
Operacja „Świąteczna Gęś”. 5500 ptaków, Orient Express i podwójny koniak
Jak zakłady Schaffgotschów ruszyły na polowanie po bożonarodzeniowy prezent dla swoich pracowników — i dlaczego zwykły pomysł szybko zamienił się w logistyczną komedię?
Pięć tysięcy pięćset.
Żywych.
Na papierze wszystko wyglądało znakomicie. Potem o szczegółach dowiedział się inspektor Mende z Bobrka.
Lotnik, który miał słabość do ptaków
Autorem tego odważnego pomysłu był dr Hans Verres, jeden z ludzi kierujących potężnymi zakładami Schaffgotschów.
Zakładowa gazeta wyjaśniała jego inicjatywę w sposób, którego po ponad dziewięćdziesięciu latach właściwie nie trzeba poprawiać. Verres, jak napisano, był lotnikiem i dlatego najwyraźniej „miał słabość do ptaków”.
Żart był dla ówczesnych czytelników całkowicie zrozumiały. Verres rzeczywiście należał do ważnych postaci górnośląskiego środowiska lotniczego. W 1934 roku kierował Fliegeruntergruppe Oberschlesien, a regionalna prasa chwaliła organizację lotnictwa pod jego kierownictwem. Jako jej widoczny sukces wskazywano trzecie miejsce w ogólnoniemieckim Deutschlandflug.
Na urodziny gliwiccy lotnicy wręczyli mu nawet odlane w miejscowej państwowej hucie popiersie Hindenburga.
Krótko mówiąc: kiedy lotnik Verres wpadł na pomysł zakupu kilku tysięcy gęsi, autor „Schaffgotsch Werks-Zeitung” dostał żart niemal podany na tacy.
Pomysł zatwierdził generalny dyrektor dr Berve. Więc do dzieła!
Mende bierze ołówek i tu robi się niewesoło
Do ekspedycji przydzielono specjalistów. Był inspektor majątku Mende, był szef zakupów dr Schwenzer, był kierowca Fonfara. Ruszyli samochodem przez Rosenberg (Olesno), Kreuzburg (Kluczbork), Oppeln (Opole) i Deschowitz (Zdzieszowice).
Zadanie było proste: znaleźć 5500 gęsi.
Mende jednak popełnił pierwszy błąd.
Zaczął liczyć.
Czyli po dzisiejszemu: 2,75 tony owsa + 8,25 tony marchwi = około 11 ton paszy dziennie.
Przez dwadzieścia dni dawało to około 220 ton jedzenia dla gęsi.
W tym momencie świąteczny prezent zaczął przypominać mobilizację średniej wielkości armii.
Mende zaczął więc przekonywać kierowcę Fonfarę, że może należałoby jednak zawrócić. Szef zakupów próbował uspokajać sytuację. Przecież wielki majątek ziemski powinien sobie z taką drobnostką poradzić. Trochę owsa tutaj, trochę marchwi tam…
Tyle że Mende przypomniał sobie kolejny szczegół:
„To może coś dobudujemy?”
Towarzyszący komisji człowiek z Landwirtschaftliche Warenzentrale Oppeln, czyli opolskiej centrali handlu artykułami rolnymi, zaproponował rozwiązanie godne sprawnego administratora:
Trzeba coś dobudować.
Mende był zachwycony mniej więcej tak, jak można się spodziewać po człowieku, którego właśnie poinformowano, że dla świątecznych gęsi powinien rozbudować gospodarstwo.
Jego majątek dopiero po dłuższym czasie zaczął przynosić niewielki zysk, a tu nagle trzeba ponieść dodatkowe koszty, bo ktoś na górze uznał, że 5500 żywych gęsi będzie znakomitym pomysłem na święta.
Oszczędność! Rozsądek! Żelazna pracowitość! …i kilka tysięcy gęsi.
Nadjeżdża Orient Express
Mende wyobraził sobie swoje pola w Bobrku.
A na nich: 5500 swobodnie spacerujących gęsi.
