał wymiar iście mistyczny. Gdy proboszcz poszedł na dno, kapelan Mikołaj miał krzyczeć z wody, że widzi demony tańczące pod taflą wokół ciała jego zwierzchnika. Błagał o litość, obiecując, że jeśli przeżyje, będzie głosił cud o Świętej Dziewicy.

Legenda głosi również, że na brzegu stał wstrząśnięty ojciec Hiacynt z Rozbarku. Przebierając palcami w gorączkowej modlitwie, miał rozerwać swój różaniec, a spadające perły zmieszały się z krwią konającego w błocie kapelana. Wtedy też z ust mnicha padła słynna klątwa rzucona na miasto: złoża kruszców miały zniknąć na zawsze.

I tu docieramy do największej historycznej pułapki! Ów ojciec Hiacynt to nikt inny jak święty Jacek Odrowąż. Sęk w tym, że zmarł on w 1257 roku, czyli ponad wiek przed zbrodnią nad stawem! XIX-wieczni pisarze po prostu zlali w jedno historyczne morderstwo z dużo starszą, rozbarską tradycją o słynnym kaznodziei.

V. Pokuta i Kamienne Pamiątki

Portal Klątwy i Łaski

Dziesięcioletni interdykt nie zamknął sprawy. Bytom stał się miastem naznaczonym stygmatem bratobójczej krwi. W kronikach odnotowano, że nawet w 1479 roku – 116 lat po zbrodni! – proboszcz z sąsiednich Biskupic otrzymał z Rzymu specjalne polecenie, by oficjalnie upomnieć bytomskiego burmistrza i zażądać ostatecznych kroków oczyszczających winy dawnych radnych. Zrujnowane moralnie i ekonomicznie miasto w końcu doczekało się łaski, a prawo patronatu nad bytomskim kościołem przeszło w ręce wrocławskich Wincentynerów.

Trauma z 1363 roku zapisała się w DNA miasta. Jeszcze w XIX wieku mieszkańcy Bytomia interpretowali wszelkie klęski: epidemie, pożary, głód czy upadek górnictwa, jako przedłużającą się boską karę za krew wylaną w rozbarskim stawie.

Pamiątki tamtych wydarzeń przetrwały w architekturze gotyckiego Kościoła Wniebowzięcia NMP (kościoła mariackiego). Nad głównym wejściem do dziś dostrzec można wykute w kamieniu dwa kielichy. Z kolei dawne, boczne wejście do świątyni (od strony dzisiejszej ulicy Kościelnej), odmurowane w połowie XIX w. przez słynnego ks. Józefa Szafranka, zyskało wymowną nazwę upamiętniającą ofiary z 1363 r.: „Portal Klątwy i Łaski” (Portal des Fluches und der Gnade).

Źródła i Bibliografia:

  • Aus dem Beuthener Lande, Jg. 1 (1924), w tym: nr 5 (opis egzekucji), nr 11 (legenda o klątwie i perłach), nr 16 (historyczne sprostowanie mordu i anachronizmu św. Jacka) oraz nr 25 i 41.
  • Gramer F., Kronika miasta Bytomia na Górnym Śląsku, przekł. A. Niemczura, Bytom 2014.
  • Horwat J., Książęta oleśniccy, „Życie Bytomskie” 1994, R. 39, nr 13.
  • Drabina J., Bytom średniowieczny: przekazy źródłowe (1123-1492), Opole 1985.
  • Triest F., Topographisches Handbuch für Oberschlesien, 1865.
0
0

Read more

Rysunkowa rekonstrukcja średniowiecznego zamku w Bytomiu ukazanego z lotu ptaka. Surowa warownia otoczona jest gęstą zabudową starego miasta i murami obronnymi.

Gdzie podział się zamek w Bytomiu? Jak rozwiązano jedną z największych zagadek w historii miasta

Gdzie podział się zamek w Bytomiu? Rozwiązujemy zagadkę, która trwała ponad sto lat

Przez stulecia Bytom chodził właściwie po własnej przeszłości, nie wiedząc już dokładnie, gdzie znajdowała się jedna z najważniejszych budowli średniowiecznego miasta. Zamek książęcy nie zachował się w formie malowniczej ruiny, nie stał się oczywistym punktem na mapie i przez długi czas pozostawał bardziej problemem dla historyków niż realnym miejscem w przestrzeni. Dopiero połączenie dawnych źródeł, topografii miasta i badań archeologicznych pozwoliło z dużą pewnością odtworzyć losy warowni, która przez wieki organizowała polityczne centrum Bytomia.

Artystyczna wizualizacja średniowiecznego zamku bytomskiego w obrębie miasta
Hipotetyczna wizualizacja zamku książęcego w średniowiecznym Bytomiu. Obraz ma charakter poglądowy i pokazuje ideę warowni wkomponowanej w tkankę miejską, a nie jej bezspornie ustalony wygląd.
Najważniejsze ustalenie

Dziś można już z dużą pewnością przyjąć, że zamek książąt bytomskich stał w rejonie obecnego placu Grunwaldzkiego, w północno-wschodnim narożniku dawnego miasta lokacyjnego. Nie oznacza to, że znamy każdy detal jego wyglądu, ale oznacza, że najważniejszy spór o lokalizację został w praktyce rozstrzygnięty.

Bytom ma w swojej historii wiele miejsc, które wciąż można zobaczyć: rynek, kościoły, fragmenty dawnych murów, ślady średniowiecznego układu ulic. Jest jednak także takie miejsce, którego przez stulecia właściwie nie umiano już wskazać. Chodzi o zamek książęcy — jedną z najważniejszych budowli dawnego Bytomia, siedzibę miejscowych Piastów i element systemu obronnego miasta.

Problem polegał na tym, że zamek zniknął niemal bez reszty. Nie zachowały się jego widowiskowe ruiny, nie stał się romantyczną pamiątką jak wiele innych śląskich warowni. Przepadł tak skutecznie, że przez długi czas spierano się nie tylko o jego wygląd, lecz nawet o to, gdzie właściwie stał. Jedni umieszczali go poza zwartym obwodem miasta, inni przy kościele Franciszkanów, jeszcze inni w rejonie dzisiejszego placu Grunwaldzkiego.

Przez dekady w tej historii było więcej domysłów niż pewników. Dopiero połączenie dawnych przekazów, logicznej analizy topografii i twardych ustaleń archeologicznych pozwoliło z dużą pewnością uporządkować losy tej budowli. I właśnie dlatego dzieje bytomskiego zamku są dziś tak fascynujące: to nie tylko historia warowni, ale też opowieść o tym, jak miasto może zgubić własną pamięć — i jak po setkach lat próbuje ją odzyskać.

Zanim pojawił się zamek: czy Bytom miał starszy gród?

Hipotetyczna wizualizacja wcześniejszego grodu, który mógł poprzedzać zamek bytomski
Hipotetyczna wizualizacja starszego założenia obronnego, które mogło poprzedzać murowany zamek książęcy w Bytomiu. Tego typu obraz należy traktować jako ilustrację badawczej hipotezy, a nie pewną rekonstrukcję.

W badaniach nad początkami bytomskiego ośrodka obronnego od dawna powraca pytanie, czy murowany zamek przy obecnym placu Grunwaldzkim nie poprzedzał wcześniejszy gród drewniano-ziemny. To jedna z tych kwestii, które nie zostały rozstrzygnięte w sposób absolutny, ale z pewnością nie należą też do sfery czystej fantazji.

W historiografii od lat powraca teza wiążąca początki takiego założenia z czasami Mieszka Plątonogiego, około 1200 roku. Przywołuje się przy tym zarówno przesłanki źródłowe, jak i argumenty urbanistyczne. Badacze zwracali uwagę, że pewne osobliwości najstarszego układu przestrzennego Bytomia mogą wskazywać na istnienie wcześniejszego obiektu obronnego, który poprzedzał miasto lokacyjne i wpływał na późniejszy rozwój zabudowy.

Najczęściej taki gród lokalizuje się w rejonie dzisiejszego placu Klasztornego albo wzgórza św. Małgorzaty. Nie mamy tu jednak prostego i niepodważalnego „aktu erekcyjnego”. Najuczciwiej więc napisać, że jest to hipoteza dobrze osadzona w badaniach, wzmacniana przez analizę przestrzeni i dawnych przekazów, ale nadal pozostająca rekonstrukcją historyczną.

Podobnie wygląda sprawa jego upadku. W literaturze pojawia się pogląd, że wcześniejszy gród mógł zostać zniszczony podczas najazdu mongolskiego w 1241 roku. Taka interpretacja dobrze wpisuje się w regionalny kontekst dziejów Śląska i tłumaczyłaby późniejsze przejście do nowej, murowanej koncepcji obronnej. Warto jednak podkreślić, że jest to logiczna i silna hipoteza, a nie proste zdanie przepisane z jednego, dosłownego dokumentu.

Narodziny murowanej warowni

Najmocniejszym punktem całej opowieści pozostaje dziś archeologia. Kluczowe znaczenie miało odkrycie dokonane na placu Grunwaldzkim, gdzie z dna fosy wydobyto dębową dranicę datowaną metodą dendrochronologiczną na rok 1246. To nie jest już mglista poszlaka, lecz bardzo ważny dowód potwierdzający XIII-wieczną metrykę założenia obronnego właśnie w tym miejscu.

Trzeba przy tym dobrze rozumieć, co ta data oznacza. Rok 1246 nie jest automatycznie „aktem założycielskim” całego zamku, ale bardzo mocno potwierdza, że elementy związane z jego fosą funkcjonowały już w połowie XIII wieku. W zestawieniu z innymi przesłankami pozwala to mówić o warowni jako budowli zakorzenionej głęboko w średniowieczu, a nie o późnym obiekcie omyłkowo utożsamionym z książęcą siedzibą.

W materiałach historycznych pojawia się również teza, że rozwój murowanej wersji zamku można wiązać z Kazimierzem bytomskim. Tutaj warto zachować precyzję. Samo datowanie odkrytego drewna nie wskazuje jeszcze bezpośrednio osoby fundatora, ale rozsądne jest stwierdzenie, że rozwinięcie założenia w rezydencję odpowiadającą randze stolicy samodzielnego księstwa badacze łączą właśnie z okresem jego panowania.

Bardzo ważne jest również to, że bytomski zamek nie był odosobnioną siedzibą stojącą gdzieś na uboczu. Wszystko wskazuje na to, że był częścią miejskiego systemu obronnego: obiektem nizinnym, usytuowanym w obrębie obwodu obronnego, powiązanym z murami i fosą. To właśnie ten fakt pozwala zrozumieć zarówno jego znaczenie, jak i późniejsze spory o lokalizację.

Wielka pomyłka badaczy: gdzie właściwie szukano zamku?

Dzisiaj teza o placu Grunwaldzkim wydaje się coraz bardziej oczywista, ale przez długi czas wcale taka nie była. W XIX i XX wieku historia bytomskiego zamku obrosła mitami. Jedni wyobrażali go sobie niemal jak wygodny książęcy pałac, inni widzieli w nim raczej surową, mało reprezentacyjną twierdzę. Jeszcze większy problem stanowiło jednak samo położenie budowli.

Przez długi czas mocno oddziaływała teoria sytuująca zamek poza zwartym obwodem miejskim, w okolicach dzisiejszych ulic Krakowskiej i Korfantego. Taka wizja była kusząca: pozwalała wyobrazić sobie władcę trzymającego dystans wobec mieszczaństwa, mieszkającego „obok” miasta, a nie w jego wnętrzu. Problem w tym, że topografia i późniejsze badania coraz słabiej tę teorię podtrzymywały.

Błąd utrzymywał się tak długo, że jeszcze w 1998 roku, kiedy podczas prac przy kamienicach przy ul. Korfantego 22 i 24 odkryto potężny filar i gotycki łuk, pojawiła się nadzieja, że to właśnie tam wreszcie odnaleziono zamek. Jak się jednak okazało, był to fałszywy alarm. Znalezisko okazało się raczej pozostałością innego obiektu — zapewne dawnego folwarku lub browaru — a nie książęcej rezydencji.

Ten epizod bardzo dobrze pokazuje, jak silnie starsze hipotezy potrafią działać na wyobraźnię badaczy i mieszkańców. W pewnym sensie Bytom najpierw stworzył sobie błędną mapę pamięci o zamku, a dopiero potem musiał ją mozolnie poprawiać.

Trop, który leżał na widoku: Rycerska i dawny narożnik miasta

Jednym z najciekawszych momentów całej tej historii jest fakt, że właściwy trop pojawił się w źródłach znacznie wcześniej, niż udało się go potwierdzić archeologicznie. Już w 1919 roku na łamach „Górnoślązaka” anonimowy autor podpisujący się inicjałami „Fr. G.” bardzo trafnie lokował zamek w północno-wschodnim narożniku miasta, w rejonie późniejszej synagogi i obecnego placu Grunwaldzkiego.

Była to intuicja oparta nie na sensacyjnych odkryciach, lecz na uważnej analizie topografii. Znaczenie miała między innymi ul. Rycerska, w dawnych zapisach wiązana także z nazwą Burg Gasse. Sam ślad nazewniczy nie stanowi jeszcze dowodu rozstrzygającego, ale w połączeniu z układem przestrzennym miasta bardzo mocno sugerował, że właśnie tutaj należało szukać dawnej siedziby książęcej.

Jeśli w sąsiedztwie funkcjonowała ulica kojarzona z rycerskim zapleczem, a miejsce odpowiadało logice średniowiecznego układu obronnego, to hipoteza stawała się coraz bardziej przekonująca. Dzisiejsza wiedza pokazuje, że trop ten był nie tylko błyskotliwy, ale po prostu trafny.

Czasem historia nie chowa się głęboko pod ziemią. Czasem leży niemal na widoku — w dawnych nazwach ulic, w układzie placu, w logice miasta, którą wystarczy uważnie odczytać.

Porównaj dawne plany Bytomia z dzisiejszym układem miasta

Poniższa nakładka pozwala zestawić kilka historycznych planów i schematów starego Bytomia ze współczesnym obrazem centrum miasta. To narzędzie nie daje geodezyjnej pewności co do każdego metra, ale bardzo dobrze pokazuje trwałość dawnego obwodu oraz rejon, w którym przez dziesięciolecia lokalizowano zamek.

Uwaga: nakładki mają charakter poglądowy i popularyzatorski. To autorsko wyrównane plany historyczne, służące porównaniu dawnego układu miasta z dzisiejszą przestrzenią.
Współczesne zdjęcie lotnicze centrum Bytomia z orientacyjnym przebiegiem dawnych murów miejskich Plan Bytomia według Christiana Friedricha von Wredego nałożony na współczesny układ miasta

Plan Bytomia według Christiana Friedricha von Wredego (ok. 1747–1753)

Fragment planu z większego dzieła „Krieges-Carte von Schlesien”, sporządzonego na zlecenie Fryderyka II. To jedna z najcenniejszych warstw porównawczych, bo pokazuje dawny obwód miasta, układ zabudowy i relację starego centrum do rejonu późniejszego placu Grunwaldzkiego.

Mroczny epizod z 1939 roku

W dziejach poszukiwań bytomskiego zamku pojawia się również epizod szczególny: moment po spaleniu bytomskiej synagogi. Z późniejszych opracowań wynika, że po 1939 roku pusty teren po zniszczonej bożnicy wzbudzał zainteresowanie badaczy związanych z niemieckim środowiskiem muzealnym, którzy również próbowali odnaleźć tam ślady dawnej przeszłości miasta.

Nie przyniosło to wówczas przełomu, ale sam fakt jest znaczący. Pokazuje, że plac Grunwaldzki nie pojawił się w badaniach nagle dopiero w XXI wieku. Był obecny w podejrzeniach, intuicjach i sporach znacznie wcześniej, nawet jeśli przez długi czas brakowało dowodu, który zakończyłby całą dyskusję.

Przełom roku 2004

Artystyczna wizualizacja wykopalisk w miejscu dawnego zamku bytomskiego
Artystyczna wizualizacja badań archeologicznych w miejscu dawnego zamku bytomskiego. Nie przedstawia dosłownie placu Grunwaldzkiego, lecz ideę odkrywania średniowiecznych reliktów pod współczesnym miastem.

Prawdziwa zmiana nastąpiła dopiero jesienią 2004 roku. To wtedy przeprowadzono na placu Grunwaldzkim wykop badawczy, który w praktyce odwrócił cały dawny spór. Nie trzeba było wielkiej powierzchni, by trafić na to, czego przez dekady szukano po niewłaściwych stronach miasta — na dawną fosę zamkową.

Właśnie w tym momencie archeologia uporządkowała to, co wcześniej podpowiadały topografia i dawne teksty prasowe. Odkrycie nie miało w sobie nic z romantycznej legendy o „cudownym odnalezieniu zamku”. Było efektem spokojnej, metodycznej pracy, która nagle nadała wcześniejszym hipotezom bardzo mocny fundament materialny.

