
Halerz z górnikiem. Jak Bytom wybił własną tożsamość w srebrze
Od książęcych denarów przechodzimy do miasta: halerzy, pieczęci ławniczej, wspólnej mennicy Bytomia i Gliwic, sporów o dawne prawa oraz monet odnalezionych po wiekach w skarbach.
W pierwszej części tej historii najważniejsze były srebro, kopacze srebra i książęta bytomscy. Śledziliśmy początki mennictwa, tajemnicze denary Piastów i to, jak uderzeniem stempla w kruszec manifestowano władzę nad regionem.
Teraz schodzimy z dworu książęcego prosto na miejski bruk. W późnym średniowieczu Bytom miał już nie tylko górnicze zaplecze. Miał także własną monetę miejską. Na niewielkim, niepozornym krążku zwanym halerzem pojawił się znak, którego nie da się pomylić z niczym innym: sylwetka górnika przy pracy.
Nie był to przypadek. W kilkunastu milimetrach srebra zamknięto potężną opowieść o mieście, które potrafiło przenieść swoje największe atuty — złoża, rzemiosło i niezależność — prosto do sakiewek ówczesnych mieszkańców.
Od książąt do miasta
O ile denary przypisywane bytomskim książętom były politycznym manifestem w mikroskali, o tyle halerze miejskie prowadzą nas w zupełnie inną rzeczywistość. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj sam gród. Ze źródeł oraz zachowanych numizmatów jasno wynika, że w późnym średniowieczu Bytom dysponował własną emisją.
Co ciekawe, mennica obsługiwała również sąsiednie Gliwice, jednak monety bito przede wszystkim pod szyldem bytomskim. To właśnie dlatego w numizmatyce do dziś funkcjonuje pojęcie „halerzy bytomskich”, a nie gliwickich. Wspólna mennica nie osłabiała bynajmniej roli Bytomia — wręcz przeciwnie, czyniła z niego główny punkt ciężkości na lokalnej mapie obrotu pieniądzem.
Halerz nie służył wielkim transakcjom handlowym. Był drobnym, codziennym pieniądzem targu i rzemiosła. Czymś, co regularnie przechodziło z rąk do rąk. I właśnie dlatego był nośnikiem idealnym dla miejskiej tożsamości.
Halerz bytomski — mała moneta, mocny znak
Wyobraźmy to sobie: zaledwie 13 milimetrów średnicy. Na tak małej powierzchni łatwo zgubić detal. Jednak najwyraźniejszy typ bytomskiego halerza niósł przekaz prosty i mocny. Na awersie dumnie prezentował się orzeł śląski, a na rewersie — człowiek rąbiący skałę kilofem.
Zamiast wizerunku władcy, tarczy herbowej czy wyidealizowanego świętego, miasto zdecydowało się wybić zawód. Zwykłą, ludzką pracę. Wizerunek górnika, choć dzisiaj na Śląsku wydaje się czymś zupełnie naturalnym, w średniowiecznej ikonografii monetarnej był niesamowicie wymownym dowodem dumy z lokalnych zasobów.
Pieczęć ławnicza, czyli starszy brat halerza
Górnik z kilofem nie pojawił się na monecie przypadkowo. Ten plastyczny motyw to bezpośrednie nawiązanie do starszej tradycji miasta — a konkretnie do dawnych pieczęci (badanych przez naukę zwaną sfragistyką). Znamy go z pieczęci ławniczej Bytomia, zwanej Sigillum scabinorum in Bithom, której używano już w okolicach połowy XIV wieku.
Obydwa nośniki operowały tym samym słownikiem wizualnym: łączyły orła śląskiego z górnikiem. Różnica polegała na ich funkcji. Pieczęć uwierzytelniała akty prawne, a moneta cyrkulowała w kieszeniach rzemieślników.
Halerz nie był jednak fotograficzną kopią pieczęci. Mincerz dysponował zaledwie kilkunastoma milimetrami miejsca, a twardy stempel wymagał innej techniki rytu. Dlatego moneta nie powielała każdego detalu, lecz genialnie nawiązywała do najważniejszego, utrwalonego już znaku miasta.
MONETA DE BITHOM — Bytom wygrawerowany w srebrze
Średniowieczna moneta to często łamigłówka z brakującymi literami. Miejsca na małym krążku było jak na lekarstwo, a stemple po tysiącach uderzeń potrafiły być po prostu niedbałe. Mimo to bytomskie halerze wyraźnie krzyczały, skąd pochodzą.
Najważniejsza łacińska formuła, z jaką możemy się spotkać, to MONETA DE BITHOM. W innych wariantach mincerze ratowali się skrótami lub ozdobnymi inicjałami.
Miasto rozpisane na warianty
- MONETA DE BITHOM
- pełna, elegancka formuła deklarująca z dumą: „moneta z Bytomia”.
- BITHUM
- często spotykany średniowieczny zapis fonetyczny.
