Skip to contentSkip to main navigationSkip to footer

Category

Świętochłowice

Historyczny kolaż ukazujący przedwojenne przejście graniczne z tramwajami, stertę starych walizek podróżnych, operatora kamery na korbkę oraz taśmę filmową z wizerunkiem dawnego personelu szpitala w Piaśnikach.

SZPITAL NA POGRANICZU cz3. · Piaśniki, Lipiny i ludzie dr. Waltera Urtela 

CZĘŚĆ 3
SZPITAL NA POGRANICZU · Piaśniki, Lipiny i ludzie dr. Waltera Urtela

Klottka i zaginiony film

Granica, rozpad zespołu i pamięć o dawnych Piaśnikach

Część 1Część 2Część 3

Tramwaj nadal jechał tą samą trasą. Po 1922 roku zwykła podróż z Piaśnik do Bytomia stała się jednak przekraczaniem granicy państwowej.

Pasażerowie wysiadali, przechodzili przez odprawę i ponownie wsiadali do wagonu. Uczniowie jechali do szkół, robotnicy do pracy, rodziny w odwiedziny. Między nimi krążyły zakupy, wiadomości i przemycane butelki.

Symbolem tej codzienności stała się „Klottka”.

Dla Waltera Urtela i jego otoczenia granica oznaczała także powolny rozpad świata zawodowego. Niemieccy lekarze tracili stanowiska, wyjeżdżali albo byli wydalani. Później przyszły wojna, okupacja i kolejna zmiana władzy.

Po 1945 roku dawny zespół rozproszył się po Polsce, Niemczech, Austrii i Francji. Bonfilia Siwon pozostała na Śląsku. Ogrody szpitalne zabudowano, Turmhaus rozebrano, a wieżyczka zniknęła z dachu.

W 1977 roku dawni pracownicy mieli spotkać się jeszcze raz. Głównym punktem zjazdu był pokaz filmu nakręconego w Piaśnikach w 1935 roku.

Dziś nie wiadomo, gdzie znajduje się ta taśma.

Spis treści
  1. Nowa granica, dawne życie
  2. Klottka” — granica, kontrole i przemyt
  3. Tramwajem z Piaśnik do Bytomia
  4. Lekarze po niewłaściwej stronie granicy
  5. Wyjazd Urtela i powrót po niemieckiej agresji
  6. Rozpad zespołu i powojenne losy Bonfilii
  7. Zabudowane ogrody i zjazd dawnych pracowników
  8. Film, którego nie udało się odnaleźć
  9. Przeczytaj również
  10. Bibliografia i źródła
01

Nowa granica, dawne życie

Podział Górnego Śląska w 1922 roku przeciął obszar, który przez dziesięciolecia rozwijał się jako jeden organizm przemysłowy. Bytom pozostał w Niemczech. Świętochłowice, Lipiny i Piaśniki znalazły się w Polsce.

Na mapie była to nowa linia. W terenie przecinała drogi, kolej, tramwaje, zakłady i rodzinne kontakty.

Granica państwowa przecięła gęsto zabudowany, przemysłowy krajobraz Górnego Śląska. Widoczne przejście graniczne, a w tle kopalnia Hohenzollerngrube.

Piaśniki straciły część wcześniejszego znaczenia. Zarząd dawnego Schlesag przeniesiono do Bytomia, a stary niemiecki kapitał musiał odnaleźć się w nowej, poplebiscytowej rzeczywistości — w oficjalnych komunikatach spółka zaczęła posługiwać się równolegle trzema nazwami: polską, francuską i niemiecką. Szpital Hutniczy nadal jednak działał, a Walter Urtel, Bonfilia Siwon i część niemieckiego personelu pozostali na swoich stanowiskach.

Dawnych więzi nie dało się przerwać rozporządzeniem. Mieszkańcy mieli krewnych po obu stronach. Jeździli do pracy, szkół, lekarzy i sklepów. Niemiecki Bytom wciąż pozostawał naturalnym punktem odniesienia dla wielu ludzi z polskich już Piaśnik.

Każda taka podróż wymagała jednak dokumentów i kontroli.

Granica przebiegła przez środek codziennego życia.

02

„Klottka” — granica, kontrole i przemyt

Jednym z najważniejszych punktów nowej granicy między Piaśnikami a Bytomiem był polski budynek celny. Przez przejście prowadziła linia tramwajowa. Według wspomnień pasażerowie musieli opuścić wagon, przejść pieszo przez odprawę i po kontroli ponownie wsiąść do tramwaju.

Miejsce to potocznie nazywano „Klottką”. Wbrew pozorom nie była to unikalna nazwa własna tego konkretnego przejścia, lecz powszechnie funkcjonujące w ówczesnym górnośląskim żargonie określenie na zamknięte pomieszczenie urzędowe — komorę celną (Zollkammer), areszt, a nawet regularne więzienie.

Widok na posterunek celny, zwany potocznie „Klottką”. To tutaj podróżni zmuszani byli do opuszczania tramwajów, poddając się uciążliwym odprawom państwowym i regularnym rewizjom.

Niemieccy autorzy przedstawiali polskie procedury jako szczególnie uciążliwe. W zamkniętej przestrzeni „Klottki” państwowe przepisy każdego dnia bezwzględnie zderzały się z życiem mieszkańców pogranicza. Przeprowadzano tam szczegółowe rewizje osobiste (Leibesvisitation). Procedura ta budziła ogromny sprzeciw, ponieważ była wyjątkowo opresyjna i upokarzająca dla kobiet, które rutynowo zmuszano do udania się na bok w celu obmacywania w poszukiwaniu ukrytych towarów. W tym samym czasie mężczyźni nierzadko przechodzili bez większych przeszkód.

Zdarzała się również niebezpieczna nadgorliwość funkcjonariuszy. Udokumentowano przypadki, w których celnicy potrafili zniszczyć prywatne przedmioty medyczne pod pretekstem szukania kontrabandy (np. rozcinając płócienny pas przepuklinowy), za co urząd musiał potem wypłacać poszkodowanym rekompensatę ze środków państwowych.

Mimo rygoru, przez granicę nieustannie próbowano przewozić żywność, alkohol i drobne towary. Celnicy często pochodzili z tego samego regionu co kontrolowani pasażerowie, doskonale znali miejscową mowę i obyczaje.

Jedna z anegdot opowiada o lekarzu wezwanym na zaplecze pod pretekstem rzekomych nieprawidłowości (Unstimmigkeiten) w dokumentach pojazdu. W biurze funkcjonariusze sprawnym ruchem wyjęli spod jego płaszcza przemycaną butelkę alkoholu, traktowaną jako „lekarstwo” na poprawę nastroju i nieformalną opłatę. Po tej dyskretnej konfiskacie dokumenty natychmiast przestały budzić zastrzeżenia. Choć historia mogła zostać podkoloryzowana, doskonale oddaje ówczesną pragmatyczną zasadę pogranicza: „służba to służba, a wódka to wódka” (Dienst war Dienst, und Schnaps war Schnaps).

W pobliżu „Klottki” miała się również rozegrać opisana w poprzedniej części nocna droga archiprezbitera Musialika. Nie wiadomo, czy chorego przewieziono przez sam punkt odprawy, czy przekroczono granicę w jego sąsiedztwie.

Codzienność na zielonej granicy miała jednak również swoje brutalne oblicze. Nielegalne przekraczanie kordonu wiązało się z ogromnym ryzykiem utraty życia. W 1937 roku w pobliżu Lipin, przy szybie Marcin (Martinschacht), straż graniczna otworzyła ogień do uciekającej grupy przemytników. Ciężko ranni trafiali prosto na bloki operacyjne Szpitala Hutniczego w Piaśnikach – tak jak 24-letni Paul Hunger z Lipin, operowany natychmiast po postrzale w podbrzusze, którego rokowania oceniano jako krytyczne.

03

Tramwajem z Piaśnik do Bytomia

Wśród osób regularnie przekraczających granicę był Jürgen Urtel, młodszy syn ordynatora.

Najpierw uczęszczał do niemieckiej szkoły mniejszościowej w Lipinach. Od Wielkanocy 1928 roku był uczniem bytomskiej Oberrealschule, nazywanej „Tuschkasten”, czyli „Pudełkiem z farbami”. W wykazie klasy z 1929 roku figuruje uczeń zapisany jako W.-J. Urtel.

Każdego szkolnego dnia Jürgen jechał z polskich Piaśnik do niemieckiego Bytomia. Oznaczało to bezwzględną konieczność posiadania dokumentów, opuszczania tramwaju, wchodzenia do komory celnej i oczekiwania — nierzadko w sporym stresie związanym z ewentualną rewizją — na dalszy przejazd.

Tramwaj zmierzający do Bytomia (Beuthen). To właśnie tą trasą młody Jürgen Urtel codziennie dojeżdżał z Piaśnik do szkoły, systematycznie przekraczając granicę państwową.

Granica powiatów – Miasto Beuthen – Powiat Świętochłowice

W tym miejscu granica administracyjna była jednocześnie granicą państwową. Tory biegły dalej, lecz pasażer znajdował się już w zupełnie innym systemie prawnym.

Historię szkoły Jürgena ująłem szerzej w materiale „Tuschkasten — bytomska Oberrealschule w 1928 roku”:

Przejdź do materiału uzupełniającego

Po wojnie Jürgen odnajdywał dawnych uczniów i nauczycieli oraz organizował spotkania absolwentów. Z czasem podobne poszukiwania objęły personel szpitali jego ojca.

Próbował odtworzyć utracony świat z fotografii, nazwisk i adresów.

04

Lekarze po niewłaściwej stronie granicy

Po podziale regionu niemiecki personel medyczny stopniowo tracił wcześniejszą pozycję w instytucjach po stronie polskiej. Znaczenie miały obywatelstwo, język, prawo wykonywania zawodu, umowy i polityka kadrowa nowego państwa.

Późniejsza prasa ziomkowska przedstawiała ten proces jako systematyczne wypieranie Niemców z ojczyzny. Rzeczywistość była bardziej złożona, lecz utrata stanowisk i zawodowego bezpieczeństwa była realna.

Kurt Gebhardt pochodził z Lipin. Jego ojciec pracował jako inżynier w walcowni cynku. Po studiach Gebhardt został asystentem Urtela w Piaśnikach. 30 października 1924 roku wydalono go z polskiej części Górnego Śląska.

Nie znamy dokładnej podstawy decyzji. Kilka miesięcy później pracował już w Szpitalu Spółki Brackiej w Bytomiu. Granica odebrała mu miejsce, z którym był związany rodzinnie i zawodowo.

Jeszcze silniej Urtelowie zapamiętali los dr. Otto Ulotha (ur. 1865), dawnego przełożonego Waltera i wuja Aenne. Ten doświadczony medyk (dyplom uzyskał w 1892 roku) był postacią o ugruntowanej pozycji — od początku XX wieku nie tylko kierował miejscowym lazaretem brackim (Knappschafts-Lazarett) w Bielszowicach, ale należał również do lokalnej elity, zasiadając jako reprezentant w tamtejszym przedstawicielstwie gminnym.

Jeszcze w urzędowym spisie lekarzy polskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na lata 1926–1927 Uloth figurował na swoim stanowisku w Bielszowicach. Jednak niedługo później, w okresie letnich wakacji 1927 roku, został zwolniony w trybie natychmiastowym („fristlos”) przez polską administrację i zastąpiony polskim lekarzem.

Zwolnienie to wywołało u niego ogromny wstrząs nerwowy i utratę służbowego mieszkania. Zmarł po ciężkiej chorobie 8 stycznia 1929 roku w samym Szpitalu Hutniczym w Piaśnikach, gdzie Walter Urtel — jego dawny asystent i mąż siostrzenicy Änne — miał według relacji rodzinnej kilkakrotnie próbować ratować go operacyjnie.

Nekrolog dr. Otto Ulotha, opublikowany w styczniu 1929 roku. Ten wybitny lekarz i wuj rodziny Urtelów zmarł w Piaśnikach krótko po tym, jak polskie władze pozbawiły go stanowiska ordynatora w Bielszowicach.

Jego pogrzeb w Bytomiu, zaplanowany na 12 stycznia, przekształcił się w wielką demonstrację polityczną. Fakt, że Uloth przez lata był liderem lokalnej społeczności, doskonale tłumaczy skalę tego wydarzenia. Kondukt żałobny opisywano jako niekończący się, a na przejściach granicznych utworzyły się ogromne zatory, ponieważ niemieckie organizacje z polskiej strony Śląska masowo przekraczały granicę, aby wziąć w nim udział.

05

Wyjazd Urtela i powrót po niemieckiej agresji

Walter Urtel pozostał w Piaśnikach przez cały okres obowiązywania górnośląskiej konwencji genewskiej. Gdy wygasła w 1937 roku, jego praca w polskiej części regionu dobiegła końca. Nie był to jednak wyjazd dobrowolny.

15 września 1937 roku Wydział Zdrowia polskiego Urzędu Wojewódzkiego ostatecznie zakazał Urtelowi – jako obywatelowi niemieckiemu (Reichsdeutscher) – dalszego wykonywania praktyki z rygorem natychmiastowym, mimo że pierwotnie posiadał zezwolenie na pobyt i pracę do 1 grudnia. Po zignorowaniu wezwania, polski lekarz powiatowy ze Świętochłowic osobiście zakazał mu wstępu na teren szpitala. Nowym dyrektorem placówki został dr Alfred Barlik, który przybył z Poznania i kierował szpitalem aż do 1945 roku. Niemiecka prasa propagandowa (m.in. „Ostland”) z tamtego okresu wykorzystała ten incydent, sprowadzając decyzję władz do zawiści polskich lekarzy i osadzając ją w ramach krytyki tzw. „Systemu Grażyńskiego”.

Urtel z czasem objął posadę w Pyskowicach. Według nekrologu zreorganizował tamtejszą nierentowną placówkę, doprowadzając ją do dobrego stanu organizacyjnego i finansowego.

W 1938 roku do Pyskowic przeniosła się Bonfilia. Została przełożoną sióstr i ponownie organizowała pracę szpitala. Jej decyzja pokazuje siłę zawodowej więzi z Urtelem. Nie była przypadkową pielęgniarką podążającą za lekarzem, lecz sprawdzoną organizatorką jego zespołu.

We wrześniu 1939 roku Niemcy napadły na Polskę. Świętochłowice, Lipiny i Piaśniki zostały zajęte i wcielone do III Rzeszy. Urtel miał ponownie objąć kierownictwo lub nadzór nad dawnymi placówkami w Piaśnikach, Wirku i Nowym Bytomiu.

Prasa ziomkowska nazywała to powrotem.

Nie był to jednak zwykły powrót lekarza do dawnego miejsca pracy. Z powojennych polskich publikacji medycznych (m.in. „Śląskiej Gazety Lekarskiej”) wyłania się obraz jego bliskiej współpracy z aparatem okupacyjnym. Według tych relacji Urtel pełnił funkcję „męża zaufania” niemieckiej izby lekarskiej na Śląsku. Autorzy artykułów zarzucali mu wykorzystywanie doskonałej znajomości lokalnego środowiska do bezwzględnego oceniania śląskich medyków. Choć prasa z końca lat 40. posługiwała się ostrym, rozliczeniowym językiem, pewnym faktem pozostaje, że za swoją działalność organizacyjną w strukturach niemieckich dr Urtel otrzymał urzędowe podziękowanie w okólniku z 20 lutego 1943 roku.

Szerszy obraz okupacyjnej codzienności opisuję w artykule „Lipiny 1939–1944. Administracja, propaganda i codzienność wojny”:

Przejdź do artykułu uzupełniającego

Bonfilia zarządzała w Pyskowicach personelem i zaopatrzeniem. Według wspomnień przekazywała biedniejszym pacjentom część żywności otrzymywanej od zamożnych rolników.

Była sprawną przełożoną i osobą wrażliwą na ubóstwo. Pracowała jednak w systemie państwa prowadzącego wojnę i politykę terroru.

06

Rozpad zespołu i powojenne losy Bonfilii

W 1945 roku dawny świat Waltera Urtela rozpadł się ostatecznie. Lekarz uciekł na Zachód przed nadejściem Armii Czerwonej, pozostawiając na Śląsku cały majątek.

Zmiana granic przyniosła dla niego niezwykle poważne konsekwencje prawne – jego nazwisko znalazło się na polskiej urzędowej liście osób poszukiwanych, a ówczesne władze formułowały wobec niego ciężkie zarzuty, z wydawaniem pacjentów w ręce Gestapo włącznie. Bez wglądu w pełne, oryginalne akta śledcze trudno dziś jednak jednoznacznie oddzielić faktyczne zbrodnie od elementów powojennej propagandy i środowiskowych rozliczeń.

Od 1946 roku prowadził praktykę ogólną w bawarskim Rothenfels am Main (gdzie po wojnie osiadł jego starszy syn). Ostatnie lata życia spędził w Neckargemünd, gdzie zmarł na dusznicę bolesną 28 sierpnia 1961 roku w wieku 75 lat.

Wpis nr 25 z kościelnej księgi pogrzebowej w Neckargemünd.

Jego pierwsza żona, Aenne, po wojnie mieszkała w Prien am Chiemsee. Młodszy syn, Jürgen, osiadł w austriackiej miejscowości Rohrbach-Gölsen. Przez lata z ogromnym zaangażowaniem katalogował kontakty i organizował coroczne, kwietniowe zjazdy dawnych uczniów i nauczycieli bytomskiej Oberrealschule w Rothenfels am Main. Zmarł nagle 7 sierpnia 1983 roku, w wieku 65 lat.

Inni członkowie dawnego środowiska trafili do Niemiec i Francji. Z kolei dr Stefan Strumieński, dawny asystent ordynatora, przeniósł się na Ziemie Odzyskane – trafił do Szczecina, gdzie przez kolejną dekadę stał się wybitnym organizatorem powojennej medycyny i naczelnym ordynatorem miejskiego szpitala.

Bonfilia nie wyjechała.

Przez wiele lat zarządzała kościelnym gospodarstwem rolnym w Ptakowicach. Było to inne zajęcie niż praca w szpitalu, lecz nadal wymagało dyscypliny i organizacji.

Około 1970 roku przebywała w Zakładzie św. Jadwigi w Brzegu Dolnym. Była ciężko chora i nie mogła samodzielnie prowadzić korespondencji. Ostatnie dwa lata życia spędziła przykuta do łóżka.

Towarzyszyła jej dawna siostra ze szpitala w Pyskowicach. Opiekowała się nią zakonnica pochodząca z Chorzowa, również związana wcześniej ze środowiskiem Urtela.

Bonfilia zmarła 28 kwietnia 1973 roku, pięć dni po ukończeniu 88 lat (Późniejsze ogłoszenie podawało błędnie rok 1974).

Pogrzeb był skromny. Rodzina Urtelów złożyła na grobie bukiet goździków.

Po dziesięcioleciach i zmianie granic pozostał niewielki znak dawnej więzi.

07

Zabudowane ogrody i zjazd dawnych pracowników

W latach 70. szpital nadal funkcjonował, lecz jego otoczenie wyglądało już inaczej.

Dawne ogrody zabudowano. Obok oddziału kobiecego powstał blok mieszkalny, który Jürgen Urtel nazwał „brzydkim”. Była to ocena człowieka pamiętającego drzewa, alejki i otwartą przestrzeń.

Na najniższej kondygnacji bloku miał mieszkać i umrzeć Antoni Bukowy (wzmiankowany w niemieckich źródłach jako Bukowe). Ten polski lekarz z dyplomem lwowskiego uniwersytetu to postać o niezwykłym, tragicznym życiorysie. Był weteranem powstań śląskich i harcmistrzem, który w czasie II wojny światowej przeszedł przez piekło obozów koncentracyjnych w Dachau i Mauthausen-Gusen. Po ocaleniu powrócił do Lipin, pracując tam od przedwojnia (odebrał około 1500 porodów). Po 1945 roku przez kilkadziesiąt lat kierował miejską poradnią przeciwgruźliczą, służąc dokładnie tej samej społeczności, co niegdyś dr Urtel. Zmarł w 1971 roku.

W placówce pracowała jeszcze Heli Ahnert, należąca do dawnego personelu. Była jednym z ostatnich osobowych połączeń między szpitalem Urtela a instytucją działającą w Polsce Ludowej.

Jürgen przez około szesnaście lat zbierał adresy lekarzy, sióstr, sanitariuszy, laborantek i administratorów związanych z placówkami ojca. Na liście znaleźli się między innymi dr Kurt Gebhardt, dr Erwin Busse, dr Aleksander Ernst (wcześniej notowany jako Ernest), sanitariusz Kubon, siostry Bonfilia, Raimunda, Benizia i Rosula, dr Antoni Bukowy oraz Heli Ahnert.

Nie wszyscy pracowali równocześnie w Piaśnikach. Łączyła ich pamięć szpitali w Piaśnikach, Wirku, Nowym Bytomiu i Pyskowicach.

Spotkanie zaplanowano na 22 kwietnia 1977 roku w gospodzie Zum Hirschen w Rothenfels am Main, gdzie Walter Urtel po wojnie prowadził praktykę. Data ta nie była przypadkowa – spotkanie dawnego personelu medycznego zbiegło się z organizowanymi w tym samym miejscu, zawsze w ostatni weekend kwietnia, wielkimi zjazdami absolwentów bytomskiej Oberrealschule, których inicjatorem był Jürgen Urtel.

Po latach rozproszenia dawni lekarze, siostry i pracownicy szpitali mieli znów spotkać się w jednym miejscu.

08

Film, którego nie udało się odnaleźć

Największą atrakcją zjazdu miał być pokaz filmu:

Największą atrakcją zjazdu dawnych pracowników w 1977 roku miał być pokaz filmu nakręconego w Szpitalu Hutniczym. Do dziś nie udało się ustalić, co stało się z tą bezcenną taśmą.

To jedna z najbardziej niezwykłych informacji w całej historii szpitala.

Film powstał, gdy Urtel nadal kierował placówką, Bonfilia należała do najważniejszych osób w zespole, a wokół budynku rozciągały się jeszcze ogrody.

Nie znamy autora nagrania, jego długości ani formatu. Nie wiadomo, czy była to prywatna pamiątka, dokumentacja zakładowa czy zapis uroczystości. Źródło potwierdza jedynie tytuł i planowany pokaz w 1977 roku.

Możemy być pewni tylko tego, że film istniał co najmniej czterdzieści dwa lata po nakręceniu.

Później ślad się urywa.

Taśma mogła pozostać w rodzinie Urtelów, w Austrii, Rothenfels albo w zbiorach uczestnika spotkania. Mogła trafić do archiwum ziomkowskiego. Mogła także zostać zniszczona lub zapomniana w nieopisanym pudełku.

Film miałby dziś ogromną wartość, ponieważ pozwoliłby zobaczyć szpital, jego otoczenie i być może personel takim, jakim były w 1935 roku — bez pośrednictwa późniejszych wspomnień.

Pokazałby miejsce.

Być może ludzi.

Być może zwyczajny dzień pracy.

Urtel był cenionym chirurgiem i silnym organizatorem. Z jednej strony należał do niemieckiego establishmentu, z drugiej – jak udowodniły odnalezione polskie raporty – przysięga lekarska stała dla niego stanowczo ponad narodowościowymi podziałami.

Bonfilia była siostrą operacyjną, przełożoną, organizatorką i powiernicą pacjentów. Z równym oddaniem asystowała przy ratowaniu polskich żołnierzy, co przy potajemnych ucieczkach niemieckich internowanych. Po wojnie pozostała na Śląsku, choć dawny świat szpitala już nie istniał.

Dawny świat Szpitala Hutniczego w Piaśnikach. Personel zjednoczony wokół dr. Waltera Urtela, którego z czasem nieodwracalnie rozdzieliły zmiany granic, wojna i powojenne przesiedlenia.

Zniknęła wieżyczka.

Rozebrano Turmhaus.

Ogrody zabudowano.

Granica przestała istnieć.

Szpital trwał, lecz ludzie, którzy nadali mu dawny charakter, rozproszyli się albo umarli.

Pozostały fotografie, nazwiska i zapowiedź seansu z 1977 roku.

Być może gdzieś nadal leży pudełko opisane słowami:

Krankenhaus Piasniki 1935….
09

Przeczytaj również

Bibliografia i źródła Sekcja domyślnie zwinięta — kliknij, aby rozwinąć

Prasa i materiały źródłowe

  • „Kattowitzer Zeitung”, wydania z 9 stycznia 1929 r. oraz 25/26 września 1937 r.
  • „Ostdeutsche Morgenpost”, wydanie z 10 stycznia 1929 r.
  • „Gleiwitzer — Beuthener — Tarnowitzer Heimatblatt”, wybrane numery z lat 1961–1983.
  • „Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise”, wybrane numery z lat 1955–1966.
  • „Unser Oberschlesien”, numery z 1974 i 1977 roku.
  • „Ostland. Halbmonatsschrift für Ostpolitik”, Nr 19, wyd. Bund Deutscher Osten e.V., Berlin, 1 października 1937, s. 363.
  • „Śląska Gazeta Lekarska”, Rocznik I i II (1945–1946), artykuł: Z czasów okupacji. O działalności niemieckiej izby lekarskiej w Katowicach, wyd. Cieszyn 1947, s. 502–503.
  • Chronik der Industriegemeinde Lipine OS Kreis Kattowitz bis zum Jahre 1941 einschliesslich (maszynopis).
  • Sprawozdanie Związku Gospodarczego Lekarzy Polaków Województwa Śl. za rok 1934.
  • Urzędowy spis lekarzy uprawnionych do wykonywania praktyki lekarskiej (Wydawnictwo Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, 1926/1927).
  • Staatsarchiv Würzburg, akta sądu denazyfikacyjnego (Spruchkammer Lohr), sygnatura 1496, rocznik 1948.
  • Nekrolog Waltera Urtela z 1961 roku.
  • Wspomnienia Jürgena Urtela dotyczące Piaśnik, Bielszowic i bytomskiej Oberrealschule.
  • Teksty dotyczące Kurta Gebhardta, Otta Ulotha, Aenne Urtel, Bonfilii Siwon i dawnego personelu.
  • Zaproszenie na zjazd dawnych pracowników w Rothenfels am Main z 1977 roku.
  • Informacja o filmie „Krankenhaus Piasniki 1935”.
  • Encyklopedia Pomorza Zachodniego (pomeranica.pl), hasło: Stefan Strumieński.