W materiałach źródłowych pojawia się nawet sformułowanie o niemal całkowitej pewności już po badaniach z 2004 roku. W praktyce oznacza to, że odkrycie fosy i związanych z nią reliktów uczyniło lokalizację zamku na placu Grunwaldzkim interpretacją dominującą, a późniejsze badania tylko ją umocniły.

Badania późniejsze i ostateczne potwierdzenie

Kolejne prace archeologiczne, wiązane między innymi z późniejszym etapem badań w drugiej dekadzie XXI wieku, jeszcze wyraźniej potwierdziły wcześniejsze ustalenia. Dzięki temu można już dziś pisać bez większego ryzyka, że zamek książąt bytomskich stał w rejonie obecnego placu Grunwaldzkiego.

Nie znaczy to oczywiście, że znamy każdy detal jego architektury i każdą fazę przebudowy. Oznacza jednak, że najważniejszy spór został rozstrzygnięty. Dla historii miasta to zmiana fundamentalna, bo pozwala inaczej patrzeć na całe średniowieczne centrum Bytomia.

Narożnik, który dziś kojarzy się głównie z późniejszym placem i historią synagogi, okazuje się jednym z najstarszych i najważniejszych punktów politycznej topografii miasta.

Zamek przecięty na pół

Jeżeli jakaś scena z dziejów bytomskiego zamku zasługuje na miejsce szczególne, to bez wątpienia jego podział po wygaśnięciu linii Piastów bytomskich. Po długim sporze sukcesyjnym, zakończonym układem z 1369 roku, miasto i zamek rozdzielono między książąt cieszyńskich i oleśnickich.

Granica miała biec przez miasto w sposób zadziwiająco dosłowny: ulicą Krakowską, przez rynek, aż ku Tarnogórskiej. Najbardziej uderzające jest jednak to, że podział objął także samą książęcą siedzibę. Jedna strona miała otrzymać część wieżowo-bramną, druga budynek mieszkalny, studnię i zabudowę drewnianą.

W praktyce oznaczało to rozcięcie rezydencji, która z natury rzeczy powinna stanowić jedną, spójną całość. W przekazach pojawia się nawet obraz wykucia drugiej bramy i przegrodzenia dziedzińca murem. Brzmi to niemal nieprawdopodobnie, ale właśnie dlatego tak dobrze pokazuje, jak głęboko polityka potrafiła ingerować w materialny kształt miasta.

Bytom nie stracił wtedy zamku od razu, lecz właśnie wtedy zaczął tracić jego dawną logikę. Rezydencja przestała być wyłącznym centrum władzy, a stała się przedmiotem skomplikowanego kompromisu dynastycznego. Można powiedzieć, że był to początek długiego procesu osłabienia warowni.

Zamek żył jeszcze długo

Jednym z najważniejszych zabiegów w tym artykule jest zerwanie z prostym wyobrażeniem, że zamek „skończył się w średniowieczu”. W źródłach wyraźnie widać, że jeszcze w XVI wieku budowla pozostawała obiektem istotnym. Szczególnie ciekawy jest wątek z 1530 roku, gdy w obliczu zagrożenia tureckiego podkreślano znaczenie bytomskiego zamku jako miejsca schronienia.

To ważna wzmianka, bo pokazuje, że warownia nie była wtedy jeszcze jedynie martwym reliktem. Równie interesujące jest jej możliwe przedstawienie na panoramie miasta z lat 1536–1537, wiązanej z podróżą Ottheinricha. Nawet jeśli identyfikacja wszystkich szczegółów panoramy wymaga ostrożności, sam fakt obecności zamku w wyobrażeniach i opisach epoki jest bardzo wymowny.

Wszystko to każe widzieć jego koniec nie jako jednorazową katastrofę, lecz raczej jako stopniowe wygasanie funkcji politycznych, rezydencjonalnych i obronnych.

Jak zamek zniknął?

Najbardziej prawdopodobny scenariusz jest zarazem najbardziej przyziemny. Zamek nie runął w jednej wielkiej bitwie ani nie przeszedł do legendy w widowiskowej ruinie. Najpewniej był stopniowo rozbierany i wykorzystywany jako źródło budulca. Dla mieszkańców nowożytnego miasta było to działanie praktyczne i zrozumiałe: jeśli dawna warownia traciła znaczenie, jej kamień i cegła mogły posłużyć nowym inwestycjom.

W tym kontekście szczególnie sugestywny jest wątek związany z przejęciem Bytomia przez Hencklów von Donnersmarck w 1623 roku. Najbezpieczniej ująć go tak: skoro dawnej książęcej rezydencji już w praktyce nie było, a nowi panowie miasta nie dysponowali na miejscu własną reprezentacyjną siedzibą, musieli korzystać z przestrzeni miejskich, przede wszystkim z ratusza. To bardzo dobrze pokazuje, jak skutecznie zamek zniknął z pejzażu miasta.

I właśnie w tym tkwi paradoks tej historii. Budowla, która przez wieki organizowała polityczne centrum Bytomia, została usunięta tak dokładnie, że po dwóch lub trzech pokoleniach zaczęła przypominać bardziej problem dla badaczy niż widoczny element miasta.

A może Bytom miał dwa zamki?

Na końcu tej opowieści warto zostawić czytelnikowi jeszcze jeden trop — nie jako tanią sensację, lecz jako uczciwie zaznaczoną zagadkę historiografii. W materiałach źródłowych pojawia się wątek „starego” i „nowego” zamku, obecny w raporcie cesarskiej komisji z 1603 roku. To właśnie ten szczegół sprawił, że część badaczy zaczęła na nowo poważnie traktować hipotezę o wcześniejszym grodzie poprzedzającym murowaną warownię na placu Grunwaldzkim.

Nie oznacza to, że można dziś z pełną pewnością odtworzyć plan obu obiektów czy ich wzajemną chronologię co do roku. Oznacza jednak, że Bytom prawdopodobnie ma bardziej złożoną historię rezydencji i obronności, niż długo sądzono. Najpierw mogło istnieć starsze założenie grodowe, później pojawił się murowany zamek książęcy, a jeszcze później oba te etapy zlały się w pamięci miasta w jedną nieczytelną opowieść.

To właśnie dlatego historia bytomskiego zamku pozostaje tak atrakcyjna. Nie zamyka się w jednej dacie i jednym odkryciu. Jest raczej śledztwem, w którym każdy kolejny dokument, każdy wykop i każda dawna nazwa ulicy odsłaniają coś nowego.


Zakończenie: zamek, którego nie widać

Dzisiaj można już z dużą pewnością powiedzieć, że zamek książąt bytomskich stał tam, gdzie znajduje się obecny plac Grunwaldzki. Wiemy też, że był ważnym elementem średniowiecznego miasta, że przeżył polityczny rozłam, że jeszcze długo pozostawał obecny w jego krajobrazie i że ostatecznie zniknął nie w huku wielkiej katastrofy, lecz raczej w ciszy codziennej rozbiórki.

A jednak w tej historii jest coś więcej niż tylko ustalenie lokalizacji. To opowieść o mieście, które przez stulecia chodziło po własnej przeszłości, nie wiedząc dokładnie, gdzie ona leży. O miejscu, które wydawało się zwykłym placem, a okazało się jednym z kluczowych punktów politycznej topografii średniowiecznego Bytomia. O warowni, która przepadła tak skutecznie, że trzeba ją było wydobywać nie tylko z ziemi, ale też z niepamięci.

Być może właśnie dlatego zamek bytomski działa na wyobraźnię mocniej niż niejeden obiekt, z którego zachowały się mury i wieże. Tamte można po prostu obejrzeć. Ten trzeba najpierw odnaleźć — w źródłach, w planie miasta, w archeologii i w uważnym czytaniu samego Bytomia.

Bibliografia i źródła

Prasa archiwalna i dawna

  • „Górnoślązak”, 1919, R. 18, nr 161 — Z dawnych czasów. Zamek Piastowski w Bytomiu (Fr. G.).
  • „Aus dem Beuthener Lande”, 1924, Jg. 1, nr 7, 10, 11 — cykl Wilhelma Immerwahra.
  • „Nowiny Opolskie”, 1950, R. 34, nr 1 — Piastowski zamek w Bytomiu.
  • „Gość Niedzielny”, 1954, R. 27, nr 33 — Edward Wichura, Miasto dymiących kominów i magnolii.
  • „Gość Niedzielny” (edycja gliwicka), 1999, R. 76, nr 16 — Jacek Siatkowski, Blisko, coraz bliżej.
  • „Życie Bytomskie”, numery z lat 1984–2004 poświęcone problemowi lokalizacji zamku i badaniom archeologicznym.
  • „Goniec Górnośląski”, 1990, R. 34, nr 32 — J. Długosz, Podania i legendy naszych miast. Zagadki pałacowej kaplicy.
  • „Rynek 7”, 2013, nr 7 (120) — Zamek w Bytomiu.

Opracowania naukowe i monografie

  • Jan Drabina, Bytom średniowieczny: przekazy źródłowe (1123–1492), Opole 1985.
  • Jerzy Horwat, Księstwo bytomskie i jego podziały do końca XV wieku, Gliwice 1993.
  • Zdzisław Jedynak, Lokalizacja średniowiecznego zamku bytomskiego w świetle źródeł archiwalnych i badań archeologicznych, [w:] Bytom i jego dziedzictwo, red. G. Bożek, Bytom 2004.
  • Jacek Pierzak, Zamek w Bytomiu w świetle badań archeologicznych, [w:] Badania archeologiczne na Górnym Śląsku i ziemiach pogranicznych w latach 2003–2004, Katowice 2006.
  • Przemysław Noparlik, Ziemia bytomska w późnym średniowieczu. Próba rekonstrukcji terytorialnej i administracyjnej, Chorzów 2021.
  • Piotr Siemko, Zamki na Górnym Śląsku, Katowice 2023.

Zasoby cyfrowe i bazy danych

  • Szlaki i Drogi
  • Zamki i dwory obronne Śląska
  • Bytomski.pl
  • Beuthen.eu
  • Blisko Polski

Artykuł przygotowano w formule popularnonaukowej: tam, gdzie źródła i archeologia pozwalają mówić stanowczo, narracja opiera się na mocnych ustaleniach; tam, gdzie wciąż poruszamy się w obrębie rekonstrukcji, zachowano świadomie ostrożniejszy ton.

0
0

Read more

Ilustracja historyczna przedstawiająca rokowania traktatu bytomsko-będzińskiego w 1589 roku na moście na Brynicy. Widoczny kardynał Aldobrandini, polscy husarze i wojska habsburskie.

Traktat bytomski 1589. Kiedy na Brynicy ważyły się losy Europy

Traktat bytomsko-będziński (1589). Kiedy na Brynicy ważyły się losy Europy

Stare dokumenty dyplomatyczne i pieczęcie, ilustrujące traktat bytomsko-będziński
Akta i zapisy historyczne kryją w sobie tajemnice wielkiej polityki, która rozegrała się na pograniczu bytomsko-będzińskim.

Czy wiedzieliście, że według lokalnych przekazów wino mszalne zamarzało w kielichach bytomskiego kościoła, a na moście w Czeladzi o mało nie doszło do bitwy o rozwinięte sztandary Rzeczypospolitej? Zapomnijcie na chwilę o szybach kopalnianych. Zapraszam was w podróż do zimy 1589 roku, gdy przez nasze pogranicze przetaczała się wielka europejska dyplomacja, a przyszły papież negocjował pokój między Rzeczpospolitą a Habsburgami.

Śląska śluza dyplomatyczna. Dlaczego właśnie tutaj?

Z archiwalnych tekstów śląskich badaczy, takich jak Alfons Perlick czy Franz Stodolka, wyłania się fascynujący obraz pogranicza opartego na rzece Brynicy. To nie był tylko zwykły podział administracyjny. Bytom (leżący na Śląsku, w granicach Rzeszy) i Będzin (miasto królewskie w Koronie Polskiej) stanowiły przez stulecia swoistą strefę buforową.

Mapa dawnego pogranicza i rzeki Brynicy między Bytomiem a Będzinem
Brynica — rzeka dzieląca Śląsk i Małopolskę, która stała się niemym świadkiem europejskiej dyplomacji.

Stodolka w „Heimatblatt” przypomina, że ta specyficzna rola ugruntowała się już po 1443 roku, kiedy książę Wacław cieszyński sprzedał Księstwo Siewierskie biskupowi krakowskiemu Zbigniewowi Oleśnickiemu. Granica Polski przysunęła się pod same mury Bytomia, czyniąc to miejsce idealnym punktem kontaktowym. To tutaj w 1525 roku, na dworze margrabiego Jerzego Pobożnego (Pana na Bytomiu), przebywał Wielki Mistrz Zakonu Albrecht Hohenzollern. Czekał w bytomskim zamku na wieści z Krakowa w sprawie sekularyzacji Prus. Można więc zaryzykować tezę, że logistyczne zaplecze Hołdu Pruskiego znajdowało się właśnie u nas!

Krew pod murami i zima stulecia (1587–1588)

Najpotężniejsze tąpnięcie w historii tego pogranicza nastąpiło jednak pod koniec XVI wieku. Po śmierci króla Stefana Batorego (1586) w Rzeczpospolitej doszło do podwójnej elekcji. Część szlachty wybrała szwedzkiego królewicza Zygmunta III Wazę, inni zaś – opierając się na wsparciu potężnego rodu Zborowskich – okrzyknęli królem arcyksięcia Maksymiliana Habsburga. Konflikt zbrojny był nieunikniony.

Artystyczna wizja rajdu Kozaków i Tatarów na terytorium Bytomia w 1587 roku
Okolice Bytomia w 1587 roku stały się ofiarą plądrowania przez zagon kozacko-tatarski.

Zanim w styczniu 1588 roku hetman Jan Zamoyski rozbił wojska austriackie pod Byczyną i wziął Maksymiliana do niewoli, nasze pogranicze spłynęło krwią. 16 października 1587 roku lotne oddziały Kozaków i Tatarów, zabezpieczające tyły wojsk polskich, napadły na cesarski transport aprowizacyjny zmierzający z zaopatrzeniem dla Habsburga. W brutalnej rzezi zginął dowodzący konwojem hrabia Schlick, a ocalali żołnierze ratowali się paniczną ucieczką za mury Bytomia. Najeźdźcy splądrowali przy okazji okoliczne wsie, m.in. Jakubowice (dzisiejsze Siemianowice).

Gdzie spał kardynał? Rozplątywanie historycznych nitek

Wojna domowa w Polsce i uwięzienie Habsburga zaniepokoiły Europę do tego stopnia, że mediacji podjął się sam papież Sykstus V. Pod koniec 1588 roku na Śląsk przybył jego specjalny legat, kardynał Ippolito Aldobrandini (który zaledwie trzy lata później zasiądzie na tronie Piotrowym jako Klemens VIII).

I w tym miejscu wkraczamy w fascynujący gąszcz lokalnych przekazów i legend, które z biegiem lat mocno się poplątały.

Kardynał Ippolito Aldobrandini zimą na pograniczu bytomsko-będzińskim
Legat papieski kardynał Ippolito Aldobrandini zmuszony był spędzić srogą zimę na negocjacjach dyplomatycznych.

Gdzie naprawdę rezydował legat papieski?
Niemiecka prasa z lat 20. XX wieku (m.in. artykuł Paula Hübschera) forsowała romantyczną wizję, w której Aldobrandini zamieszkał w bytomskim ratuszu, a msze odprawiał w kościele Wniebowzięcia NMP (Mariackim). Zima na przełomie 1588 i 1589 roku miała być tak sroga, że przy ołtarzu stawiano kosze z rozżarzonym węglem, aby wino mszalne nie zamarzało w kielichu.

Część innych przekazów (m.in. raporty biskupa nyskiego) lokuje z kolei główną bazę kardynała w Olkuszu. Natomiast tradycja będzińska i współczesne materiały lokalne (w tym Muzeum Zagłębia) silnie wiążą jego pobyt z Będzinem. Zgodnie z nimi rokowania toczyły się na tamtejszym zamku, a Aldobrandini miał celebrować msze w będzińskim kościele Świętej Trójcy, gdzie według legendy pozostawił w darze swój kielich.

Uwaga dla pasjonatów historii lokalnej: Pod żadnym pozorem nie należy mylić będzińskiego kościoła Świętej Trójcy z bytomskim kościołem pod tym samym wezwaniem! Dzisiejszy bytomski kościół Świętej Trójcy to obiekt neogotycki, wzniesiony dopiero w latach 1883–1886. W 1589 roku zwyczajnie nie istniał. Pamiętajmy o tym, czytając starsze, nieco zbyt entuzjastyczne opracowania krajoznawcze.

9–10 marca 1589. Twarde warunki paktu

Niezależnie od mrozów i miejsc noclegowych, tytaniczna praca dyplomatów – kursujących przez zmrożoną Brynicę między Bytomiem (gdzie stacjonowała delegacja cesarska m.in. z Wilhelmem Ursini von Rosenbergiem) a Będzinem (gdzie rezydowali komisarze polscy) – przyniosła efekt.