- BITU
- drastyczny skrót uwarunkowany ciasnotą stempla.
- Gotycka litera B
- minimalistyczny znak skrótowy, często ozdobnie wpisywany w popularny motyw trójliścia.
Bytom i Gliwice — dwa miasta, jedna potrzeba
Oba zaprzyjaźnione w interesach miasta potrzebowały drobnego bilonu do smarowania lokalnej gospodarki. Uruchomienie dwóch odrębnych, w pełni niezależnych rzemieślniczo mennic było po prostu nieopłacalne. Wspólny warsztat rozwiązujący ten problem był czystym pragmatyzmem.
Z punktu widzenia bytomskiej ambicji miało to jednak kluczowe znaczenie: skoro na monetach obiegowych w obu miastach bito nazwę i insygnia Bytomia, to właśnie on narzucał narrację. Stawał się swoistym bankiem centralnym dla okolicznych rynków i targu.
Zaginiony przywilej i ślady w dokumentach
Tu zaczynają się prawdziwe schody dla historyków. Do dzisiaj nie odnaleziono prostego aktu prawnego, w którym władca nadawałby Bytomiowi przywilej bicia własnej monety. Gdyby taki dokument leżał bezpiecznie w archiwum, sprawa byłaby znacznie prostsza.
Zamiast tego badacze muszą opierać się na rozproszonych śladach. Franz Gramer, wielki XIX-wieczny kronikarz Bytomia, nie znał jeszcze średniowiecznych halerzy z górnikiem. Wspominał jedynie o niepewnych, późniejszych monetach z lat 1612 i 1624, o których słyszał, że znajdują się w prywatnych rękach. Nie stanowiły one jednak dla ówczesnych żadnego mocnego dowodu na istnienie miejskiej mennicy.
Dla średniowiecznego pieniądza znacznie cenniejsze są inne, z pozoru błahe wzmianki. W 1482 roku zapisano darowiznę kościelną w wysokości 10 marek, którą wyrażono wprost w „bytomskiej monecie”. To niezwykle ważny szczegół — dowodzi, że bytomski halerz funkcjonował w tamtym czasie jako pełnoprawny punkt odniesienia w lokalnej księgowości i gospodarce.
Drugim twardym dowodem jest miejska petycja z 1584 roku. Magistrat wspomina w niej, że jeszcze ponad sto lat wcześniej w Bytomiu działała mennica, która obsługiwała również sąsiednie Gliwice. To pokazuje, jak mocno w mieście zakorzeniła się pamięć o dawnym uprawnieniu.
- Rok 1482 Zapis majątkowej darowizny wyrażonej oficjalnie w „bytomskiej monecie”.
- Rok 1584 Petycja magistratu wspominająca dawną mennicę Bytomia, która zaopatrywała w bilon także Gliwice.
- Lata 1612 i 1624 Niepewne, nowożytne monety wspominane przez kronikarza Franza Gramera jako obiekty kolekcjonerskie.
Mennica ostatecznie musiała zamilknąć pod koniec XV wieku. Wraz z postępującą centralizacją prawa menniczego, od początku XVI stulecia halerze bytomskie definitywnie znikają z wykazów oficjalnych środków płatniczych krążących po Śląsku.
Spór o Münzgeld, czyli cień dawnego prawa
Pamięć o miejskiej mennicy przetrwała nie tylko w opowieściach, ale też w twardych realiach finansowych. W XVIII wieku dawne prawo stało się bowiem powodem poważnego sporu podatkowego.
W 1722 roku magistrat bytomski złożył obszerną skargę znaną jako Gravamina. Osią konfliktu był Münzgeld, czyli roczny podatek menniczy. Ówczesny pan stanowy, hrabia Karol Józef Henckel von Donnersmarck, konsekwentnie egzekwował od mieszczan kwotę 19 talarów i 10 srebrnych groszy. Z perspektywy miasta sytuacja była absurdalna: magistrat domagał się zwolnienia z opłaty za przywilej korzystania z mennicy, która nie działała od stuleci.
W 1744 roku Bytom podjął jeszcze jedną próbę odwrócenia sytuacji, starając się o oficjalne przywrócenie prawa do bicia drobnych półkrajcarówek. Próba ta nie przyniosła jednak skutku, a miejski pieniądz pozostał już wyłącznie echem przeszłości.
Ten wątek doskonale pokazuje, że średniowieczne przywileje potrafiły żyć własnym życiem. Czasem obciążały portfele mieszczan jeszcze długo po tym, jak ostatnie wybite przez nich monety pokryły się ziemią i patyną.
Notgeld — wojenny powrót do własnego pieniądza
Zrobimy na chwilę skok w czasie. Podczas I wojny światowej na terenie całych Niemiec — i w Bytomiu również — powrócił koncept własnego pieniądza miejskiego. Tym razem jednak powodem nie była rzemieślnicza duma, a desperacja i pustki w kasach.