Materiały ikonograficzne

  • fotografie i ryciny przejść granicznych („Klottka”, Łagiewniki);
  • skany z kroniki Lipin dotyczące tzw. „Starego Lazaretu”;
  • oryginalny nekrolog dr. med. Otto Ulotha z 1929 roku;
  • fotografia tramwaju typu Nordwaggon Bremen przy granicy Bytomia i powiatu Świętochłowice z 1932 roku;
  • kolaż podsumowujący (zespół dr. Waltera Urtela).

Relacje ustne

  • wspomnienie mieszkańca Turmhausu z lat 1958–1980.

Artykuły uzupełniające

  • „Tuschkasten — bytomska Oberrealschule w 1928 roku”.
  • „Lipiny 1939–1944. Administracja, propaganda i codzienność wojny”.
  • „Lipiny i Chropaczów — jak przemysł stworzył miasto z dymu”.

Poprzednie części cyklu

  • „Szpital z wieżyczką. Jak przemysł stworzył medyczne centrum Piaśnik”.
  • „Ludzie, którzy umierali na papierze. Konspiracja w Szpitalu Hutniczym w Piaśnikach”.
Szpital na pograniczu · część 3 z 3
0
0

Read more

Archiwalny kolaż w sepii przedstawiający kościół św. Augustyna w Lipinach, grupę uzbrojonych powstańców śląskich oraz siostry zakonne na tle sylwetki duchownego. Grafika promująca drugą część cyklu historycznego.

SZPITAL NA POGRANICZU cz2. · Piaśniki, Lipiny i ludzie dr. Waltera Urtela

CZĘŚĆ 2
SZPITAL NA POGRANICZU · Piaśniki, Lipiny i ludzie dr. Waltera Urtela

Ludzie, którzy umierali na papierze

Konspiracja w Szpitalu Hutniczym w Piaśnikach

Część 1Część 2Część 3

W późniejszych niemieckich wspomnieniach o Szpitalu Hutniczym w Piaśnikach powtarza się niezwykły motyw: pacjent uznany w dokumentacji za zmarłego miał w rzeczywistości nadal żyć.

Na papierze umierał. W rzeczywistości przygotowywano go do ucieczki.

Według tych relacji personel zdobywał dla niego cywilne ubranie i dokumenty, a następnie wyprowadzał go przez okno przy zabudowaniach gospodarczych. Strażników częstowano alkoholem, a ich karabiny miały być potajemnie rozładowywane.

Nie wiemy, ilu ludzi mogło opuścić szpital w ten sposób. Nie odnaleziono listy uciekinierów, sfałszowanych kart ani polskich raportów opisujących cały proceder. Większość szczegółów pochodzi z relacji niemieckiego personelu i rodziny Urtelów, spisanych wiele lat po wydarzeniach.

Źródła są jednostronne. Pokazują powstania przede wszystkim jako czas zagrożenia dla niemieckiej ludności, a pomoc udzielaną rodakom jako ratowanie ich przed śmiercią. Powtarzają się jednak nazwiska, miejsca i metody działania.

W centrum tej nieformalnej sieci mieli znajdować się Walter Urtel, Bonfilia Siwon, sanitariusz Kubon oraz niewielkie grono zaufanych sióstr.

Szpital leczył. Ale czasem również ukrywał.

Spis treści
  1. Szpital wciągnięty w konflikt
  2. Szkoła I, Gościniec Hutniczy i „polnisches KZ”
  3. Na papierze pacjent już nie żył
  4. Okno przy przyszpitalnym chlewiku
  5. Bonfilia, Kubon i zaufane siostry
  6. Feltner, Principini i nieznany Francuz
  7. Napad na dom i ostatnia droga Musialika
  8. Medycyna czy działalność polityczna?
  9. Zapowiedź części trzeciej
  10. Przeczytaj również
  11. Bibliografia i źródła
01

Szpital wciągnięty w konflikt

Walter Urtel objął placówkę w 1919 roku, gdy przyszłość Górnego Śląska wciąż pozostawała nierozstrzygnięta. Upadło Cesarstwo Niemieckie, odrodziło się państwo polskie, a krwawy spór o region przenosił się z gazet i politycznych wieców bezpośrednio na ulice i do zakładów pracy.

Linia podziału nie przebiegała prosto. W tych samych familokach mieszkali ludzie mówiący po polsku, niemiecku i śląsku, wybierający jednak różne strony barykady. Ci sami robotnicy pracowali przy sąsiednich piecach czy maszynach, a po szychcie zasilali szeregi zwalczających się bojówek.

Szpital Hutniczy w Piaśnikach znalazł się w samym oku tego cyklonu.

Główny gmach Szpitala Hutniczego w Piaśnikach, wzniesiony w latach 1905–1906. Budynek wyróżniała charakterystyczna wieżyczka nad centralnym ryzalitem.

Przyjmował rannych powstańców, funkcjonariuszy, poturbowanych cywilów oraz osoby przywożone prosto z miejsc internowania. W ogarniętym chaosem regionie personel lecznicy dysponował potężnymi narzędziami: dostępem do leków, zamkniętych sal, transportu medycznego i oficjalnej dokumentacji.

W tamtych dniach diagnoza medyczna często miała wagę wyroku. Wystarczyło, że ordynator uznał stan zatrzymanego za ciężki, by zablokować przesłuchanie lub wywózkę. W ten sposób wypis ze szpitala lub adnotacja w karcie chorób mogły stać się przepustką do wolności.

Biały fartuch i lekarski autorytet dawały możliwości absolutnie niedostępne zwykłym mieszkańcom. Czas pokazał, że Walter Urtel i jego najbardziej zaufani współpracownicy nie zawahali się tej władzy użyć.

02

Szkoła I, Gościniec Hutniczy i „polnisches KZ”

W niemieckich wspomnieniach powtarzają się dwa miejsca przetrzymywania ludzi w Lipinach podczas wydarzeń z 1921 roku.

Pierwszym był okazały gmach Szkoły I, wzniesiony przy ówczesnej Schulstraße (dzisiejsza ul. dr. Antoniego Bukowego). Relacje przedstawiają go jako szczególnie surowy punkt internowania. Ironią losu zaledwie rok po tych wydarzeniach, po nowym podziale Górnego Śląska, w tym samym budynku prężnie ruszyła niemiecka szkoła mniejszościowa.

Dawna Schulstraße, czyli obecna ul. dr. Antoniego Bukowego w Lipinach, początek XX wieku. Po lewej widoczny jest nieistniejący już gmach Szkoły I. Niewielki budynek przed szkołą mieścił ochronkę prowadzoną przez siostry boromeuszki.

Drugim miejscem był Gościniec Hutniczy (Hüttengasthaus) przy dawnej Kronprinzenstraße (ul. Chorzowska). Ponieważ na początku XX wieku prowadził go W. Angel, w pamięci internowanych zapisał się po prostu jako Hüttengasthaus Angel. Warunki miały tam być nieco łagodniejsze. W kolejnych dekadach ten sam budynek tętnił życiem jako znany mieszkańcom „Klub Kaczmarskiego”, a następnie Dom Górnika i Dom Kultury „Grota”.

Dawna Kronprinzenstraße, obecnie ul. Chorzowska w Lipinach. Po prawej stronie widoczny jest okazały budynek Gościńca Hutniczego, późniejszego Domu Górnika i Domu Kultury „Grota”.
Wnętrze Gościńca Hutniczego w Lipinach około 1911–1913 roku. Widoczny na fotografii podpis „Hüttengasthaus Lipine, Inh. W. Angel” wskazuje, że lokal prowadził wówczas W. Angel.

Późniejsi autorzy wspomnień często pisali o przetrzymywanych tam Niemcach jako o ludziach czekających na masowe egzekucje. Choć czas powstań obfitował w pobicia i samosądy po obu stronach, opowieści te były mocno przesadzone. Nigdy nie odnaleziono dokumentów potwierdzających przygotowywanie jakichkolwiek masowych rozstrzeliwań.

Co więcej, powojenna prasa ziomkowska celowo używała wobec Szkoły I propagandowego określenia polnisches KZ („polski obóz koncentracyjny”). Ten naładowany emocjami skrót miał budzić u czytelników jednoznaczne skojarzenia ze zbrodniczym systemem nazistowskim i potęgować mit własnego męczeństwa. W rzeczywistości lipińskie punkty były raczej doraźnymi aresztami, których ostatecznej skali i formy, z braku wystarczających dokumentów, wciąż jeszcze nie znamy.

Szerszy obraz przemocy oraz napięć w tej części regionu przedstawiam w artykule „Mroczna historia Lipin i Chropaczowa”:

Przejdź do artykułu uzupełniającego
03

Na papierze pacjent już nie żył

Szpitalna konspiracja działała według ściśle określonego, zuchwałego scenariusza. Pierwszym i najważniejszym krokiem było zawsze wyciągnięcie zatrzymanego z rąk strażników i przetransportowanie go na bezpieczny teren lecznicy.

Wystarczyło, by dr Urtel autorytarnie stwierdził, że człowiek jest ciężko ranny, zakaźnie chory lub wymaga natychmiastowej obserwacji. Po przekroczeniu progu szpitala pacjent trafiał do zupełnie innego świata. Uzbrojeni strażnicy rzadko zapuszczali się na oddziały, a cała dokumentacja pozostawała w wyłącznych rękach zaufanego personelu.

To właśnie tam rozpoczynał się drugi etap operacji — mistyfikacja medyczna. Na szpitalnych kartach gorączkowych (Fiebertafeln), gdzie precyzyjnie zapisywano temperaturę i przebieg leczenia, przy wybranych nazwiskach nagle pojawiała się krótka adnotacja o zgonie.

Na papierze pacjent już nie żył.

Dla wartowników i urzędników lekarski wpis stanowił ostateczność, która ucinała wszelkie pytania. Szpitalny autorytet działał jak doskonała tarcza — nikt nie domagał się oględzin ciał ani nie kwestionował diagnozy ordynatora.

Podczas gdy na zewnątrz pacjent oficjalnie uchodził za martwego, w zamkniętych pomieszczeniach przygotowywano dla niego cywilne ubrania i fałszywe dokumenty. Mundur lub więzienne łachy znikały, a człowiek wychodził ze szpitala już jako zupełnie ktoś inny.

Wizualizacja artystyczna mechanizmu opisywanego w późniejszych wspomnieniach. Nie odnaleziono dotąd kart gorączkowych potwierdzających wpisanie konkretnego pacjenta jako zmarłego.
04

Okno przy przyszpitalnym chlewiku

Najbardziej konkretnym elementem relacji jest droga wyjścia.

Ukrywanych ludzi wyprowadzano przez niewielkie, odpowiednio zamaskowane okno w pobliżu przyszpitalnego chlewika. Zabezpieczające je kraty nie stanowiły dla wtajemniczonego personelu żadnej przeszkody.

Położenie było dogodne. Przy zabudowaniach gospodarczych poruszali się pracownicy kuchni, sanitariusze i dostawcy. Pojawiały się wozy z żywnością i opałem, wynoszono odpady. Ruch na zapleczu nie zwracał uwagi tak szybko jak przy głównym wejściu.

Człowiek wychodzący przy chlewiku omijał wartownika przed budynkiem.

Wizualizacja artystyczna drogi ucieczki opisywanej w późniejszych wspomnieniach. Dokładne położenie okna, wygląd zaplecza i sposób pokonywania kraty pozostają nieustalone.

Dalszy kierunek ucieczki był dla zbiegów oczywisty. Musieli jak najszybciej przedostać się na niemiecką stronę, a ich naturalnym celem stawał się pobliski Bytom, Gliwice i dalsze terytoria, na których mogli czuć się bezpiecznie.

W pamięci dawnych pracowników okno stało się symbolem całej akcji. Z jednej strony znajdowały się sale chorych i dokumenty. Z drugiej — podwórze, zabudowania gospodarcze i możliwość zniknięcia.

05

Bonfilia, Kubon i zaufane siostry

Takiego przedsięwzięcia nie mógł prowadzić sam ordynator.

Najważniejszą osobą była Bonfilia Siwon. Jako siostra operacyjna i organizatorka znała dyżury, układ budynku, personel oraz stan pacjentów. Mogła zdecydować, kto wejdzie do sali, kiedy wydać ubrania i która część szpitala pozostanie bez nadzoru.

Jej rola wykraczała poza wykonywanie poleceń Urtela. To ona musiała zamienić decyzję lekarza w bezpieczny plan: przygotować ludzi, znaleźć właściwy moment i ograniczyć liczbę wtajemniczonych.

Wspomnienia przypisują aktywną rolę również innym siostrom. Miały zdobywać ubrania, pomagać przy dokumentach, częstować strażników alkoholem i rozładowywać ich karabiny.

Tak ryzykowne i brawurowe akcje wymagały absolutnej dyskrecji. Cała konspiracja opierała się na wąskim, zamkniętym gronie wtajemniczonych, których łączyła codzienna praca i bezwzględne, wzajemne zaufanie.

Należał do niego sanitariusz Kubon. Nie znamy jego imienia, ale relacje przedstawiają go jako człowieka wtajemniczonego w najdelikatniejsze sprawy. Co niezwykle ciekawe, z odnalezionych polskich raportów wojskowych z 9 czerwca 1921 roku wynika, że dr Urtel oficjalnie wnioskował do polskich władz o przydzielenie mu polskiego sanitariusza, aby „mógł łatwiej z rannymi porozumieć”, ponieważ sam nie mówił po polsku. Niewykluczone, że to właśnie z tej inicjatywy w kręgu zaufanych ordynatora pojawił się zaufany łącznik.

Bonfilia i Kubon znali szpital od strony niewidocznej na pocztówkach. Wiedzieli, którędy prowadzą korytarze, kto może zadawać pytania i jak wiele da się ukryć za drzwiami sali chorych.

06

Feltner, Principini i nieznany Francuz

Jednym z nielicznych uciekinierów znanych z nazwiska był Viktor Feltner. Był weteranem I wojny światowej, odznaczonym Krzyżem Żelaznym I i II klasy, który po powrocie z brytyjskiej niewoli wstąpił w 1919 roku do niemieckiej Sicherheitspolizei. Podczas zaciętych walk z polskimi powstańcami dostał się do niewoli i ostatecznie trafił do szpitala w Piaśnikach.

Nie zabawił tam długo. Zbiegł z lecznicy w brawurowy sposób razem z dwoma towarzyszami, a kluczową rolę w zorganizowaniu ich udanej ucieczki do Gliwic odegrał dr Urtel. Pomoc udzielona odznaczonemu niemieckiemu funkcjonariuszowi pokazuje, że szpitalna konspiracja miała wyraźny cel polityczny.

Sam Feltner okazał się człowiekiem twardych zasad. W późniejszych latach z odwagą odmówił wstąpienia do NSDAP, co pokazuje, że jego wcześniejszej służby w policji nie należy utożsamiać z późniejszym nazistowskim aparatem terroru.

W konspiracyjnej siatce wokół szpitala pojawia się również egzotyczna postać włoskiego oficera z alianckiego kontyngentu, nazywanego Principini. Ten oficer Bersaglieri — elitarnej formacji lekkiej piechoty — mieszkał początkowo w Piaśnikach u budowniczego Weltike i szybko nawiązał bliskie relacje z rodziną Urtelów.

Wykorzystując swoją pozycję, Principini stał się cichym protektorem miejscowych Niemców oraz niezwykle cennym i wpływowym współpracownikiem szpitalnego podziemia.

Jeszcze bardziej zuchwałe akcje przypisywano pewnemu oficerowi francuskiemu. Podjeżdżał on pod szpital oficjalnym wozem więziennym i pod mrożącym krew w żyłach pozorem zabierania ludzi na egzekucję wywoził ich w bezpieczne miejsce, umożliwiając im ucieczkę.

Była to niezwykle ryzykowna gra, prowadzona na oczach wartowników. Dowodziła, że dr Urtel i jego zespół potrafili znaleźć sojuszników nawet w szeregach alianckich rozjemców.

Plansza redakcyjna przedstawiająca trzy postacie występujące w późniejszych wspomnieniach. Jedynie Viktor Feltner został dotąd zidentyfikowany z imienia i nazwiska. Sylwetki, pieczęcie i formularze nie są reprodukcjami autentycznych akt ani wizerunków.
07

Napad na dom i ostatnia droga Musialika

Konflikt dotarł również do domu ordynatora.

W 1921 roku uzbrojeni powstańcy wtargnęli do mieszkania Urtelów i przystawili Aenne pistolet do głowy. Walter Urtel miał wymusić na napastnikach przeprosiny, a następnie doprowadzić do wystawienia przed domem ochrony.

W rodzinnej pamięci właśnie ta scena tłumaczyła późniejsze działania ordynatora. Zagrożenie weszło bezpośrednio do jego domu i dotknęło najbliższych mu osób.

Zupełnie inny charakter miała historia lipińskiego proboszcza i archiprezbitera, księdza Wincentego Musialika — w niemieckich relacjach zapisywanego jako Muschallik lub Muschalek. Kierował parafią św. Augustyna od 1901 roku, a więc przez ponad dwie dekady. Gdy w 1922 roku wytyczono nową granicę polsko-niemiecką, kończył się nie tylko pewien porządek polityczny, lecz także świat, w którym Musialik przez lata sprawował władzę duszpasterską.

Konflikt nie rozpoczął się dopiero po jego wyjeździe. Narastał już wcześniej w samych Lipinach, gdzie spór o język nabożeństw, organizacje kościelne i narodową przyszłość miejscowości coraz wyraźniej dzielił również katolików. Przed procesją Bożego Ciała 15 czerwca 1922 roku, wbrew stanowisku proboszcza, z programu usunięto miejscowy, przeważnie niemieckojęzyczny chór św. Cecylii. Na jego miejsce zaproszono polski chór spoza Lipin. Spór o pieśni i oprawę procesji był w rzeczywistości walką o to, kto odtąd będzie nadawał ton życiu parafii.

Jedną z najważniejszych postaci po stronie polskiej był ks. Franciszek Palarczyk — w późniejszym niemieckim wspomnieniu zapisany fonetycznie jako „Palatschek”. Palarczyk był wikariuszem w Lipinach od 1915 roku. Z powodu zdecydowanie propolskiej działalności został czasowo przeniesiony do Szobiszowic, lecz po petycjach polskich organizacji i mieszkańców pozwolono mu wrócić. W okresie plebiscytowym kierował liczącym około trzystu członków Towarzystwem Oświaty im. św. Jacka i pełnił funkcję kapelana powstańczego.

Po podziale Górnego Śląska Palarczyk kilkakrotnie zabiegał o pozostanie w Lipinach w charakterze proboszcza. To właśnie dlatego niemieckie środowisko Musialika mogło widzieć w nim głównego rywala i człowieka dążącego do przejęcia parafii. Późniejsze, jednostronne wspomnienie zarzuciło mu nawet nastawanie na życie starego proboszcza. Takiego oskarżenia nie potwierdzają jednak znane dokumenty. Wiadomo natomiast, że w atmosferze politycznego przełomu wobec Musialika stosowano naciski, a w działaniach przeciwko niemu uczestniczyli miejscowi byli powstańcy.

Ostatecznie parafii nie powierzono Palarczykowi. Po odejściu Musialika jej tymczasowym zarządcą został ks. Karol Wilk, pełniący w latach 1922–1923 funkcję substytuta. Następnie probostwo objął ks. Emanuel Sowa. Palarczyka skierowano natomiast w 1924 roku do Radlina i Biertułtów, gdzie powierzono mu utworzenie nowej parafii.

Musialik opuścił Lipiny i znalazł schronienie po niemieckiej stronie granicy, w Bytomiu. Ciężko chorował na nerki. Jego ostatnim pragnieniem było jednak wrócić do dawnej parafii, umrzeć na jej terenie i spocząć w kościele, z którym związał ponad dwadzieścia lat życia.

W tej historii pojawia się niezwykła klamra. Gdy pół wieku wcześniej podczas budowy kościoła św. Augustyna zabrakło pieniędzy, do ukończenia świątyni zdecydowanie przyczynił się ewangelik August Schmieder, generalny dyrektor Śląskiej Spółki Akcyjnej. Teraz inny protestant, Walter Urtel, podjął ryzyko, aby umierający katolicki ksiądz mógł powrócić do swojej parafii.

Transport odbył się nocą w pobliżu polskiego punktu celnego, nazywanego potocznie „Klottką”. Chorego przewieziono karetką z niemieckiego Bytomia na polską stronę granicy, a następnie ukryto w pierwszym pokoju przy korytarzu prowadzącym do szpitalnej kaplicy.

Bezpośrednio w potajemnym przewiezieniu księdza uczestniczył młody asystent dr Kurt Gebhardt. Na terenie Szpitala Hutniczego pieczę nad chorym sprawowali Walter Urtel, zaufany sanitariusz Kubon oraz przełożona sióstr, Bonfilia Siwon. O obecności Musialika wiedziało jedynie wąskie grono wtajemniczonych.

Finał tej historii rozegrał się dokładnie tak, jak pragnął duchowny. Wincenty Musialik zmarł 15 lipca 1923 roku w Szpitalu Hutniczym w Piaśnikach. Pochowano go nie na przykościelnym cmentarzu, lecz wewnątrz kaplicy Różańcowej kościoła św. Augustyna — świątyni, której parafią kierował przez ponad dwadzieścia lat.

Schemat orientacyjny łączący Bytom, okolice „Klottki”, Szpital Hutniczy w Piaśnikach oraz miejsce pochówku Musialika w Lipinach. Mapa nie odtwarza dokładnego przebiegu trasy.

Był to gest głęboko humanitarny, ale jednocześnie potajemny przerzut człowieka przez strzeżoną granicę i twardy element lokalnej walki o władzę duchowną. Właśnie dlatego historia szpitala i jego zespołu tak bardzo wymyka się prostym, czarno-białym ocenom.

08

Medycyna czy działalność polityczna?

Dotychczasowy obraz szpitala opierał się głównie na powojennych, niemieckich wspomnieniach. Sugerowały one, że personel działał z pełną premedytacją wyłącznie na rzecz własnej, niemieckiej wspólnoty, a polskie otoczenie stanowiło jedynie zagrożenie. Odnalezione oryginalne polskie raporty wojskowe Dowództwa miasta Lipiny z czerwca 1921 roku całkowicie burzą ten jednostronny mit.

Dokumenty te ukazują Waltera Urtela jako lekarza, dla którego przysięga Hipokratesa stała ponad podziałami. Z raportu z 4 czerwca dowiadujemy się, że gdy dr. Urtelowi odgórnie zakazano przyjmowania rannych żołnierzy polskich, ordynator stanowczo sprzeciwił się tej decyzji. Polski dowódca odnotował jego postawę w oficjalnym meldunku:

„[…] bardzo z temi ludźmi współczuje i oświadczył że opieki lekarskiej są bardzo potrzebni.”

Z kolei w dokumencie z 9 czerwca polskie dowództwo wprost chwali niemieckiego lekarza, raportując do komendy powiatowej w Szarleju, że „los naszych żołnierzy leży mu bardzo na sercu i on sam, jest bardzo zdolnym lekarzem”. Zaufanie do ordynatora było po polskiej stronie tak duże, że to właśnie do niego skierowano ofiarę przestępstwa (służącą zgwałconą przez polskiego oficera) w celu przeprowadzenia niezależnej i obiektywnej obdukcji.

Szpital ratował zdrowie i życie, stając się bezpieczną przystanią w ogarniętym chaosem regionie. Urtel i Bonfilia potrafili wzorowo współpracować z nową, polską administracją, co doskonale pokazuje uroczysta szpitalna „Gwiazdka” z 24 grudnia 1930 roku. Niemiecki personel wspólnie z dr. Aleksandrem Ernstem, polskim wikarym katolickim i przedstawicielami Powiatowej Kasy Chorych rozdawał wówczas pacjentom świąteczne podarki.

Gdy opadł bitewny kurz, placówka musiała działać dalej. Zniknęły prowizoryczne miejsca internowania, lecz w ich miejscu pojawiła się twarda granica państwowa. Przecięła ona dotychczasowe trasy tramwajowe, wymusiła codzienne kontrole pasażerów, skomplikowała drogę do bytomskiej szkoły i zawodowe życie niemieckiego personelu.

Dla ludzi dr. Urtela otwierał się zupełnie nowy, jeszcze trudniejszy rozdział.

09

Zapowiedź części trzeciej

CZĘŚĆ 3

KLOTTKA I ZAGINIONY FILM

Granica, rozpad zespołu i pamięć o dawnych Piaśnikach

W ostatnim odcinku:

  • „Klottka” — punkt kontroli, przemytu i codziennych układów;
  • tramwaj między Piaśnikami a Bytomiem;
  • szkolna droga Jürgena Urtela;
  • wydalenie Kurta Gebhardta;
  • zwolnienie Ottona Ulotha;
  • wyjazd Waltera Urtela w 1937 roku;
  • powrót do dawnych placówek po niemieckiej agresji na Polskę;
  • rozpad zespołu po 1945 roku;
  • powojenne losy Bonfilii;
  • zabudowa dawnych ogrodów;
  • zjazd personelu w 1977 roku;
  • film „Krankenhaus Piasniki 1935”, którego los pozostaje nieznany.
10

Przeczytaj również

Bibliografia i źródła Sekcja domyślnie zwinięta — kliknij, aby rozwinąć

Prasa i wspomnienia

  • „Gleiwitzer — Beuthener — Tarnowitzer Heimatblatt”, wybrane numery z lat 1961–1983 (w tym tekst jubileuszowy V. Feltnera ze stycznia 1963 r.).
  • „Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise”, wybrane numery z lat 1955–1966.
  • „Unser Oberschlesien”, wybrane numery z lat 1974 i 1977.
  • „Ostdeutsche Morgenpost”, wydania z 1929 i 1930 roku.
  • „Kurjer Śląski” (dawniej Śląski Głos Poranny), nr 300, z 30 grudnia 1930 roku (relacja z przyszpitalnej Gwiazdki).
  • Wspomnienia dotyczące Aenne Urtel (1971 r.) oraz Kurta Gebhardta, archiprezbitera Wincentego Musialika i ks. Franciszka Palarczyka (E. Lippok, 1972 r.).
  • Nekrolog i biografia Waltera Urtela z 1961 roku oraz teksty dotyczące Bonfilii Siwon.

Dokumenty i rejestry medyczne

  • Spis lekarzy województwa śląskiego z 20 lipca 1932 roku.
  • Sprawozdanie Związku Gospodarczego Lekarzy Polaków Województwa Śląskiego za rok 1933.

Niepublikowane materiały archiwalne

  • Odpisy raportów wojskowych Dowództwa Miasta Lipiny do Komendy Powiatowej w Szarleju z dni: 4, 9 i 11 czerwca 1921 r.