Rozmowy sfinalizowano w dniach 9–10 marca 1589 roku (strona polska sygnowała dokument 9 marca, natomiast habsburska dopełniła formalności dzień później). Z zachowanych kronik i przekazów wiemy, że traktat opierał się na następujących warunkach:

  • Zrzeczenie się roszczeń: Warunkiem ugody było zrzeczenie się przez arcyksięcia Maksymiliana pretensji do polskiego tronu, choć formalnie dopełnił tego dopiero kilka lat później (1598).
  • Zwrot Lubowli: Rzeczypospolitej zwrócono zajętą wcześniej Lubowlę.
  • Nieingerencja cesarska: Rudolf II zobowiązał się nie mieszać w sprawy Polski i Litwy oraz nie zawierać układów z Rosją wymierzonych przeciw Rzeczypospolitej.
  • Koniec kryzysu: Układ otwierał drogę do uwolnienia Maksymiliana i politycznego wygaszenia konfliktu po podwójnej elekcji.

Zgrzyt na moście w Czeladzi, czyli kwestia honoru

Najbardziej sugestywny epizod związany z finałem tych wydarzeń zostawił nam biskup nyski Andreas von Jerin, główny koordynator operacji po stronie cesarskiej. Jego szczegółowy raport (opublikowany w „Bericht der Wissenschaftlichen Gesellschaft Philomathie in Neisse” w 1900 r.) to gotowy scenariusz na filmowy dreszczowiec historyczny.

Do uwolnienia arcyksięcia doszło kilka miesięcy po podpisaniu paktu. Biskup wyjechał mu na spotkanie aż pod Czeladź (w źródle zapisywaną jako Schelatz). 8 września 1589 roku na granicznej rzece doszło do ostrego spięcia.

Wizja polskiego orszaku z rozwiniętymi sztandarami na moście w Czeladzi
Nerwowe pertraktacje na granicy cesarsko-polskiej mogły zniweczyć misterny plan pokojowy.

Z Będzina, przez most na Brynicy, wyjechało 60 polskich dygnitarzy i 51 hajduków. Mieli ze sobą dumnie rozwinięte sztandary Rzeczypospolitej. Biskup Andreas, widząc to, wpadł we wściekłość. Uznał, że demonstracja obcych barw na terytorium podległym cesarzowi to potwarz:

„Gdy zobaczyłem rozwinięte sztandary, natychmiast wysłałem posłańca (…) by przekazał polskim dowódcom, że u nas, Niemców, nie godzi się obcym wojskom paradować z rozpostartymi barwami na cudzej ziemi. To zniewaga majestatu!” – raportował biskup von Jerin.

Polscy komisarze (wśród nich Mikołaj Zebrzydowski) początkowo oponowali, tłumacząc, że w ten właśnie sposób – z pełnymi honorami i rozwiniętymi flagami – wyprowadzili Habsburga z polskiego terytorium. Ostatecznie jednak, po nerwowych pertraktacjach bezpośrednio na moście, Polacy ustąpili i zwinęli chorągwie, przekazując jeńca stronie cesarskiej.

Epilog: Trakt, który przetrwał wieki

Pakt z 1589 roku pomógł zakończyć kryzys po podwójnej elekcji i potwierdził znaczenie Bytomia oraz Będzina jako miejsc rokowań na pograniczu. Choć z biegiem lat wielka polityka przeniosła się do innych stolic, dawna granica na Brynicy jeszcze długo pozostawała ważnym traktem komunikacyjnym i symbolicznym punktem styku dwóch porządków politycznych.

W kolejnych dekadach tym pograniczem i pobliskimi drogami podróżowali także ludzie wielkiego świata. Pamięć o tych przejazdach przypomina, że okolice Bytomia, Będzina i Czeladzi nie były peryferyjnym marginesem dziejów, lecz fragmentem szerszej mapy europejskiej polityki i komunikacji.

Bibliografia i Źródła

  • Opracowania prasowe i krajoznawcze (z krytyką źródłową):
    • Hübscher Paul, Beuthens große Tage vor 334 Jahren, „Aus dem Beuthener Lande. Beilage der Ostdeutschen Morgenpost”, Jg. 1, Nr. 1 (1924).
    • Perlick Alfons, Heimatkundliche Wanderung an der Brinitza entlang, „Der Oberschlesier”, Jg. 21, Heft 10/11 (1939) oraz rewizja w „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt” (1965).
    • Gramer F., Chronik der Stadt Beuthen in Ober-Schlesien, Im Selbstverlage des Magistrats, Beuthen O/S (1863). [Fundamentalna, bazowa kronika miasta].
    • Stodolka Franz, Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien, „Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt” (cykl publikowany od 1952 r.). [Kronika opracowana w oparciu o dzieło F. Gramera, rozszerzona o wydarzenia z przełomu XIX i XX wieku].
    • Christoph [red.], Dreissigster Bericht der wissenschaftlichen Gesellschaft Philomathie in Neisse, vom Oktober 1898 bis Oktober 1900, Verlag der Joseph Graveur’schen Buchhandlung, Neisse (1900). (Zawiera raport biskupa Andreasa von Jerina o incydencie w Czeladzi).
  • Opracowania historyczne i syntetyczne:
    • Wisner Henryk, Zygmunt III Waza, Ossolineum, Wrocław 1991. (Doskonałe tło dla elekcji 1587 i konfliktu z Habsburgami).
    • Lepszy Kazimierz, Rzeczpospolita Polska w dobie sejmu inkwizycyjnego (1589-1592), Polska Akademia Umiejętności, Kraków 1939. (Klasyczna, fundamentalna praca analizująca szczegółowo pakt będzińsko-bytomski oraz jego polityczne konsekwencje dla Rzeczpospolitej).
    • Drabina Jan (red.), Historia Bytomia 1254-2000, Towarzystwo Miłośników Bytomia, Bytom 2000. (Weryfikacja bytomskich kontekstów architektonicznych i chronologii miasta).
0
0

Read more

Klimatyczny kolaż historyczny z napisem Schwarzkünstler na Górnym Śląsku. Grafika przedstawia drewnianą chatę oświetloną blaskiem księżyca, dymiące kominy hutnicze z XIX wieku oraz słupy telegraficzne, symbolizujące ewolucję pojęcia od magii ludowej do nowoczesnej techniki.

„Schwarzkünstler” na Górnym Śląsku. Od ludowej magii i śląskich Faustów po radiowych piratów

Z cyklu: Śląskie słowa-klucze

Przeglądając starą śląską prasę, raz po raz natrafiamy na fascynujące niemieckie słowo: Schwarzkünstler. W dosłownym tłumaczeniu to „artysta czarnej sztuki”. W polskiej tradycji powiedzielibyśmy po prostu: czarnoksiężnik, sztukmistrz lub iluzjonista. Ale na Górnym Śląsku, w tyglu kultur i w cieniu dymiących kominów, pojęcie to żyło własnym życiem i oznaczało znacznie więcej niż tylko człowieka paktującego z diabłem.

Skąd w ogóle ten termin? Słowo to składa się z dwóch członów: schwarz (czarny) i Künstler (artysta, mistrz sztuki), wywodząc się bezpośrednio od pojęcia „Schwarze Kunst” (Czarna Sztuka). I tu leży klucz do całej naszej historii, ponieważ pojęcie to miało historycznie dwa skrajnie różne znaczenia. Z jednej strony oznaczało mroczną, ludową czarną magię, uroki i alchemię. Z drugiej – było rzemieślniczym powodem do dumy, określając sztukę drukarską od koloru zecerskiej farby.

Zapomniana historia śląskiej magii, techniki i… gołębi.

Gdy w 1833 roku Józef Lompa przytaczał zasłyszaną historię o wiejskim sztukmistrzu podsłuchującym gości w młynie, nikt nie przypuszczał, że sto lat później mianem tym zostaną ochrzczeni radiowi piraci z Katowic. Najbardziej fascynujące jest jednak to, jak owa „czarna magia” splotła się z przemysłem. Podczas gdy lud w Biskupicach drżał przed wędrownymi parobkami „wiążącymi jelita”, w Wesołej i Rudzie prawdziwi „Śląscy Faustowie” — Ruberg i Godula — dokonywali cudów metalurgii, które postronnym wydawały się czystym czarnoksięstwem. Nawet pasja do gołębi pocztowych w Zabrzu miała w sobie coś z magii odległości — w 1909 roku ptaki pokonywały trasę z Tarnowic do domu w zaledwie 20 minut, co w tamtych czasach było wynikiem godnym najlepszych sztukmistrzów przedwojennego eteru.


Zza kordonu na rozstaje dróg. Strach przed „obcym”

Dla XIX-wiecznego chłopa spod Bytomia czy Zabrza czarnoksiężnik wcale nie nosił spiczastej czapki ani nie latał na miotle. Był to najczęściej… wędrowny parobek. Jak notował w 1927 roku regionalista Georg Lasik, w latach 70. XIX wieku na Górny Śląsk masowo ściągali młodzi mężczyźni z Kongresówki, uciekający przed przymusowym poborem do carskiego wojska. Najmowali się do najcięższych prac, a w zamian za złe traktowanie lub potrącenia z pensji (np. za niedbalstwo) stosowali okrutną zemstę – magiczne „wiązanie jelit” (Därme binden) u ludzi i zwierząt.

Historie te nie zawsze miały szczęśliwe zakończenie. W 1877 roku w Biskupicach pewien górnik pokłócił się z nadzorowanym przez siebie pracownikiem zza kordonu. Niedługo potem zapadł na niewytłumaczalną chorobę brzucha i zmarł w męczarniach, ponieważ uciekinier zdążył zbiec i nikt nie potrafił zdjąć rzuconego uroku. Z kolei bytomski przedsiębiorca komunikacyjny nazwiskiem B. po kłótni z parobkiem doświadczył równie dziwnych kłopotów – aż 20 jego koni i krów zaczęło wierzgać i ciężko chorować. Uratował je dopiero znachor-owczarz z Radzionkowa. Kazał on przedsiębiorcy odnaleźć zwolnionego pracownika i zapłacić mu podwójnie, po czym ów wynajęty czarnoksiężnik wszedł do stajni, wykonał tajemny znak, a zwierzęta natychmiast wyzdrowiały.

Jak zostawało się takim czarnoksiężnikiem? Procedura była prosta, choć przerażająca: należało wyrzec się wiary, udać się o północy na rozstaje dróg i – nie mając przy sobie absolutnie żadnych poświęconych przedmiotów – przetrwać mroczną konfrontację z demonami.

Dziura w suficie. Racjonalna anegdota Józefa Lompy

Zabobon to jedno, ale śląski racjonalizm również potrafił dochodzić do głosu. Dowodem jest absolutnie fascynujący artykuł z 1833 roku, w którym Józef Lompa – wybitny działacz i zbieracz lokalnych podań – z przymrużeniem oka przytacza zasłyszaną historię.

Lompa opowiada historię z czasów własnego dzieciństwa, u schyłku XVIII wieku, o pewnym młynarzu z okolic Lubszy, który cieszył się sławą potężnego Schwarzkünstlera. Gdy młynarz zmarł, po wsi gruchnęła plotka, że diabeł zabrał go do piekła z duszą i ciałem w ramach mrocznego paktu. Aby uniknąć skandalu, rodzina miała wypełnić trumnę kamieniami (mit Steinen angefüllt), podać zarazę jako oficjalną przyczynę śmierci i po cichu zakopać pusty sarkofag na cmentarzu.

Prawda o magii tego człowieka okazała się jednak znacznie bardziej prozaiczna – i niezwykle techniczna. Jak z uśmiechem relacjonuje Lompa, młynarz-sztukmistrz wcale nie potrzebował cyrografu. Wystarczyła mu chytra żona i… tajna drabina na poddasze (Söller). Kiedy zdesperowani klienci żalili się kobiecie w izbie na dole ze swoich problemów lub chorób, rzekomy iluzjonista leżał na deskach strychu i przez wywiercone w suficie dziury zapamiętywał każde słowo. Chwilę później schodził tylnymi schodami, wchodził do domu głównymi drzwiami od strony podwórza, udając, że właśnie wrócił z pola. Patrząc gościom głęboko w oczy, z grobową miną recytował ich własne sekrety i troski, po czym za słoną opłatą oferował „magiczne” remedium. Oszustwo to było tak dochodowe, że po śmierci młynarza ów złoty biznes z powodzeniem kontynuował jego syn, nazywany w okolicy „chytrym lisem”.

Z węgla i cynku. Śląscy Faustowie i magia milionów

Kiedy na Górnym Śląsku zaczęły dymić pierwsze kominy, dawne „czarnoksięstwo” przeniosło się z wiejskich chałup do laboratoriów i dyrektorskich gabinetów. Dla prostego chłopa maszyna parowa i piece hutnicze były magią samą w sobie, a ludzie, którzy potrafili wydobyć z kamienia miliony talarów, musieli mieć pakt z czartem.

Tak narodziła się legenda Johanna Christiana Ruberga, zwanego wprost „Górnośląskim Faustem”. Ten niedoszły pastor studiował początkowo teologię, ale ostatecznie porzucił ją dla chemii i tzw. „sztuki probierczej”, której rzemiosła uczył się od oszusta-alchemika von Bergena. W latach 90. XVIII wieku zamknął się w hucie szkła w Wesołej. Pracując w absolutnej tajemnicy (unter ängstlicher Behütung), opracował rewolucyjną metodę destylacji cynku z odpadów piecowych (tzw. Ofenbruch). Ponieważ dnie i noce spędzał w samotności, otoczony tyglami i dymiącymi retortami, okoliczna ludność szeptała, że Ruberg szuka Kamienia Filozoficznego w pakcie z diabłem, a przydomek czarnoksiężnika (Schwarzkünstler) przylgnął do niego na zawsze.

Pół wieku później ten sam mroczny tytuł nadano „Królowi Cynku” – Karolowi Goduli. Zawiść o jego niebotyczną fortunę była tak wielka, że ludzie woleli wierzyć w czary niż w jego geniusz ekonomiczny. Okaleczony w młodości, żyjący niezwykle skromnie w małym domku w Rudzie milioner był dla nich idealnym materiałem na czarnoksiężnika. Jak pisał w 1951 roku dr Repetzki, nazywali go tak „zawistni głupcy” (neidische Dummköpfe), którzy nie potrafili pojąć, jak to możliwe, że z bezwartościowych do niedawna hałd można niemal alchemicznie wyciągnąć fortunę – dla Goduli dosłownie „z cynku powstawało złoto” (aus Zink wird Gold). Ta wyczarowana z ołowiu i cynku fortuna stała się później fundamentem potęgi rodu Schaffgotschów, a dziedziczce Joannie Gryzik von Schomberg-Godulla i jej mężowi umożliwiła rozwój rezydencji w Szombierkach oraz Kopicach.

Mokry chrzest zecerów i trupy w tekście. Dumni uczniowie Gutenberga

Dla niektórych „Schwarzkünstler” był wyzwiskiem, dla innych – powodem do ogromnej zawodowej dumy. Przez całe wieki mianem „czarnej sztuki” określano bowiem kunszt drukarski i typograficzny.

Jak pisała w 1929 roku branżowa „Typografia”, warsztat drukarski (Offizin) tchnął „tajemniczym czarem”. Aby młody adept sztuki zecerskiej mógł dumnie zwać się mistrzem, musiał przejść brutalny rytuał inicjacyjny zwany Gautschen. Świeżo upieczonego czeladnika chwytano, sadzano na ociekającej wodą gąbce i oblewano z wiader (co uroczyście nazywano Wassertauff ad posteriora, czyli wodnym chrztem na siedzenie). Mokry i poobijany otrzymywał „Gautschbrief” – dyplom nakazujący oficjalnie szanować go od tej pory jako pełnoprawnego i właściwego Mistrza Czarnej Sztuki.

Gliwiccy „cechowi czarnoksiężnicy” potrafili zresztą doskonale się bawić. W 1908 roku, podczas obchodów święta św. Jana Gutenberga w lokalu „Neue Welt”, organizowali specjalistyczne zawody w Kreis-Quadräteln – grę, w której rzucano ołowianymi elementami składu. Jak notowało w 1929 roku branżowe pismo „Typografia”, drukarze mieli też swój własny, nieco makabryczny slang: pominięcie przez zecera słowa w tekście nazywano powszechnie „trupem” (Leiche). Według tego samego czasopisma błędne, podwójne złożenie wyrazu określano mianem „wesela” (Hochzeit), z kolei ostra praca korektora nosiła tam pieszczotliwe miano „Śmierci” (Tod). Swój trud i rzemiosło kwitowali zaś tradycyjnym, dumnym zawołaniem: „Gott grüß die Kunst!” (Szczęść Boże Sztuce!).