Pieniądz zastępczy, czyli słynny Notgeld, miał ratować obrót gospodarczy z powodu drastycznego braku bilonu państwowego. Choć lokalny patriotyzm często gościł na banknotach i żetonach awaryjnych, był to epizod wymuszony kryzysem, a nie romantyczna kontynuacja średniowiecznego prawa menniczego.
Skarby z ziemi, czyli dlaczego te monety są tak rzadkie?
Przez lata bytomski halerz uchodził niemal za białego kruka śląskiej numizmatyki. Dopiero na początku XX wieku na jaw wyszły fascynujące odkrycia.
W 1902 roku w Wiczkowicach pług wyorał wielki garniec pełen monet. Skarb liczył ok. 4000 sztuk. Znalazło się w nim… dokładnie 5 halerzy bytomskich. Rok później, w ogromnym znalezisku w Starym Śleszowie (ok. 1000 sztuk kruszcu), wyłowiono kolejne 5 bytomskich egzemplarzy. Później, w głuszy lasów rudzkich pod Jankowicami, z dwóch skrytych garnków udało się wyłuskać zaledwie jednego naszego halerza.
Tysiące odnalezionych monet i zaledwie kilka sztuk z bytomskim górnikiem — te liczby mówią same za siebie. Właśnie ta skrajna rzadkość występowania w ziemnych skarbach sprawia, że halerze są dziś tak cennym i poszukiwanym znaleziskiem dla historyków.
Zacięta licytacja w Halle i muzealny triumf
Prawdziwym świętem dla historii miasta był rok 1926. W renomowanym domu aukcyjnym w Halle nad Soławą pod młotek trafiła spektakularna kolekcja wrocławskiego zbieracza, Gustava Striebolla.
Dla włodarzy bytomskiego muzeum była to jedyna okazja, aby przywrócić pamięć w formie fizycznej. Po zażartej licytacji, na której prężyli muskuły także emisariusze z muzeów w Berlinie i Gliwicach, Bytom zdołał wygrać i odzyskać sześć arcyrzadkich numizmatów, w tym książęce denary oraz halerze z górnikiem.
Lekcja ostrożności, czyli jedna litera zmienia wszystko
Badanie starych monet wymaga cierpliwości, a jeden źle odczytany detal potrafi zmienić całą interpretację. Doskonałym tego przykładem jest praca Borysa Paszkiewicza, który w 1994 roku zweryfikował dawne ustalenia Ferdynanda Friedensburga. Chodziło o monetę Fbg 817/508, którą przez lata łączono z Bytomiem z powodu litery „B” i niewyraźnej legendy odczytywanej jako „BOTI”.
Ponowna analiza kształtu liter i charakterystycznego układu orła przyniosła jednak inne wnioski. Według badacza krążek wcale nie pochodził z bytomskiej mennicy, lecz należał do wczesnocieszyńskich emisji z czasów Bolesława I. To świetny dowód na to, że w numizmatyce nawet najmniejszy szczegół wymaga ciągłej, krytycznej weryfikacji.
Zakończenie: górnik, który przetrwał wieki
Historia bytomskiego pieniądza zaczęła się od książęcych ambicji, ale jej najciekawszy rozdział napisało samo miasto. O ile piastowskie denary były echem wielkiej polityki, o tyle halerze stanowią pomnik rzemieślników, kupców i lokalnej gospodarki.
Zamiast wzniosłych idei, miasto postanowiło utrwalić na srebrze człowieka rąbiącego skałę kilofem. Zrozumiało bowiem doskonale, gdzie naprawdę bije tętno jego potęgi. I choć po dawnej mennicy do dziś hula w archiwach wiatr historii, a o dawnym przywileju przypominały głównie spory o Münzgeld, ten mały, 13-milimetrowy krążek broni się sam.
To prawdopodobnie najmniejsza, ale najsilniejsza opowieść o tożsamości dawnego Bytomia, jaką kiedykolwiek stworzono.
Bibliografia i źródła
- Ferdinand Friedensburg, Schlesiens Münzgeschichte im Mittelalter, t. 2, 1888.
- Borys Paszkiewicz, Średniowieczne monety Księstwa Cieszyńskiego, „Pamiętnik Cieszyński”, t. 9, 1994.
- Franz Gramer, Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, 1862–1863.
- Dokument z 1482 r. (darowizna na rzecz ołtarza św. Zygmunta z zapisem o „bytomskiej monecie”).
- Petycja miejska Bytomia do margrabiego Jerzego Fryderyka z 1584 r.
- Skarga magistratu bytomskiego (Gravamina) z 1722 r. w sprawie podatku Münzgeld.
- Katalog aukcyjny firmy A. Riechmann & Co. (kolekcja Gustava Striebolla), Halle, 1926.
- Dokumentacja znalezisk numizmatycznych ze skarbów śląskich (Wiczkowice 1902, Stary Śleszów 1903, okolice Jankowic/lasy rudzkie).