Opracowania i kroniki

  • H. Moecke, Chronik der Industriegemeinde Lipine O/S, Kreis Kattowitz, bis zum Jahre 1941 einschließlich, Oppeln 1941.
  • Krzysztof Brożek, Polscy lekarze na Górnym Śląsku i Śląsku Cieszyńskim od końca XIX do połowy XX wieku, Katowice 2009.
  • Leonard Smołka, Palarczyk Franciszek, [w:] Słownik biograficzny katolickiego duchowieństwa śląskiego XIX i XX wieku, red. M. Pater, Katowice 1996.
  • Henryk Gwóźdź, Udział duchowieństwa śląskiego w akcji plebiscytowej i powstaniach 1919–1921, „Śląskie Studia Historyczno-Teologiczne”, t. 15, 1982.
  • Andrzej Michalczyk, Heimat, Kirche und Nation. Deutsche und polnische Nationalisierungsprozesse im geteilten Oberschlesien 1922–1939, Köln–Weimar–Wien 2011.
  • E-ncyklopedia wiedzy o Kościele katolickim na Śląsku (silesia.edu.pl), hasła: Palarczyk Franciszek (1887–1961) oraz Parafia św. Augustyna w Lipinach.

Materiały ikonograficzne

  • pocztówka przedstawiająca dawną Schulstraße, Szkołę I i ochronkę sióstr boromeuszek;
  • fotografia wnętrza Gościńca Hutniczego w Lipinach z podpisem „Inh. W. Angel”;
  • pocztówka przedstawiająca Gościniec Hutniczy przy dawnej Kronprinzenstraße;
  • fotografie i pocztówki przedstawiające Szpital Hutniczy w Piaśnikach.

Relacje ustne

  • wspomnienie mieszkanki (Grażyny Perrier-Klosek) dotyczące budynku Turmhausu i jego otoczenia.

Artykuły uzupełniające

  • „Mroczna historia Lipin i Chropaczowa”.
  • „Lipiny. Narodziny dzielnicy przemysłowej 1780–1939”.

Poprzednia część cyklu

  • „Szpital z wieżyczką. Jak przemysł stworzył medyczne centrum Piaśnik”.
Szpital na pograniczu · część 2 z 3
0
0

Read more

Grafika wyróżniająca artykuł Szpital na pograniczu, część 1: Szpital z wieżyczką

SZPITAL NA POGRANICZU cz1. · Piaśniki, Lipiny i ludzie dr. Waltera Urtela

CZĘŚĆ 1
SZPITAL NA POGRANICZU · Piaśniki, Lipiny i ludzie dr. Waltera Urtela

Szpital z wieżyczką

Jak przemysł stworzył medyczne centrum Piaśnik

Część 1Część 2Część 3

Na dawnych fotografiach Szpital Hutniczy w Piaśnikach wygląda niemal reprezentacyjnie. Długi ceglany gmach, wysokie okna, ogród i wieżyczka górująca nad okolicą tworzyły sylwetkę dobrze znaną mieszkańcom Piaśnik i Lipin.

Dziś wieżyczki już nie ma. Dawne ogrody częściowo zabudowano, a pobliski Turmhaus, w którym przyjmował pacjentów dr Walter Urtel, ustąpił miejsca marketowi. Zniknęła także granica polsko-niemiecka, która po 1922 roku przecięła drogi, tory i codzienne życie mieszkańców.

Pozostały fotografie, nekrologi i wspomnienia. Wiele opublikowano po wojnie w niemieckiej prasie ziomkowskiej. Są cenne, lecz stronnicze: pokazują Górny Śląsk przede wszystkim jako utraconą niemiecką ojczyznę. Dlatego trzeba oddzielać nazwiska, daty i miejsca od ocen dopisanych po latach.

W centrum tej historii stoją dwie osoby. Walter Urtel — ceniony chirurg, silny organizator i człowiek niemieckiego środowiska. Oraz Bonfilia Siwon — siostra operacyjna, przełożona i osoba, która znała szpital od środka lepiej niż ktokolwiek.

Zanim placówka zaczęła ukrywać ludzi i fałszować dokumentację, była przede wszystkim dzieckiem przemysłu.

Spis treści
  1. Gmach, który górował nad Piaśnikami
  2. Szpital zrodzony z przemysłu
  3. Walter Urtel obejmuje placówkę
  4. Chirurg, który nie lubił ustępować
  5. Bonfilia Siwon — szpital od środka
  6. Dom ordynatora i codzienność wokół szpitala
  7. Turmhaus — dom, którego już nie ma
  8. Granica przecina dawny świat
  9. Zapowiedź części drugiej
  10. Przeczytaj również
  11. Bibliografia i źródła
01

Gmach, który górował nad Piaśnikami

Na starych pocztówkach pojawiają się różne podpisy: Lipine O.-S. — Lazarett, Hüttenkrankenhaus Piasniki, Szpital Hutniczy w Piaśnikach. Nazwy zmieniały się zależnie od języka i wydawcy, ale chodziło o ten sam kompleks medyczny związany z przemysłowymi Lipinami.

Dzięki wzmiankom w ówczesnej prasie, m.in. w „Ostdeutsche Bau Zeitung”, wiemy, że budowę okazałego gmachu głównego rozpoczęto w 1905, a ukończono w 1906 roku. Wcześniej w tym miejscu stała już przyszpitalna kaplica i apteka. Budynek wzniesiono w stylu neorenesansu północnego. Był długi, ceglany, z centralnym ryzalitem, a nad rzędami wysokich okien wznosiła się czworoboczna wieżyczka ze stromym hełmem. Nie znamy jej dokładnej funkcji ani daty usunięcia. Mogła zniknąć z powodu szkód górniczych, wojny lub powojennych przebudów, które zatarły zabytkowy charakter obiektu.

Przed szpitalem rozciągał się ogród. W głębi znajdowały się kolejne skrzydła i zabudowania gospodarcze. Placówka działała jak niewielki samodzielny organizm. Główny gmach mieścił początkowo oddział męski, natomiast oddział kobiecy, liczący zaledwie 10 łóżek, usytuowano w jednokondygnacyjnym budynku z tyłu. Początkowo szpital mógł przyjąć 75 pacjentów, jednak w 1927 roku placówkę rozbudowano, adaptując m.in. dawną kotłownię.

Szpital Hutniczy w Piaśnikach na dawnej pocztówce z początku XX wieku. Charakterystyczna wieżyczka przez dziesięciolecia określała sylwetkę całego kompleksu.
02

Szpital zrodzony z przemysłu

Piaśniki nie stały się ośrodkiem medycznym przypadkiem. Najpierw powstały huty, kopalnie, walcownie i osiedla robotnicze. Za nimi przyszły szkoły, wodociągi, kościoły i szpital.

W 1853 roku we Wrocławiu utworzono Śląską Spółkę Akcyjną dla Górnictwa i Hutnictwa Cynku, znaną jako S.A.G. lub Schlesag. Cztery lata później rozpoczęła się budowa kolonii Piaśniki. Spółka wznosiła mieszkania, obiekty administracyjne i zaplecze dla zakładów (główny kompleks zarządu mieszkańcy nazywali „Zamkiem”). To właśnie z funduszy hutniczych, w odpowiedzi na dramatyczne warunki sanitarne i wysoką śmiertelność na Śląsku, narodziła się potrzeba stworzenia profesjonalnej opieki medycznej, uwieńczona na początku XX wieku budową nowoczesnego szpitala.

Początki opieki medycznej w tym rejonie sięgają lat 60. XIX wieku, kiedy to Hutnicza Spółka Bracka ufundowała pierwszy, mniejszy szpital w Lipinach. Przełom nastąpił jednak w 1907 roku. Jak odnotowano w kronikach Zgromadzenia Sióstr Boromeuszek, placówkę przeniesiono wówczas do nowego, okazałego gmachu w Piaśnikach. Głównym powodem relokacji, oprócz palącej potrzeby zwiększenia liczby łóżek, była konieczność ucieczki przed trującymi wyziewami i negatywnym wpływem pobliskich hut cynku. Różnica w skali była drastyczna: stary obiekt w Lipinach w 1896 roku miał zaledwie 50 łóżek, podczas gdy nowy szpital w Piaśnikach już w 1908 roku dysponował 86 miejscami dla chorych.

Oryginał niemiecki
Tłumaczenie polskie
Historyczny prequel do historii medycznego zagłębia. Fragment kroniki (oryginał i polskie tłumaczenie) dokumentujący funkcjonowanie tzw. „Starego Lazaretu” w Lipinach. Ośrodek ten działał do 1906 roku, kiedy ciężar opieki medycznej ostatecznie przejął nowocześniejszy kompleks w Piaśnikach. Kliknij wybraną miniaturę, aby ją powiększyć.
Szpital Hutniczy w Piaśnikach na pocztówce opisanej „Lipine O.-S. — Lazarett”. Ujęcie pokazuje nie tylko główny gmach z charakterystyczną wieżyczką, lecz także dalsze zabudowania.

Szpital był częścią tego samego systemu. Miał leczyć ludzi pracujących przy piecach, maszynach, szybach i walcach. Urazy, oparzenia, zatrucia i choroby płuc należały do przemysłowej codzienności. Rozmiar placówki stale rósł — z początkowych 75 miejsc do aż 136 łóżek wykazanych w polskim sprawozdaniu urzędowym z 1934 roku. Sam dr Urtel zdefiniował później swój szpital mianem „miejsca naukowego starcia z chorobami cynkowymi i ołowianymi”. Nie były to puste słowa — to właśnie tutaj, w latach 1932–1935, jego asystent, dr Stefan Strumieński (urodzony w Brodach oficer rezerwy i wszechstronnie wykształcony lekarz władający czterema językami), prowadził pionierskie badania nad ołowicą i toksykologią cynku wśród robotników hut „Silesia”.

Bieżąca prasa z lat 1907–1941 pokazuje, że lecznica szybko wyrosła poza rolę zakładowego szpitala dla robotników jednej spółki. Trafiali tu poszkodowani z Lipin, Świętochłowic, Chropaczowa, Łagiewnik, Chorzowa, Nowej Wsi, Huty Zgoda, a nawet z Gliwic po niemieckiej stronie granicy. Były wśród nich ofiary ciężkich wypadków hutniczych, drogowych i tramwajowych, dzieci z oparzeniami i amputacjami urazowymi oraz osoby ranne podczas napaści. Nie był to „SOR” w dzisiejszym znaczeniu, ale ważny regionalny ośrodek leczenia ciężkich urazów i stanów nagłych.

Opieka medyczna miała także wymiar gospodarczy. Przedsiębiorstwo pomagało robotnikom, ale jednocześnie chroniło własną siłę roboczą i wiązało ludzi z zakładem.

Szersze tło przemian Lipin i Piaśnik opisałem w artykule „Lipiny. Narodziny dzielnicy przemysłowej 1780–1939”:

Przejdź do artykułu uzupełniającego

Bez gwałtownej industrializacji nie byłoby tak rozbudowanej placówki. Nie powstałoby też środowisko medyczne, które później stworzyli Urtel i Bonfilia.

03

Walter Urtel obejmuje placówkę

Walter Urtel urodził się 25 stycznia 1886 roku w Katzow (pol. hist. Kaczów) na Pomorzu Przednim. Studiował medycynę w Greifswaldzie (po. hist. Gryfia), a następnie pracował jako asystent profesora Tietza we Wrocławiu. Dopiero później przyjechał na Górny Śląsk, gdzie podjął pracę w Szpitalu Spółki Brackiej w Bielszowicach pod kierunkiem dr. Ottona Ulotha.

Tam poznał Aenne Dieffenbach, siostrzenicę Ulotha. Pobrali się w 1913 roku. Mieli dwóch synów: Waltera i Jürgena.

W czasie I wojny światowej Urtel służył na froncie zachodnim jako lekarz sztabowy (Stabsarzt). Późniejszy nekrolog przypisywał mu kierowanie lazaretem polowym i pracę pod Verdun. Wojnę zakończył jako doświadczony chirurg, odznaczony Krzyżem Żelaznym I i II klasy.

Stanowisko ordynatora Szpitala Hutniczego w Piaśnikach objął dokładnie 15 sierpnia 1919 roku. Jak sam wspominał po latach, konkurencja w regionie przemysłowym była ogromna — wybrano go spośród 98 kandydatów ubiegających się o tę posadę.

Był to moment szczególny. Cesarstwo Niemieckie upadło, odrodziło się państwo polskie, a przyszłość Górnego Śląska pozostawała nierozstrzygnięta. Szpital nie mógł jednak przerwać pracy. Nadal przyjmował robotników, dzieci, kobiety, rannych i przewlekle chorych.

Urtel miał za sobą front. Był przyzwyczajony do szybkich decyzji, dyscypliny i kierowania zespołem. W Piaśnikach otrzymał placówkę, którą mógł urządzić według własnych zasad.

Z czasem jego pozycja wykraczała poza jeden szpital. W 1927 roku powierzono mu również placówkę w Wirku, a źródła wiążą go także z Nowym Bytomiem. Stał się ważną postacią niemieckiego środowiska medycznego w regionie.

04

Chirurg, który nie lubił ustępować

Największą renomę Urtel zdobył jako chirurg, szczególnie dzięki operacyjnemu leczeniu wola. W czasach, gdy zabiegi tarczycy wciąż należały do trudnych i ryzykownych, doświadczenie operatora miało ogromne znaczenie.

Późniejsze niemieckie wspomnienia przedstawiały go jako specjalistę znanego daleko poza Piaśnikami. W tych ocenach widać część budowanej po wojnie legendy, ale jego silna pozycja zawodowa nie budzi większych wątpliwości.

W 1930 roku włączył się w publiczny spór o eksperymentalną metodę leczenia gruźlicy profesora Friedmanna. Na łamach „Ostdeutsche Morgenpost” krytykował podawanie żywych prątków i bronił odpowiedzialności lekarza za wybór terapii.

Tytuł jego odpowiedzi brzmiał: „Czy lekarzowi wolno eksperymentować?”.

Polemika pokazuje człowieka pewnego swoich racji i gotowego wystąpić przeciw uznanemu autorytetowi. Ta cecha pomagała mu kierować szpitalem, ale mogła też prowadzić do konfliktów.

Urtel nie był postacią neutralną. Należał do niemieckiej warstwy zawodowej, która przed podziałem regionu zajmowała uprzywilejowaną pozycję. Kiedy walka o Górny Śląsk weszła do szpitala, jego lojalność miała wyraźny kierunek.

Dr Walter Urtel, wieloletni kierownik Szpitala Hutniczego w Piaśnikach. Cyfrowa rekonstrukcja postaci w gabinecie lekarskim, opracowana na podstawie zachowanego materiału ikonograficznego. Grafika nie jest oryginalną fotografią z epoki.
05

Bonfilia Siwon — szpital od środka

Kiedy w 1919 roku dr Walter Urtel obejmował kierownictwo nad placówką, zastał tam zespół sióstr o ogromnym doświadczeniu. Boromeuszki posługiwały w hutniczym szpitalu już od lat 60. XIX wieku (oficjalne schematyzmy zgromadzenia podają rok 1865). Zanim nastała epoka Urtela, siostry miały za sobą dziesięciolecia heroicznej walki w ekstremalnie trudnych warunkach przemysłowych, niosąc pomoc mieszkańcom m.in. podczas wybuchu paniki wywołanej ospą w 1871 roku oraz w trakcie ciężkich nawrotów epidemii tyfusu pod koniec lat 70. XIX wieku. Ich późniejsza, międzywojenna działalność charytatywna pod okiem siostry Bonfilii była bezpośrednią kontynuacją tej wieloletniej misji zakonu, którego siostry były kierowane do Piaśnik z domu macierzystego w Cieszynie.

Walter Urtel kierował placówką, ale nie utrzymałby jej w ruchu bez ludzi znających każdy oddział, dyżur i magazyn. Najważniejszą z tych osób była siostra Bonfilia Siwon.

Urodziła się 23 kwietnia 1885 roku i należała do Zgromadzenia Sióstr Boromeuszek. Według nekrologu podczas I wojny światowej służyła w sanitariacie frontowym. To samo źródło przypisywało jej Krzyż Żelazny I klasy — co jest informacją niezwykłą, wymagającą potwierdzenia.

W Piaśnikach pracowała jako siostra operacyjna, lecz jej rola była znacznie szersza. Organizowała pracę sióstr, znała potrzeby oddziałów, pilnowała zaopatrzenia i miała bezpośredni kontakt z pacjentami. Wspomnienia nazywały ją prawą ręką Urtela, ale była przede wszystkim samodzielną organizatorką.

Wiedziała, kto ma dyżur, gdzie można znaleźć ubrania, które pomieszczenie pozostaje puste i komu można zaufać. Pacjenci oraz świeccy pracownicy mieli zwracać się do niej także w sprawach osobistych. Była przełożoną, powiernicą i strażniczką szpitalnego porządku.

Wraz z Urtelem i polskimi instytucjami organizowała pomoc dla chorych i najuboższych. Działania te miały miejsce w samym środku potężnego kryzysu gospodarczego – w latach 1929–1934 liczba bezrobotnych na Śląsku potroiła się, przekraczając 100 tysięcy osób, co wpędzało rodziny robotnicze w skrajną biedę. Z powojennych wspomnień wiemy o potajemnym zakupie przez ordynatora ścinków materiału z łódzkiej fabryki, z których szyto odzież. Polska prasa („Kurjer Śląski”) w grudniu 1930 roku donosiła też, że staraniem sióstr miłosierdzia zorganizowano w szpitalu uroczystą Gwiazdkę z podarkami. Z tą działalnością pomocową wiąże się urocza lokalna anegdota – w ramach wdzięczności dwaj górnicy przynieśli doktorowi w prezencie zamarzniętą gęś. Jak głosiły lokalne plotki, ptak miał zostać potajemnie „zabrany” z okna jednego z domów przy Kopalni Śląsk (Schlesiengrube).

Jej wiedza o szpitalu miała później okazać się bezcenna. Gdy część personelu zaczęła ukrywać ludzi, potrzebna była nie tylko zgoda lekarza, lecz także ktoś, kto potrafił bezpiecznie przeprowadzić ich przez codzienny rytm placówki.

06

Dom ordynatora i codzienność wokół szpitala

Rodzina Urtelów mieszkała przy szpitalu — zgodnie z ówczesnym zwyczajem naczelny lekarz zajmował reprezentacyjny parter w budynku sąsiadującym z głównym gmachem lecznicy. Jürgen Urtel zapamiętał duży dom otoczony częściowo zdziczałym ogrodem. Rosły tam kasztanowce, lipy, bzy i jaśmin. W pobliżu znajdował się park z kortami tenisowymi.

Ten obraz wyraźnie różni się od robotniczych podwórek Lipin. Pokazuje uprzywilejowaną pozycję ordynatora i jego rodziny. Urtelowie żyli w przemysłowej miejscowości, ale nie tak samo jak większość jej mieszkańców.

W domu pracowała kucharka Müller z Lipin. Relacje ordynatora z pracownikami wykraczały poza sztywne ramy — co roku z okazji jego urodzin pod domem grała dla niego zakładowa orkiestra hutnicza, a siostry zakonne i personel przygotowywali dla niego specjalne pieśni i kanony. Wspomnienia zachowały też bale kostiumowe i drobne anegdoty z życia towarzyskiego.

W jednej Urtel występował jako Król Drozdbrody. W innej pojawiał się dr Busse, lekarz określany jako komunista, zatrzymany przez polską policję w drodze na bal.

Te sceny pokazują środowisko, w którym Niemcy, Polacy i Ślązacy pracowali obok siebie, zanim polityka podporządkowała sobie niemal każdą relację. Potwierdza to wspomniana przyszpitalna „Gwiazdka” z 1930 roku – przy pacjentach i siostrach zakonnych stanęli ramię w ramię: ewangelik dr Urtel, dr Aleksander Ernst (kierujący sąsiednim, liczącym 120 łóżek Szpitalem Hutniczym w Nowej Wsi — czyli w dzisiejszym Wirku, dzielnicy Rudy Śląskiej), miejscowy katolicki ksiądz wikary oraz polski przewodniczący Powiatowej Kasy Chorych.

Szpitalny kompleks nie był zresztą wyłącznie zamkniętą twierdzą medyczną, ale pełnił również ważną funkcję społeczno-duchową dla okolicznych mieszkańców. Zanim w 1938 roku w Piaśnikach powstała samodzielna parafia, to właśnie przyszpitalna kaplica służyła lokalnej społeczności. Szpitalna kostnica i dziedziniec stanowiły też miejsce pożegnań – to stąd w 1926 roku wyruszył kondukt żałobny po zmarłej na dyżurze siostrze Apolinarii, wieloletniej pracownicy lecznicy.

Placówka na wskroś wrosła w Piaśniki. Jak donosiła ówczesna prasa, gdy konduktorzy tramwajów jadących w stronę Bytomia zapowiadali ten przystanek, budziło to u pasażerów jednoznaczne skojarzenie z lecznicą. Z kolei okoliczni mieszkańcy nazywali ordynatora „Cudownym Doktorem” (Wunderdoktor), co samemu Urtelowi – jako człowiekowi ścisłej nauki – miało nie do końca odpowiadać. Personel na co dzień mijał się z pacjentami w sklepach i na ulicach. Narastające narodowościowe napięcie nie mogło jednak zatrzymać się przed szpitalną bramą.

07

Turmhaus — dom, którego już nie ma

Z Urtelem wiązał się również Turmhaus, czyli Dom z wieżą. Stał przy ważnym skrzyżowaniu w Piaśnikach, blisko przystanków tramwajowych. Dziś w tym miejscu znajduje się market, a w sąsiedztwie działa stacja paliw.

Panorama Piaśnik wykonana w 1979 roku z budowanego wieżowca [przy ulicy Chorzowskiej]. W prawej części fotografii, wśród drzew, widoczny jest jeszcze Turmhaus – na krótko przed jego wyburzeniem. W tle rozciąga się przemysłowy krajobraz oraz powstające osiedla mieszkaniowe. (Zdjęcie ze zbiorów J. Nowaka / fotopolska.eu)

Budynek miał dwa skrzydła mieszkalne i wysoką, kwadratową wieżę. Wcześniej mieszkała tam nauczycielska rodzina Lissek. Później Urtel prowadził w Turmhausie prywatną praktykę.

Powojenny wygląd domu znamy z relacji mieszkańca z lat 1958–1980. Frontowe wejście od strony przystanku zamurowano. Do środka wchodziło się od podwórza. W holu leżały czarno-białe kafelki, a przy schodach biegła drewniana poręcz — po śląsku „gelynder”. Na podwórku stały chlewiki, a za nimi znajdował się drugi plac z trzema dużymi drzewami.

Na jednej z fotografii widnieje napis: „DO ROZBIÓRKI 1980”. Wkrótce Turmhaus zniknął.

Turmhaus, czyli Dom z wieżą, przy skrzyżowaniu dzisiejszych ulic Bytomskiej i Chorzowskiej. Na elewacji widoczny jest napis „DO ROZBIÓRKI 1980”. Budynek wkrótce wyburzono; dziś w tym miejscu znajduje się market.

Dla historii Piaśnik to bardzo ważna lokalizacja. Nie mówimy tu o zapomnianym punkcie na starej mapie, ale o ruchliwym skrzyżowaniu, przez które do dziś toczy się codzienne życie miasta.

08

Granica przecina dawny świat

W 1922 roku Lipiny, Piaśniki i Świętochłowice znalazły się w Polsce. Bytom pozostał w Niemczech.

Granica przecięła drogi, kolej, tramwaje, miejsca pracy i rodzinne kontakty. Zarząd Schlesag przeniesiono z Piaśnik do Bytomia, a miejscowość straciła część wcześniejszego znaczenia administracyjnego.

Szpital został po polskiej stronie. Zostali w nim także Urtel, Bonfilia i część niemieckiego personelu.

Od tej chwili niemiecki ordynator kierował placówką w państwie polskim. Jego syn Jürgen uczył się najpierw w niemieckiej szkole mniejszościowej w Lipinach, a od 1928 roku dojeżdżał do bytomskiej Oberrealschule, zwanej „Tuschkasten”. Każdy dzień szkolny oznaczał przekroczenie granicy.

Tramwaj na granicy między Piaśnikami a Bytomiem około 1932 roku. Fotografia dobrze pokazuje, jak po podziale Górnego Śląska granica przecinała codzienne szlaki komunikacyjne mieszkańców, w tym także linię tramwajową.

Historię tej szkoły opisałem szerzej w artykule „Tuschkasten — bytomska Oberrealschule w 1928 roku”:

Przejdź do artykułu uzupełniającego

Dla personelu szpitalnego podział regionu oznaczał więcej niż odprawy i dokumenty. Zmieniały się przepisy, administracja i układ sił. Niemieckie środowisko medyczne musiało działać w państwie, które budowało własne kadry i instytucje.

Urtel nie stał ponad konfliktem. Źródła pokazują go jako człowieka mocno związanego z niemiecką wspólnotą i gotowego działać w jej interesie.

Szpital dawał do tego szczególne możliwości. Lekarz mógł zdecydować, że zatrzymany człowiek wymaga leczenia. Personel kontrolował dokumentację, sale i zaplecze gospodarcze. Bonfilia wiedziała, kto pełni dyżur i którędy można przejść bez zwracania uwagi.

W kolejnej części medycyna przestanie być tylko leczeniem.

Na papierze niektórzy pacjenci mieli umrzeć. W rzeczywistości szpital przygotowywał dla nich ubrania, dokumenty i drogę wyjścia.