Hakerzy w 30-kilometrowej strefie. Magia fal radiowych

Kiedy wydawało się, że słowo o czarnej sztuce ostatecznie przypisano do rzemieślników i hutników, nadszedł wiek XX, a wraz z nim technologia, która dla wielu znów ocierała się o siły nadprzyrodzone. Mowa o radiu. Dziś to dla nas codzienność, ale w 1925 roku na Górnym Śląsku przesyłanie głosu i muzyki przez niewidzialne fale eteru budziło powszechny lęk – zwłaszcza wśród urzędników i wojskowych, upatrujących w nowince zagrożenia.

Jak donosiła w 1925 roku „Kattowitzer Zeitung”, ze względu na nową sytuację geopolityczną wokół granicy wyznaczono specjalną, rygorystyczną „strefę 30 kilometrów” (obejmującą m.in. Katowice). Aby w ogóle posiadać odbiornik radiowy, należało ubiegać się o pozwolenie władz wojskowych. Według relacji prasy zakaz ten rodził opór, a pasjonaci techniki po cichu konstruowali własne stacje. Kim byli ci pierwsi radiowi piraci? Ówczesne gazety nie miały wątpliwości, nazywając ich technologicznymi „Schwarzkünstlerami”.

Choć autor artykułu, podpisujący się w gazecie jako „Przyjaciel radia” (Ein Radiofreund), uważał podsłuchiwanie eteru za „niewinną przyjemność” (unschuldiges Vergnügen) i kpił z urzędniczej paniki, argumentując, że wojskowe stacje kontrolne z łatwością wyłapią każdego takiego „czarnoksiężnika”, słowo to po raz kolejny udowodniło swoją niezwykłą żywotność na Śląsku.


Słowo-lustro śląskiej duszy

Od przerażających parobków rzucających uroki na krowy w Biskupicach, przez Józefa Lompę przytaczającego historię o chciwym młynarzu, wynalazców w Wesołej, dumnie oblewanych wodą drukarzy w Gliwicach, aż po katowickich konstruktorów nielegalnych radiostacji – śląski „Schwarzkünstler” przeszedł długą drogę.

Historia tego jednego słowa to tak naprawdę historia transformacji całego Górnego Śląska. Ziemia, która jeszcze w XVIII wieku mocno tkwiła w zabobonie, zaledwie kilka dekad później stała się potęgą przemysłową i technologiczną Europy. A dawna, ludowa magia wcale z niej nie zniknęła. Po prostu zamieniła się w dymiące kominy, wielkie fortuny i inżynierski geniusz, którego – tak jak dawnych czarów – nikt do końca nie potrafił pojąć.


Źródła i opracowania:

  • Lasik, G., Von Schwarzkünstlern und ihrem Unwesen im Beuthener Lande, [w:] „Aus dem Beuthener Lande” (Beilage des Verbandes der heimatkundlichen Arbeitsgemeinschaften), Bytom 1927, nr 1.
  • Lompa, J., Das Schloß Tentschin, [w:] „Der Oberschlesische Wanderer”, Gliwice 1833, Jg. 6, nr 15.
  • Aulich, F., Johann Christian Ruberg, [w:] „Männer der Heimat” / „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt”, listopad 1960, nr 11 (oraz przedruk: „Der Oberschlesische Wanderer”, 1943, Jg. 116, nr 172).
  • Repetzki, K., Geschichte der oberschlesischen Industrie. 4. Die Gräflich Schaffgotsch’sche Werke GmbH, [w:] „Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt”, grudzień 1951, nr 13.
  • Verdienstvolle Söhne unserer Heimat. Johann Christian Ruberg, der „oberschlesische” Faust, [w:] „Unser Oberschlesien”, wrzesień 1962, nr 19.
  • Nota biograficzna: Ruberg, Johann Christian, [w:] „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt”, październik 1985, nr 10.
  • Johannisfest der Buchdrucker, [w:] „Der Oberschlesische Wanderer”, Gliwice 1908, Jg. 81, nr 153.
  • Sprachen und Bräuche im Buchdruckgewerbe. Das Idiom der Gutenbergjünger, [w:] „Typografia”, 1929, R. 3, nr 12.
  • Etwas über Radio, [w:] „Kattowitzer Zeitung”, Katowice 1925, Jg. 57, nr 254.
0
0

Read more

Grafika przedstawiająca mistrzów cechu sukienników w Bytomiu podczas mierzenia i kontroli sukna

Bytomskie sukno, piwne kary i 35 mistrzów w lochu. Historia cechu sukienników

Bytomskie sukno, piwne kary i 35 mistrzów w lochach. Historia cechu sukienników

Rynek w Bytomiu w XVII wieku z kramami sukienników i belami materiału
Wizja artystyczna: Bytomski rynek w czasach świetności cechu sukienników.

Bytomskie sukiennictwo to jeden z tych tematów, w których codzienne życie dawnych mieszczan spotyka się z wielką historią. W starych dokumentach nie ma tu tylko suchych przepisów: są beczki piwa, kary za przekleństwa, obowiązkowe opłaty w wosku, troska o jakość sukna, a w tle także brutalna polityka panów stanowych. Po historii cechu kuśnierzy pora przyjrzeć się rzemieślnikom, którzy przez wieki dosłownie ubierali Bytom.

Rok 1669: przywilej, który uporządkował fach

Wycinek z gazety z 1927 roku z tytułem artykułu o przywilejach bytomskiego cechu sukienników z 1669 roku
Nagłówek artykułu M. Moritza o przywilejach bytomskich sukienników z 1669 roku, opublikowanego w 1927 roku.

Najważniejszym punktem wyjścia do historii bytomskich sukienników jest dokument wystawiony 25 stycznia 1669 roku w Tarnowskich Górach. Ówczesny pan Bytomia, Georg Friedrich Henckel von Donnersmarck, potwierdził wtedy i uporządkował prawa miejscowego cechu sukienników.

Nie był to drobiazg administracyjny. W świecie dawnych miast taki przywilej wyznaczał, kto naprawdę należy do rzemiosła, kto może handlować, kto ma pierwszeństwo zakupu surowca, jak rozstrzygać spory i jak karać tych, którzy naruszali porządek cechowy. Innymi słowy: był to fundament całego zawodowego świata.

Bytomscy sukiennicy nie stanowili marginesu miejskiej gospodarki. Przeciwnie — należeli do rzemieślników dobrze zorganizowanych, pilnujących zarówno własnych interesów, jak i jakości wyrobów. Z perspektywy miasta oznaczało to wpływy, miejsca pracy i stały element lokalnego handlu. Z perspektywy mistrza oznaczało to prestiż, obowiązki oraz nieustanną kontrolę ze strony własnego środowiska.

Jak zostać mistrzem sukienniczym?

Mistrzowie cechu sukienników w Bytomiu podczas narady przy dębowym stole
Wizualizacja: Wnętrze dawnego domu cechowego podczas narady mistrzów i ceremonii zaprzysiężenia.

Droga do mistrzostwa wcale nie była prosta. Kandydat, który chciał wejść do bytomskiego cechu, musiał najpierw przepracować pełny rok u bytomskiego mistrza. Dopiero potem stawał przed cechem i okazywał to, co dziś nazwalibyśmy kompletem dokumentów: list urodzenia oraz świadectwo nauki (Lehrbrief).

Na tym formalności się nie kończyły. Przyszły mistrz musiał również uiścić opłaty: 4 talary do skrzynki cechowej, oddać należny wosk i — co brzmi najbardziej malowniczo — postawić cechowi „Achtel Bier”, czyli ósmą część beczki piwa, związaną z przyjęciem oraz wykonaniem sztuki mistrzowskiej.

W dokumentach z epoki widać jednak także pragmatyzm. Jeżeli kandydat żenił się z córką mistrza albo z wdową po zmarłym mistrzu, płacił tylko część zwyczajowych opłat. To pokazuje, że dawny cech był nie tylko organizacją zawodową, ale również wspólnotą gospodarczą i rodzinną. Warsztat, narzędzia, kontakty i klientela przechodziły często wraz z małżeństwem, a cech to uwzględniał.

Piwne kary, porządek i cechowa dyscyplina

Bytomscy sukiennicy cenili porządek niemal tak samo jak własne interesy. Cech pilnował etykiety podczas zebrań, które w źródłach określano jako „Zeche”. Spóźnienie, nieobecność, przerywanie innemu mistrzowi, niestosowne odzywki — wszystko to mogło kosztować.

Skala kar dobrze oddaje cechową mentalność. 1 grosz groził za spóźnienie lub nieobecność, 2 grosze za wchodzenie innemu mistrzowi w słowo, a najwyższe przewinienia obyczajowe karano znacznie surowiej. Szczególnie źle widziano używanie „nieużytecznych słów”, czyli po prostu przekleństw, oraz wychodzenie z zebrania bez należytego pożegnania.

W tych samych przepisach widać jednak nie tylko dyscyplinę, ale i wspólnotę. Sukiennicy urządzali okresowo „Bruder-Bier” — piwo braterskie, które miało symbolizować zgodę i wewnętrzną jedność cechu. Co znamienne, nawet mistrz, który nie uczestniczył w takim spotkaniu, musiał i tak dorzucić się do kosztów. W świecie dawnych rzemieślników braterstwo bywało więc obowiązkiem równie realnym jak podatki.

Warto też pamiętać, że przepisy sięgały dalej niż same zebrania. Cech kontrolował naukę zawodu, zachowanie uczniów, zasady zatrudniania czeladników, a nawet konflikty między mistrzami. Dobry fachowiec miał być nie tylko sprawny przy krośnie, ale także posłuszny regułom wspólnoty.

Gdzie obrabiano sukno? Folusz i jakość wyrobu

Zabytkowy młyn wodny foluszniczy w Brzezinach Śląskich
Wizualizacja: Dawny młyn foluszniczy (Walkmühle), podobny do tego w Brzezinach Śląskich – obróbka sukna.

Sam warsztat tkacki nie wystarczał. Sukno wymagało jeszcze odpowiedniej obróbki, a kluczową rolę odgrywał tu folusz (Walkmühle), czyli młyn foluszniczy, w którym spilśniano i uszlachetniano materiał. W źródłach związanych z bytomskimi sukiennikami pojawia się folusz w Brzezowicach / Brzezinach Śląskich, ważny punkt całego procesu produkcji.

Każda sztuka materiału oznaczała opłaty. Mistrz musiał odprowadzić należność zarówno właścicielowi dóbr, jak i młynarzowi. To pokazuje, że rzemiosło nie działało w próżni: było wplecione w system zależności gospodarczych, w którym pan stanowy pobierał korzyści z każdej fazy produkcji.

Równie ważna była kontrola jakości. Źródła podkreślają, że sztuka sukna powinna mieć ściśle określone wymiary: 48 łokci długości i 36 gęgów szerokości. Jeżeli ktoś wyprodukował sukno zbyt cienkie albo nienadające się do sprzedaży, płacił karę, a wadliwy towar nie mógł być legalnie sprzedawany w granicach państwa bytomskiego.

🧮 Kalkulator dawnych miar

Z kalkulatorem w ręku: XVII-wieczne „ISO”

Zgodnie z przywilejem każda gotowa sztuka sukna musiała mieć 48 łokci długości i 36 gęgów szerokości. To pokazuje, że cech pilnował nie tylko fachu, ale też bardzo konkretnego standardu wyrobu.

📏 Długość: 48 łokci ≈ 27,65 m

Przy założeniu, że 1 łokieć śląski miał około 57,6 cm. To więcej niż długość 25-metrowego basenu.

↔️ Szerokość: 36 gęgów ≈ 140–150 cm

Po obróbce w foluszu dawało to szerokość zbliżoną do nowoczesnych tkanin ubraniowych.

Werdykt: mistrz, który przygotował sukno zbyt krótkie albo wadliwe, narażał się nie tylko na karę, ale też na zakaz sprzedaży takiego towaru w granicach państwa bytomskiego.

Nie był to drobiazg. Renoma cechu zależała od jakości, a jakość wpływała na zaufanie klientów i pozycję miasta na rynku. Zła partia sukna szkodziła nie tylko jednemu mistrzowi, ale całej wspólnocie zawodowej.

Rok 1689: konflikt z hrabią i ciemna strona władzy

Bytomscy sukiennicy uwięzieni w lochu przez hrabiego Leo Ferdynanda Donnersmarcka
Wizja uwięzionych 35 mistrzów sukienniczych w lochach bytomskiego zamku w 1689 roku.

Historia bytomskich sukienników nie jest jednak wyłącznie opowieścią o porządku, piwie i cechowych ceremoniach. W tle pojawia się również brutalna polityka panów stanowych. Według relacji Franza Stodolki, jednym z najmocniejszych epizodów był konflikt z czasów hrabiego Leo Ferdinanda Henckla von Donnersmarcka.

W 1689 roku miało dojść do ostrego sporu o narzucenie Bytomiowi wrocławskiego postrzygacza sukna imieniem Leschke. Cech, broniąc własnych praw i monopoli, sprzeciwił się ingerencji. Skutki były dramatyczne: według tej relacji hrabia kazał uwięzić aż 35 bytomskich mistrzów sukienniczych, a miasto jeszcze przez kolejne miesiące zabiegało o ich uwolnienie.

Jeśli ten przekaz odczytywać dosłownie, otrzymujemy przejmujący kontrast. Z jednej strony mamy starannie spisane statuty, porządek cechowy i dbałość o jakość wyrobów. Z drugiej — rzeczywistość, w której lokalny pan mógł jednym ruchem zburzyć cały ten świat.

Szerzej o ciemnej stronie rządów Donnersmarcków przeczytasz tutaj:
Bytom: Tyrania, Donnersmarckowie, wojny i czary

Nazwiska z dokumentu: trop dla genealogów

Dla badaczy rodzinnej przeszłości najcenniejsze bywają nie wielkie opowieści, ale nazwiska. A tych w przywileju z 1669 roku nie brakuje. Pod dokumentem pojawiają się przedstawiciele bytomskiego cechu, których można próbować później tropić w księgach miejskich, metrykach, spisach podatkowych i dokumentach parafialnych.

Wśród podpisanych widzimy między innymi nazwiska takie jak: Paul Januschetts, Christoff Tyll, Andreas Kalus, Matthias Kott oraz Matthias Bieruth. To bardzo cenny zestaw dla genealogów zainteresowanych dawnym Bytomiem i okolicami.

Trzeba przy tym pamiętać o jednej rzeczy: w XVII i XVIII wieku pisownia nazwisk bywała zmienna. To samo nazwisko mogło wystąpić w kilku wariantach, zależnie od języka dokumentu, ręki pisarza czy lokalnej wymowy. Dlatego przy dalszych poszukiwaniach warto sprawdzać także formy zbliżone i zniekształcone.

Zmierzch dawnej potęgi

Jeszcze około 1800 roku sukiennictwo w Bytomiu pozostawało widocznym elementem miejskiej gospodarki. Jednak XIX stulecie przyniosło zmiany, których dawne cechy nie były już w stanie zatrzymać. Rewolucja przemysłowa, mechanizacja produkcji i przewaga większych zakładów sprawiły, że tradycyjny mistrzowski warsztat stawał się z każdym dziesięcioleciem coraz mniej konkurencyjny.

W drugiej połowie XIX wieku dawny świat bytomskich sukienników był już tylko cieniem samego siebie. Nazwa zawodu trwała jeszcze w regionie, żyła w pamięci, w dokumentach i nekrologach, ale realna potęga cechu należała do przeszłości.

I może właśnie dlatego temat bytomskich sukienników jest tak ciekawy. To nie tylko historia rzemiosła. To także historia miejskiej godności, rodzinnych warsztatów, lokalnych konfliktów i tego, jak wielkie procesy gospodarcze potrafiły rozmontować porządek budowany przez pokolenia.

Zobacz też na flaczek.com

Ten artykuł dobrze czyta się jako część większej serii o dawnych bytomskich cechach i relacjach miasta z Donnersmarckami.

Bibliografia i źródła

I. Źródła drukowane

  • Moritz M., Privilegien der Beuthener Tuchmacher-Zunft aus dem Jahre 1669, „Aus dem Beuthener Lande”, nr 1, 12 stycznia 1927.
  • Der Oberschlesische Wanderer, 1899, Jg. 72, No. 142 – nekrolog mistrza sukienniczego Ernsta Andreschke z Pszczyny.

II. Kroniki i opracowania

  • Stodolka Franz, kronikarskie zapiski i opracowania dotyczące dziejów Bytomia oraz konfliktów miasta z Donnersmarckami w XVII wieku.

III. Materiały kontekstowe i powiązane artykuły

IV. Uwaga redakcyjna

W części genealogicznej i w opisach wydarzeń z XVII wieku warto przy dalszej pracy nad tekstem zestawiać pisownię nazwisk z innymi źródłami archiwalnymi, ponieważ dawne zapisy bywają niejednolite, a odczyt z druku frakturowego może dawać warianty.

0
0

Read more

Grafika w stylu retro ukazująca widok z okna tramwaju na gmach dawnej Wyższej Szkoły Realnej w Bytomiu (Tuschkasten, obecnie IV LO). Na pierwszym planie leżą trzy kolorowe czapki uczniowskie, w tle widać zabytkowy tramwaj do Lipin.