09

Zapowiedź części drugiej

CZĘŚĆ 2

LUDZIE, KTÓRZY UMIERALI NA PAPIERZE

Konspiracja w Szpitalu Hutniczym w Piaśnikach

W następnym odcinku:

  • miejsca internowania w Szkole nr 1 i Hüttengasthausie w Lipinach;
  • propagandowe określenie „polnisches KZ”;
  • fałszowane karty gorączkowe;
  • pacjenci uznawani za zmarłych;
  • okno przy przyszpitalnym chlewiku;
  • Bonfilia, Kubon i siostry uczestniczące w działaniach konspiracyjnych;
  • ucieczka Viktora Feltnera;
  • włoski oficer i nieznany Francuz;
  • napad na dom Urtelów;
  • nocny powrót archiprezbitera Musialika.
10

Przeczytaj również

Bibliografia i źródła Sekcja domyślnie zwinięta — kliknij, aby rozwinąć

Prasa, opracowania i materiały źródłowe

  • „Kattowitzer Zeitung”, wydania z 9 stycznia 1929 r., 25/26 stycznia 1936 r., 28 stycznia 1936 r., 25/26 września 1937 r. (oraz nekrolog s. Apolinarii z września 1926 r.).
  • „Gleiwitzer — Beuthener — Tarnowitzer Heimatblatt”, wybrane numery z lat 1961–1983.
  • „Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise”, wybrane numery z lat 1955–1966.
  • „Unser Oberschlesien”, numery z 1974 i 1977 roku.
  • „Ostdeutsche Morgenpost”, wydania z lutego i marca 1930 roku.
  • „Ostdeutsche Bau-Zeitung”, wydanie z 28 czerwca 1905 roku (informacje o budowie gmachu szpitala).
  • „Kurjer Śląski” (dawniej Śląski Głos Poranny), nr 300, z 30 grudnia 1930 roku (relacja z przyszpitalnej Gwiazdki).
  • Archiwum Sióstr Boromeuszek w Mikołowie (Kronika domu Lipiny/Piaśniki szpital miejski, schematyzmy zgromadzenia).
  • Krzysztof Brożek, „Polscy lekarze na Górnym Śląsku i Śląsku Cieszyńskim od końca XIX do połowy XX wieku”, Katowice 2009.
  • Sprawozdanie Związku Gospodarczego Lekarzy Polaków Województwa Śl. za rok 1934.
  • Opracowanie Krömera z 1941 roku dotyczące rozwoju Lipin i Piaśnik.
  • Wspomnienia i nekrologi dotyczące Waltera Urtela, Aenne Urtel, Bonfilii Siwon, Ottona Ulotha, Kurta Gebhardta, Hedwig Lissek i Jürgena Urtela.
  • Lokalne opracowania historyczne i monografie cytowane za archiwum społecznościowym „Świętochłowice dawno temu”.
  • Encyklopedia Pomorza Zachodniego (pomeranica.pl), hasło: Stefan Strumieński.

Materiały ikonograficzne

  • fotografie Szpitala Hutniczego w Piaśnikach oraz pocztówka „Lipine O.-S. — Lazarett”;
  • fotografia Turmhausu z napisem „DO ROZBIÓRKI 1980”;
  • portret dr. Waltera Urtela z 1925 roku (archiwum prywatne Heiko W. H. Urtela).

Relacje ustne

  • wspomnienie mieszkanki (Grażyny Perrier-Klosek) z lat 1958–1980 dotyczące wnętrz i otoczenia Turmhausu.

Artykuły uzupełniające

  • „Lipiny. Narodziny dzielnicy przemysłowej 1780–1939”.
  • „Tuschkasten — bytomska Oberrealschule w 1928 roku”.
  • „Lipiny i Chropaczów — jak przemysł stworzył miasto z dymu”.

Poprzednie części cyklu

  • Jest to pierwsza część cyklu „Szpital na pograniczu”.
Szpital na pograniczu · część 1 z 3
1
0

Read more

Grafika wyróżniająca artykuł o Lipinach w latach 1939–1944, z ratuszem, dokumentami urzędowymi, kartką żywnościową i motywami propagandy wojennej.

Lipiny 1939–1944: administracja, propaganda i codzienność wojny

Lipiny / 1939–1944

Lipiny 1939–1944: administracja, propaganda i codzienność wojny

Od propagandowego Rückkehr zu Deutschland („powrotu do Niemiec”) do podatków, kartek, szkolnych dokumentów, obwieszczeń i uroczystości publicznych.

W kronice H. Moeckego rok 1939 został opisany językiem triumfu. Lipiny miały przeżyć Rückkehr zu Deutschland, czyli „powrót do Niemiec”, a wejście wojsk niemieckich przedstawiono jako moment politycznego przełomu i spełnienia. To język niemieckiej propagandy i administracji nazistowskiej, dlatego w tym tekście traktuję go jako zapis epoki, a nie neutralny opis wydarzeń.

Ten artykuł zaczyna się od 1939 roku, ale jego głównym tematem jest codzienne działanie administracji w kolejnych latach wojny. Pokazują je przede wszystkim obwieszczenia, ogłoszenia i informacje prasowe z lat 1940–1944.

Ważniejszy jest tu jednak drugi obraz Lipin: nie frontowy i nie uroczysty, lecz urzędowy. Wojna była obecna także w podatkach, kartkach, szkolnych dokumentach, regulaminach, obwieszczeniach i publicznych rytuałach.

Źródła pokazują sprawy bardzo konkretne: pokoje w ratuszu, budżet gminy, podatek od psów, opłaty kanalizacyjne, karty na ryby, przydział miodu dla dzieci, zapisy do szkoły, zebrania handlowców, akademie w Hüttengasthaus i apele NSDAP u Machona.

Wizualizacja stylizowana na dawną widokówkę z Lipin, z ratuszem, kościołem, zakładami przemysłowymi i motywem Lipiny 1939–1944
Wizualizacja poglądowa stylizowana na dawną widokówkę z Lipin. Grafika nawiązuje do ratusza, kościoła, przemysłowego charakteru miejscowości oraz tematu artykułu: administracji, propagandy i codzienności wojny w latach 1939–1944.

Nazwy źródłowe z epoki

W tekście zachowuję część nazw niemieckich w brzmieniu źródłowym, ponieważ właśnie tak występują w kronice, prasie i obwieszczeniach urzędowych z lat 1940–1944: Rückkehr zu Deutschland, Bürgermeister, Zimmer 8, Hüttengasthaus, Fischkarte, Volkslistenentscheid, Heldengedenktag, Julsonnwende, HJ, BDM, DAF, NSV.

W przypadku Lipin szczególnie często pojawia się Adolf-Hitler-Straße. Była to nazwa używana po 1939 roku dla dawnej Kronprinzenstraße, odpowiadającej dzisiejszej ulicy Chorzowskiej w Świętochłowicach.

Kilka pojęć

Rückkehr zu Deutschland — dosłownie „powrót do Niemiec”. W kronice H. Moeckego tak opisano wydarzenia po 1939 roku.

Haushaltskarte — karta gospodarstwa domowego używana w systemie reglamentacji. W obwieszczeniu z listopada 1942 roku mowa o zielonej Haushaltskarte, z której należało wyciąć odcinek H 91.

H 91 — oznaczenie konkretnego odcinka z zielonej Haushaltskarte. W Lipinach jego złożenie było warunkiem otrzymania przydziału 1/4 kg miodu dla dziecka w wieku 6–14 lat.

Fischkarte — karta kontrolna na ryby, stosowana w systemie reglamentacji żywności.

Volkslistenentscheid — decyzja dotycząca wpisu na Niemiecką Listę Narodowościową. Przy zapisach szkolnych w 1943 roku wymagano takiej decyzji dotyczącej obojga rodziców.

Nazwy niemieckie zostawiam tam, gdzie pomagają rozpoznać język źródeł i realia administracyjne epoki.

Max Kröner: burmistrz, administrator i człowiek systemu

Jedną z kluczowych postaci Lipin po 1939 roku był Max Kröner. W zestawieniu administracyjnym powiatu katowickiego z 1941 roku przy gminie Lipine / Lipiny wskazano go jako burmistrza. W źródłach występuje przede wszystkim jako Bürgermeister, ale jego rola była szersza.

Fragment tabeli administracyjnej powiatu katowickiego z 1941 roku z pozycją Lipine / Lipiny i nazwiskiem Max Kröner
Fragment zestawienia administracyjnego powiatu katowickiego według stanu z 1941 roku. Przy gminie Lipine / Lipiny jako burmistrz figuruje Max Kröner.

W dokumentach pojawia się również jako Betriebsführer, Leiter der Ortsgemeinschaft oraz Ortsgruppenbeauftragter NSDAP. Te funkcje dobrze pokazują, jak po 1939 roku łączyły się w Lipinach administracja gminna, porządek zakładowy i struktury partyjne.

Kröner podpisywał obwieszczenia, występował przy sprawach podatkowych i porządkowych, przemawiał podczas uroczystości, pojawiał się w kontekście NSDAP i lokalnych organizacji. Jego nazwisko wraca więc tam, gdzie przecinały się urząd gminy, zakład pracy i struktury partyjne.

Co załatwiano w lipińskim ratuszu

W źródłach pojawiają się konkretne pokoje ratusza: Zimmer 8, Zimmer 13, Zimmer 14 i Zimmer 22. To pozornie drobna informacja, ale pozwala zobaczyć urząd jako konkretne miejsce: z pokojami, godzinami przyjęć i sprawami, które mieszkańcy musieli załatwiać osobiście.

Najczytelniej pokazuje to prosty wykaz spraw przypisanych do konkretnych pokoi ratusza.

PokójSprawaZnaczenie
Zimmer 8Gemeindebauamt, plany techniczne i infrastrukturabudownictwo i infrastruktura
Zimmer 13Friedhofs- und Gartenamtcmentarz i zieleń
Zimmer 14Steuerstellepodatki i formularze
Zimmer 22zgłaszanie praw do grobówmiejsca pochówku

W Zimmer 8 wyłożono m.in. plany przebudowy infrastruktury. Dotyczyło to przebudowy linii Piaśniki — Königshütte przez Schlesische Kleinbahn A.-G. Mieszkańcy mogli zapoznać się z dokumentacją techniczną w określonym miejscu i czasie.

W Zimmer 14 działała Steuerstelle, czyli komórka związana z podatkami. Tam pojawiały się formularze, deklaracje i sprawy płatności kierowanych do kasy gminnej.

Osobny wątek dotyczy cmentarza. Friedhofsordnung z 1943 roku wyłożono w Zimmer 13, czyli w Friedhofs- und Gartenamt. Z kolei sprawy praw do grobów kierowano do Zimmer 22. Właściciele grobów musieli zgłaszać swoje roszczenia, podawać numery kwater i przedstawiać dokumenty.

Po upływie 20-letniego Ruhefrist groby niezweryfikowane mogły być likwidowane i wyrównywane. To ważny szczegół. Administracja zajmowała się nie tylko podatkami, budową czy handlem, ale także prawami do miejsc pochówku i porządkiem na cmentarzu.

Stara fotografia ratusza w Lipinach, Lipine O.S., miejsca działania administracji gminnej opisywanej w artykule
Ratusz w Lipinach na dawnej fotografii. W latach 1940–1944 to właśnie w ratuszu załatwiano sprawy budowlane, podatkowe, cmentarne i porządkowe opisywane w obwieszczeniach urzędowych.

Budżet, podatki i kasa gminy

Wojna nie zatrzymała zwykłej pracy gminy. Lipiny nadal miały budżet, podatki, opłaty lokalne i osobne regulaminy finansowe. W źródłach z lat 1941–1944 pojawiają się uchwały budżetowe, budżety uzupełniające oraz stawki podatków gminnych.

W 1943 roku plan wydatków gminy wynosił 2 406 737,42 RM. Skrót RM oznacza Reichsmarkę, czyli markę Rzeszy — niemiecką walutę używaną w tym okresie.

W dokumentach podano także stawki wymiaru podatków gminnych. W niemieckim systemie określano je jako Hebesätze. Nie były to „podatki 440%” albo „650%” w dzisiejszym, potocznym rozumieniu. Chodziło o stawki służące do naliczania podatku gminnego według obowiązujących zasad.

Najważniejsze liczby można zestawić krótko:

SprawaCo podano w źródle
Budżet gminy na 1943 rok2 406 737,42 RM
Podatek gruntowyGrundsteuer — Hebesatz 440%
Podatek od nieruchomościGrundstücksteuer — Hebesatz 190%
Podatek przemysłowy / od działalności gospodarczejGewerbesteuer — Hebesatz 210%
Podatek od sumy płacLohnsummensteuer — Hebesatz 650%
Podatek od psów30 / 40 / 54 RM rocznie

Osobno regulowano także podatek od psów. Pierwszy pies kosztował rocznie 30 RM, drugi 40 RM, a każdy kolejny 54 RM. Przewidziano też zwolnienia, m.in. dla psów służbowych, psów przewodników osób niewidomych, psów ratowniczych DRK oraz psów Wehrmachtu.

Ten przykład dobrze pokazuje drobiazgowość ówczesnej administracji. Nawet posiadanie psa oznaczało zgłoszenie, określoną stawkę, możliwe zwolnienie, znaczek podatkowy i obowiązek przestrzegania lokalnej ordynacji.

Porządek w gminie: ścieki, szyldy i straż pożarna

Obwieszczenia z lat 1940–1944 pokazują także mniej widowiskową, ale bardzo ważną stronę działania gminy: utrzymanie porządku w przestrzeni publicznej. Chodziło o kanalizację, obowiązki właścicieli posesji, wygląd szyldów, plany techniczne i bezpieczeństwo przeciwpożarowe.

W 1942 roku obowiązywały opłaty za odprowadzanie wód i ścieków. Liczono je według rocznego czynszu brutto nieruchomości, a stawka wynosiła 2% albo 2,5%, zależnie od rodzaju odprowadzanych wód.

Osobne obwieszczenie przypominało właścicielom i zarządcom posesji o zabezpieczaniu przed mrozem rynien, rur spustowych i osadników piasku. To były zwykłe obowiązki komunalne, ale właśnie przez takie przepisy urząd wpływał na codzienne utrzymanie budynków i ulic.

Władze gminy regulowały również wygląd szyldów i reklam. Kröner nakazał ujednolicenie Firmenschilder i Reklameschilder, uzasadniając to troską o Verschönerung des Ortsbildes, czyli „upiększenie obrazu miejscowości”. W praktyce oznaczało to, że nawet wygląd sklepowych tablic i reklam stawał się sprawą urzędową.

Do tej samej codziennej infrastruktury należała straż pożarna. Źródła wspominają zakup Motorspritze, czyli motopompy, Wehrführera Honslika oraz ćwiczenia wyznaczone na każdy piątek o godzinie 18:00 przed Gerätehaus.

Ten fragment źródeł pokazuje Lipiny nie od strony wielkiej polityki, lecz od strony zarządzania miejscowością: kanalizacji, utrzymania budynków, wyglądu ulic i służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo.

Dawna Adolf-Hitler-Straße w Lipinach, obecnie ul. Chorzowska, widok ulicy z kamienicami i torowiskiem tramwajowym
Adolf-Hitler-Straße w Lipinach na dawnej fotografii. Ulica była jedną z głównych osi miejscowości: przy niej działały sklepy, lokale i punkty usługowe wymieniane w obwieszczeniach oraz ogłoszeniach z lat 1940–1944.

Kartki na ryby i przydział miodu dla dzieci

Jednym z najbardziej konkretnych śladów wojennej codzienności była reglamentacja żywności.

System reglamentacji opierał się na kartach, odcinkach i wyznaczonych punktach sprzedaży. W praktyce oznaczało to, że nawet niewielki przydział żywności wymagał odpowiedniego kuponu, terminu i sklepu wskazanego przez administrację.

Od 16 lutego 1942 roku w powiecie katowickim funkcjonował system kart kontrolnych na ryby — Fischkarte. Karty miały pięć kolorów, zależnych od wieku. Inny kolor miały dzieci do lat 3, inny dzieci od 3 do 6 lat, inny dzieci od 6 do 14 lat, młodzież od 14 do 18 lat i dorośli.

W Lipinach wskazano autoryzowanych sprzedawców ryb. Byli to: Angela Foit przy Adolf-Hitler-Straße 3, E. Hojczyk przy Remystraße 7 oraz Kulik przy Hindenburgplatz.

Podobnie wyglądał przydział miodu. W listopadzie 1942 roku dzieci w wieku 6–14 lat mogły otrzymać 1/4 kg miodu. Przydział realizowano przez odcinek H 91 zielonej Haushaltskarte. W Lipinach dystrybutorami byli Ludwig Pajonk przy Adolf-Hitler-Straße 8 oraz Elisabeth Kurasch przy Hermann-Göring-Straße 14.

Reglamentacja miała więc bardzo praktyczny wymiar: wiek dziecka, numer odcinka, wyznaczony sklep i urzędowe rozliczenie.

Wizualizacja odcinka H 91 zielonej Haushaltskarte na przydział miodu dla dzieci w Lipinach w 1942 roku
Wizualizacja odcinka H 91 z zielonej Haushaltskarte na podstawie obwieszczenia burmistrza Krönera z 13 listopada 1942 roku. Przydział obejmował 1/4 kg miodu dla dzieci w wieku 6–14 lat i wymagał złożenia odcinka u jednego z wyznaczonych sprzedawców w Lipinach.

Cena też była sprawą urzędową

Reglamentacja nie kończyła się na kartach i przydziałach. Obejmowała także handel: ceny, marże, obowiązek ich oznaczania i kontrolę sprzedawców.

W Lipinach organizowano zebrania Fachschaft Einzelhandel, czyli zrzeszenia handlu detalicznego. Odbywały się m.in. u Seiberta i u Thomasa. Omawiano tam sprawy cen, marż, nadzoru i obowiązków kupców.

Język źródeł jest tu bardzo urzędowy, ale sens był prosty: ceny miały być widoczne, marże kontrolowane, a nadmierny zysk mógł zostać odebrany. W dokumentach pojawiają się m.in. Preisüberwachungsstelle — kontrola cen, Preisauszeichnungspflicht — obowiązek oznaczania cen, Gewinnspanne — marża, Gewinnabschöpfung — przejmowanie nadmiernego zysku oraz Hamsterei, czyli „chomikowanie” towarów.

Cena miała być widoczna. Marża miała mieścić się w określonych granicach. Zysk mógł być kontrolowany. Spekulacja i gromadzenie towarów stawały się sprawą urzędową albo policyjną.

Kontrola cen nie była tylko teorią. W marcu 1941 roku Berta Damski, handlarka targowa z Adolf-Hitler-Straße 7, została ukarana przez urząd określony w źródle jako Polizeipräsident in Kattowitz karą 100 RM za oferowanie cytryn po zawyżonych cenach. Nadzór nad handlem mógł więc kończyć się konkretną karą administracyjną.

Lokal Seiberta nie był więc w tym przypadku tylko miejscem spotkań towarzyskich. Był także miejscem zebrań i przekazywania instrukcji dla handlu detalicznego.

Dziecko w dokumentach wojennej administracji

Jednym z najmocniejszych przykładów wejścia administracji w życie rodzinne są zapisy szkolne z maja 1943 roku.

Schulanmeldung, czyli zapisy szkolne, prowadzono od 24 do 29 maja 1943 roku. Dotyczyły dzieci urodzonych między 1 listopada 1936 a 31 grudnia 1937 roku.

Rodzice musieli przynieść Geburtsurkunde (akt urodzenia) albo Stammbuch (księgę rodzinną), a także Impfschein (zaświadczenie o szczepieniu).

Wymagano również Volkslistenentscheid obojga rodziców, czyli decyzji dotyczącej wpisu na Niemiecką Listę Narodowościową.

Zapis dziecka do szkoły nie był więc tylko czynnością edukacyjną. Był momentem, w którym administracja sprawdzała wiek dziecka, dokumenty rodzinne, szczepienie oraz status narodowościowy rodziców.

Wizualizacja dokumentów wymaganych przy zapisach szkolnych w Lipinach w 1943 roku: akt urodzenia, Impfschein i Volkslistenentscheid rodziców
Wizualizacja dokumentów wymaganych przy zapisach szkolnych w 1943 roku: aktu urodzenia lub Stammbuch, Impfschein oraz Volkslistenentscheid obojga rodziców. Grafika poglądowa inspirowana obwieszczeniami urzędowymi.

Rytuały publiczne i organizacje nazistowskie

Propaganda w Lipinach miała swój kalendarz, swoje miejsca i swoje organizacje. W źródłach pojawiają się uroczystości pamięci, zebrania partyjne, działania młodzieży oraz akcje prowadzone nie w salach urzędowych, lecz w zwykłej przestrzeni ulicy.

Ważnym elementem tego kalendarza był Heldengedenktag, czyli dzień pamięci o poległych. W marcu 1941 roku obchody rozpoczęto od złożenia wieńców na grobach poległych i na mogile Rösnera. Potem odbyła się akademia w Hüttengasthaus, z oprawą muzyczną, przemówieniem Krönera i defiladą przed ratuszem.

Ten dawny gościniec huty pojawia się w źródłach jako jedna z ważnych sal zebrań i uroczystości publicznych. W latach 1943–1944 organizowano tam m.in. wydarzenia NSDAP oraz uroczystości przedświąteczne dla lokalnego okręgu.

Innym przykładem były obchody Julsonnwende, czyli nazistowsko przetwarzanej symboliki przesilenia zimowego i Bożego Narodzenia. Organizowała je NSDAP Ortsgruppe Nord, czyli północna grupa miejscowa NSDAP, z udziałem HJ — Hitlerjugend, nazistowskiej organizacji młodzieżowej. Kröner przemawiał wtedy o „sensie niemieckiego Bożego Narodzenia”.

W źródłach pojawiają się także obchody 9 listopada, związane z partyjną pamięcią o puczu monachijskim z 1923 roku. Odbywały się w ratuszu oraz w kopalni Matylda. W przemówieniach Krönera wracali Sturmmänner, czyli członkowie oddziałów szturmowych, oraz marsz na Feldherrnhalle w Monachium.

Propaganda oznaczała również dyscyplinowanie lokalnych struktur partyjnych. Podczas apelu NSDAP w gospodzie Machon Kröner występował jako zarządca okręgowy i mówił o obowiązkach Block- und Zellenleiter, czyli kierowników bloków i komórek partyjnych.

Przekaz polityczny wychodził jednak także poza sale zebrań. W grudniu 1943 roku przy Adolf-Hitler-Straße odnotowano Schaufensteraktion, czyli akcję wystawową przygotowaną przez jedną z miejscowych grup NSDAP. Witryna sklepowa została wykorzystana do antysowieckiej ekspozycji propagandowej o „Sowjet-Paradies”, czyli rzekomym „sowieckim raju”.

Podobny mechanizm widać przy Adolf-Hitler-Straße 21, gdzie NS-Frauenschaft, nazistowska organizacja kobieca, organizowała kiermasz zabawek wykonanych przez młodzież HJ na rzecz Winterhilfswerk, czyli zimowej akcji pomocy. Nie była to zwykła dobroczynność. Pomoc społeczna działała tu razem z propagandą, organizacją młodzieży i wojennym obrazem wspólnoty rodzin żołnierskich.

Dla porządku można zebrać te przykłady w jednym miejscu:

PrzykładMiejsce / formaZnaczenie
Heldengedenktaggroby, Hüttengasthaus, ratuszpaństwowo-partyjny rytuał pamięci wojennej
Hüttengasthaussala uroczystości i zebrańmiejsce lokalnych wydarzeń NSDAP i uroczystości publicznych
JulsonnwendeNSDAP Ortsgruppe Nord, HJideologiczna oprawa świąt zimowych
9 listopadaratusz, kopalnia Matyldalokalne obchody mitu partyjnego NSDAP
Apel NSDAPgospoda Machondyscyplinowanie struktur partyjnych
Schaufensteraktionwitryna przy Adolf-Hitler-Straßepropaganda w przestrzeni handlowej
NS-Frauenschaft / WinterhilfswerkAdolf-Hitler-Straße 21pomoc zimowa, młodzież HJ i akcja społeczno-propagandowa
HJ, BDM, DAF, NSVmłodzież, praca, opieka społecznaobejmowanie życia społecznego organizacjami nazistowskimi

Te przykłady pokazują, że propaganda nie ograniczała się do przemówień i kademii. Działała przez organizacje młodzieżowe, kobiece, zawodowe i opiekuńcze, ale także przenikała szkołę, sklepy, ulice i lokalne uroczystości.

Wnętrze dawnego Hüttengasthaus w Lipinach około 1911–1913 z barem, stołami i krzesłami
Wnętrze Hüttengasthaus w Lipinach, ok. 1911–1913, z czasów gdy lokal prowadził W. Angel. W późniejszych źródłach z lat 1940–1944 gościniec pojawia się jako jedno z miejsc zebrań, uroczystości i wydarzeń publicznych w Lipinach.

Codzienność zapisana w obwieszczeniach

Dokumenty z lat 1940–1944 pokazują Lipiny od strony codziennych obowiązków. Mieszkańcy stykali się z administracją w ratuszu, przy podatkach, opłatach komunalnych, kartkach żywnościowych, zapisach szkolnych, sprawach cmentarnych i kontroli handlu.

Kronika Moeckego opowiadała o 1939 roku językiem powrotu, uroczystości i niemieckiej propagandy. Obwieszczenia urzędowe prowadzą w inną stronę: do ratusza, sklepu, szkoły i na ulicę.

To tam codzienność widać najbliżej mieszkańca. Nie w wielkich hasłach, ale w dokumentach, terminach, opłatach, przydziałach i obowiązkach, które porządkowały życie Lipin pod niemiecką administracją po 1939 roku.

Bibliografia i źródła

Podstawą artykułu są dwa zestawy materiałów: kronika H. Moeckego z 1941 roku oraz opracowana baza źródłowa z niemieckiej prasy i obwieszczeń urzędowych z lat 1940–1944.

  • Heinrich Moecke, Chronik der Industriegemeinde Lipine O/S Kreis Kattowitz bis zum Jahre 1941 einschliesslich, Oppeln: Oberschlesische Gesellschaftsdruckerei GmbH, 1941.
  • Opracowanie własne: Baza wiedzy: Gmina Lipiny 1940–1944, sporządzone na podstawie niemieckich źródeł prasowych i urzędowych z lat 1940–1944.
  • Kattowitzer Zeitung, roczniki 1940–1942, wybrane numery dotyczące gminy Lipine / Lipiny, podatków, aprowizacji, administracji, handlu i uroczystości publicznych.
  • Oberschlesische Zeitung, roczniki 1942–1944, wybrane numery dotyczące budżetów gminnych, regulaminów, zapisów szkolnych i obwieszczeń administracyjnych.
  • Der Oberschlesische Kurier, rocznik 1940, wybrane numery dotyczące Lipin, kopalni Matylda, struktur DAF i spraw lokalnych.
  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, 1972, nr 9.
  • Opracowanie własne: Baza wiedzy: Adolf-Hitler-Straße. Lipine / Lipiny 1940–1944, sporządzone na podstawie wypisów z Kattowitzer Zeitung i Oberschlesische Zeitung.
0
0

Read more

Panorama przemysłowych Lipin i Chropaczowa z hutami, kopalniami i kominami

Cynk, węgiel i miasto z dymu. Jak przemysł zmienił Lipiny i Chropaczów (Część II)

Lipiny i Chropaczów — część II

Cynkowe imperium i miasto z dymu. Jak przemysł stworzył nowoczesne Lipiny i Chropaczów

W 1853 roku historia Lipin i Chropaczowa gwałtownie przyspieszyła. Dawny świat lasów, karczm i ubogich chat zaczął ustępować hutom, kopalniom, szkołom, kościołom i robotniczym koloniom.

W pierwszej połowie XIX wieku Lipiny i Chropaczów były jeszcze światem lasów, folwarków, karczm, błotnistych dróg i ubogich chat. W lokalnej pamięci trwały opowieści o rozbójnikach, ciemnych traktach i miejscach, do których prawo docierało z trudem. Ale pod tą pozornie peryferyjną ziemią kryło się bogactwo, które miało zmienić wszystko.

Węgiel, rudy cynku, galman, zapotrzebowanie na paliwo, kapitał arystokracji i techniczna energia XIX wieku sprawiły, że dawny leśny krajobraz w ciągu kilku dekad został niemal całkowicie przepisany od nowa. Tam, gdzie wcześniej stały gliniane chaty, leśniczówki i karczmy, wyrosły huty, szyby kopalniane, kolonie robotnicze, szkoły, kościoły, wodociągi i całe dzielnice pracujące w rytmie fabrycznego gwizdka.

To nie była spokojna ewolucja. To była eksplozja — demograficzna, techniczna, przestrzenna i społeczna.

Momentem przełomowym był rok 1853.

Rok 1853: chwila, w której zapłonął przemysł

W 1853 roku Śląska Spółka Akcyjna dla Górnictwa i Hutnictwa Cynkowego — Schlesische Aktien-Gesellschaft für Bergbau und Zinkhüttenbetrieb — przejęła od hrabiego Henckla von Donnersmarcka miejscowe huty cynku, kopalnie węgla oraz znaczną część gruntów związanych z obszarem dworskim Chropaczowa.

Była to jedna z tych dat, które w historii lokalnej znaczą znacznie więcej niż zwykłą zmianę właściciela. Od tego momentu Lipiny i Chropaczów zaczęły wchodzić w orbitę wielkiego przemysłu.

Spółka nie była tylko przedsiębiorstwem wydobywczym czy hutniczym. Stała się siłą organizującą całą przestrzeń. Przemysł potrzebował robotników, robotnicy potrzebowali mieszkań, ich dzieci potrzebowały szkół, rodziny potrzebowały kościołów, lekarzy, sklepów, wody, kanalizacji i dróg. W ten sposób dawna wieś i dawne kolonie zaczęły zmieniać się w gęsty, wielofunkcyjny organizm przemysłowy.

Nie budowano już pojedynczych domów. Budowano całe ulice, kolonie i systemy zależności. Praca w hucie albo kopalni nie kończyła się za bramą zakładu. Organizowała rytm dnia, strukturę rodziny, drogę dziecka do szkoły, zakupy, opiekę lekarską, religijność i sposób myślenia o przyszłości.

Rok 1853 był więc nie tylko początkiem nowej epoki gospodarczej. Był początkiem nowego świata.

Pierwsze kominy i zabudowania przemysłowe w Lipinach i Chropaczowie po 1853 roku
Rok 1853 symbolicznie otworzył nowy etap w historii Lipin i Chropaczowa — od świata folwarków i lasów ku przemysłowej organizacji przestrzeni.

Cynkowe serce Lipin

Jeśli węgiel był paliwem tej przemiany, to cynk był jej najważniejszym metalem. W XIX wieku cynk należał do kluczowych surowców przemysłowych Górnego Śląska. Używano go w budownictwie, przemyśle, rzemiośle i produkcji blach. Lipiny stały się jednym z najważniejszych miejsc związanych z jego wytopem i obróbką. Szerzej o tym procesie pisałem w osobnym tekście: Lipiny. Narodziny dzielnicy przemysłowej 1780–1939.

Początki śląskiego hutnictwa cynku sięgały końca XVIII wieku. Szczególne znaczenie miała metoda wytopu cynku w zamkniętych mufach, której pionierskie zastosowanie wiązano z Rubergiem i piecem uruchomionym w 1798 roku w Wesołej. Początkowo technologia ta była traktowana niemal jak tajemnica przemysłowa. Z czasem jednak rozprzestrzeniła się na Górnym Śląsku, dając regionowi ogromną przewagę w produkcji cynku.

Tajemnica Ruberga

Wspomniany Ruberg to Johann Christian Ruberg, genialny hutnik, który w 1798 roku w Wesołej wynalazł piec muflowy do wytopu cynku. Wcześniej monopol na produkcję tego metalu posiadali Anglicy, którzy pilnie strzegli swoich tajemnic. Wynalazek Ruberga (pozwalający na tani i masowy wytop z użyciem węgla) zrewolucjonizował śląski przemysł i utorował drogę takim gigantom jak huty w Lipinach.

Po 1853 roku Śląska Spółka Akcyjna rozpoczęła wielką modernizację przejętych zakładów. W Lipinach rozbudowano kompleks hutniczy Silesia, obejmujący huty Silesia I, Silesia II i Silesia III. To właśnie one przez dziesięciolecia wyznaczały rytm życia osady.

Huty nie były tylko miejscem pracy. Były centrum całego świata. Od nich zależał transport, mieszkalnictwo, handel, szkoły, dochody rodzin i kierunek rozwoju przestrzeni. Wokół nich powstawały kolonie, drogi, bocznice, warsztaty, składy i domy robotnicze.

Nawet katastrofy nie zatrzymywały rozwoju. Gdy w 1858 roku spłonęła huta Silesia III, odbudowano ją w ciągu zaledwie roku. Był to znak epoki: przemysł nie znał długiego postoju. Jeśli coś się paliło, odbudowywano to większe, sprawniejsze i bardziej nowoczesne.

Dawny leśny krajobraz ustępował nie pod wpływem jednej decyzji, lecz pod naciskiem tysięcy codziennych działań: budowy pieców, rozbiórki starych zabudowań, wytyczania torów, dowozu surowców, organizowania pracy i osiedlania kolejnych rodzin.

Lipiny przestały być dawną osadą. Zaczęły działać w rytmie hut, kopalń i robotniczych kolonii.
Huta cynku Silesia w Lipinach jako centrum przemysłowej przemiany
Hutnictwo cynku stało się jednym z najważniejszych motorów rozwoju Lipin. Wokół zakładów Silesia powstawał cały przemysłowy organizm.

Walcownia, mufy i metal cienki jak bibułka

Szczególnym powodem dumy Lipin była walcownia cynku, uruchomiona w latach 1857–1859. Napędzana parą, należała do największych i najnowocześniejszych zakładów tego typu w Europie. Jej wyroby zdobywały uznanie daleko poza Górnym Śląskiem.

W dawnych opisach podkreślano, że w Lipinach potrafiono walcować blachę cynkową niezwykle cienką — tak delikatną, że porównywano ją do bibułki. Ten obraz jest bardzo sugestywny: ciężka, dymiąca huta, a jej produktem blacha niemal papierowej grubości. W tym kontraście widać całą finezję przemysłu XIX wieku. Energia maszyn służyła precyzji.

Walcownia cynku w Lipinach z maszynami do produkcji cienkiej blachy cynkowej
Walcownia cynku była jednym z symboli technicznej nowoczesności Lipin — ciężkie maszyny pozwalały uzyskiwać blachę niezwykle cienką i cenioną daleko poza regionem.

W 1865 roku uruchomiono centralną fabrykę muf. Mufy, czyli specjalne naczynia wykorzystywane w procesie wytopu cynku, wcześniej wykonywano ręcznie. Mechanizacja ich produkcji oznaczała ogromny wzrost wydajności. Huta stawała się coraz mniej rzemieślnicza, a coraz bardziej fabryczna — powtarzalna, szybka, podporządkowana rytmowi maszyn.

Rosła także skala logistyki. Zakłady zużywały gigantyczne ilości węgla. Korzystały z własnych torów, wagonów, lokomotyw i koni pociągowych. Surowce i produkty musiały nieustannie krążyć między kopalniami, hutami, składami, bocznicami i odbiorcami.

Węgiel przyjeżdżał do pieców. Rudy i półprodukty trafiały do zakładów. Blacha cynkowa opuszczała Lipiny. Robotnicy codziennie przechodzili między domem a bramą huty. Pieniądze, materiały, ludzie i energia tworzyły jeden wielki obieg.

Tak narodziło się cynkowe imperium Lipin.

Węgiel: czarne serce przemysłowego organizmu

Huty cynku potrzebowały paliwa. Ogromnych ilości paliwa. Dlatego rozwój hutnictwa natychmiast pociągał za sobą rozbudowę kopalń węgla. Bez węgla nie było ognia, bez ognia nie było cynku, bez cynku nie było przemysłowej potęgi Lipin.

Śląska Spółka Akcyjna rozbudowywała przejęte kopalnie i pola wydobywcze. Warto tu pamiętać także o kopalni Matylda, której osobną historię opisałem w cyklu Matylda. Poczuj ducha dawnej kopalni, cz. 1 oraz Matylda, cz. 2: 1919–1930. W źródłach pojawiają się również nazwy takie jak König Saul, Mathilde-Ostfeld, Mathilde-Westfeld czy Karsten-Centrumgrube.

Kopalnictwo oznaczało jednak nie tylko wydobycie. Oznaczało też walkę z żywiołami. Najgroźniejszym przeciwnikiem była woda. Podziemne potoki i dopływy mogły zatopić wyrobiska, zatrzymać eksploatację i zniszczyć całe przedsięwzięcie. Aby utrzymać kopalnie przy życiu, montowano potężne maszyny odwadniające, których moc budziła podziw daleko poza okolicą.

Wypompowywana woda nie zawsze była traktowana wyłącznie jako problem. Wykorzystywano ją również do zasilania stawów i systemów wodnych. Przemysł zmieniał więc nie tylko powierzchnię ziemi, lecz także ukryty obieg wody. To, co wcześniej było przeszkodą w kopalni, mogło stać się elementem miejskiej infrastruktury.

W ten sposób podziemie i powierzchnia zostały ze sobą trwale związane. Huta potrzebowała kopalni, kopalnia potrzebowała maszyn, maszyny potrzebowały paliwa, a całość potrzebowała ludzi. Każdy element napędzał następny.

Nowoczesność nie przyszła tu jako abstrakcyjne hasło. Przyszła jako system rur, torów, szybów, pomp, pieców, kominów i ludzi schodzących pod ziemię.

Podziemna kolejka i sztolnia ze światłem elektrycznym

Jednym z najbardziej niezwykłych przykładów przemysłowej pomysłowości była instalacja podsadzkowa. Huty produkowały ogromne ilości popiołu i odpadów. Przy zakładach rosły hałdy, które zajmowały teren, pyliły i zmieniały krajobraz. Jednocześnie kopalnie potrzebowały materiału do wypełniania pustek po wydobyciu węgla, aby ograniczać zapadanie się gruntu i zabezpieczać wyrobiska.

Połączono więc oba problemy w jeden system. Materiał z hutniczych hałd kierowano do kopalnianych pustek. Według dawnych opisów służyła temu specjalna kolejka linowa biegnąca podziemną, wybrukowaną i elektrycznie oświetloną sztolnią.

To jeden z tych obrazów, które najlepiej pokazują skalę przemysłowej wyobraźni XIX wieku. Pod ziemią, w sztolni oświetlonej elektrycznością, poruszał się transport materiału podsadzkowego. Popiół z hut wracał pod ziemię, aby wypełnić przestrzeń po wydobytym węglu. Powierzchnia i podziemie zostały połączone w jeden techniczny obieg.

Versatzanlage – ratunek przed zapadaniem się ziemi

Instalacja podsadzkowa (niem. Versatzanlage) była genialna w swojej prostocie. Intensywne wydobycie węgla tworzyło pod ziemią ogromne pustki, co groziło zawaleniem się powierzchni. Przesyłanie tam bezużytecznego popiołu z hut (często z użyciem wody jako tzw. podsadzka płynna) stabilizowało grunt i jednocześnie rozwiązywało problem rosnących w nieskończoność hałd.

Podziemna sztolnia z kolejką podsadzkową i oświetleniem elektrycznym w rejonie Lipin i Chropaczowa
Podziemna sztolnia z kolejką podsadzkową dobrze pokazuje techniczną skalę przemysłowej epoki: odpady z hut wracały pod ziemię, by stabilizować przestrzenie po wydobyciu węgla.

Dawny świat lasu i karczmy znikał nie tylko dlatego, że wycinano drzewa i budowano huty. Znikał, bo cała ziemia — od powierzchni po głębokie wyrobiska — została włączona w logikę produkcji.

To już nie był krajobraz, po którym człowiek po prostu chodził. To był krajobraz podporządkowany pracy.

Chropaczów dołącza do wyścigu

Lipiny wcześniej i mocniej kojarzyły się z hutnictwem cynku, ale Chropaczów również został wciągnięty w przemysłową przemianę. Początkowo zachowywał bardziej wiejski charakter. Rolnictwo, zagrody, przewóz towarów, tradycyjna gospodarka — wszystko to jeszcze przez pewien czas było obecne w krajobrazie.

Ale przemysł nie zostawiał takich miejsc na uboczu. Gdy raz pojawiła się sieć kopalń, hut, dróg, kolei i zapotrzebowania na siłę roboczą, dawna wieś nie mogła trwać w niezmienionej formie.

Przełomem dla Chropaczowa było otwarcie kopalni Schlesiengrube w 1883 roku. Była to kopalnia nowoczesna, zasobna w dobry węgiel i zatrudniająca tysiące pracowników. Cztery lata później, w 1887 roku, uruchomiono hutę Guidottohütte, która dodatkowo wzmocniła przemysłowy charakter miejscowości.

Od tego momentu Chropaczów przestał być tylko zapleczem. Stał się aktywnym uczestnikiem przemysłowego wyścigu. Zmieniała się struktura społeczna, znikało dawne rolnictwo, rosła liczba robotników, pojawiały się nowe domy, sklepy, warsztaty, szkoły i instytucje.

Dawny chłopski Chropaczów stawał się robotniczy. Szersze tło dziejów miejscowości zebrałem również w tekście Najstarsza dzielnica Świętochłowic. Dzieje Chropaczowa w pigułce.

Ten proces nie oznaczał jedynie zmiany zawodu mieszkańców. Oznaczał zmianę całej logiki miejsca. Ziemia przestawała być przede wszystkim polem i zapleczem folwarku. Stawała się terenem inwestycji, transportu, zabudowy, wydobycia i pracy najemnej.

Chropaczów wszedł do przemysłowej epoki później niż Lipiny, ale gdy już wszedł, nie było odwrotu.

Eksplozja demograficzna

Najbardziej spektakularnym dowodem przemiany są liczby. W latach dwudziestych XIX wieku gmina Chropaczów, obejmująca wieś oraz kolonie Lipiny i Brzezinę, liczyła około 250 mieszkańców. Była to niewielka społeczność zagrodników, chałupników, drwali i robotników dworskich.

Na początku XX wieku ten sam obszar zamieszkiwało już niemal 30 tysięcy ludzi: około 10 tysięcy w Chropaczowie i około 20 tysięcy w Lipinach oraz ich koloniach.

Skala przemiany demograficznej

ok. 250 mieszkańców gminy Chropaczów z Lipinami i Brzeziną w latach 20. XIX wieku
ok. 30 000 mieszkańców tego obszaru na początku XX wieku
Kolonie robotnicze i gęsta zabudowa Lipin i Chropaczowa na przełomie XIX i XX wieku
W ciągu kilku pokoleń dawny krajobraz folwarków i kolonii zmienił się w gęstą przestrzeń robotniczych domów, ulic i zakładów.

Trudno przecenić skalę tej zmiany. To nie był naturalny, powolny przyrost. To był demograficzny wybuch. Ludzie przybywali za pracą. Rodziny rosły wokół zakładów. Dzieci robotników zapełniały szkoły. Ulice, które jeszcze niedawno były drogami przez wieś lub las, zaczęły obsługiwać dziesiątki tysięcy mieszkańców.

Z takiego wzrostu rodziły się wszystkie kolejne problemy i potrzeby: mieszkania, szkoły, kanalizacja, woda, handel, opieka lekarska, bezpieczeństwo, organizacja religijna, transport. Przemysł nie tylko zatrudniał ludzi. Przemysł wymuszał budowę całego świata dookoła siebie.

W tym sensie Lipiny i Chropaczów stały się miastem, zanim jeszcze zaczęły wyglądać jak klasyczne miasto. Nie potrzebowały rynku, ratusza i reprezentacyjnych placów, aby mieć miejski charakter. Wystarczyła gęstość ludzi, pracy, infrastruktury i zależności.

To była miejskość zrodzona nie z planu urbanisty, lecz z potrzeb produkcji.

Szkoła: od jednej klasy do tysięcy uczniów

Jedną z najważniejszych zmian był rozwój szkolnictwa. Przedindustrialny system edukacji był bardzo skromny. Pierwsza szkoła obsługująca ten ogromny teren mieściła się w Brzezinie. Do jednej placówki należały Lipiny, Brzezina, Świętochłowice, Łagiewniki Górne i Średnie, południowa część Królewskiej Huty, Pniaki oraz część kolonii Schwarzwald.

Dla dzieci oznaczało to długie marsze, błotniste drogi i nieregularną naukę. W praktyce wiele z nich zaczynało szkołę późno, w wieku ośmiu lub dziewięciu lat, a kończyło ją bardzo wcześnie. Wiedza, którą wynosiły z takiej szkoły, była elementarna.

Także warunki pracy nauczycieli należały jeszcze do dawnego świata. W 1825 roku pojawia się nazwisko nauczyciela Hellera, później Kruppy i Borunskiego. Ich uposażenie obejmowało nie tylko pieniądze, lecz także zboże, słomę, drewno, paszę i prawo do wypasu zwierząt. Nauczyciel był więc jednocześnie urzędnikiem, gospodarzem i częścią lokalnej gospodarki naturalnej.

Industrializacja zmieniła wszystko. Już w 1856 roku otwarto drugi lokal szkolny w dominium chropaczowskim, później przeniesiony do Lipin. Pierwszym adiunktem został Josef Cebulla. W 1862 roku zarząd huty ufundował w Lipinach szkołę hutniczą, wzorowaną na placówkach z Gliwic i Królewskiej Huty. Była przeznaczona dla dzieci pracowników Spółki i od początku zatrudniała kilku nauczycieli.

Dzieci robotnicze przed szkołą hutniczą w Lipinach w okresie industrializacji
Rozwój przemysłu wymusił rozwój szkolnictwa. Z jednej klasy i jednego nauczyciela wyrosły wieloklasowe systemy szkolne dla tysięcy dzieci.

W 1866 roku powstała nowa, trzyklasowa szkoła w Chropaczowie. W latach osiemdziesiątych XIX wieku, wobec dalszego wzrostu liczby dzieci, rozbudowano placówki w Chropaczowie i Lipinach. Ostatecznie systemy szkolne obu gmin zostały rozdzielone.

Liczby z początku XX wieku robią ogromne wrażenie. Około 1853 roku Chropaczów i Lipiny miały łącznie jedną klasę, jednego nauczyciela i około 80 uczniów. W 1903 roku sam Chropaczów miał 25 klas, 22 nauczycieli i 1875 uczniów. Lipiny miały trzy niezależne systemy siedmioklasowe, 51 klas, 49 nauczycieli i 3855 uczniów.

To była prawdziwa rewolucja edukacyjna. W ciągu pięćdziesięciu lat szkoła przestała być odległym, słabo dostępnym dodatkiem do życia. Stała się jedną z podstaw robotniczej społeczności.

Szkoła była też znakiem nowej epoki. Dawny świat mógł funkcjonować z jedną klasą i nauczycielem opłacanym częściowo w naturze. Świat przemysłowy potrzebował umiejętności, dyscypliny, organizacji i podstawowej edukacji dla tysięcy dzieci.

Kościoły i duchowa organizacja przemysłowej osady

Równolegle z edukacją rozwijało się życie religijne. W pierwszej połowie XIX wieku mieszkańcy Lipin i Chropaczowa należeli do rozległej parafii kościoła Mariackiego w Bytomiu. Obejmowała ona ogromny obszar, a nieliczni duchowni nie byli w stanie zapewnić regularnej opieki duszpasterskiej wszystkim wiernym.

Dla mieszkańców oznaczało to długą drogę do kościoła. W świecie błotnistych traktów i leśnych odległości sama podróż na mszę mogła być poważnym wysiłkiem. Religijność istniała, ale brakowało lokalnej infrastruktury, która mogłaby ją organizować.

Zmiana nastąpiła w 1872 roku, gdy Chropaczów i Lipiny przydzielono do parafii św. Barbary w Królewskiej Hucie. W szkole hutniczej w Lipinach urządzono salę modlitw, do której dojeżdżali duchowni. Szybko jednak okazało się, że rosnąca społeczność potrzebuje własnej świątyni.

Tu znów widoczna była rola przemysłu. Z inicjatywy dyrektora generalnego Schmiedera Śląska Spółka Akcyjna wsparła budowę okazałego kościoła katolickiego. Pierwszym proboszczem został ks. Michalski, zapamiętany jako znakomity kaznodzieja, określany mianem „Apostoła Górnego Śląska”. W dawnych opisach podkreślano jego wpływ na moralne odrodzenie miejscowej ludności oraz dbałość o piękno kościelnego wyposażenia.

Na początku XX wieku w Lipinach powstał również kościół ewangelicki, wspierany przez kapitał przemysłowy i związany z osobistym zaangażowaniem dyrektora generalnego Scherbeninga.

W ten sposób przemysłowa osada zyskała pełniejszą strukturę społeczną. Nie była już tylko miejscem pracy. Była przestrzenią życia: narodzin, nauki, modlitwy, choroby, zakupów, odpoczynku i śmierci.

Wielki kapitał nie budował więc wyłącznie pieców, szybów i hal. Budował także instytucje stabilizujące społeczność. Można widzieć w tym troskę, można widzieć interes, można widzieć jedno i drugie. Stabilny robotnik, związany z miejscem pracy mieszkaniem, szkołą dziecka, parafią i sklepem, był częścią przemysłowego porządku.

Robotnicza codzienność: mieszkania, łaźnie i wodociągi

Wielki przemysł potrzebował stabilnej załogi. Robotnik, który miał rodzinę, mieszkanie, dostęp do szkoły, sklepu, lekarza i kościoła, był bardziej związany z miejscem pracy. Dlatego przedsiębiorstwa nie ograniczały się do budowy zakładów. Tworzyły infrastrukturę codzienności.

Drewniane chaty kryte słomą zaczęły ustępować murowanym domom. Powstawały kamienice, kolonie robotnicze, zajazdy, domy noclegowe i koszary dla pracowników. Rodziny robotnicze otrzymywały mieszkania z pokojami i kuchnią, często za umiarkowany czynsz. Dla samotnych robotników budowano Schlafhäuser, czyli domy noclegowe. W Chropaczowie znane były robotnicze koszary o nazwach „Paryż”, „Metz” i „Strasburg”.

Domy sypialne i stowarzyszenia spożywcze

Gwałtowny napływ samotnych mężczyzn poszukujących pracy wymusił budowę Schlafhäuser – tanich domów noclegowych przypominających hotele robotnicze. Z kolei Konsumvereine (stowarzyszenia spożywcze) miały chronić załogę przed lokalnymi sklepikarzami, którzy często drastycznie zawyżali ceny podstawowych produktów. Dzięki własnym sklepom robotnicy mogli kupować towary taniej.

Społeczny obraz Chropaczowa z początku XX wieku dobrze uzupełnia także analiza księgi adresowej z lat 1910–1911, w której widać już gęstą sieć ulic, zawodów i nazwisk tworzących codzienność przemysłowej osady.

Rozwijała się także infrastruktura sanitarna. Budowano łaźnie z systemami suszenia odzieży roboczej, pralnie z maglami dla żon robotników, wodociągi, kanalizację i urządzenia poprawiające warunki higieniczne. W Chropaczowie szczególne wrażenie robiła żelazna wieża ciśnień, uznawana za przykład efektownej konstrukcji technicznej.

Ulice kanalizowano i polewano wodą latem, aby ograniczyć zapylenie. Był to szczegół bardzo praktyczny, ale wiele mówi o realiach życia. Przemysłowy krajobraz nie był czysty. Pył, sadza, dym i błoto były codziennością. Nowoczesność wymagała więc nieustannej walki z własnymi skutkami ubocznymi.

Rozwijała się również opieka lekarska. W 1883 roku na ogromny obszar przypadał zaledwie jeden lekarz. Dwie dekady później w samych Lipinach było ich już kilku, a w okolicy kilkunastu. Powstawały także stowarzyszenia spożywcze, czyli Konsumvereine, które miały chronić robotników przed zawyżonymi cenami i ułatwiać dostęp do podstawowych produktów.

To wszystko pokazuje ambiwalentny charakter przemysłowego postępu. Z jednej strony zakłady dawały pracę, mieszkania, wodę, szkołę i lekarza. Z drugiej strony to one tworzyły warunki, które wymagały tych instytucji: przeludnienie, pył, choroby, wypadki, zależność ekonomiczną i twardą dyscyplinę pracy.

Awans cywilizacyjny był realny. Ale miał swoją cenę.

Miasto z dymu

Lipiny i Chropaczów na początku XX wieku nie były już dawnymi osadami. Były przemysłowym organizmem, choć formalnie nie musiały przypominać klasycznego miasta. Ich miejskość wynikała nie z ratusza, rynku i eleganckich kamienic, lecz z gęstości ludzi, zakładów, infrastruktury i codziennego ruchu.

Było to miasto z dymu, cynku, węgla, cegły i pary. Miasto familoków, kominów, bocznic, szkół i kościołów. Miasto, które narodziło się nie z planu urbanistów, ale z potrzeb produkcji.

Przestrzeń podporządkowano rytmowi przemysłu. Mieszkania budowano blisko zakładów. Drogi prowadziły do hut, szybów i składów. Kolej łączyła kopalnie z hutami. Szkoły rosły tam, gdzie rosła liczba robotniczych dzieci. Kościoły powstawały tam, gdzie wielotysięczna społeczność potrzebowała duchowego centrum.

Dawny leśny krajobraz nie zniknął bez śladu. Jego resztki trwały w nazwach, wspomnieniach, opowieściach o karczmach i rozbójnikach, w kontrastach między kominami a ostatnimi pasami zieleni. Ale realna władza nad przestrzenią należała już do przemysłu.

To właśnie przemysł określał, gdzie będzie droga, gdzie stanie dom, gdzie popłynie woda, gdzie znajdzie się szkoła, gdzie powstanie kościół, a gdzie hałda.