„Pudełko z farbami” przy Placu Sikorskiego. Rygor, kolorowe czapki i bytomskie tradycje szkolne

Kiedy mijamy dziś gmach IV Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Chrobrego przy placu Sikorskiego w Bytomiu, widzimy jeden z najbardziej charakterystycznych budynków dawnego miasta. Sto lat temu mieściła się tu Miejska Wyższa Szkoła Realna – Städtische Oberrealschule – którą uczniowie i mieszkańcy ochrzcili barwnym przezwiskiem „Tuschkasten”, czyli „pudełko z farbami”. Wspomnienia dawnych uczniów pozwalają zajrzeć do świata szkolnych czapek, granicznych dojazdów, surowych pedagogów i wielkiej historii, która w 1928 roku zaglądała pod same okna bytomskiej szkoły.

Skąd wzięła się nazwa „Tuschkasten”?

Słowo Tuschkasten w dosłownym tłumaczeniu z języka niemieckiego oznacza „pudełko z farbami akwarelowymi” (lub dawniej bogato wyposażony piórnik). Przedwojenny budynek Oberrealschule zawdzięczał to barwne przezwisko swojej niesamowitej elewacji – wykonano ją z różnokolorowego, glazurowanego klinkieru i przyozdobiono detalami w secesyjnym stylu (Jugendstil). Ten wielobarwny kontrast z surową, ceglaną architekturą wokół sprawił, że szkoła zyskała swoją unikalną legendę.

Ta opowieść rozgrywa się przede wszystkim w roku 1928, kiedy Bytom znajdował się jeszcze w granicach Republiki Weimarskiej, a codzienna droga do szkoły dla części uczniów oznaczała również przekraczanie polsko-niemieckiej granicy. Właśnie z tego czasu pochodzą najbardziej sugestywne wspomnienia o życiu w bytomskim „Tuschkaście”.

Dawna Wyższa Szkoła Realna w Bytomiu przy dawnym Kaiserplatz, około lat 20. XX wieku Gmach dawnej Oberrealschule przy ówczesnym Kaiserplatz, czyli dzisiejszym placu Sikorskiego. To właśnie tę szkołę uczniowie nazywali „Tuschkasten”.

Tramwajem przez granicę i koniec chłopięcych loków

Dla wielu chłopców z okolicznych miejscowości nauka w elitarnym bytomskim „pudełku z farbami” oznaczała codzienne, pełne wrażeń dojazdy. W realiach roku 1928 miało to dodatkowy wymiar: Bytom leżał po stronie niemieckiej, podczas gdy część rodzin mieszkała już po stronie polskiej. Droga do szkoły oznaczała więc nie tylko poranny pośpiech, ale i regularne przekraczanie granicy państwowej.

We wspomnieniach jednego z uczniów szczególnie mocno zapisała się podróż na egzaminy wstępne. Tramwaj zjeżdżał od strony bytomskiej wieży ciśnień, a na przystanku w Piaśnikach (Piasniki) tłoczyli się już chłopcy w kolorowych uczniowskich czapkach. Młody kandydat jechał wraz z matką w przedziale drugiej klasy, którego wytarte aksamitne obicia miały świadczyć o nieco większym komforcie i odpowiednio wyższej cenie biletu.

Wnętrze dawnego tramwaju z uczniem jadącym do bytomskiej szkoły Poranny dojazd do szkoły był dla wielu uczniów częścią codziennego rytuału. Wspomnienia z epoki podkreślają atmosferę tramwaju, stare drewniane wnętrza i wytarte aksamitne siedzenia. Grafika poglądowa
Młody, w tej szkole głowy ci wprawdzie nie urwą, ale te twoje długie kudły, to ci każą obciąć!

Tak żartował znajomy mleczarz ze Świętochłowic (Schwientochlowitz), pan Leverenz, który spotkał chłopca w tramwaju. Dla przyszłego ucznia była to doskonała wiadomość. Matka lubiła jego półdługą fryzurę typu Bubi-kopf, on sam zaś marzył już o krótkim, „dorosłym” uczesaniu. Po pomyślnie zdanych egzaminach przepowiednia mleczarza miała się wkrótce spełnić.

Polskie przekleństwa i sprawiedliwy Turyngczyk

Zanim bohater wspomnień trafił do Bytomia, uczył się w polskiej szkole nr 1 w Lipinach (Lipine). Opuścił ją z dobrym świadectwem od nauczyciela Moisy, choć – jak sam przyznawał – największy problem sprawiał mu język polski. Ta niechęć do języka i poplebiscytowe napięcia znalazły odbicie także w uczniowskich psotach i drobnych aktach buntu.

We wspomnieniach zapisała się zwłaszcza jedna scena: chłopcy mieli nauczyć się od kolegów różnych polskich przekleństw, a następnie, z całkowicie poważnymi minami, recytować je przed nielubianą nauczycielką, udając niewinne szkolne popisy. To anegdotyczne wspomnienie dobrze pokazuje atmosferę napięć, jaka panowała wówczas w szkolnej codzienności po obu stronach granicy.

Egzaminy wstępne do bytomskiej szkoły po niemieckiej stronie granicy okazały się jednak mniej straszne, niż zapowiadał starszy brat. Grupę prowadził radca szkolny (Studienrat) Laux – spokojny, rzeczowy Turyngczyk, który od pierwszego wejrzenia wzbudzał zaufanie. Uczeń zapamiętał go jako człowieka sprawiedliwego: wymagającego, ale pozbawionego małostkowej złośliwości.

W południe zapadła decyzja: chłopiec został przyjęty! Świętowanie zaczęło się od wizyty w księgarni pana Kühna na rogu dzisiejszego Placu Sikorskiego (Kaiserplatz), a następnie – ku rozpaczy matki i zachwytowi syna – przyszedł czas na fryzjera. Na podłogę spadły znienawidzone chłopięce loki.

Ścisła hierarchia kolorowych czapek

Rozpoczęcie nauki oznaczało wejście w świat surowej szkolnej symboliki. Najbardziej widocznym znakiem przynależności do konkretnej klasy były uczniowskie czapki – Schülermütze. To one zdradzały status chłopca z daleka i przypominały, że nawet szkolna codzienność miała swój porządek, rytuał i hierarchię.

Trzy uczniowskie czapki z lat 20. XX wieku inspirowane dawną szkolną hierarchią Kolory i wykończenie czapek mówiły o pozycji ucznia w szkolnej drabinie. Wspomnienia z „Tuschkastenu” pokazują, jak silnie była to zakorzeniona tradycja. Grafika poglądowa

Hierarchia czapek w bytomskiej Oberrealschule

  • Sexta: zielone czapki ze srebrnymi taśmami.
  • Quinta: jaskrawa czerwień i złote taśmy.
  • Quarta: niebieska ze srebrem.
  • Untertertia: jasnobrązowy aksamit ze srebrem.
  • Obertertia: ciemnobrązowy aksamit i złoto.
  • Untersekunda: ciemnozielony aksamit ze złotem – symbol wejścia w poważniejszy etap nauki.
  • Oberprima: białe aksamitne czapki ze złotymi tasiemkami, noszone przez maturzystów.

Z czapkami wiązała się także zabawna, ale wymowna historia. Matka bohatera uznała, że oryginalna szkolna czapka wraz z opłatą celną to zbyt duży wydatek. Po polskiej stronie, w ówczesnej Królewskiej Hucie (Königshütte), znalazła kapelusznika, który miał uszyć tańszy zamiennik. Efekt okazał się jednak fatalny. Dopiero wujek Otto z Bielszowic (Bielschowitz), lekarz związany ze szpitalem brackim, uratował honor bratanka i sfinansował prawdziwą, czerwoną czapkę dla ucznia Quinty.

Grono pedagogiczne: od Piorunującego Dyrektora po „Panotzka”

W szkolnej pamięci najmocniej zapisał się dyrektor, dr Wolko – chłodny, zdystansowany, surowy. Zawsze miał przy sobie pęk kluczy, a sam jego głos budził niepokój. Kiedy wzywał ucznia do siebie, echo „przerażającego grzmienia piorunów” niosło się korytarzami aż do miejskiego ratusza.

Wizualizacja surowego dyrektora dawnej szkoły w Bytomiu z pękiem kluczy Surowy dyrektor dr Wolko zapisał się we wspomnieniach uczniów jako człowiek chłodny, zdystansowany i niemal nieodłącznie związany z pękiem kluczy. Grafika poglądowa

Kadrę tworzyło jednak całe grono barwnych postaci. Zastępcą dyrektora był zaledwie 26-letni Studienrat Gugler, który potrafił wygłaszać mowy fascynujące młodzież tak mocno, że na auli panowała idealna cisza. Obok niego szkołę tworzyli m.in.: radca Laux, odpowiedzialny za język francuski i niemiecki Paul, a także dr Schierse, Watzlaw, Merz, Henschke, dr Pantel, Hoffmann, Heinrich, Stonner, Thiell, dr Lwowski, dr Berresheim, Breitkopf, Reginek i Ax. Religię ewangelicką wykładał surowy, ascetyczny Janssen, starszy nauczyciel Koblinski nosił przezwisko „Kobel”, a za edukację plastyczną odpowiadał spokojny pan Gaertner.

Uczyli również pedagodzy, wokół których tworzyły się uczniowskie legendy. Nauczyciel muzyki Proft (przezywany „Paule”) wywodził się z lutniczej rodziny i potrafił nastroić każdą formację skrzypiec. Nie znosił jednak zadęcia i tytułomanii – gdy uczeń zwracał się do niego urzędowo, z przekąsem odpowiadał: „Starszy Sekretarz Telegraficzny!”. Warto również wspomnieć postacie z polskiej szkoły nr 1 w Lipinach, które bohater zachował we wspomnieniach: wymagającego nauczyciela Moisę od kaligrafii oraz pana Proszidlo.

Starszy nauczyciel przyrody w dawnej sali szkolnej podczas lekcji Jedną z barwniejszych postaci szkolnego świata był nauczyciel zapamiętany pod przezwiskiem „Panotzek”. We wspomnieniach uczniów jego lekcje bywały jednocześnie poważne i niezamierzenie komiczne. Grafika poglądowa
Ludzkie życie jest procesem spalania…

Taką oto doniosłą teorię miał wygłosić z pełną powagą radca Eichhorn, znany jako „Panotzek” lub „Eihennhenn”. Jego zaczerwienione policzki i powszechnie znane zamiłowanie do trunków prowokowały natychmiastowe wnioski młodzieży, która uznała, że nauczyciel najwyraźniej postanowił ów „proces spalania” osobiście i regularnie wspomagać wysokoprocentowym paliwem.

Lista maturzystów z 1928 roku (Wyjątkowe znalezisko!)

Z perspektywy historycznej i genealogicznej, prawdziwym skarbem dołączonym do tych wspomnień jest kompletna lista maturzystów (absolwentów Oberprimy) z 1928 roku. Źródło wymienia 37 uczniów (od numeru 345 do 381 od początku istnienia placówki), precyzyjnie notując ich imiona, nazwiska, daty urodzenia, deklarowane wyznanie religijne oraz plany na przyszłe studia i ścieżki kariery zawodowej. Ta lista to fantastyczny ślad dla osób poszukujących swoich przodków na Górnym Śląsku.

NrNazwisko i ImięData urodzeniaWyznaniePlanowane studia/kariera
345Krüger Erich3. 1. 1907ev.Medizin (Medycyna)
346Barczyk Hubert3. 9. 1910ev.Baufach (Budownictwo)
347Behlau Joachim9. 6. 1910kath.Philologie (Filologia)
348Brey Kurt23. 8. 1910kath.Jura (Prawo)
349Cyron Paul31. 1. 1908ev.Theologie (Teologia)
350Echtermeyer K.5. 5. 1911ev.Jura (Prawo)
351Fesser Hans19. 8. 1910kath.Philologie (Filologia)
352Jordan Alfred10. 11. 1908kath.Turn- und Sportlehrer (Nauczyciel WF)
353Juscyck Konrad14. 1. 1910kath.Baufach (Budownictwo)
354Langner Herbert7. 5. 1908ev.Beamtenlaufbahn (Kariera urzędnicza)
355Malcher Ewald23. 8. 1908kath.Beamtenlaufbahn (Kariera urzędnicza)
356Pollok Berthold3. 10. 1909kath.Lehrer (Nauczyciel)
357Schüttel Günter18. 1. 1909ev.Techniker (Technik)
358Siedner Ernst28. 12. 1905jüd.Maschinen-Baufach (Budowa maszyn)
359Silberberg Kurt22. 9. 1903jüd.Jura (Prawo)
360Teichmann5. 5. 1909ev.Handelsfach (Handel)
361Brinkmann Ernst26. 7. 1909kath.Kaufmann (Kupiec)
362Galler Max28. 6. 1906kath.Forstwirtschaft (Leśnictwo)
363Gburek Leo18. 4. 1910kath.Philologie (Filologia)
364Grabowski Arno18. 5. 1908kath.Kaufmann (Kupiec)
365Hirsch Samuel29. 7. 1911jüd.Medizin (Medycyna)
366Kawalle Joachim9. 12. 1908kath.Sportlehrer (Nauczyciel WF)
367Kosak Rudolf28. 8. 1907kath.Bankfach (Bankowość)
368Kynast Günter16. 8. 1909kath.Gartenbau (Ogrodnictwo)
369Loebel Albin24. 1. 1908ev.Kaufmann (Kupiec)
370Markefka Kurt11. 10. 1909kath.Jura (Prawo)
371Neuwirth Heinrich18. 7. 1908kath.Techniker (Technik)
372Pawliczek Karl11. 12. 1907kath.Reichsbahn (Kolej Rzeszy)
373Pogoda Gerhard1. 11. 1909kath.Philologie (Filologia)
374Schimke Johannes24. 3. 1908kath.Chemie (Chemia)
375Steinitz Franz-St.22. 6. 1910jüd.Medizin (Medycyna)
376Stolarczyk Engelb.5. 8. 1909kath.Philologie (Filologia)
377Ueberall Alfons25. 10. 1909kath.Reichsbahn (Kolej Rzeszy)
378Weiß Günter7. 5. 1908kath.Jura (Prawo)
379Wermund Hans27. 1. 1910kath.Kaufmann (Kupiec)
380Wolff Ernst24. 12. 1910jüd.Kaufmann (Kupiec)
381Wuttke Hans25. 4. 1910kath.Medizin (Medycyna)
*Objaśnienia wyznań z dokumentu historycznego: ev. (ewangelickie), kath. (katolickie), jüd. (judaistyczne). Zachowano oryginalną pisownię z materiału źródłowego (np. Juscyck zamiast Jusczyk).

Wielka historia z prezydentem w tle

Szkolny rok 1928 nie toczył się w próżni. 17 września 1928 roku Bytom odwiedził prezydent Rzeszy, feldmarszałek Paul von Hindenburg. Była to ważna wizyta państwowa, a miasto starało się nadać jej wyjątkowo uroczysty charakter. Jedną z kluczowych postaci tego dnia był nadburmistrz miasta – więcej o nim przeczytasz w osobnym tekście: Adolf Knakrick, nadburmistrz Bytomia.

We wspomnieniach ucznia szczególnie mocno zapadł widok z okien szkoły. Hindenburg zatrzymał się w gmachu dzisiejszej szkoły muzycznej przy ulicy Moniuszki, położonym naprzeciw Oberrealschule. Z klas można było obserwować ruch na placu, tłum zgromadzony na trasie przejazdu i wojskowo-urzędowy ceremoniał, który dla nastolatków był jednocześnie widowiskiem i lekcją politycznej rzeczywistości epoki.

Archiwalne ujęcie z wizyty państwowej w Bytomiu we wrześniu 1928 roku Archiwalna scena z wizyty państwowej w Bytomiu we wrześniu 1928 roku. Dla uczniów „Tuschkastenu” wydarzenia tej skali były czymś więcej niż miejską uroczystością – stawały się częścią osobistej pamięci.

Właśnie dlatego dzieje bytomskiej szkoły nie są jedynie historią nauki i wychowania. Między klasówkami, szkolną hierarchią i młodzieńczymi lękami widać w nich także cały ciężar epoki: granicę, napięcia narodowe, codzienność międzywojennego Górnego Śląska i wielką politykę zaglądającą prosto do szkolnych okien.

Dawny „Tuschkasten” dziś

Choć świat uczniowskich czapek, granicznych tramwajów i surowych pedagogów dawno przeminął, sam budynek nadal pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych gmachów tej części Bytomia. Dzisiejsze IV Liceum Ogólnokształcące im. Bolesława Chrobrego wciąż przypomina o czasach, gdy przy placu Sikorskiego mieściła się słynna Oberrealschule.