Nowe Lipiny i nowy Chropaczów nie były prostą kontynuacją dawnej wsi. Były jej gwałtownym przekształceniem.

Josephswarte: spojrzenie na nowy świat

Symbolicznym finałem tej historii jest widok z Josephswarte — wieży obserwacyjnej znajdującej się na remizie straży pożarnej w Chropaczowie. Z wysokości około 25 metrów można było spojrzeć na cały przemysłowy świat, który wyrósł na dawnym leśnym pograniczu.

Na wschodzie i południu rozciągało się morze kominów, hut i kopalń: Królewska Huta, Chorzów, Bismarckhütte, Falva, Friedenshütte. Między nimi widniał Schwarzwald — dawny leśny obszar, wyniszczony przez kwaśne gazy i przemysłowe wyziewy.

Na zachodzie i północy krajobraz był bardziej zróżnicowany. Kominy Goduli, Orzegowa, Zaborza i Zabrza mieszały się z polami, lasami i bardziej malowniczymi fragmentami okolicy. Był to obraz Górnego Śląska w stanie przejścia: między naturą a przemysłem, między wsią a miastem, między dawnym porządkiem a nowoczesnością.

Najbardziej niezwykły musiał być jednak widok nocą. Gdy zapadał zmrok, przemysłowy krajobraz nie gasł. Przeciwnie — zaczynał świecić. Lampy łukowe, czerwone łuny wielkich pieców, rozżarzone niebo nad hutami, para unosząca się nad maszynami i rytmiczny ruch zakładów tworzyły obraz niemal apokaliptyczny, ale zarazem fascynujący.

To musiało wyglądać jak osobne miasto ognia. Nie zasypiało, lecz pracowało. Oddychało dymem, syczało parą, drżało od maszyn i świeciło czerwonym blaskiem hut.

Z tej wysokości można było zobaczyć nie tylko zakłady. Można było zobaczyć kres dawnego świata.

Nowoczesność, która przyszła gwałtownie

Historia przemysłowych Lipin i Chropaczowa nie jest prostą opowieścią o postępie. To raczej historia gwałtownej wymiany jednego świata na drugi. Dawny świat lasów, folwarków, karczm i ubogich chat został wyparty przez świat hut, kopalń, szkół, kościołów, wodociągów i robotniczych kolonii.

Przemysł przyniósł awans cywilizacyjny. Dał pracę tysiącom ludzi. Zbudował szkoły, świątynie, mieszkania, łaźnie, wodociągi i sieci transportowe. Stworzył społeczność, która z czasem wykształciła własną tożsamość, pamięć i dumę.

Ale ten sam przemysł przyniósł dym, pył, choroby, hałas, degradację krajobrazu i podporządkowanie życia logice produkcji. Nowoczesność nie przyszła tu jako łagodna obietnica. Przyszła jako siła — potężna, brudna, rozświetlona ogniem i napędzana węglem.

Lipiny i Chropaczów nie weszły w XX wiek spokojnie. Zostały wepchnięte w nowoczesność przez cynk, węgiel, kapitał i tysiące robotniczych rąk.

Tam, gdzie kiedyś podróżny bał się leśnej drogi i karczemnych band, po kilkudziesięciu latach stały huty, kopalnie, szkoły, kościoły, familoki, wodociągi i kolejowe bocznice.

Z wysokości Josephswarte można było zobaczyć nie tylko kominy i huty. Można było zobaczyć kres dawnego świata. Las, który dawał schronienie drwalom, biedakom i rozbójnikom, ustąpił miejsca cywilizacji cynku, węgla, pary i żelaznej dyscypliny.

Tak narodziły się przemysłowe Lipiny i przemysłowy Chropaczów — miasta z dymu, ognia i pracy.

Czytaj także na flaczek.com

Nota źródłowa

Podstawą artykułu jest dawne opracowanie J. Kani O powstawaniu i rozwoju Chropaczowa—Lipin, wykorzystane jako punkt wyjścia do popularyzatorskiego opisu przemysłowej przemiany Lipin i Chropaczowa.

Tekst został zredagowany współczesnym językiem i uzupełniony kontekstem lokalnym oraz odsyłaczami do powiązanych artykułów opublikowanych na flaczek.com.

Koniec dwuczęściowej opowieści

Pierwsza część prowadziła przez las, karczmy, rozbójników i dawny świat przedindustrialny. Druga pokazuje moment, w którym cynk, węgiel, kapitał i praca tysięcy ludzi stworzyły nowoczesne Lipiny i Chropaczów.

0
0

Read more

Błotnista droga między lasem a pierwszymi kominami przemysłowymi Lipin i Chropaczowa

Lipiny i Chropaczów przed wielką industrializacją (Część I)

Lipiny i Chropaczów — część I

Od leśnych zbójców do pierwszych kominów. Lipiny i Chropaczów przed wielką industrializacją

Zanim nad Lipinami i Chropaczowem wyrosły kominy, szyby i hutnicze hale, rozciągał się tu świat zupełnie inny — leśny, ubogi, błotnisty i pełen lęku.

Trudno dziś wyobrazić sobie Lipiny i Chropaczów jako miejsca dzikie, odludne i niebezpieczne. Nazwy te kojarzą się raczej z gęstą zabudową, robotniczą historią, śladami hutniczej przeszłości, familokami, kopalnianym krajobrazem i przemysłowym sercem Górnego Śląska. A jednak zanim nad tą częścią regionu wyrosły kominy, szyby i hutnicze hale, rozciągał się tu świat zupełnie inny — leśny, ubogi, błotnisty i pełen lęku.

Zanim Lipiny stały się Lipinami przemysłowymi, a Chropaczów częścią gwałtownie rosnącego organizmu górnośląskiej industrializacji, były to okolice słabo zaludnione, rozproszone i zależne od lasu, folwarku oraz nielicznych dróg. Tam, gdzie później miały pracować tysiące robotników, stały zaledwie ubogie chaty, leśniczówki, zabudowania dworskie i karczmy.

Tam, gdzie później pojawiły się kolonie robotnicze, szkoły, kościoły i zakłady przemysłowe, wcześniej dominowały dzikie ostępy, ciemne trakty i niepewność.

Ta historia nie zaczyna się od hałd i kominów. Zaczyna się od drogi przez las.

Kiedy zamiast kominów był las

Na początku XIX wieku okolice dzisiejszych Lipin i Chropaczowa nie przypominały jeszcze późniejszego przemysłowego krajobrazu. Nie było tu gęstej zabudowy, wielkich zakładów, hałd, bocznic kolejowych ani robotniczych osiedli. Przestrzeń wyznaczały przede wszystkim lasy, podmokłe łąki, rozproszone pola, folwarki i nędzne drogi.

Rozległy leśno-bagienny krajobraz dawnych Lipin i Chropaczowa przed rozwojem przemysłu
Zanim pojawiły się huty i kopalnie, okolice Lipin i Chropaczowa tworzyły lasy, mokradła, pola i rozproszone osady.

Był to świat surowy i ubogi. Ludzie żyli blisko ziemi, lasu i dworu. Utrzymywali się z pracy sezonowej, gospodarki leśnej, drobnego rolnictwa, przewozów, najmu i różnych form zależności od właścicieli ziemskich. Nie była to sielanka. Choć późniejsze wspomnienia czasem idealizowały „dawne dobre czasy”, rzeczywistość musiała być twarda.

Stary porządek nie dawał wielu szans. krajne ubóstwo było powszechne, a instytucje, które mogłyby porządkować życie społeczne — szkoła, kościół, administracja, policja — działały słabo albo znajdowały się zbyt daleko.

W dawnych opisach uderza kontrast między późniejszym przemysłowym rozmachem a wcześniejszą pustką. W miejscu, gdzie po kilkudziesięciu latach powstały huty, walcownie, kolonie i drogi, wcześniej znajdował się świat niemal pograniczny. Nie tyle miejski, nie do końca wiejski, ale leśny i niepewny.

Ten dawny krajobraz miał jednak w sobie coś, czego na powierzchni nie było widać. Pod ziemią czekały surowce, które miały zmienić wszystko: węgiel, rudy cynku, galman. Na razie jednak nie one rządziły codziennością. Codzienność wyznaczały las, błotniste drogi, ubóstwo i niepewność jutra.

Lipiny przed Lipinami

Pierwotne Lipiny były czymś znacznie skromniejszym niż późniejsza przemysłowa osada. Ich zalążkiem był niewielki folwark. Według dawnego przekazu jego nazwa pochodziła od nazwiska ostatniego prywatnego właściciela — Lipiny.

Wokół folwarku stała stara leśniczówka i kilka nędznych, glinianych chat. Zamieszkiwali je ubodzy drwale, robotnicy dworscy i ludzie związani z gospodarką leśno-rolną. Trudno mówić tu o stabilnym, wygodnym życiu. Była to egzystencja zależna od pór roku, możliwości zarobku, stanu dróg, decyzji właścicieli i kaprysów natury.

To ważne, bo dzisiejsza pamięć o Lipinach najczęściej biegnie w stronę przemysłu: huty, cynku, robotników, kopalń, familoków i wielkiej przemiany społecznej. Tymczasem przed tym wszystkim istniały Lipiny niemal niewidoczne — mały folwark, leśniczówka, kilka chat i ludzie żyjący na skraju przetrwania.

Nie było jeszcze wielkiego planu. Nie było miejskiej ambicji. Nie było poczucia, że właśnie tutaj powstanie jeden z ważnych punktów przemysłowego Śląska. Na powierzchni ziemia wyglądała biednie. Jej prawdziwa wartość kryła się głębiej.

Chropaczów, Brzezina i arystokratyczna gra o ziemię

Choć okolica wyglądała skromnie, już w pierwszych dekadach XIX wieku stała się przedmiotem ważnych transakcji własnościowych. Dobra chropaczowskie, folwark Brzezina i związane z nimi tereny przechodziły przez ręce ludzi z najwyższych warstw europejskiej arystokracji.

Brzezina była dawnym folwarkiem, a później kolonią położoną między Chropaczowem a Świętochłowicami. W latach dwudziestych XIX wieku Chropaczów obejmował wieś Chropaczów oraz folwarki Kopanina, Brzezina i Lipina, licząc łącznie około 250 mieszkańców. To właśnie z Brzeziną wiązano początki lokalnego szkolnictwa obsługującego rozległy rejon.

Stara mapa przedstawiająca Chropaczów, Brzezinę i Lipiny
Fragment dawnej mapy z widocznymi nazwami Chropaczów, Brzezina i Lipiny. Brzezina była dawnym folwarkiem i kolonią położoną między Chropaczowem a Świętochłowicami.

Najpierw obszar ten należał do Wielkiego Księcia Hesji. Następnie przeszedł w ręce króla Bawarii Maksymiliana. Pod koniec lat dwudziestych XIX wieku całą posiadłość nabył hrabia Lazarus Henckel von Donnersmarck ze Świerklańca, którego ród miał już silną pozycję w sąsiednich Świętochłowicach i Hajdukach.

W tym miejscu widać jeden z najciekawszych paradoksów tej historii. Dla mieszkańców była to ziemia trudna, uboga i nie zawsze bezpieczna. Dla arystokratów i przyszłych przemysłowców była to przestrzeń potencjału. Tam, gdzie jedni widzieli las, nieprzyjazne tereny i folwarki, inni zaczynali dostrzegać kapitał ukryty pod ziemią.

Jeszcze przez pewien czas nic nie zapowiadało gwałtownej przemiany. Ale własność ziemi, dostęp do surowców i zainteresowanie wielkich rodów tworzyły warunki pod przyszły wybuch industrializacji. Zanim pojawiły się piece i szyby, musiała pojawić się kontrola nad ziemią.

Droga przez las i strach przed napadem

Jedną z najważniejszych arterii dawnego krajobrazu była droga prowadząca od dzisiejszego Chebzia, znanego wówczas jako Morgenroth, w stronę Gliwic. Wiodła przez ciemne lasy i stanowiła ważny trakt komunikacyjny między Gliwicami a osadami położonymi dalej na wschód, aż ku granicy z zaborem rosyjskim.

Morgenroth, czyli dzisiejsze Chebzie

Obecnie jest to jedna z dzielnic Rudy Śląskiej. W połowie XIX wieku, dzięki poprowadzeniu tędy linii kolejowej (od 1845 r.), Morgenroth stał się jednym z najważniejszych węzłów komunikacyjnych na rodzącym się przemysłowym Górnym Śląsku. To właśnie m.in. z powodu strategicznego położenia na szlaku w stronę Gliwic okoliczne lasy tak bardzo przyciągały rabusiów.

W dni targowe droga ożywała. Poruszali się nią kupcy, podróżni, wozy z towarami, okoliczni mieszkańcy i ludzie jadący do miasta. Ale im większy był ruch, tym większa była pokusa dla tych, którzy żyli z kradzieży i napadów. Leśna droga nie była więc tylko szlakiem komunikacyjnym. Była także miejscem ryzyka.

Dawne przekazy mówią o szerzącym się złodziejstwie i o miejscowej ludności, która nie zawsze chętnie współpracowała z władzami. Kronikarski zapis, że mieszkańcy Chropaczowa, Lipin i Brzeziny „bardzo mało przestrzegali siódmego przykazania”, brzmi dziś surowo, moralizatorsko, może nawet przesadnie. Ale dobrze oddaje atmosferę nieufności, jaka panowała w oczach ówczesnych autorów.

„Nie kradnij”, czyli o siódmym przykazaniu

Kiedy kronikarz J. Kania ubolewał, że miejscowi mało przejmowali się siódmym przykazaniem, miał na myśli po prostu plagę kradzieży. W gęstych, słabo nadzorowanych lasach pokusa przywłaszczenia sobie cudzego drewna, plonów czy towarów z przejeżdżających wozów bywała dla żyjących w skrajnym niedostatku mieszkańców znacznie silniejsza niż kościelne zakazy.

Nie chodzi wyłącznie o jednostkowe kradzieże. Chodzi o cały układ warunków: biedę, rozproszenie osad, słaby nadzór, ciemne lasy, ruchliwy trakt i karczmy, w których można było zniknąć. To był świat, w którym droga przez las wymagała ostrożności.

Rozbójnicy z chropaczowskich lasów

Najbardziej mroczną częścią tej opowieści są rozbójnicy. Gęste lasy rozciągające się od podmokłych łąk Kopaniny i Drobotschki, przez okolice późniejszych zakładów, aż ku Bytomiowi, dawały znakomite schronienie ludziom działającym poza prawem.

Leśna kryjówka rozbójników w okolicach dawnych Lipin i Chropaczowa
Dawne przekazy wspominają o rozbójnikach, którzy mieli ukrywać się w lasach między Chropaczowem, Lipinami i Bytomiem.

W dawnych opisach pojawiają się nazwiska lokalnych watażków: Pilarski, Weiser, Schidlo, Scheliga, Kowalski. Byli to ludzie, których obecność miała budzić strach w całej okolicy. Nie działali jednak w próżni. Każda banda potrzebuje zaplecza: kryjówek, informatorów, miejsc przechowywania łupów i ludzi gotowych milczeć.

Szczególnie sugestywny jest motyw chropaczowskich stodół z tajnymi, podziemnymi sklepieniami, które miały służyć do ukrywania zrabowanych rzeczy. Nawet jeśli potraktujemy te opowieści z ostrożnością właściwą dla dawnych kronik i lokalnych podań, ich znaczenie jest ogromne. Pokazują, jak głęboko pamięć o przedindustrialnym bezprawiu wrosła w lokalną świadomość.

Rozbój był tu nie tylko serią przestępstw. Był elementem krajobrazu społecznego. Ludzie bali się drogi, lasu, nocy i karczemnych układów. Władza była daleko albo działała nieskutecznie. Porządek publiczny nie miał jeszcze tej siły, którą później przyniosą przemysł, administracja, większa liczba mieszkańców, szkoły, zakładowa dyscyplina i policyjny nadzór.

Zanim fabryczny gwizdek zaczął wyznaczać rytm życia, rytm tej okolicy wyznaczały droga, las i lęk.

Karczmy jako centra półświatka

W dawnym świecie karczma była czymś więcej niż miejscem picia. Była punktem spotkań, wymiany informacji, schronienia i nieformalnej władzy. W okolicach Lipin i Chropaczowa karczmy miały także swoją ciemną stronę.

Wnętrze dawnej leśnej karczmy w Lipinach jako miejsce spotkań półświatka
Karczmy w dawnych Lipinach i okolicy Chebzia były nie tylko miejscami odpoczynku, ale też punktami spotkań ludzi drogi i lokalnego półświatka.

Szczególną sławą cieszyła się stara leśna karczma w Lipinach, stojąca w miejscu późniejszej gospody Metza lub Goldsteina przy placu rynkowym. Według przekazów dochodziło tam do krwawych starć między policją a zbójami. Miejsce to miało być dobrze znane przestępczemu półświatkowi, a karczmarz — jak opowiadano — sympatyzował z ludźmi lasu.

Opisy jego zachowania brzmią niemal jak scena z filmu. Gdy policja wpadała na trop bandytów, karczmarz miał zajmować funkcjonariuszy rozmową w jednym pomieszczeniu, podczas gdy w innym poszukiwani spokojnie dzielili łupy, pili i przygotowywali się do ucieczki. Zawsze starano się, by w porę mogli zniknąć w pobliskim lesie.

Drugim miejscem o złej sławie była karczma szwarcwaldzka w Chebziu, znana pod ironiczną nazwą „Pod przyczajoną kurą”. Sama nazwa brzmi niemal groteskowo, ale za nią kryła się rzeczywistość strachu. W świecie ubogim, słabo kontrolowanym i przeciętym leśnymi drogami karczma mogła być centrum życia społecznego, ale równie dobrze mogła stać się bezpieczną przystanią dla ludzi spoza prawa.

To właśnie w takich miejscach dawny porządek pokazywał swoją słabość. Prawo formalnie istniało, ale jego egzekwowanie bywało trudne. Policja mogła przyjść, mogła zrobić rewizję, mogła próbować ścigać zbójów. Ale las był blisko, ludzie milczeli, a karczmarz potrafił grać na zwłokę.

Sołtys Spruß i granice dawnej władzy

Najbardziej dramatycznym epizodem tej części historii jest napad na sołtysa Sprußa. W dawnym przekazie przedstawiono go jako człowieka prawego i energicznego, który próbował zwalczać rozbójniczy proceder. W świecie, gdzie lokalne układy i strach często były silniejsze od prawa, taka postawa musiała budzić wrogość.

Scena napadu na sołtysa Sprußa podczas sianokosów w okolicach Chropaczowa
Opowieść o napadzie na sołtysa Sprußa pokazuje, jak słaba była lokalna władza w przedindustrialnym świecie Chropaczowa i Lipin.

Pewnego razu Spruß wyjechał zaprzęgiem na sianokosy na leśną łąkę. Wtedy z lasu wyszło kilku uzbrojonych mężczyzn. Kazali mu odejść od koni, jeśli życie było mu miłe. Po chwili padły strzały. Oba konie leżały martwe w kałuży krwi.

Napastnicy nie zabili sołtysa. Zostawili mu jednak ostrzeżenie: jeśli nie zaprzestanie pościgu i prób zaprowadzania porządku, spotka go ten sam los.

Ta scena jest mocna, bo pokazuje granice dawnej władzy. Sołtys formalnie reprezentował porządek, ale w starciu z uzbrojonymi ludźmi lasu był samotny. Państwo, policja i administracja nie miały tu jeszcze takiej siły, by skutecznie chronić tych, którzy próbowali egzekwować prawo.

W tej historii nie chodzi tylko o przestępczy incydent. Chodzi o obraz świata, w którym władza lokalna była krucha, a przemoc mogła skutecznie zatrzymać próby zmiany. To ważny kontrast wobec tego, co nastąpi później. Przemysł przyniesie własną brutalność, zależność i dyscyplinę, ale przyniesie też organizację, kontrolę i instytucje, których ten dawny świat wyraźnie nie miał.

Szkoła i kościół daleko od ludzi

Przed nadejściem wielkiego przemysłu także edukacja i życie religijne były słabo zakorzenione w codzienności mieszkańców. Pierwsza szkoła obsługująca ten rozległy teren znajdowała się w Brzezinie — dawnym folwarku i późniejszej kolonii położonej między Chropaczowem a Świętochłowicami. Do jednej placówki należały nie tylko Lipiny i Brzezina, ale także Świętochłowice, Łagiewniki Górne i Średnie, południowa część Królewskiej Huty, Pniaki oraz część Schwarzwaldu.

Dzieci idące błotnistą drogą do dawnej szkoły w Brzezinie
Przed rozwojem przemysłu dzieci z Lipin, Chropaczowa i okolic musiały pokonywać długie, grząskie trakty do szkoły w Brzezinie.

Dla dzieci oznaczało to długą drogę przez marne polne i leśne trakty. W praktyce wiele z nich zaczynało naukę dopiero w wieku ośmiu lub dziewięciu lat, a kończyło ją bardzo wcześnie. Frekwencja była słaba, a poziom wykształcenia skromny. Szkoła istniała, ale nie była jeszcze instytucją zdolną realnie ukształtować całą społeczność.

Podobnie wyglądała sprawa z życiem religijnym. Mieszkańcy Chropaczowa i Lipin należeli pierwotnie do parafii kościoła Mariackiego w Bytomiu, obejmującej ogromny obszar. Droga do kościoła była długa i uciążliwa, a nieliczni duchowni nie mogli regularnie docierać do wszystkich miejscowości. Religia była obecna, ale brakowało lokalnej infrastruktury, która pozwoliłaby jej mocniej organizować życie wspólnoty.

Dawni autorzy łączyli słabość szkoły i kościoła z moralnym upadkiem okolicy. Dziś można spojrzeć na to ostrożniej. Bieda, rozproszenie, brak dróg, odległość od instytucji i słabość administracji tworzyły warunki, w których trudno było oczekiwać trwałego porządku społecznego. Ludzie żyli w świecie, który dawał mało szans i wymagał codziennej walki o przetrwanie.

Szkoła hutnicza a szkoła gminna – jaka to różnica?

Zanim system edukacji stał się powszechny, oświatę na Śląsku ratowali przemysłowcy. Szkoły hutnicze (tzw. Hüttenschule) były placówkami w pełni finansowanymi przez wielkie spółki wyłącznie dla dzieci swoich pracowników. Oferowały znacznie wyższy standard nauczania, lepsze budynki i wyższe pensje dla nauczycieli niż powszechne, państwowe szkoły gminne.

Przed świtem przemysłu

W połowie XIX wieku ten dawny świat zaczął się kończyć. Nie od razu i nie łagodnie. Najpierw pod ziemią odkryto wartość, potem pojawił się kapitał, a następnie przemysł zaczął przekształcać przestrzeń z siłą, której wcześniejsze pokolenia nie mogły sobie wyobrazić.

Las, który dawał schronienie drwalom, biedakom i rozbójnikom, zaczął ustępować. Błotniste trakty miały zostać zastąpione drogami, bocznicami i liniami transportowymi. Gliniane chaty — domami robotniczymi. Karczemny półświatek — zakładową dyscypliną, szkołą, administracją i instytucjami.

Nie oznaczało to końca wszystkich problemów. Oznaczało raczej wymianę jednego trudnego świata na drugi.

Bo przemysł nie przyniósł wyłącznie światła. Przyniósł również dym, pył, hałas, choroby, wypadki i podporządkowanie życia rytmowi produkcji. Ale przyniósł też pracę, mieszkania, szkoły, kościoły, lekarzy, wodociągi i gwałtowny awans cywilizacyjny.

Dawne Lipiny i dawny Chropaczów stały więc na progu przemiany. Jeszcze żyły opowieści o karczmach, zbójach i drodze przez las. Jeszcze pamiętano trud na pograniczu przetrwania, strach i bezsilność lokalnej władzy. Ale pod powierzchnią działały już siły, które miały zmienić wszystko.

W 1853 roku Śląska Spółka Akcyjna dla Górnictwa i Hutnictwa Cynkowego przejęła miejscowe huty i kopalnie. Od tego momentu historia przyspieszyła — szerzej o tym procesie pisałem także w artykule „Lipiny. Narodziny dzielnicy przemysłowej 1780–1939”.

Dawny świat nie skończył się nagle. Najpierw na horyzoncie pojawił się dym…

Za nim przyszły piece, szyby, kolej, robotnicy i przemiana tak gwałtowna, że dawne Lipiny i dawny Chropaczów w ciągu jednego pokolenia stały się niemal nie do poznania.

Źródła

Podstawą artykułu jest dawne opracowanie J. Kani O powstawaniu i rozwoju Chropaczowa—Lipin, uzupełnione materiałami własnymi dotyczącymi Brzeziny, Chropaczowa, Lipin i początków lokalnego szkolnictwa.

Tekst ma charakter popularyzatorski — zachowuje najważniejsze informacje ze źródeł, ale został zredagowany współczesnym językiem i ułożony w formie artykułu blogowego.

W części drugiej

Cynkowe imperium Lipin, kopalnie Chropaczowa, szkoły, kościoły, robotnicze kolonie i panorama przemysłowego świata z wieży Josephswarte.

1
0

Read more

Grafika w stylu mrocznego vintage przedstawiająca tryptyk z historią klubu TuS Lipine w latach 1939-1945. Ukazuje starszego bramkarza na tle dymiących hut, dynamiczną akcję piłkarską przed gigantycznym tłumem kibiców oraz pustą, zniszczoną bramkę znikającą w wojennej mgle.

Część 3: TuS Lipine (1939–1945). Mroczna potęga, 38 tysięcy widzów i Puchar Niemiec

TuS Lipine (1939–1945). Mroczna potęga, 38 tysięcy widzów i Puchar Niemiec (Część 3)

Lata 1939–1945: odgórne zakazy, brutalna walka, bokserskie kufle i sen o pucharowych salonach Rzeszy.

Od Autora: Niniejszy cykl artykułów powstał na bazie rzetelnego skatalogowania wycinków z archiwalnej prasy. Moim głównym celem badawczym było ukazanie fascynującego tła politycznego, gospodarczego i społecznego Górnego Śląska na przełomie XIX i pierwszej połowy XX wieku, a sport stanowi tu jedynie (i aż) soczewkę, przez którą przyglądamy się tej zawiłej epoce. Ponieważ stricte sportowe zawiłości i statystyki nie są moją główną domeną, historia ta może być obarczona pewną niepewnością merytoryczną w detalach boiskowych. Wszelkie uwagi i korekty ze strony pasjonatów futbolu są niezwykle mile widziane!