Budynek IV Liceum Ogólnokształcącego w Bytomiu przy placu Sikorskiego współcześnie Dzisiejszy wygląd gmachu IV Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Chrobrego w Bytomiu, dawnej Oberrealschule przy placu Sikorskiego.

Bibliografia i źródła

  • „Wir vom Tuschkasten”, [w:] Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, nr 4, kwiecień 1965.
  • Plan miasta Beuthen O.S. (Bytom), ok. 1927 roku.
  • Materiały ikonograficzne: pocztówki i fotografie dawnej Oberrealschule przy ówczesnym Kaiserplatz, lata 20. XX wieku.
  • Materiały ikonograficzne: fotografie z wizyty państwowej w Bytomiu we wrześniu 1928 roku.
  • Materiały pomocnicze dotyczące dziejów budynku dzisiejszego IV Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Chrobrego w Bytomiu.
Uwaga redakcyjna: część ilustracji w artykule ma charakter poglądowy i została przygotowana jako artystyczna wizualizacja scen opisanych we wspomnieniach. Nie są to fotografie archiwalne, lecz obrazy pomocnicze mające oddać klimat epoki.
0
0

Read more

Czwórka chłopców w historycznych strojach gra w palanta na błotnistej ulicy XIX-wiecznego Bytomia, w tle widać świnię. Widoczny stylizowany napis: Za bajtla w Bytomiu 150 lat temu...

Za bajtla w Bytomiu 150 lat temu – gra w palanta, uciekające piłki i wojny z Łagiewnikami

Dawny Bytom • życie codzienne • dzieciństwo w XIX wieku

Za bajtla w Bytomiu 150 lat temu – gra w palanta, uciekające piłki i wojny z Łagiewnikami

Wyobraźcie se ino: stary Bytom sprzed półtora wieku. Wszyndzie błoto, świnie kwiczōm na placu, a bajtle lotajōm za balym pod samym sōndym. Żodyn ich niy goni, bo urzyndniki wiedzieli, co to je radosny bajtel. Paul Heilborn nom to wszystko opisoł – posuchejcie tyj historyji ô uciekajōncych balach i bitwach na kamienie.

Zamknijcie na chwilę oczy i przenieście się w czasie o 150 lat. Nie ma jeszcze eleganckich, brukowanych alej ani monumentalnych gmachów. Jest za to gwar dzieciaków, które zaraz po lekcjach wybiegają na ulice, by uderzać piłkę tak mocno, że ta z brzękiem ląduje w oknach bytomskiego Sądu. Zamiast jednak gonić urwisów, wyrozumiały sędzia uśmiecha się pod wąsem i każe zostawić młodych w spokoju. Jak to było za bajtla w dawnym Bytomiu?

Chłopcy grający piłką na błotnistej ulicy dawnego Bytomia obok leżących świń – wizualizacja realiów miasta w latach 70. XIX wieku
Błoto, dziecięca zabawa i trzoda chlewna niemal w samym centrum miasta – tak mogły wyglądać codzienne sceny w Bytomiu około 1870 roku. Wizualizacja inspirowana realiami epoki i wspomnieniami Paula Heilborna.

Paul Heilborn – bytomski nauczyciel i organista z kościoła Świętej Trójcy – zostawił po sobie cudowne, nostalgiczne wspomnienia z lat 70. XIX wieku. Zapraszam na opowieść o podziemnych strumieniach, zakazanych wyprawach na Świński Rynek i podwórkowych bitwach z chłopakami z Łagiewnik.

„Nie psujcie im radości!”, czyli palant pod bytomskim Sądem

Chłopcy grający w palanta przed gmachem sądu w dawnym Bytomiu, a piłka leci w stronę okna – wizualizacja
Dawny Gerichtsplatz jako wielkie podwórko bytomskich bajtli – z piłką lecącą prosto ku sądowym oknom. Wizualizacja inspirowana wspomnieniami z lat 70. XIX wieku.

Heilborn wspomina, że gdy tylko szkolny dzwonek ogłaszał koniec lekcji, a zadania domowe zostały odrobione w ekspresowym tempie, młodzież pędziła w jedno miejsce. „Trąbiono do zbiórki” przed starym budynkiem Sądu (Gerichtsplatz – dzisiejsze okolice ul. Piekarskiej i Sądowej). Wtedy jeszcze nie było tam dobudowanego, zamkniętego dziedzińca, więc plac był rozległy i wręcz zapraszał do biegania.

Królowała tam gra, którą chłopcy nazywali Himmel und Hölle (Niebo i Piekło). Nie dajcie się jednak zwieść nazwie – to nie były spokojne dziewczęce „klasy” rysowane kredą na chodniku. Heilborn zaznacza, że gra przypominała ówczesnego palanta (Schlagball). Chodziło w niej o uderzanie piłki z maksymalną siłą.

A że siły chłopakom nie brakowało, piłka regularnie przelatywała nad drewnianym płotem i z potężnym hukiem uderzała w okna gmachu sądowego. Co robili ówcześni pruscy urzędnicy, słysząc brzęk drżących szyb w świątyni sprawiedliwości? Heilborn ze wzruszeniem wspomina ich anielską cierpliwość. Zamiast przeganiać młodzież, sędziowie i pisarze mówili tylko: „Laßt doch die Kinder spielen und verderbt ihnen nicht die Freude” (Zostawcie te dzieci, niech grają i nie psujcie im radości).

Uciekająca piłka i podziemne kanały Bytomia

Chłopcy próbujący wyłowić piłkę ze strumienia płynącego przez centrum dawnego Bytomia – wizualizacja
Jedno niecelne uderzenie i zabawa zamieniała się w pościg za piłką porwaną przez miejski nurt. Wizualizacja dawnego strumienia przecinającego śródmieście Bytomia.

Kiedy uderzenie było słabsze, piłka odbijała się od ściany Sądu i… wpadała do rzeki. Tak, przez ścisłe centrum dzisiejszego Bytomia płynęła woda. Przed placem sądowym szemrał niewielki strumień (Wässerchen), który przecinał dzisiejszą ulicę Józefa Jainty (wówczas Tarnowitzer Straße), gdzie przerzucono nad nim mały mostek, i płynął wzdłuż budynku starej poczty, kierując się do ulicy dr. Józefa Rostka (Gojstraße).

Gdy piłka wpadła do miejskiej fosy (Beuthener Stadtgraben), chłopcy musieli biec za nią wzdłuż nurtu. Często znikała im z oczu, przepływając podwieszanymi kanałami pod kamienicami, by ostatecznie wypłynąć na rozległą, podmokłą łąkę zwaną Łąką Woschnitzi (Woschnitzka-Wiese).

To miejsce jest nam już dobrze znane z innych artykułów – to właśnie tam zimą urządzano miejskie lodowisko, a kilkadziesiąt lat później w to grzęzawisko wbito setki drewnianych pni, na których do dziś majestatycznie wznosi się gmach Opery Śląskiej i IV LO.

Gdy palant się nudził, grano w Klippespiel (grę w zbijanie drewnianych klocków), a młodsze dzieci, siedząc na żeliwnych ławkach w cieniu nielicznych drzew, grały w guziki i szklane kulki (Kugel- und Knöpfespiel).

Błoto i hazard, czyli dlaczego omijano Świński Rynek

Mężczyzna w surducie i cylinderze pośród błota i świń na dawnym Świńskim Rynku w Bytomiu – wizualizacja symboliczna
Świński Rynek nie miał w sobie nic z eleganckiego placu – dominowały tu błoto, trzoda i kupiecki zgiełk. Wizualizacja symboliczna inspirowana opisami dawnego Schweinemarkt.

Dla bytomskich bajtli nie wszystkie miejsca w centrum nadawały się do zabawy. Terenem absolutnie zakazanym i nieprzyjaznym był dzisiejszy elegancki Plac Jana III Sobieskiego. Zanim zyskał przedwojenną nazwę Moltkeplatz, nazywano go po prostu Świńskim Rynkiem (Schweinemarkt). I nie było w tym za grosz poetyckiej przenośni.

W latach 70. XIX wieku, w każdy wtorek i piątek, plac ten zamieniał się w jedno wielkie, cuchnące grzęzawisko. Handlarze trzodą chlewną (Schwarzviehhändler) spędzali tu całe stada. Świnie, karmione na miejscu kukurydzą, miały w zwyczaju ryć w miękkiej ziemi głębokie doły, w których następnie wypoczywały. Przejście przez Schweinemarkt po zmroku było istną loterią – jeden fałszywy krok groził wpadnięciem do błotnego dołu i skręceniem kostki.

Na wschodnim skraju placu, naprzeciwko ówczesnego starostwa (okolice dzisiejszego Muzeum Górnośląskiego), stała niska karczma, którą Heilborn nazywał złośliwie „mordownią” (Kaschemme). Przylegał do niej ogromny ogród ciągnący się aż do dzisiejszej ulicy Piłsudskiego (Große Blottnitzastraße).

Podczas gdy zwierzęta ryły w błocie, w trzewiach karczmy działała specjalna izba do gier (Spielstube), w której bogaci handlarze grali w karty na gigantyczne stawki. Tuż obok wznosiła się drewniana wieża ćwiczeń bytomskiej straży pożarnej (Übungsturm der Feuerwehr). Hazard, błoto i kwiczące stada – to zdecydowanie nie było miejsce do gry w piłkę.

Steinkrieg, czyli wojna na kamienie

Chłopcy stojący na torach przy granicy Bytomia i Łagiewnik – wizualizacja podwórkowych bitew na kamienie
Na południowych rubieżach miasta kończyły się niewinne gry, a zaczynały prawdziwe podwórkowe starcia z chłopakami z Łagiewnik. Wizualizacja inspirowana opisem Steinkrieg – „wojny na kamienie”.

W ówczesnym, ciasnym Bytomiu brakowało szerokich przestrzeni. Próbowano grać na wąskim placu naprzeciwko dawnego gimnazjum przy dzisiejszej ul. Smolenia (Hohenzollernstraße), gnieżdżono się przy koszarach w Rozbarku (Moltkekaserne) i na Targu Garncarskim przy Placu Grunwaldzkim (Töpfermarkt / Kaiserplatz).

Ale prawdziwe emocje zaczynały się na południowych obrzeżach miasta. Kiedy w żyłach buzowała adrenalina, grano w Rycerzy i Rozbójników (Ritter- und Räuberspiel). Chłopcy zapuszczali się na niebezpieczne łąki opadające stromo ku nasypom kolejowym, w okolicach dzisiejszej ulicy Hubertusa (Hubertusstraße).

To właśnie tam, na rubieżach Bytomia graniczących z Łagiewnikami (Lagiewnik / Hohenlinde), dochodziło do regularnych bitew. Heilborn nazywa to wprost: Steinkrieg (wojna na kamienie). Gdy śląskie karlusy z Bytomia spotykały chłopaków z sąsiednich Łagiewnik, w ruch szły brukady, a powietrze świszczało od latających pocisków. Była to twarda, podwórkowa szkoła życia na dawnych hałdach i nasypach.

Gdy dziś idziemy wybrukowaną ulicą Piekarską pod Sąd Rejonowy albo spacerujemy po oświetlonym Placu Sobieskiego, warto na chwilę zamknąć oczy. Gdzieś tam, pod warstwami asfaltu i historii, wciąż słychać śmiech grających w palanta chłopców, łoskot uderzającej w szybę piłki i okrzyki dobiegające zza nasypu kolejowego…

Źródła historyczne
  • Heilborn, P. (1961). Beuthens Spielplätze in den 70er Jahren. Przedruk z 1926 r. w: Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, Czerwiec 1961 (Nr 6).
  • Analiza archiwalnej prasy bytomskiej (badania własne: Flaczek • Genealogia i Historia Górnego Śląska).
1
0

Read more

Wielka Synagoga w Bytomiu na archiwalnym zdjęciu z tytułem artykułu

Synagoga w Bytomiu. Historia świątyni spalonej w 1938 roku

Synagoga w Bytomiu

W samym sercu dawnego Bytomia…

Karta Obiektu: Wielka Synagoga
Lokalizacja Plac Grunwaldzki (Friedrich-Wilhelms-Ring)
Czas Budowy 1868–1869
Architekt Freuding (projekt), Paul Jackisch (realizacja)
Styl Neomauretański
Pojemność Ponad 1000 miejsc
Zniszczenie 9/10 listopada 1938 r.
„Rankiem 10 listopada 1938 roku widzieliśmy jeszcze tlącą się bytomską synagogę…” — Wspomnienia ucznia Hindenburg-Gymnasium

W samym sercu dawnego Bytomia, na dzisiejszym placu Grunwaldzkim, przez dziesięciolecia stała budowla, która dla jednych była dumą rozwijającej się gminy, dla innych znakiem nowoczesności miasta, a dla nazistów — celem nienawiści. Bytomska synagoga nie była jedynie miejscem modlitwy. Była symbolem obecności żydowskich mieszkańców w historii miasta, świadectwem ich zakorzenienia, awansu społecznego i współtworzenia miejskiej rzeczywistości.

Kiedy spłonęła w nocy z 9 na 10 listopada 1938 roku, nie zniknął tylko budynek. W płomieniach stanęła także część dawnego Bytomia — tego wielokulturowego, złożonego, nieoczywistego, którego ślady przez wiele lat próbowano wymazać lub zepchnąć na margines pamięci. Dziś, gdy przechodzimy przez plac Grunwaldzki, trudno wyobrazić sobie ogrom i znaczenie tej świątyni. A jednak jeszcze w XIX wieku była ona jednym z najbardziej charakterystycznych obiektów w tej części miasta.

To opowieść o dwóch bytomskich synagogach: starszej, skromniejszej, wyrastającej z potrzeb niewielkiej wspólnoty, oraz nowszej — monumentalnej, reprezentacyjnej, wpisanej w krajobraz dojrzewającego miasta. To także opowieść o ludziach, którzy modlili się w tych murach, o rabinach, którzy prowadzili gminę, i o świecie, który został zniszczony nie tylko przez ogień, ale też przez zaplanowaną przemoc, szyderstwo i politykę wykluczenia.

Odtwórz film

Zanim stanęła synagoga. Modlitwa w prywatnych domach

Żydowska obecność w Bytomiu ma dłuższą historię niż sama monumentalna świątynia, która dziś najczęściej pojawia się na starych fotografiach i pocztówkach. Zanim gmina doczekała się własnego, stałego domu modlitwy, nabożeństwa odbywały się w prywatnych domach. Taki był naturalny początek wielu wspólnot — najpierw skromna, lokalna organizacja życia religijnego, dopiero później własna synagoga, szkoła czy cmentarz.

W przypadku Bytomia tradycja i przekazy źródłowe wskazują kilka takich miejsc. Wspomina się dom Josefa Böhma, wiązany z dawną Fleischerstraße, czyli późniejszą ulicą Rzeźniczą. Ważnym miejscem modlitwy był również dom Taubitza, położony w rejonie dzisiejszej ulicy Józefczaka — na dawnej Enten Gasse / Franziskaner Gasse, później znanej jako Langestraße. Kolejnym znanym adresem był dom Simona Guttmanna przy Rynku, czyli w samym centrum dawnego miasta.

To bardzo ważny szczegół, bo pokazuje, że życie religijne bytowskich Żydów nie rozwijało się gdzieś na obrzeżach, w odizolowanej enklawie, lecz było wpisane w śródmiejską tkankę Bytomia. Gmina nie była bytem abstrakcyjnym. Była obecna tuż obok rynku, głównych ulic i miejskiego handlu. Jej historia splatała się z historią miasta od samego początku.

Pierwsza synagoga. Skromna świątynia rosnącej wspólnoty

Przełom nastąpił na początku XIX wieku. W 1809 roku wydano zgodę na budowę pierwszej stałej synagogi w Bytomiu. Stanęła ona przy Friedrich-Wilhelms-Ring, czyli w miejscu, które dziś znamy jako plac Grunwaldzki. Był to teren dzierżawiony, później wykupiony, a sama budowa miała dla gminy znaczenie nie tylko praktyczne, ale i symboliczne. Oznaczała zakorzenienie, trwałość i gotowość do stworzenia własnego centrum życia religijnego.

Uroczyste poświęcenie tej świątyni nastąpiło 16 września 1810 roku. Była to pierwsza bytomska synagoga w pełnym znaczeniu tego słowa — nie już prywatny pokój modlitwy, lecz budynek przeznaczony dla całej wspólnoty.

Z opisów źródłowych wiadomo, że obiekt miał trzynaście okien, a w jego wnętrzu centralnie znajdowała się bima, czyli podwyższenie, z którego odczytywano Torę. Taki układ był tradycyjny i zbliżał bytomską synagogę do starszych wzorców znanych z Europy Środkowo-Wschodniej. Sama przestrzeń nie była więc jeszcze podporządkowana późniejszym tendencjom modernizacyjnym czy reprezentacyjnym. Był to przede wszystkim dom modlitwy wspólnoty, która dopiero umacniała swoją pozycję.

W ciągu kolejnych dziesięcioleci Bytom się zmieniał. Rósł gospodarczo, zmieniał się społecznie, przyciągał nowych mieszkańców i coraz silniej wpisywał się w przemysłowy krajobraz Górnego Śląska. Wraz z tym rozwojem rosła także miejscowa gmina żydowska. Stara synagoga, wzniesiona dla znacznie mniejszej liczby wiernych, z czasem przestała wystarczać.

Już około 1864 roku było jasne, że budynek nie odpowiada potrzebom wspólnoty. Nie chodziło tylko o ciasnotę. Chodziło także o reprezentację. Rozwijająca się gmina chciała świątyni większej, bardziej nowoczesnej, lepiej odpowiadającej jej pozycji i liczebności. Jesienią 1867 roku stara synagoga została rozebrana, ustępując miejsca nowej budowli.

Wielka Synagoga. Monument Bytomia drugiej połowy XIX wieku

Na miejscu starszej świątyni postanowiono wznieść nową synagogę — większą, okazalszą, zaprojektowaną z rozmachem. 25 maja 1868 roku uroczyście wmurowano kamień węgielny. Już sam ten moment pokazuje, że nie była to zwykła inwestycja budowlana. Było to wydarzenie publiczne, znak ambicji i pewności siebie gminy.

Nową synagogę otwarto 2 lipca 1869 roku, a jej uroczyste poświęcenie nastąpiło 2 grudnia 1869 roku. Budowla stanęła, podobnie jak poprzednia, przy Friedrich-Wilhelms-Ring, czyli na dzisiejszym placu Grunwaldzkim. Tym samym najważniejsza żydowska świątynia Bytomia znajdowała się w jednym z najbardziej reprezentacyjnych punktów miasta.

Wielka Synagoga w Bytomiu na przedwojennej fotografii z delikatną koloryzacją
Wielka Synagoga w Bytomiu na archiwalnym ujęciu, współcześnie poddanym delikatnej koloryzacji.

Projekt przypisuje się berlińskiemu architektowi Freudingowi. Z realizacją inwestycji związany był natomiast Paul Jackisch, który później odegrał również istotną rolę przy rozbudowie obiektu. To rozróżnienie jest ważne, bo w późniejszych opracowaniach bywało upraszczane lub mylone.

Sama synagoga została zaprojektowana w stylu mauretańskim, bardzo charakterystycznym dla wielu synagog w XIX-wiecznej Europie. Nie był to wybór przypadkowy. Styl ten niósł ze sobą określone znaczenia kulturowe i estetyczne. Nawiązywał do wyobrażonego „złotego wieku” żydowskiej obecności w średniowiecznej Hiszpanii, a zarazem pozwalał tworzyć budowle wyraziste, odmienne od kościelnej architektury chrześcijańskiej.

Bytomska synagoga wyróżniała się dwuwieżową fasadą, dekoracyjnymi arkadami, rozbudowaną bryłą i charakterystycznymi zwieńczeniami wież. W źródłach ikonograficznych powracają motywy cebulastych kopuł, rytmicznych podziałów elewacji oraz bogatej dekoracyjności. Była to budowla, obok której nie sposób było przejść obojętnie. Nie ginęła w krajobrazie miasta. Przeciwnie — nadawała mu charakter.

W 1889 roku synagoga została dodatkowo rozbudowana, co znów pokazuje, że wspólnota była liczna, aktywna i potrzebowała większej przestrzeni. W tym momencie obiekt osiągnął swoją dojrzałą formę, utrwaloną później na fotografiach i pocztówkach z przełomu XIX i XX wieku.

Gmina, która współtworzyła miasto

Historia synagogi nie ma sensu bez historii ludzi, którzy ją zapełniali. Bytomska gmina żydowska należała do najważniejszych wspólnot tego typu na Górnym Śląsku. Jej początki sięgają XVIII wieku. W 1770 roku istniała już samodzielna gmina, a w 1790 roku powołano pierwszego rabina. To oznacza, że jeszcze przed wzniesieniem pierwszej stałej synagogi wspólnota miała już swoją strukturę organizacyjną i religijną.

W XIX wieku, wraz z rozwojem Bytomia, rosła również liczebność i znaczenie gminy. W połowie stulecia bytomski okręg synagogalny obejmował także okoliczne miejscowości. Sama wspólnota nie była zjawiskiem marginalnym. Współtworzyła pejzaż miasta — społeczny, gospodarczy i kulturowy.

W kolejnych dziesięcioleciach na czele bytomskiej gminy stali rabini, którzy wyznaczali rytm jej życia religijnego i intelektualnego. Do udokumentowanej linii rabinów należeli między innymi Moses Israel Freund, Mendel Kohn, Israel Deutsch, Jakub Jecheskel Löwy, później Ferdinand Rosenthal, Max Kopfstein, Marcus Lazarus Melchior, Ludwig Golinski oraz inni duchowni i zastępcy związani z bytomską wspólnotą.

To ważne także dlatego, że historia synagogi nie jest jedynie dziejami murów. Jest historią całej instytucji: nabożeństw, świąt, edukacji religijnej, pracy rabinów, życia rodzinnego i lokalnej pamięci. Synagoga była miejscem, w którym spotykały się codzienność i sacrum, prywatne biografie i historia wspólnoty.

Synagoga jako element miejskiego krajobrazu

W dzisiejszym patrzeniu na dawny Bytom łatwo popełnić jeden błąd: widzieć synagogę jako obiekt odrębny, „żydowski”, a więc jakby oddzielony od miejskiej całości. Tymczasem wszystko wskazuje na coś odwrotnego. Bytomska synagoga była mocno wpisana w centrum miasta, w jego reprezentacyjną i handlową przestrzeń.

Stała przy placu, który należał do ważnych punktów komunikacyjnych i urbanistycznych. Była widoczna. Funkcjonowała obok innych instytucji, kamienic i ulic śródmieścia. Nie była ukryta. Była częścią codziennego pejzażu Bytomia. Właśnie dlatego jej zniszczenie w 1938 roku miało tak wielką wagę symboliczną. Spalono nie „jakiś budynek” stojący na uboczu. Spalono świątynię, która przez dziesięciolecia mówiła wszystkim mieszkańcom: Żydzi są tutaj od dawna i należą do historii tego miasta.

Listopad 1938. Ogień, który miał coś więcej niż tylko zniszczyć

Najtragiczniejszy rozdział historii bytomskiej synagogi rozegrał się podczas Nocy Kryształowej, z 9 na 10 listopada 1938 roku. Wtedy właśnie przez całe Niemcy i podporządkowane im tereny przeszła fala zorganizowanej przemocy wymierzonej w Żydów: niszczono sklepy, mieszkania, domy modlitwy, cmentarze, aresztowano ludzi, poniżano ich publicznie i bito.

Bytom nie był wyjątkiem. Wręcz przeciwnie — znalazł się w centrum tych wydarzeń. Bojówki SA i SS zaatakowały miejscową synagogę, splądrowały ją, a następnie podpaliły. Straż pożarna nie ratowała świątyni. Jej zadaniem było dopilnowanie, by ogień nie przeniósł się na sąsiednie budynki. Synagoga miała spłonąć i spłonęła.

„Am Morgen des 10. November 1938 sahen wir die noch schwelende Beuthener Synagoge auf unserem Weg zu einer Ausstellung im Landesmuseum… / Rankiem 10 listopada 1938 roku widzieliśmy jeszcze tlącą się bytomską synagogę w drodze na wystawę w Muzeum Krajowym…” — Wspomnienia ucznia Hindenburg-Gymnasium, Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, marzec 1989 (nr 3).

To nie był wybuch tłumu ani spontaniczny akt ulicznej furii. Było to działanie wpisane w państwową politykę upokorzenia, zastraszenia i wymazania żydowskiej obecności z przestrzeni publicznej. Płonąca synagoga miała być widowiskiem. Miała pokazać, kto teraz „należy” do miasta, a kto został z niego wykluczony.

Równolegle z niszczeniem świątyni doszło w Bytomiu do ataków na żydowskie sklepy i mieszkańców. Zdemolowano około siedemdziesięciu sklepów, aresztowano około trzystu siedemdziesięciu Żydów z Bytomia. Część z nich została najpierw osadzona w żydowskiej szkole przy dawnej Langestraße, a następnie wywieziona do Buchenwaldu. To pokazuje, że spalenie synagogi było tylko jednym elementem większej operacji terroru. Po pożarze ruiny świątyni zostały rozebrane, a teren wyrównano. Tam, gdzie przez niemal siedemdziesiąt lat stał monumentalny budynek, miała pozostać pustka.

Nie tylko świątynia. Symbol zniszczonego świata

W dziejach miasta bywają budynki ważne architektonicznie, są też takie, które stają się nośnikiem pamięci zbiorowej. Bytomska synagoga należała do obu tych kategorii. Była zarazem charakterystycznym elementem panoramy miasta i miejscem skupiającym historię całej wspólnoty. Jej zniszczenie oznaczało więc coś więcej niż stratę architektoniczną. Oznaczało uderzenie w pamięć, w tożsamość i w ciągłość obecności Żydów w Bytomiu. Wraz z nią płonęła historia rodzin, sklepów, kancelarii, szkół, zwyczajów, świąt i języków. Płonęło doświadczenie ludzi, którzy przez dziesięciolecia współtworzyli rytm miasta.

Dlatego opowieść o synagodze nie powinna kończyć się na samym pożarze. Bo choć budynek zniknął, to nie zniknęło pytanie o to, jak pamiętać dawny Bytom uczciwie — bez przemilczania jego żydowskiego rozdziału, bez redukowania go do przypisu i bez traktowania tej historii jako dodatku do „właściwych” dziejów miasta.

Miejsce, które trzeba było odzyskać w pamięci

Przez długi czas po wojnie miejsce po dawnej synagogze nie mówiło przechodniom prawie nic. Dla większości mieszkańców był to po prostu fragment placu Grunwaldzkiego, pozbawiony czytelnego znaku dawnej funkcji. Tak właśnie działa przemoc wymierzona w pamięć: najpierw niszczy ludzi i budynki, później normalizuje pustkę.

Dopiero po latach zaczęto wyraźniej przywracać temu miejscu znaczenie. 9 listopada 2007 roku, w rocznicę spalenia świątyni, na placu Grunwaldzkim odsłonięto tablicę pamiątkową. Umieszczono na niej wizerunek synagogi oraz inskrypcje w językach polskim, angielskim, niemieckim i hebrajskim. To gest ważny nie tylko dlatego, że przypomina o samym budynku. Przede wszystkim przywraca on pamięć o ludziach, dla których ta świątynia była centrum życia religijnego i wspólnotowego.

Dlaczego ta historia wciąż jest ważna

Dziś, kiedy coraz częściej wracamy do dziejów lokalnych, do starych planów miast, pocztówek, ksiąg adresowych i zapomnianych fotografii, historia bytomskiej synagogi wybrzmiewa mocniej niż kiedyś. Bo nie mówi jedynie o przeszłości żydowskiej społeczności. Mówi również o samym Bytomiu — o mieście, które przez stulecia było bardziej złożone, bardziej wielogłosowe i bardziej wielokulturowe, niż późniejsze narracje chciały to przyznać.

Synagoga przy Friedrich-Wilhelms-Ring nie była dodatkiem do „głównej” historii miasta. Była jej integralną częścią. Tak samo jak rynek, kościoły, kamienice, szkoły, ulice i place. Bez niej obraz dawnego Bytomia jest niepełny. Właśnie dlatego warto przywracać tę historię nie jako suchy katalog dat, lecz jako opowieść o miejscu, ludziach i pamięci. O świątyni, która przez dziesięciolecia mówiła o obecności wspólnoty, a potem została spalona po to, by tę obecność zanegować.

Zakończenie

Gdy patrzymy na dawne fotografie Bytomia, synagoga przy dzisiejszym placu Grunwaldzkim nie wygląda jak budynek przypadkowy czy peryferyjny. Wręcz przeciwnie — wygląda jak jeden z tych obiektów, które organizują miejski krajobraz i świadczą o ambicjach miejsca. Jej historia prowadzi od skromnych domów modlitwy, przez XIX-wieczny rozwój gminy, aż po zaplanowane zniszczenie w 1938 roku. To historia bolesna, ale konieczna do opowiedzenia. Bo dopiero wtedy, gdy przywracamy synagodze jej miejsce w dziejach miasta, dawny Bytom staje się naprawdę widzialny — nie jako wygładzona pocztówka, lecz jako żywa, złożona wspólnota pamięci.

Bibliografia i źródła opracowania

  • Archiwalia prasowe (źródła pierwotne): Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt (wydania z lat: 1964, 1967, 1968, 1969, 1989); Ostdeutsche Morgenpost (luty 1924); Der Oberschlesische Wanderer (sierpień 1937); Schlesische Zeitung (luty 1878).
  • Opracowania historyczne i bazy wiedzy:
    • Sztetl.org.pl (Muzeum POLIN): Historia Wielkiej Synagogi i przebieg Nocy Kryształowej w Bytomiu.
    • JewishEncyclopedia.com: Hasło „Beuthen” – dokumentacja rozwoju instytucji żydowskich.
    • M. Immerwahr: Zur Geschichte der jüdischen Gemeinde in Beuthen (1925).
    • F. Gramer: Chronik von Beuthen (1863).
  • Materiały muzealne i miejskie:
    • Muzeum Górnośląskie w Bytomiu: Dokumentacja topograficzna (dot. nazw ulic Enten Gasse / Langestraße oraz Friedrich-Wilhelms-Ring).
    • Bytom.pl: Materiały dotyczące oficjalnych form upamiętnienia i historii tablicy na pl. Grunwaldzkim.
    • Bytomski.pl: Analiza ikonograficzna placu i synagogi w malarstwie XIX-wiecznym.
  • Ewidencja własna i powiązane:
0
0

Read more

Bytom w 1957 roku – zniszczona ulica, pękająca kamienica i przemysłowe dymy w tle

Anatomia upadku: Bytom dwanaście lat po wojnie (na podstawie relacji z 1957 r.)

Bytom 1957. Miasto pyłu, kolejek i pękających murów

Dwanaście lat po zakończeniu II wojny światowej Bytom był już zupełnie innym miastem niż przed 1945 rokiem. Zmienili się mieszkańcy, zniknęła część dawnego krajobrazu kulturowego, a w centrum coraz wyraźniej widoczne stawały się skutki rabunkowej eksploatacji górniczej. Jak wyglądał wtedy Bytom? Odpowiedzi przynoszą dwie relacje opublikowane w 1957 roku na łamach niemieckojęzycznego „Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt”.

Ważne zastrzeżenie: nie są to teksty urzędowe ani bezstronne raporty, lecz relacje pisane z perspektywy niemieckiego środowiska wysiedleńczego. To źródła cenne, ale wyraźnie emocjonalne, chwilami ostre w tonie i mocno osadzone w doświadczeniu utraty dawnego miasta.

Miasto, które miało robić przygnębiające wrażenie już od dworca

Autor jednej z relacji odwiedził Bytom latem 1957 roku. Jego opis zaczyna się od bardzo mocnego wrażenia: miasto miało wyglądać na zaniedbane, przygaszone i przytłoczone przemysłowym brudem. Szczególnie mocno wybrzmiewa w tekście temat pyłu, sadzy i zanieczyszczonego powietrza. To nie był tylko literacki obrazek. W połowie XX wieku cały górnośląski okręg przemysłowy zmagał się przecież z gigantycznym obciążeniem środowiska.

Dworzec kolejowy, czyli naturalna brama do miasta, jawi się w tej relacji jako miejsce przygnębiające: z widocznymi śladami wojny, prowizorycznymi naprawami i ogólnym wrażeniem bylejakości. Niezależnie od emocjonalnego tonu autora, dobrze oddaje to atmosferę wielu śląskich miast tamtego czasu, które próbowały funkcjonować mimo zniszczeń, braków materiałowych i chronicznego niedoinwestowania.

Nowi mieszkańcy, nowe napięcia, nowa codzienność

Po 1945 roku Bytom został niemal całkowicie przekształcony społecznie. Dla dawnych mieszkańców był to świat nie do poznania. Dla nowych — często również trudne miejsce startu, z obcą zabudową, obcym dziedzictwem i ciężkimi warunkami życia. W relacjach z 1957 roku mocno wybrzmiewa temat wymiany ludności: pojawiają się przesiedleńcy z Kresów, osoby wracające z głębi Związku Radzieckiego i autochtoni próbujący odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

W tym miejscu trzeba jednak czytać źródło ostrożnie. Opisy nowych mieszkańców są momentami przesiąknięte stereotypami i dystansem kulturowym. To nie jest chłodny zapis socjologiczny, lecz spojrzenie człowieka, który widzi w powojennym Bytomiu przede wszystkim zerwanie z dawnym porządkiem. Mimo to tekst dobrze pokazuje skalę powojennego napięcia i poczucie, że miasto utraciło swoją wcześniejszą tożsamość.