Lata 1939–1945 to epoka niewyobrażalnego, historycznego dysonansu. Podczas gdy Europę trawił ogień okrutnej wojny, w śląskich Lipinach z pełną mocą biło serce potężnego, sportowego imperium. Jesienią 1939 roku klub powrócił do niemieckiego szyldu, funkcjonując odtąd jako TuS Lipine. Na fotel prezesa wrócił dawny znajomy, przedwojenny działacz Joseph Debernitz. To właśnie pod jego wodzą prowincjonalna drużyna zaczęła rzucać na kolana mistrzów Rzeszy.

Rzeź w Kostuchnie i zignorowane zakazy

Czarno-biała, ziarnista grafika w stylu retro przedstawiająca puste boisko piłkarskie na tle dymiących kominów wielkiej huty na Górnym Śląsku w 1940 roku.
Lata 1939–1940 przyniosły nowy, surowy porządek. Futbol w Lipinach stał się częścią machiny propagandowej Rzeszy, funkcjonującej w cieniu ciężkiego przemysłu. (Wizja artystyczna)

W wojennej rzeczywistości piłkarze z Lipin grali nie tylko z rywalami, ale często i z odgórnymi przepisami. W styczniu 1940 roku drużyna pojechała na wyjazdowe spotkanie z SB Boerschächte Kostuchna, by na miejscu dowiedzieć się, że cała kolejka została oficjalnie odwołana. Zawodnicy obu ekip oraz sędzia postanowili całkowicie zignorować ten zakaz i rozegrali pełnoprawny mecz. Zdeterminowani goście urządzili gospodarzom bezlitosną rzeź, wygrywając to samowolne starcie aż 15:0 (do przerwy 7:0).

⚽ Historyczny precedens
Co fascynujące, ten astronomiczny wynik 15:0 TuS Lipine zdołał powtórzyć w grudniu 1944 roku w ligowym starciu z TuS Schwientochlowitz.

50-latek w bramce ratuje sytuację

Czarno-biała, stylizowana na starą fotografię grafika przedstawiająca 50-letniego bramkarza Josepha Debernitza po wygranym meczu, otoczonego przez młodszych kolegów z drużyny na tle przemysłowego Śląska.
Wizja artystyczna legendarnego wyczynu. 50-letni weteran i prezes klubu, Joseph Debernitz, w awaryjnej sytuacji staje między słupkami i zachowuje czyste konto w wyjazdowym meczu w Hindenburgu (Zabrzu).

Na tle tych twardych, rzemieślniczych zmagań mocno wyróżniała się postać Josepha Debernitza. Ten urodzony 7 lutego 1893 roku działacz był nie tylko współzałożycielem klubu, ale też jego prezesem w latach 1913-1930. Z racji swoich występów na boisku, przez lata słynął z ogromnej zwinności (Wendigkeit) na linii bramkowej.

Jego absolutnym, historycznym rekordem był awaryjny występ w pierwszej drużynie w okresie międzywojennym. Z powodu potężnych braków kadrowych („Not am Mann”) w wyjazdowym meczu z Preußen Hindenburg (Zabrze), weteran stanął między słupkami mając równe 50 lat. Efekt? Mecz zakończył się niespodziewanym triumfem Lipin 3:0, a staruszek zachował czyste konto, udowadniając swoją wartość.

Boiskowi furiaci i „polowanie na kości”

Walka o dominację na Śląsku nierzadko zamieniała się w brutalną bitwę. W 1940 roku, podczas przegranego u siebie 1:3 starcia z Germanią Königshütte (obserwowanego przez 3000 kibiców), zawodnicy TuS Lipine przekroczyli wszelkie granice, grając niezwykle agresywnie. Zbulwersowana prasa otwarcie zagroziła gwiazdom klubu wykluczeniem z reprezentacji Śląska za brak panowania nad emocjami. Groźby te wycelowano prosto w byłych kadrowiczów, co stanowiło ewidentny przytyk do najsłynniejszych graczy drużyny – braci Piec.

Krew, pot i bokserskie kufle

Archiwalna stylizacja zdjęcia wnętrza zatłoczonej, zadymionej gospody na Śląsku w latach 40., gdzie odbywa się walka bokserska, a widzowie piją piwo z kufli.
Gdy futbol stawał się narzędziem polityki, prawdziwe sportowe emocje przenosiły się do zadymionych lipińskich gospód, gdzie królował boks i piwo w ciężkich kuflach. (Wizja artystyczna)

W Lipinach krew lała się jednak nie tylko na murawie. Gigantyczną furorę robiła nowo utworzona, prężna sekcja pięściarska, którą w prasie chwalono jako wysoce aktywną („rührige Boxstaffel”). Walki bokserów organizowano w niezwykle surowej scenerii – prosto w sali miejscowej gospody hutniczej (Saal des Hüttengasthauses). Starcia te regularnie przyciągały nadkomplety ryczących widzów.

To właśnie w oparach dymu z cygar i hutniczego piwa, pięściarze z Lipin brutalnie rozprawiali się z rywalami, wygrywając prestiżowe zawody m.in. z TuS Königshütte (11:9) oraz TuS Hohenlohehütte (8:4).

Pucharowy sen „wiejskiego klubu”

Zeskanowany, czarno-biały wycinek z niemieckiej gazety z 1942 roku, przedstawiający zdjęcie drużyny piłkarskiej TuS Lipine ustawionej w dwóch rzędach na boisku.
Unikalny, zachowany wycinek prasowy z 1942 roku, prezentujący kadrę TuS Lipine przed meczem z Blau-Weiß Berlin. Co ciekawe, mimo oficjalnej wojennej nazwy TuS, powojenna prasa emigracyjna z sentymentem opisywała te fotografie historycznym szyldem Silesia Lipine. (Źródło: Archiwum prasowe)

Prawdziwy szczyt tej surrealistycznej, wojennej potęgi nadszedł w 1942 roku podczas rozgrywek o Puchar Niemiec (Tschammerpokal). TuS Lipine dokonał rzeczy niewyobrażalnej, rozbijając na własnym boisku potężnego mistrza Berlina, zespół Blau-Weiß 90, aż 4:1. Zszokowana prasa niemiecka nie potrafiła w to uwierzyć, określając ten wyczyn mianem „niesłychanego sukcesu wiejskiego klubu (Dorfverein)”.

Panoramiczna grafika w sepii ukazująca ogromny, wypełniony wielotysięcznym tłumem stadion piłkarski na Śląsku w 1942 roku podczas meczu pucharowego w industrialnej scenerii.
Apogeum potęgi TuS Lipine. Wielkie mecze w Pucharze Niemiec przyciągały na trybuny (a nawet na dachy okolicznych budynków) niewyobrażalne tłumy kibiców. (Wizja artystyczna)

Kopciuszek ze Śląska parł naprzód, docierając aż do przedostatniej rundy (Vorschlußrunde) krajowych rozgrywek. W półfinale TuS Lipine pojechał na wyjazdowy mecz z wielkim TSV 1860 München. Ślązacy wybiegli na murawę przy ogłuszającym ryku 38 000 widzów. Ostatecznie „wiejski klub” przegrał 0:6 (do przerwy 0:4), a w rolę bezlitosnego kata wcielił się słynny Ernest Wilimowski, ładując swoim sąsiadom ze Śląska aż cztery bramki.

Ulotność w wojennym pyle

Mimo trwającego koszmaru wojny, potęga TuS Lipine potrafiła hipnotyzować tłumy. Kiedy w 1944 roku drużyna grała w Zabrzu decydujący mecz barażowy z Germanią Königshütte, na trybunach zasiadła absolutnie rekordowa liczba 15 000 osób. Rozgrywki sezonu 1944/1945, w których klub znów gromił rywali po 15:0, zostały jednak brutalnie przerwane. Sportowe imperium, które w sercu wojennego piekła rzucało wyzwanie mistrzom Rzeszy i ściągało na stadiony dziesiątki tysięcy ludzi, okazało się niezwykle ulotne. Zniknęło z piłkarskiej mapy równie gwałtownie, jak wygrywało swoje mecze – rozwiewając się w dziejowym pyle po 1945 roku.

Indeks osobowy (okres wojenny 1939–1945)

Zestawienie kluczowych nazwisk, działaczy i zawodników występujących w barwach TuS Lipine podczas kampanii wojennych i pucharowych.

Bawaj (Bawy)

Pomocnik występujący m.in. w podstawowym składzie w roku 1942 przeciwko Blau-Weiß Berlin oraz w 1944 r.

Pomocnik19421944

Debernitz Joseph

Wieloletni prezes klubu (wrócił na stanowisko w 1939 r.), dawniej bramkarz. W wieku 50 lat wystąpił awaryjnie w wygranym 3:0 meczu z Preußen Hindenburg.

PrezesBramkarzDziałacz

Kalus

Kluczowy obrońca w latach 1942–1944. Bohater wyjazdowego meczu w Krakowie (Puchar Niemiec 1942), w którym zdobył dwie bramki na wagę awansu.

ObrońcaStrzelecPuchar Niemiec

Kubisch

Podstawowy bramkarz w słynnym starciu pucharowym z Blau-Weiß Berlin (1942) oraz w lidze w 1944 roku.

Bramkarz19421944

Michalski

Wcześniejszy reprezentant Polski, w barwach TuS Lipine m.in. strzelec wyrównującej bramki głową w meczu z Janowem (1940) po rajdzie z obrony. Zagrał przeciwko Blau-Weiß Berlin w 1942.

ObrońcaBramkaWeteran

Piec Ryszard (Piez I)

Legendarny prawoskrzydłowy, reprezentant Polski na IO w Berlinie i kadrowicz Śląska (1939, 1940). Zdobywca bramki na 4:2 w pucharowym starciu w Krakowie.

SkrzydłowyReprezentantGwiazda

Piec Wilhelm (Piez II)

Środkowy pomocnik wielkiej klasy, często dyrygujący grą obronną. Kadrowicz Śląska (1939). Filigran składu z 1942 i 1944 r.

Środkowy PomocnikReprezentant

Stephan (Stefan)

Napastnik, rotacyjnie w obronie, występujący w kadrze z 1942 roku. Ustalający wynik pucharowego meczu w Krakowie (5:2).

NapastnikBramka1942

Wilimowski Ernest („Ezi”)

Z perspektywy Lipin – śląski „kat”. Jako napastnik TSV 1860 München zdobył aż cztery bramki przeciwko TuS Lipine w półfinale Pucharu Niemiec, grzebiąc ich sny o trofeum.

RywalNapastnik TSV 1860

Aneks archiwalny: bibliografia (1939–1945)

Niniejszy artykuł opiera się o kwerendę z wojennej prasy niemieckiej oraz późniejszych opracowań historycznych i emigracyjnych:

  • „Der Oberschlesische Wanderer” – roczniki: 1939 (nr 346, 351, 353), 1940 (m.in. nr 6, 18, 55, 106, 132, 187, 330).
  • „Kattowitzer Zeitung” – roczniki: 1939 (nr 331, 334, 340, 341, 344), 1942 (w tym historyczne relacje z Pucharów).
  • „Der Oberschlesische Kurier” – rocznik 1939 (nr 347).
  • „Bodensee-Rundschau / Konstanzer Zeitung” – roczniki: 1942, 1943.
  • „Unser Oberschlesien” – wybrane wydania retrospektywne z lat 1954, 1963, 1967, 1970, 1979, 1989.
  • Współczesna literatura historyczna regionu, w tym „Ziemia rybnicko-wodzisławska…” (2001).
0
0

Read more

Grafika w stylu vintage przedstawiająca tryptyk z historią polskiego klubu Naprzód Lipiny w latach 1922-1939. Ukazuje piłkarza z orzełkiem na piersi, twardą walkę o piłkę w błocie oraz mroczny widok stadionu przed wybuchem wojny.

Część 2: Naprzód Lipiny (1922–1939). Boiskowe wojny, dezercja i złota era klubu

Krew, dezercja i wiedeńskie salony. Jak Naprzód Lipiny trząsł polskim Śląskiem (Część 2)

Lata 1922–1939: złota era, reprezentanci i brutalna codzienność śląskiej ligi.

Od Autora: Niniejszy cykl artykułów powstał na bazie rzetelnego skatalogowania wycinków z archiwalnej prasy. Moim głównym celem badawczym było ukazanie fascynującego tła politycznego, gospodarczego i społecznego Górnego Śląska na przełomie XIX i pierwszej połowy XX wieku, a sport stanowi tu jedynie (i aż) soczewkę, przez którą przyglądamy się tej zawiłej epoce. Ponieważ stricte sportowe zawiłości i statystyki nie są moją główną domeną, historia ta może być obarczona pewną niepewnością merytoryczną w detalach boiskowych. Wszelkie uwagi i korekty ze strony pasjonatów futbolu są niezwykle mile widziane!

Rok 1922 przyniósł na Górnym Śląsku nowe porządki. Zmiana granic państwowych i podział regionu sprawiły, że po oficjalnym i pokojowym przejęciu Lipin przez polską administrację oraz regularne Wojsko Polskie pod dowództwem gen. Szeptyckiego, dawna niemiecka struktura Silesii uległa przymusowemu, urzędowemu rozwiązaniu. Jej majątek, tradycje oraz zaplecze wchłonął działający prężnie już od wiosny 1920 roku polski K.S. Naprzód Lipiny. Zespół ten w nowej rzeczywistości nie tylko wywalczył sobie prawo do życia, ale wyrósł na absolutną potęgę regionu, tocząc niesamowite, a czasem wręcz mordercze boje o awans do elitarnej Ligi Państwowej.

Długi, „nielegalni” gracze i sukcesy innych sekcji

K.S. Naprzód Lipiny – drużyna (ok. 1924)
K.S. Naprzód Lipiny – drużyna (ok. 1924).

Początki w polskiej rzeczywistości bywały wyboiste. Zespół wielokrotnie borykał się z karami dyscyplinarnymi ze strony Związku Piłki Nożnej. W 1925 roku klub znalazł się nawet na oficjalnej liście dłużników GZOPN. Problemy dyscyplinarne obejmowały wystawianie do gry wybitnego napastnika Nastuli, pomimo jego wcześniejszego formalnego wykreślenia ze struktur związku. Z kolei w 1930 roku zarząd klubu otrzymał surową naganę za niewywiązanie się z obowiązków gospodarza, co doprowadziło do gorszących awantur na boisku i trybunach, a czołowi gracze – Michalik i Zug – zostali ukarani kilkutygodniowymi dyskwalifikacjami.

Warto jednak dodać, że klub w tamtym czasie to nie tylko piłka na twardym, żwirowatym boisku. Z powodzeniem działała sekcja lekkoatletyczna, gdzie w 1925 roku skoczek wzwyż Dyrda notował wyniki rzędu 1,32 m, a w ringu już na początku lat 20. twardo walczył miejscowy pięściarz J. Maniura.

Zwycięstwo nad Wiedniem i skandal z „najemnikami”

Złoty okres polskiego Naprzodu przypadł na przełom lat 20. i 30., kiedy to klub zaciekle walczył na najwyższym szczeblu regionalnym, zdobywając mistrzostwo Śląska w latach 1929, 1931, a następnie w 1933 i 1937 roku. Decydujący mecz z sierpnia 1931 roku z AKS Królewska Huta (wygrany 2:0) przyciągnął na trybuny gigantyczne jak na tamte czasy tłumy, przekraczające 8000 widzów.

K.S. Naprzód Lipiny – pierwsza drużyna (lata 30.)
K.S. Naprzód Lipiny – pierwsza drużyna (lata 30.).

Prawdziwy wstrząs nastąpił jednak w czerwcu 1931 roku, gdy ten prowincjonalny klub dokonał rzeczy niemożliwej – pokonał na własnym boisku międzynarodowego giganta, legendarną wiedeńską drużynę Hakoah. Zaraz po tym triumfie do Lipin zjechała kolejna czołowa austriacka ekipa – Vienna Cricket.

⚽ Tajemnica poliszynela: ukryte zawodostwo
Wielkie sukcesy rodziły zawiść i obnażały patologie ówczesnego sportu. Oficjalnie w przedwojennej Polsce piłkarze musieli być amatorami. Jednak w 1932 roku w śląskiej prasie ukazał się ostry artykuł oskarżający klub o ukryte zawodostwo i płacenie swoim graczom, których nazwano wprost „najemnikami”. W tym samym tekście bezpardonowo zarzucano, że członkowie zarządu Naprzodu pobierają dla siebie wysokie prowizje z biletów.

Astronomiczne wyniki i rekordy Suchonia

Mecz Beuthen 09 – Naprzód Lipiny (1932)
Mecz Beuthen 09 – Naprzód Lipiny (1932).

W latach 30. Naprzód miewał niesamowite, wręcz skrajne wahania formy. Potrafił na wyjeździe totalnie zdeklasować utytułowaną Wisłę Kraków, rozbijając ją aż 4:0 w 1932 roku. Jednak w innych spotkaniach boleśnie zderzał się z potęgą lokalnego hegemona, Ruchu Wielkie Hajduki, przegrywając z nim 0:6 (1932 r.) oraz 1:5 (1939 r.).

Kibice w Lipinach mogli mimo to regularnie podziwiać fenomenalne wyczyny indywidualne – niezwykłym rekordem strzeleckim popisał się napastnik Suchoń, który w 1936 roku zdobył aż 5 bramek w zaledwie jednym meczu, prowadząc zespół do hokejowego, wyjazdowego pogromu 7:3 nad drużyną KS 20 Rybnik.

Zaszczyty z Orzełkiem i zuchwała ucieczka

Prestiż klubu osiągnął szczyt w 1935 roku, kiedy niezłomny obrońca Michalski zajął miejsce w podstawowym składzie piłkarskiej reprezentacji Polski na prestiżowy mecz z Austrią. Zajął on w kadrze narodowej miejsce samego Henryka Martyny z warszawskiej Legii, którego PZPN usunął wcześniej za jawną niesubordynację względem sędziego. Warto podkreślić, że Naprzód był prawdziwą kuźnią talentów – z czasem dał polskiej kadrze kolejnych wspaniałych reprezentantów, w tym legendarnych braci Piec.

Ten sam rok przyniósł jednak potężny skandal polityczno-sportowy. Czołowy zawodnik z Lipin, Teuber (jeden z braci grających w tamtym czasie na Śląsku), zbiegł na terytorium niemieckiego Śląska Opolskiego, by celowo uniknąć poboru do polskiego wojska. Wściekły zarząd klubu nie ukrywał oburzenia, oficjalnie oskarżając wpływowe niemieckie kluby sportowe o kaperowanie i celowe nakłanianie polskich graczy do zmiany barw narodowych.

Boiskowi rzeźnicy i walka przy zielonym stoliku

Druga połowa lat 30. w Lidze Śląskiej to czasy, w których śląski futbol przypominał regularną wojnę o przetrwanie. Prawdziwą boiskową rzezią okazało się starcie z Czarnymi Chropaczów w 1936 roku, które sędzia musiał przerwać w 88. minucie z powodu niesamowitej brutalności i fizycznego zdekompletowania drużyny gości. Obrońca Sieroki został w tym meczu kopnięty tak bestialsko, że musiał być natychmiast opatrywany na murawie przez interweniującego lekarza i zniesiony prosto do lecznicy.

Równie dramatyczny los spotkał gwiazdę zespołu, reprezentanta Michalskiego, który w starciu z KS „06” Katowice doznał fatalnego pęknięcia siatki prawego kolana. Zbulwersowana prasa obarczyła winą arbitra Notmana, oskarżając go o skandaliczny brak reakcji na ostrą grę przeciwników i ciche przyzwolenie na „polowanie na kości”.

Co więcej, walka o triumfy i ligowe punkty przeniosła się z błotnistych boisk prosto do eleganckich gabinetów. W 1937 roku Zarząd PZPN w Warszawie musiał ostatecznie interweniować przy „zielonym stoliku” – po długich sporach oficjalnie odrzucił protesty rywali ze Śląska Świętochłowice, domagających się zmiany decyzji regulaminowych, by wreszcie utrzymać w pełni zasłużony tytuł mistrzowski dla zespołu z Lipin.

Naprzód Lipiny – mistrz Śląska (1937)
Naprzód Lipiny – mistrz Śląska (1937).

Nadciągające chmury

W sezonie 1938/39 Naprzód wciąż udowadniał swoją wartość, walcząc w ścisłej czołówce I Ligi Śląskiej. W obliczu nadciągającego widma wojny, zarząd klubu zademonstrował swój patriotyzm, wpłacając 100 złotych na rzecz Funduszu Obrony Narodowej (F.O.N.). Nikt jednak nie wiedział, że zegar historii nieubłaganie tyka.

We wrześniu 1939 roku na Polskę spadły pierwsze bomby, a polski Naprzód znów musiał przymusowo zniknąć. Jego zaplecze zostało przejęte przez niemiecki TuS 1883 Lipine (Turn- und Sportverein) – szyld nawiązujący do najstarszych tradycji ruchu gimnastycznego. Co więcej, stery w klubie ponownie, jak za dawnych, pionierskich lat, objął doskonale znany Joseph Debernitz.

Jak potoczyły się losy klubu w mrocznych realiach wojennych, dlaczego rzucał na kolana mistrzów Rzeszy i jakie zaszczyty czekały go w Pucharze Niemiec? O tym przeczytacie w trzeciej, wielkiej części naszego cyklu!

Indeks osobowy (złota era i reprezentanci)

Zestawienie nazwisk i funkcji pojawiających się w narracji o latach 1920–1939. Zachowano warianty pisowni z prasy i dokumentów.

Antończyk Jan

Sekretarz klubu (1920), biegacz sekcji lekkoatletycznej.

DziałaczLekkoatletyka1920

Bąk

Zawodnik wczesnego Naprzodu (1920).

Zawodnik1920

Bitniok / Budniok

Działacze GZOPN, przewijający się w sprawach dyscyplinarnych klubu (1925).

GZOPNDyscyplina1925

Cug

Napastnik, strzelec decydującej bramki o mistrzostwo podokręgu (1929).

NapastnikGol1929

Dyrda Tadeusz

Lekkoatleta, skoczek wzwyż i biegacz.

Lekkoatletyka

Fojcik I

Środkowy napastnik i kapitan (1920).

KapitanNapastnik1920

Gajda (Gaida)

Zawodnik Naprzodu (1920), w późniejszym okresie reprezentant Polski.

ZawodnikReprezentant1920

Garczarczyk

Zawodnik wyjściowej jedenastki (1929).

Zawodnik1929

Gluek

Zawodnik rezerwowy Naprzodu (1936).

Rezerwy1936

Kaczmarczyk

Zawodnik, który w 1927 r. przeszedł do Slavii Ruda.

Transfer1927

Kastner

Lewy łącznik (1920).

Lewy łącznik1920

Korner

Strzelec bramki dla Naprzodu (1930).

Gol1930

Książek

Napastnik Naprzodu (1936).

Napastnik1936

Maniura Henryk / J.

Działacz, prezes klubu (1920) oraz organizator sekcji pięściarskiej.

PrezesBoks1920

Michalik Szczepan

Kapitan i strzelec; ukarany długą dyskwalifikacją w 1930 r.

KapitanDyscyplina1930

Michalski

Czołowy obrońca, reprezentant Polski, który doznał fatalnej kontuzji kolana (1936).

ObrońcaReprezentant1936

Musioł

Obrońca Naprzodu (1936).

Obrońca1936

Nastula Rochus

Wybitny napastnik i wielokrotny król strzelców; jego uprawnienia do gry były częstym powodem sporów dyscyplinarnych.

NapastnikKról strzelcówDyscyplina

Porada I, Porada II

Zawodnicy bloku defensywnego (1920).

Defensywa1920

Sieroki

Obrońca, ofiara drastycznego faulu, po którym musiał zostać w 1936 r. hospitalizowany.

ObrońcaKontuzja1936

Sitek

Pomocnik (1936).

Pomocnik1936

Stefan (Stephan)

Kluczowy napastnik i strzelec Naprzodu w latach 30.

Napastniklata 30.

Suchoń

Wybitny napastnik, zdobywca 5 bramek w jednym meczu przeciwko KS 20 Rybnik (1936).

NapastnikRekord1936

Teuber

Zawodnik z centrum politycznego skandalu z 1935 r. (dezercja na Śląsk Opolski).

SkandalDezercja1935

Wysocki

Bramkarz (m.in. w 1932 i 1936 r.).

Bramkarz19321936

Aneks archiwalny: bibliografia (1922–1939)

Powyższy artykuł został opracowany na podstawie mrówczej pracy z przedwojenną prasą regionalną. Źródła, które posłużyły do odtworzenia losów K.S. Naprzód Lipiny w tym okresie, to:

  • „Sportowiec” – rocznik 1920.
  • „Goniec Śląski” – roczniki 1923, 1925.
  • „Polonia” – roczniki 1924, 1925, 1926, 1927, 1929, 1930, 1931, 1935, 1936, 1937.
  • „Polska Zachodnia” – roczniki 1929, 1930, 1931, 1933, 1934, 1938.
  • „Kattowitzer Zeitung” – roczniki 1925, 1929.
  • „Katolik Polski” – roczniki 1931, 1932.
  • „Siedem Groszy” – roczniki 1933, 1936.
  • „Górnoślązak” (1930), „Kurjer Śląski” (1930).
  • „Katholische Volkszeitung” (1934), „Śląski Kurjer Poranny” (1935).
  • „Expres Zagłębia” (1937), „Katolik” (1939).
0
0

Read more

Czarno-biała grafika ilustrująca historię śląskiego klubu piłkarskiego F.C. Silesia Lipine w latach 1910-1922, ukazująca sylwetki piłkarzy na tle dymiących kominów hutniczych.

Część 1: F.C. Silesia Lipine (1910–1922). Błoto, lód i początki futbolu na Śląsku

Błoto, lód i paradne rowery. Jak hartowała się piłkarska stal w Lipinach (część 1)

Silesia Lipine 1910–1922: od gimnazjalistów i kolarzy do ligowej walki na gołoledzi

Od Autora: Niniejszy cykl artykułów powstał na bazie rzetelnego skatalogowania wycinków z archiwalnej prasy. Moim głównym celem badawczym było ukazanie fascynującego tła politycznego, gospodarczego i społecznego Górnego Śląska na przełomie XIX i pierwszej połowy XX wieku, a sport stanowi tu jedynie (i aż) soczewkę, przez którą przyglądamy się tej zawiłej epoce. Ponieważ stricte sportowe zawiłości i statystyki nie są moją główną domeną, historia ta może być obarczona pewną niepewnością merytoryczną w detalach boiskowych. Wszelkie uwagi i korekty ze strony pasjonatów futbolu są niezwykle mile widziane!