Relacja wspomina również o wzroście przestępczości, powszechnym zubożeniu i atmosferze niepewności. Nawet jeśli część tych ocen została wyostrzona, trudno nie dostrzec, że Bytom lat 50. rzeczywiście był miejscem głębokiego kryzysu społecznego i gospodarczego.

Kolejki, niedobór i upadek dawnego śródmieścia

Jednym z najmocniejszych elementów relacji jest obraz codzienności. Dawny świat eleganckich sklepów, kawiarni i prywatnych lokali miał ustąpić miejsca gospodarce niedoboru. W opisie z 1957 roku pojawiają się kolejki po podstawowe towary, sklepy państwowe, kioski „Ruchu” i komisowe punkty sprzedaży, w których zachodnie przedmioty kosztowały fortunę.

Szczególnie symboliczny jest tu motyw dawnej Café Hindenburg. Przed wojną była to jedna z reprezentacyjnych kawiarni miasta. Po wojnie budynek utracił swój dawny charakter, a jego funkcje zostały całkowicie podporządkowane nowej rzeczywistości. To bardzo dobry przykład tego, jak zmieniało się nie tylko życie gospodarcze, ale i miejski rytm śródmieścia.

Autor relacji zwracał też uwagę na pracę kobiet, interpretując ją przede wszystkim jako konieczność ekonomiczną. W jego oczach nie był to znak społecznego awansu, lecz objaw biedy i trudnych warunków życia. Choć dziś patrzymy na ten problem szerzej, sam motyw dobrze wpisuje się w realia Polski lat 50.

Wymazywanie dawnej symboliki miasta

Powojenny Bytom zmieniał się nie tylko materialnie, ale i symbolicznie. To właśnie ten wątek autorzy „Heimatblattu” przeżywali szczególnie mocno. Opisywali usuwanie niemieckich napisów, zmianę nazw, przekształcanie pomników oraz budowanie nowej, polskiej i komunistycznej warstwy znaczeń w przestrzeni publicznej.

Trzeba tu jednak zachować precyzję topograficzną. Pomnik Fryderyka II Wielkiego nie stał na dzisiejszym placu Sobieskiego, lecz na dzisiejszym placu gen. Władysława Sikorskiego, dawnym Kaiserplatz, później Braunauerplatz. Dzisiejszy plac Sobieskiego to dawny Moltkeplatz. To rozróżnienie jest ważne, bo w tekstach o dawnym Bytomiu bardzo łatwo pomieszać kolejne nazwy i lokalizacje.

Relacje wspominają też o zacieraniu niemieckich inskrypcji na nagrobkach oraz o znikaniu dawnego języka z przestrzeni miejskiej. Z dzisiejszej perspektywy można to opisywać jako proces polonizacji przestrzeni po 1945 roku, prowadzony w warunkach nowego państwa i nowej polityki pamięci.

Zniszczone centrum i zmienione funkcje budynków

W 1957 roku wojna nadal była w Bytomiu widoczna gołym okiem. W relacjach pojawiają się wzmianki o pustych parcelach, nieodbudowanych obiektach i o przestrzeni miejskiej, która nadal nosiła ślady frontu i powojennego chaosu. To ważny kontrast wobec obrazu przedwojennego Beuthen jako miasta bogatego, uporządkowanego i reprezentacyjnego.

Interesujący jest także wątek dawnych instytucji, które po wojnie utraciły swoją pierwotną funkcję. Dotyczy to między innymi kompleksu Krüppelheim, czyli Domu Kalek. W relacji z 1957 roku miejsce to jawi się jako symbol upadku i grabieży, ale w szerszej perspektywie historycznej wiemy, że już w drugiej połowie lat 50. rozpoczęto jego adaptację do nowych potrzeb leczniczych.

Podobnie ważny jest temat kościołów. Warto tu szczególnie uważać na nazewnictwo. Dawny Klosterkirche to kościół św. Wojciecha — pierwotnie franciszkański, później przez dziesięciolecia użytkowany przez ewangelików, a po 1945 roku ponownie przejęty przez stronę katolicką. Takie detale mają znaczenie, bo pokazują, jak skomplikowane i wielowarstwowe były dzieje bytomskich budynków sakralnych.

Największy dramat: wydobycie pod centrum miasta

Najbardziej przejmujący fragment obu relacji dotyczy jednak nie zmian ludnościowych ani biedy, lecz szkód górniczych. Właśnie tu Bytom 1957 roku pokazuje swoje najbardziej tragiczne oblicze. Autorzy piszą o naruszeniu filara ochronnego pod centrum miasta, o pękających murach, przechylających się budynkach i coraz większym zagrożeniu dla całych kwartałów zabudowy.

To nie był tylko publicystyczny obraz. Eksploatacja górnicza prowadzona pod śródmieściem rzeczywiście okazała się dla Bytomia katastrofalna w skutkach. Nawet jeśli relacje używają chwilami ostrych sformułowań, sam problem był jak najbardziej realny. Węgiel zalegający pod centrum był zbyt cenny, by władze z niego zrezygnowały, a próby technicznego opanowania sytuacji nie zapobiegły wielkim deformacjom terenu.

W tekstach pojawiają się wzmianki o podsadzce płynnej, o zaangażowaniu specjalistów, o pękających ścianach i o tym, że całe miasto zaczęło pokrywać się plombami kontrolnymi zakładanymi na szczelinach murów. To niezwykle sugestywny obraz: Bytom nie tylko był zniszczony wojną i biedą, ale dosłownie zaczynał pękać od środka.

Pękające kościoły, zagrożone szpitale, osiadające osiedla

Druga z relacji skupia się właśnie na tej katastrofie budowlanej. Padają tam alarmujące liczby dotyczące uszkodzonych budynków, a także opisy szkód w kościołach, szkołach, szpitalach i obiektach użyteczności publicznej. Nie każdą cyfrę trzeba przyjmować bezkrytycznie, ale ogólny obraz nie pozostawia wątpliwości: Bytom był już wtedy miastem głęboko naruszonym przez eksploatację górniczą.

Szczególnie mocno brzmią opisy osiadających terenów, przechylonych domów i budynków wymagających natychmiastowych zabezpieczeń. Autorzy wspominają nawet o świątyniach, których wieże i sklepienia zaczęły zdradzać niepokojące oznaki ruchu. To jedna z tych relacji, które czyta się niemal jak kronikę nadciągającej katastrofy.

W tej samej części pojawia się również motyw nowych standardów budowlanych. Skoro grunt przestawał być stabilny, nowe obiekty musiały być projektowane inaczej: z mocniejszymi fundamentami, większym udziałem żelbetu i dodatkowymi zabezpieczeniami konstrukcyjnymi. To pokazuje, że problem szkód górniczych nie był chwilową anomalią, lecz czymś, co zaczynało trwale definiować przyszłość miasta.

Bytom 1957 — nie tylko opis miasta, ale i świadectwo pamięci

Obie relacje z „Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt” są mocne, chwilami gorzkie, a miejscami nawet brutalne w ocenach. Właśnie dlatego są tak interesujące. Pokazują nie tylko sam Bytom 1957 roku, ale również sposób, w jaki dawni mieszkańcy opowiadali sobie utratę swojego miasta. W tym sensie to nie tylko zapis ruin, biedy i szkód górniczych, lecz także dokument pamięci, emocji i powojennego pęknięcia świata.

Dla historyka lokalnego to źródła wymagające ostrożności, ale zarazem bardzo cenne. Czytane krytycznie, pozwalają uchwycić moment, w którym powojenny Bytom nie był już dawnym Beuthen, ale nie stał się jeszcze miastem odbudowanym i oswojonym w nowej formie. Był przestrzenią przejścia — pełną pyłu, niedoboru, pęknięć i niepewności.

Źródła

  • J. M., Beuthen OS. 1957 / Reiseeindrücke, „Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise”, nr 9, wrzesień 1957, s. 26–28.
  • Autor nieznany, Was wird aus Beuthen OS.? Die Polen greifen den Sicherheitspfeiler an, „Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise”, nr 12, grudzień 1957, s. 32–33.
0
0

Read more

Stylizowana grafika w klimacie retro przedstawiająca przedwojenny Bytom (Beuthen). Po lewej zabytkowa ulica z kamienicami, dorożkami i starym tramwajem. Po prawej mapa miasta oglądana przez szkło powiększające. Widoczne napisy: "Bijące Serce Dawnego Bytomia", "Z moich lat szkolnych w Bytomiu (1900 - 1914)", "Autor: Otto Fuhrmann" oraz stempel "Wirtualny Spacer"

Kroniki Dawnego Bytomia: Awantury, cuda i magia jarmarków. Bijące serce dawnego miasta (lata 1900-1914) WIRTUALNY SPACER!

Awantury, Cuda i Magia Jarmarków: Bijące Serce Dawnego Bytomia

Prolog: Wąski świat kamienicy

Wszystko zaczęło się w huczną noc sylwestrową 1900 roku. Między oknami kamienic przy Große Blottnitzastraße falował tłum wykrzykujący życzenia, zewsząd strzelały petardy, a potężne dzwony wszystkich bytomskich kościołów huczały, stając w szranki z przeciągłym wyciem syren okolicznych kopalń.

To właśnie w tym gwarnym, fascynującym świecie sześcioletni Otto chłonął miasto wszystkimi zmysłami.

Jego kamienica pod numerem 41 była niesamowitym, wielokulturowym tyglem. Na dole urzędował żydowski kupiec Neuländer, od którego z okazji świąt sąsiedzi dostawali macę, a w głębokich ciemnościach korytarza mieszkał stary górnik Hannek. Codziennie wracał z szychty z lampą olejową i puszeczką słomek służących w kopalni za lont, by później przy bardzo słodkiej kawie raczyć dzieciaki opowieściami o Skarbniku i wojnie z 1870 roku. Podwórko było królestwem błąkających się urwisów, gubiących guziki od spodni podczas gry w „Knöppespiel” i zbijających szyby rzutami w „Klippe”. Z ulicy z kolei dobiegało nawoływanie Włocha Belfiego, który z dwukołowego wózka sprzedawał owocowe lody, reklamując je łamaną niemczyzną: „Tutti Frutti!”.

Ten bezpieczny, domowy mikrokosmos skończył się jednak wielkanocną wiosną, gdy trzeba było przekroczyć granice znanej ulicy i rozpocząć naukę w pozbawionym ozdób, surowym, ceglanym gmachu Szkoły nr III.

Stylizowany baner w formacie 16:9 przedstawiający secesyjny Bytom z lat 1900-1914. Po lewej ilustracja Rynku z tramwajami, po prawej stara mapa z 6 trasami spacerów. Na dole przycisk: Uruchom interaktywną mapę.

Kliknij powyższą grafikę, aby uruchomić interaktywną mapę!

Przenieś się w czasie i odkryj zapomniane historie Bytomia. To nie jest zwykła grafika, to kompleksowe narzędzie, w którym znajdziesz:

  • 🎧 6 niezależnych spacerów z audioprzewodnikiem: Załóż słuchawki i pozwól lektorowi poprowadzić Cię przez najciekawsze zakamarki dawnego miasta.
  • 🗺️ Tryb swobodnego przeglądania: Zejdź z wyznaczonego szlaku i eksploruj mapę we własnym tempie.
  • 🔍 Tryb Badacza: Narzędzie dla prawdziwych pasjonatów historii! Możesz samodzielnie przesuwać znaczniki i edytować opisy. (Wszystkie wprowadzane zmiany są bezpieczne – zapisują się wyłącznie lokalnie w Twojej przeglądarce).

Wyobraź sobie, że stoisz na dawnej ulicy Szpitalnej (Hospitalstraße). Z piwnicy pobliskiej szkoły wychyla się „Pudell”, stary woźny, który po godzinach dorabia jako szewc i miejski latarnik. Nagle naprzeciwko, w remizie strażackiej, rozlega się głośny dźwięk trąbek. Z hukiem otwierają się potężne bramy, a zaprzęgi wypadają na bruk; spod kopyt koni sypią się iskry, gdy wozy pędzą do kolejnego pożaru. My, uczniowie, z niecierpliwością odliczamy minuty do końca lekcji, by pobiec ich śladem.

Ruszamy dalej w miasto. Z okienka piwnicznego uderza w nas stęchły zapach starych ziemniaków, który za rogiem, przy małej uliczce Kościelnej, bezbłędnie miesza się z aromatem wędzonych ryb od „Śledziowego Böhma”. Gdy tylko przekraczamy próg jego narożnego sklepu, ten zapachowy dwudźwięk uderza w nozdrza jako potężny trójdźwięk, potęgowany przez niezwykle ostrą woń sera.

Wpadamy na wybrukowany kocimi łbami Rynek, tętniące życiem serce Bytomia. Przed ratuszem w swoich dorożkach drzemią fiakrzy, ubrani w czarne, lakierowane cylindry z białą wstążką. Jesteśmy w prawdziwej dzielnicy konfekcyjnej – przed sklepami wietrzą się garnitury, a kupcy dosłownie wyłapują klientów prosto z ulicy. Handel tutaj to głośna, nieustępliwa gra towarzyska. Klient rzuca swoją cenę i odwraca się na pięcie, a kupiec wybiega za nim, zawraca go do środka i zacięte targowanie zaczyna się od nowa.

Dzikie rubieże, letnie jarmarki i niedzielny relaks

Miasto miało jednak nie tylko swoje eleganckie, kupieckie oblicze, ale i dzikie, chuligańskie rubieże. Na północy, tam gdzie przy ulicy Szerokiej kończyła się zwarta zabudowa i zaczynało rozległe Pole Paniów (Paniover Feld), trwała nieustanna wojna. My, bytomskie chłopaki, musieliśmy zaciekle bronić naszego terytorium do puszczania latawców przed zuchwałymi bandami z Rozbarku. To nie były przelewki! Bitwy toczyły się wedle pradawnych, niemal greckich reguł: najpierw obrzucaliśmy się wyzwiskami, by chwilę później sięgnąć po twarde kamienie, a na koniec zewrzeć się w bezlitosnych zapasach i rwać za włosy. Żartowaliśmy wtedy, że gdyby nadburmistrz Brüning widział nasze heroiczne szarże w obronie Bytomia, z pewnością w nagrodę powiesiłby nam na szyjach swój złoty łańcuch urzędowy.

Jednak największe, absolutnie magiczne szaleństwo ogarniało miasto latem, podczas trwających okrągły tydzień zawodów strzeleckich. Wyobraź to sobie: Plac Moltkego, Rynek Sienny i wszystkie okoliczne uliczki zamieniały się w jeden wielki, pulsujący życiem jarmark! Powietrze gęstniało od wrzasków naganiaczy, którzy przed każdą budą wygłaszali tak niesamowite, kwieciste przemówienia, że ich słowa wpadały w ucho i zostawały w głowie na całe życie. Wciskając się w spocony, rozentuzjazmowany tłum, można było usłyszeć przez gumowe węże prawdziwy cud techniki – fonograf Edisona, albo wejść do pierwszego teatru „Bioscop”. Gdzie indziej cyrk Pioliego kusił tresowanymi psami i małpami, a w półmroku namiotów iluzjonista Ben Ali Bej – który pewnie w rzeczywistości nazywał się po prostu Lehmann – dokonywał niemożliwego. Kawałek dalej, tuż obok gabinetu figur woskowych, prężyli się ludożercy i egzotyczne plemię Bondalla z żonami i dziećmi. Siłacze rwali łańcuchy, tajemnicze kobiety z zawiązanymi oczami wieszczyły przyszłość, a pieśniarze jarmarczni zawodzili mrożące krew w żyłach ballady, podczas gdy dosłownie krok dalej można było spotkać prawdziwego, przestrzelonego wroga z wojen burskich!

Ten szalony miejski pęd kończymy niedzielnym popołudniem na wyciszonej Promenadzie. Mijamy miejską łaźnię, gdzie mieszczanie zażywają rzadkich w swych domach kąpieli w wannach, oraz wielką, tryskającą wodą fontannę. Zaglądamy przez siatkę do małego bytomskiego ZOO, podziwiając sarny, pawia i sowy ufundowane przez wszechobecnego radnego Hakubę. Nad Stawem Gondolowym rzucamy ukradkiem okruchy złotym rybkom, by ostatecznie wspiąć się na „Wzgórze Miłości”. Tam, w grocie uformowanej z resztek kopalnianej hałdy, obok uwięzionej za kratami Królewny Śnieżki, uśmiechają się do nas dziesiątki terakotowych krasnali ogrodowych, znajdując tu ostateczny azyl przed zmianą trendów w miejskich ogródkach.

Materiały źródłowe

Tytuł polski: Z moich lat szkolnych w Bytomiu (1900 – 1914)
Tytuł oryginalny (DE): Aus meiner Schuljungenzeit in Beuthen (1900 – 1914)
Autor: Otto Fuhrmann

Opublikowano na łamach:
Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt (1968)
Wydania: Kwiecień 1968 (nr 4) | Maj 1968 (nr 5) | Czerwiec 1968 (nr 6) | Lipiec 1968 (nr 7)

1
0

Read more