W dzisiejszych czasach piłka nożna kojarzy się z idealnie przystrzyżonymi murawami i wielkimi kontraktami. Aby jednak zrozumieć romantyczny, a zarazem bezpardonowy świat śląskiego futbolu, musimy zrzucić współczesne filtry i cofnąć się do Lipin z początku XX wieku.

Piłkarze grający na błotnistym boisku na tle dymiących kominów hutniczych, symbolizujący trudne początki futbolu na Górnym Śląsku.
Fot. Poglądowa – tak mogły wyglądać pierwsze zmagania na industrialnych, śląskich placach gry.

Zanim dawni niemieccy rywale i koledzy z boiska (zrzeszeni po II wojnie światowej w zachodnioniemieckim „Traditionsgemeinschaft Silesia-Lipine”) zaczęli wysyłać sobie paczki charytatywne, wspólnie wylewali siódme poty w błocie i na mrozie. A warto wspomnieć, że te powojenne przesyłki dla schorowanych emerytów w szarym PRL-u były na wagę złota: zawierały deficytowe luksusy, takie jak kawa, kakao, cukier gronowy (Traubenzucker), skrobia Mondamin czy konserwy mięsne. Co sprawiło, że dawni gracze nie zapomnieli o sobie nawet po tylu latach?

Gimnazjaliści, kolarze i pierwsza dogrywka

Co niezwykle ciekawe, korzenie jednego z najtwardszych śląskich klubów wyrastają z kilku zupełnie różnych światów. Pionierami futbolu w Lipinach byli ambitni uczniowie. Już około 1907 roku powołali do życia organizację o nazwie Spielvereinigung Lipiner Gymnasiasten (SLG). Co fascynujące – w samej robotniczej, dymiącej osadzie nie było prestiżowego gimnazjum! Byli to głównie synowie miejscowych urzędników i sztygarów, którzy na co dzień dojeżdżali tramwajami i pociągami do szkół w Królewskiej Hucie lub Bytomiu. Po lekcjach wracali jednak do Lipin, gdzie w grupie 50-60 zapaleńców grali w piłkę w parku obok kościoła ewangelickiego, opłacając miesięczne składki w wysokości 50 fenigów, by dumnie nosić na piersi czarno-biało-czerwone herby z literami SLG.

Równolegle w regionie silne były tradycje gimnastyczne (stare Turnvereiny datowane nawet na 1883 rok), a także pasja do… rowerów. To właśnie w rejestrach towarzystwa kolarskiego (Radfahrer-Verein Lipine) w 1909 roku po raz pierwszy oficjalnie pojawia się przydomek „Silesia”. Kolarze ci w lipcu 1909 r. dumnie prezentowali się w „gustownych kostiumach” podczas konkursu jazdy paradnej (Korsofahren) na ulicach Królewskiej Huty (Königshütte).

Elegancka parada kolarska na brukowanej ulicy Królewskiej Huty w 1909 roku, kolarze i kolarki z klubu Silesia Lipine.
Zanim zaczęli kopać piłkę, zdobywali nagrody w eleganckich paradach kolarskich na ulicach Królewskiej Huty.

Połączenie tej rosnącej, uczniowskiej pasji do nowej gry z wyspiarskimi zasadami oraz starszych struktur doprowadziło do przełomu. W 1910 roku oficjalnie zawiązano pierwszy „ordynaryjny”, czyli w pełni sformalizowany klub stricte piłkarski – F.C. Silesia Lipine. Wśród ojców-założycieli znaleźli się m.in. Miketta, Schloßka oraz weteran Joseph Debernitz.

Już w październiku 1910 roku rozegrano niezwykle zacięty mecz kombinowanych drużyn Silesii-Lipine i Silesii-Zaborze, który w regulaminowym czasie zakończył się remisem 1:1.

⚽ Słowniczek dawnego futbolu: Ehrentor i Nachspiel
Aby ostatecznie wyłonić zwycięzcę tamtego meczu, sędziowie zarządzili rzadko spotykaną w tamtych czasach dogrywkę (Nachspiel), w której ekipa z Lipin zdobyła decydującą bramkę. Trafienie dla pokonanego Zaborza zyskało w relacjach prasowych poetyckie miano „Ehrentor”, czyli „gola honorowego”.

Rozkwit, eksperymenty i bolesne lekcje

Przerwa wymuszona I wojną światową wstrzymała sportowe zmagania, ale rok 1919 przyniósł gwałtowny rozkwit klubu. Silesia rozrosła się do potężnych rozmiarów – funkcjonowało aż 11 drużyn (5 seniorskich i 6 juniorskich), powołano także sekcję lekkoatletyczną i bokserską. Zbudowano własny, nowoczesny Sportplatz, który w dużej mierze zrealizowano systemem gospodarczym.

Grupa robotników i działaczy sportowych pracująca fizycznie przy budowie własnego boiska piłkarskiego w Lipinach.
Rozwój wymagał poświęceń – nowy „Sportplatz” w Lipinach wznoszono w dużej mierze ciężką, społeczną pracą własnych członków.

Jednak lata 20. brutalnie weryfikowały marzenia o potędze. We wrześniu 1921 roku Silesia uległa na własnym boisku drużynie Bismarckhütter B.C. (dzisiejszy Chorzów Batory) aż 1:5 (do przerwy 1:3). Prasa tłumaczyła ten pogrom nie tylko przewagą techniczną rywali, ale eksperymentami w składzie gospodarzy. Na murawie pojawiło się „wiele nowych twarzy”, co zaowocowało kompletnym brakiem zgrania (Zusammenspiel). Honorowe trafienie dla gospodarzy zanotował Schydlo.

Gra na gołoledzi i triumf brutalnej siły

Rzeczywistość tamtych lat nie wybaczała słabości. Grudniowy mecz ligowy (w ramach Gau Beuthen) przeciwko Beuthen 09 w 1921 roku (przegrany przez Lipiny 1:3) toczono w ekstremalnych okolicznościach. Chwytający w nocy mróz stworzył na boisku niezwykle niebezpieczną gołoledź (Glätte), zmuszając obie drużyny do skrajnie asekuracyjnej, ostrożnej gry na śliskiej murawie. W tym lodowym starciu bramkę wyrównującą zdobył anonimowy prawy łącznik (Halbrechte).

Zimowy mecz piłkarski w 1922 roku w Bytomiu. Potężny piłkarz Silesii Lipiny siłowo przepycha rywala z Cottbus w błocie, ilustrując przewagę fizyczną.
Starcie fizyczne w błocie. W drugiej połowie meczu z Cottbus o wyniku zadecydowała brutalna siła i kondycja śląskich piłkarzy.

Śląski futbol tamtej epoki to również triumf czystej tężyzny fizycznej nad boiskową finezją. W styczniu 1922 roku w Bytomiu zorganizowano propagandowe spotkanie przeciwko renomowanej ekipie FV Cottbus 98 (Fußballverein Cottbus 98). Goście z Łużyc w pierwszej połowie całkowicie zdominowali graczy Silesii pod względem wyszkolenia technicznego. W drugiej odsłonie sytuacja uległa jednak diametralnej zmianie. Ślązacy zniwelowali braki techniczne dzięki przytłaczającej przewadze fizycznej (körperlich überlegen), aplikując opadającym z sił rywalom dwa gole w ostatnich 10 minutach i wygrywając 2:0.

Koniec pewnej epoki

Mimo że jeszcze w 1920 roku Silesia święciła wielki triumf, pokonując w Królewskiej Hucie drużynę z Tarnowskich Gór (wspominaną w ówczesnej prasie jako VfR, co najpewniej było błędem zecerskim i odnosiło się do lokalnego VfB lub SV 1919 Tarnowitz) – sukces ten po latach weterani klubu dumnie i nieco na wyrost wspominali na emigracji jako zdobycie „Mistrzostwa Górnego Śląska” – horyzont dziejów zwiastował ogromne zmiany. Rok 1922 przyniósł koniec niemieckiej tożsamości klubu.

Grafika symbolizująca przejęcie administracji na Górnym Śląsku przez regularne Wojsko Polskie w 1922 roku, co wiązało się z przymusowym rozwiązaniem niemieckiego klubu Silesia Lipine.
Burzliwy rok 1922 przyniósł radykalne zmiany. Oficjalne przejęcie regionu przez polską administrację i regularne wojsko pod dowództwem gen. Szeptyckiego oznaczało prawny koniec F.C. Silesia w dotychczasowej formie.

Wskutek rozstrzygnięć politycznych i plebiscytowych, w czerwcu i lipcu 1922 roku obszar Lipin został oficjalnie i pokojowo przejęty przez polską administrację oraz regularne Wojsko Polskie pod dowództwem gen. Stanisława Szeptyckiego. Tym samym niemiecka F.C. Silesia uległa przymusowemu, administracyjnemu rozwiązaniu na mocy nowych praw państwowych. Jej obiekty sportowe i sportowcy nie zniknęli jednak w próżni. Środowisko to zostało odgórnie połączone z polskim klubem, który prężnie działał w tej miejscowości już od wczesnej wiosny (przyjmuje się 3 marca) 1920 roku.

W jaki sposób ten narzucony z góry związek dwóch zupełnie różnych światów pod wspólnym szyldem „Naprzód Lipiny” doprowadził do narodzin nowej, regionalnej potęgi? O tym przeczytacie już w Części 2 naszego historycznego cyklu!

Indeks osobowy (pionierzy i pierwsi rywale)

Zestawienie nazwisk pojawiających się w relacjach prasowych i wspomnieniach z lat 1910–1922. Pisownia w źródłach bywa zmienna — warianty zostały zachowane.

Barthoschek I, Barthoschek III

Zawodnicy i strzelcy bramek dla rywali z Bismarckhütter B.C. (1921).

Rywal1921

Breitscheidel

Zawodnik wyjściowej kadry z wczesnych lat 20.

Silesialata 20.

Debernitz Joseph

Współzałożyciel i pierwszy sekretarz Silesii (1910), długoletni prezes, pełniący również rolę bramkarza.

WspółzałożycielDziałaczBramkarz

Foit / Fojt

Napastnik z pierwszych lat funkcjonowania klubu.

SilesiaNapastnik

Glombik

Zawodnik klubu (wymieniany w składach z początku lat 20.).

Silesialata 20.

Hadaschik

Zawodnik klubu.

Silesia

Kania

Kluczowy zawodnik wczesnej formacji.

SilesiaKluczowa postać

Löbe

Zawodnik i strzelec bramek dla Bismarckhütter B.C. (1921).

Rywal1921

Miketta

Współzałożyciel klubu (1910).

Współzałożyciel1910

Nastula (Nastuła)

Znakomity napastnik, który rozpoczynał karierę w pierwszych latach klubu, by później stać się jego legendą.

SilesiaNapastnikLegenda

Nierada

Wyróżniający się zawodnik.

Silesia

Scheliga Peter

Zawodnik klubu, w późniejszych latach powojennych autor wspomnień i działacz tradycji na obczyźnie.

SilesiaWspomnieniaTradycja

Schloßka

Współzałożyciel klubu z 1910 roku.

Współzałożyciel1910

Schydlo

Strzelec bramki w historycznym meczu z 1921 r.

SilesiaGol1921

Walla

Zawodnik wczesnej Silesii Lipine.

SilesiaPionier

Zug

Napastnik i strzelec bramek.

SilesiaNapastnikStrzelec

Wykaz źródeł i bibliografia

Niniejsze opracowanie bazy wiedzy oparte jest na skatalogowanych materiałach archiwalnych i prasowych z lat 1909–1989:

  • Der Oberschlesische Wanderer – roczniki: 1909, 1910, 1939, 1940.
  • Ostdeutsche Morgenpost – roczniki: 1921, 1922.
  • Kattowitzer Zeitung – roczniki: 1922, 1939, 1940, 1942.
  • Der Oberschlesische Kurier – rocznik 1939.
  • Bodensee-Rundschau / Konstanzer Zeitung – roczniki: 1942, 1943.
  • Unser Oberschlesien (czasopismo retrospektywne/emigracyjne) – roczniki: 1954, 1963, 1967, 1968, 1970, 1971, 1972, 1979, 1989.
  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt – roczniki: 1960, 1989.
  • Opracowania współczesne: Ziemia rybnicko-wodzisławska… (2001).
0
0

Read more

Józef Trojok (1890-1972) w mundurze powstańczym na tle zabytkowej kamienicy w Chropaczowie. Grafika z napisem Polski Król z Chropaczowa.

„Polski Król” z Chropaczowa. Niezwykłe życie Józefa Trojoka

„Polski Król” z Chropaczowa. Niezwykła odyseja Józefa Trojoka (1890–1972)

Bohaterowie Śląska „Polski Król” z Chropaczowa. Niezwykła odyseja Józefa Trojoka (1890–1972)

Na kopalni „Matylda” niemieccy urzędnicy wołali za nim szyderczo: „Polski Król”. Nie wiedzieli, jak bardzo prorocze okażą się te słowa. Józef Trojok przeszedł drogę od prześladowanego ładowacza węgla, przez dowódcę, który z rozpaczy na polu bitwy chciał odebrać sobie życie, aż po burmistrza otwierającego polskie szkoły na zgliszczach wojny.

Historia Śląska pełna jest życiorysów, które mogłyby posłużyć za scenariusz filmu sensacyjnego. Jednak życie Józefa Trojoka to coś więcej niż film – to soczewka, w której skupia się cała skomplikowana historia regionu XX wieku: od strajków, przez powstania, parlamentaryzm II RP, tragedię II wojny światowej, aż po trudną odbudowę po 1945 roku.

Oto kompletna historia chłopaka z Chropaczowa, który walczył o Polskę do utraty tchu.

Zdegradowany do roli „Króla”

Józef Trojok urodził się 5 lutego 1890 r. w Nowej Wsi Królewskiej (ówczesna Królewska Nowa Wieś; powiat opolski). Wychował się w biednej rodzinie o silnych tradycjach patriotycznych, a los szybko zmusił go do dorosłości. Jego ojciec, Jan – działacz PPS – zmarł na rękach syna wracającego z frontów I wojny światowej. To traumatyczne wydarzenie ukształtowało młodego Józefa na resztę życia.

Jeszcze przed Wielką Wojną Trojok dał się poznać jako niestrudzony społecznik. W 1909 roku, mając zaledwie 19 lat, współzakładał Towarzystwo Śpiewu „Echo” w Chropaczowie, działał aktywnie w lipińskim „Sokole” oraz Zjednoczeniu Zawodowym Polskim. W 1913 roku ożenił się z Jadwigą, zakładając rodzinę, która miała stać się jego największą siłą, ale i „piętą achillesową”, w którą uderzą wrogowie.

Jego aktywność drażniła niemieckich pracodawców. Szykany były codziennością. Zdegradowano go z wykwalifikowanego rębacza na ładowacza, wysyłano do najcięższych robót w najgorszych rejonach kopalni. To właśnie wtedy przylgnął do niego przydomek nadany przez prześladowców: „Polski Król”. Miał to być żart, kpina z jego ambicji. Historia pokazała jednak, kto śmiał się ostatni.

Konspirator z lasu i tragedia rodziny

Gdy nadszedł czas próby, Trojok nie stał z boku. Już w 1919 roku budował w Chropaczowie struktury Polskiej Organizacji Wojskowej (POW). Historycy wymieniają go jako głównego organizatora walki w tej gminie. Działał ramię w ramię z Wiktorem Wiechaczkiem (w ówczesnej prasie zwanym czasem Wilhelmem). Zadanie mieli karkołomne – w powiecie bytomskim na 1460 ochotników przypadało zaledwie 300 karabinów. Trojok musiał wykazać się niezwykłym sprytem, szmuglując broń pod płaszczykiem legalnego „Związku Wojaków”.

Cena za ten patriotyzm była wysoka. Gdy Józef ukrywał się w lasach przed niemieckim Grenzschutzem, oprawcy przyszli do jego domu. Niemcy aresztowali jego żonę, Jadwigę, i dotkliwie pobili ich nieletniego syna, Augustyna. Była to ponura zapowiedź przyszłej tragedii, która miała dopełnić się dwie dekady później.

Piekło 1921 roku: Od Hajduk po Górę św. Anny

W III Powstaniu Śląskim (1921) Trojok wypłynął na szerokie wody jako dowódca. W stopniu sierżanta sztabowego dowodził 3. kompanią I batalionu w słynnym 4. Pułku Piechoty im. „Czwartaków” (późniejszym 10. pułku). Jego szlak bojowy to gotowy materiał na serial wojenny:

Noc z 2 na 3 maja rozpoczęła się od błyskawicznego zajęcia Chropaczowa. Następnie jego oddział zdobył Magistrat w Wielkich Hajdukach (obecnie Chorzów Batory). Budynek ten Niemcy zamienili w prawdziwą twierdzę najeżoną karabinami maszynowymi.

Prawdziwy dramat rozegrał się jednak później, gdy kompania ruszyła na front pod Kędzierzyn i Górę św. Anny. Przez 10 dni walczyli w rejonie Krasowej, Januszkowic i Raszowej, wspierani przez powstańczy pociąg pancerny „Pieron”.

Samobójczy rozkaz

4 czerwca 1921 roku niemiecka nawała ogniowa przełamała front. Oddział Trojoka został zdziesiątkowany. Na jego oczach ginęli jego najlepsi ludzie – m.in. Jan Pyrek, Alojzy Kokot, powstaniec Kańtoch.

Widząc śmierć swoich żołnierzy i rozbicie oddziału, Józef Trojok – twardy górnik i dowódca – załamał się. W akcie rozpaczy przyłożył broń do głowy, usiłując popełnić samobójstwo. Powstrzymali go w ostatniej chwili jego właśni podkomendni. To uratowało mu życie, a Polsce bohatera.

Ten moment słabości nie złamał go ostatecznie. Otrząsnął się, zebrał niedobitków, sformował z nich tzw. „kompanię żorską” i poprowadził do kolejnego ataku, zdobywając Lenartowice.

Poseł, Związkowiec, Mąż Stanu

W wolnej Polsce, o którą tak krwawo walczył, Trojok stał się jedną z ważniejszych postaci śląskiego życia publicznego.

W 1935 roku odniósł wielki sukces, zostając posłem do Sejmu Śląskiego IV kadencji. Pełnił tam odpowiedzialne funkcje: był sekretarzem Komisji Pracy oraz Sprawozdawcą Komisji Budżetowo-Skarbowej, decydując o finansach wojewódzkich przedsiębiorstw. Równolegle rozwijał karierę związkową – w 1937 roku objął stanowisko Prezesa Zarządu Głównego Związku Zawodowego Pracowników Umysłowych.

Szczyt jego przedwojennej kariery przypadł na rok 1938. Został wówczas sędzią Okręgowego Sądu Koleżeńskiego OZN. Mieszkał wtedy w samym sercu Chropaczowa, przy Placu Niepodległości 1. Był to też czas osobistych wzruszeń – w cieniu nadciągającej wojny świętował wraz z żoną Jadwigą Srebrne Gody. To rzadka chwila prywatnego szczęścia przed nadciągającą katastrofą.

Swoją pozycję lidera świata pracy potwierdził tuż przed wybuchem II wojny światowej. 12 lutego 1939 roku w Katowicach (sala Powstańców) przewodniczył wielkiemu kongresowi na ponad 900 delegatów. Atmosfera była podniosła – zebrani uczcili minutą ciszy zmarłego właśnie papieża Piusa XI. Trojok twardo domagał się 10% podwyżki płac i przywrócenia samorządu w ubezpieczalniach, udowadniając, że do ostatnich dni pokoju walczył o byt śląskich rodzin.

„W Chropaczowie wojna wybuchła 16 sierpnia”

Wiosną 1939 roku, gdy Hitler zajął Pragę, Trojok wygłosił w Sejmie Śląskim słynne przemówienie, które przeszło do historii:

„Separatystami nigdy nie byliśmy i nie jesteśmy”

.

Dla niego i jego ludzi wojna nie zaczęła się 1 września. Na bronionym przez niego odcinku walki trwały już od 16 sierpnia. Trojok dowodził w Chropaczowie batalionem samoobrony, współpracując z lokalnym poetą Janem Przybyłą i naczelnikiem Rajmundem Smandzikiem.

Do decydującego starcia doszło w nocy z 29 na 30 sierpnia. Silna banda dywersyjna Freikorpsu Ebbinghaus zaatakowała miasto. Samoobrona dowodzona przez Trojoka dała im twardą odprawę. Według relacji, w kilkugodzinnej walce Polacy zabili 9 napastników, a 60 wzięli do niewoli, odstawiając ich do sztabu wojskowego w Piaśnikach. Trojok bronił Chropaczowa aż do nocy z 2 na 3 września, wycofując się dopiero wraz z regularnym wojskiem.

Cena Krwi: Zagłada synów

Józef Trojok zdołał uciec na wschód, ale jego rodzina zapłaciła za jego działalność straszną cenę. Nazistowska machina zemsty uderzyła w jego dzieci:

  • Augustyn (August) Trojok: Ten sam syn, który był bity jako dziecko w 1919 roku, został zamordowany przez hitlerowców. Zginął za to, że grał na akordeonie i śpiewał „Jeszcze Polska nie zginęła”.
  • Maksymilian Trojok: Trafił do obozu koncentracyjnego.
  • Karol Trojok: Walczył na zachodzie, we Francji, w szeregach słynnej 1. Dywizji Grenadierów.

Powrót i symboliczne zwycięstwo w Kędzierzynie

Trojok wrócił na Śląsk 16 marca 1945 roku. Nie szukał jednak odpoczynku. Już kilka dni później wyruszył jako członek grupy operacyjnej (wraz z Leonem Juraszem i Stanisławem Torbusem), by przejąć władzę administracyjną w powiecie kozielskim z rąk radzieckich komendantur.

Tutaj historia zatoczyła niezwykłe koło. Miejscowość, o którą krwawo walczył w 1921 roku i gdzie z rozpaczy chciał odebrać sobie życie – Kędzierzyn – stała się miejscem jego ostatecznego triumfu.

1 maja 1945 roku, zaledwie kilkanaście dni po przejściu frontu, jako pierwszy powojenny burmistrz Kędzierzyna, Józef Trojok uroczyście przeciął wstęgę w pierwszej polskiej szkole na tych ziemiach. Przemawiając do zgromadzonych na gruzach miasta mieszkańców, apelował o odbudowę polskiej edukacji. Było to symboliczne domknięcie jego życiowej misji.

Epilog: Wierni sobie do końca

Po powrocie z Kędzierzyna Józef Trojok osiadł w rodzinnym Chropaczowie. Wycofał się z wielkiej polityki, pozostając jednak żywą legendą powstańczych walk.

Mieszkańcy Chropaczowa zapamiętali ich z ostatnich lat jako nierozłączną parę spacerującą ulicami miasta: on, sędziwy weteran w mundurze z Orderem Odrodzenia Polski i innymi odznaczeniami, i ona – wierna towarzyszka życia, wspominana jako filar domu w czasach prób.

Józef Trojok zmarł 21 stycznia 1972 roku w Świętochłowicach. Spoczął na cmentarzu w swoim ukochanym Chropaczowie, żegnany jako jeden z ostatnich wielkich dowódców śląskiego zrywu.

Oś życia Józefa Trojoka

1890 (5 II) Urodzony w Nowej Wsi Królewskiej (ówczesna Królewska Nowa Wieś; powiat opolski).
1909 Współzakłada Towarzystwo Śpiewu „Echo” w Chropaczowie; działa w „Sokole” i Zjednoczeniu Zawodowym Polskim.
1913 Ślub z Jadwigą.
1919 Organizuje struktury POW w Chropaczowie; represje wobec rodziny.
1921 III Powstanie Śląskie: dowódca 3. kompanii „Czwartaków”; walki pod Kędzierzynem i Górą św. Anny; tworzy „kompanię żorską”, zdobywa Lenartowice.
1935 Poseł do Sejmu Śląskiego IV kadencji; funkcje w komisjach sejmowych.
1937 Prezes Zarządu Głównego Związku Zawodowego Pracowników Umysłowych.
1938 Sędzia Okręgowego Sądu Koleżeńskiego OZN; „Srebrne Gody” z Jadwigą.
12 II 1939 Przewodniczy kongresowi związkowemu w Katowicach (ponad 900 delegatów).
16 VIII – 3 IX 1939 Dowodzi samoobroną Chropaczowa; walki z dywersją Freikorpsu Ebbinghaus (noc 29/30 VIII); obrona do nocy 2/3 IX.
16 III 1945 Wraca na Śląsk; grupa operacyjna przejmuje administrację w pow. kozielskim.
1 V 1945 Jako pierwszy powojenny burmistrz Kędzierzyna otwiera pierwszą polską szkołę.
Po 1948 Po zakończeniu pracy w Kędzierzynie wraca do Chropaczowa; pozostaje symbolem i autorytetem powstańczym.
1972 (21 I) Śmierć w Świętochłowicach; pochówek w Chropaczowie.
Kliknij, aby zobaczyć bibliografię i źródła
Prasa przedwojenna (1924–1939)
  • Katolik (lata: 1924, 1937, 1938, 1939)
  • Polska Zachodnia (lata: 1928, 1931, 1934, 1938)
  • Katolik Polski (lata: 1931, 1934, 1935)
  • Gazeta Świętochłowicka (1935), Gazeta Powiatowa (1935)
  • Powstaniec Śląski (1935, 1936 – Raport bojowy)
  • Głos Pracownika Umysłowego (1937), Echo Pracownika Śląskiego (1937)
  • Polonia (1938 – Srebrne Gody), Powstaniec (1939 – Przemówienie sejmowe)
Dokumenty urzędowe
  • Ilustrowana monografja Województwa Śląskiego (1921-1936)
  • Album skorowidz Senatu i Sejmu RP oraz Sejmu Śląskiego (1935/40)
  • Sprawozdania Komisji Budżetowo-Skarbowej Sejmu Śląskiego (1937/38)
  • Gazeta Urzędowa Województwa Śląskiego (1938)
Prasa powojenna i Opracowania
  • Gazeta Robotnicza (1945 – Otwarcie szkoły w Kędzierzynie)
  • Goniec Górnośląski (1957, 1969, 1970 – Losy rodziny)
  • Życie Bytomskie (1958, 1959 – Cykl artykułów o walkach powstańczych)
  • Siemianowicki Rocznik Muzealny (2008, nr 7 – analiza wojskowa)
  • Filmowa Encyklopedia Powstań Śląskich II: Józef Trojok
1
0

Read more