I wtedy obok przejeżdża pociąg.
Nie byle jaki.
Mende widział to już oczami wyobraźni: przejeżdża pociąg, gęsi dostają zbiorowej paniki i całe 5500 sztuk zrywa się do lotu. Świąteczny prezent właśnie opuszcza Bobrek…
Wyobraźmy sobie tę scenę. Bobrek, rok 1934. Na dole kopalnie i kominy. Na torach Orient Express. A nad wszystkim gigantyczna chmura uciekających gęsi!
Doktor Schwenzer przepisuje lekarstwo
Inspektor Mende był już, jak wynika z tekstu, całkowicie załamany. I tutaj na wysokości zadania stanął szef zakupów, dr Schwenzer.
Postawił kolegę na nogi przy pomocy …koniaku i to podwójnego!
Metoda musiała wyglądać obiecująco, bo chwilę później Schwenzer uznał, że profilaktycznie sam zastosuje to samo lekarstwo.
Komisja mogła kontynuować podróż.
Gęsi jednak nadal nie było.
Gdzie się podziały wszystkie gęsi?
Jeździli od wsi do wsi i od miasta do miasta, ale wszędzie było podobnie: gęsi brak.
W końcu odkryto przyczynę katastrofy.
Miesiąc wcześniej przez okolicę przeszli handlarze z rejonu Trebbina w Brandenburgii. Skupowali drób przeznaczony później dla smakoszy w Lipsku, Dreźnie i Berlinie.
Na szczęście rolnicy mieli „cichą rezerwę”
Sytuacja wydawała się beznadziejna do chwili, gdy miejscowi gospodarze usłyszeli bardzo ważną wiadomość.
Nowa Schaffgotsch-Gänseaufkäufer-Kommission — czyli Komisja Skupu Gęsi Schaffgotscha — była gotowa płacić lepiej niż poprzedni handlarze.
I wtedy stał się cud!
Gęsi zaczęły się odnajdywać.
Okazało się, że tu i ówdzie gospodarze mają jeszcze pewną „stille Reserve” — „cichą rezerwę”.
Oczywiście nie chodziło o pieniądze. Absolutnie nie. Jak ironizował autor, rolnicy chcieli przecież tylko umożliwić „biednym górnikom” zjedzenie świątecznej pieczeni.
To, że Schaffgotsch płacił lepiej, było zapewne wyłącznie szczęśliwym zbiegiem okoliczności.
20 000! Mamy ich za dużo!
Nagle sytuacja odwróciła się o 180 stopni.
Jeden gospodarz obiecał tyle. Drugi jeszcze więcej. Trzeci znalazł kolejną „cichą rezerwę”.
Komisja zapisywała deklaracje, ale zachowywała rozsądną zasadę:
„Erst Ware, und dann das Geld!”
Najpierw towar, potem pieniądze!
Wreszcie w Zdzieszowicach podliczono wszystkie deklaracje.
Obiecane dostawy: 20 000 gęsi
I wtedy Mende, który jeszcze przed chwilą martwił się, że gęsi nie będzie, zaczął martwić się, że będzie ich za dużo.
Człowiek naprawdę nie miał łatwego życia.
Na szczęście Schwenzer zachował zimną krew. Przewidział mniej więcej: spokojnie, dobrze będzie, jeśli z tych dwudziestu tysięcy rzeczywiście przyjedzie pięć.
I jak się okazało, miał rację.
20 000 na papierze. 2000 w rzeczywistości
Komisja wróciła do domu.
Minął dzień. Drugi. Trzeci. Czwarty. Piąty.
Mende odetchnął.
Nie trzeba było kupować gigantycznych ilości paszy. Nie trzeba było rozbudowywać majątku. I przede wszystkim przez pola Bobrka nie przemaszeruje na raz armia dwudziestu tysięcy ptaków.
Był tylko jeden drobiazg:
do wymaganych 5500 nadal sporo brakowało.
A może kupić martwe?
Mende podsunął więc pomysł człowieka praktycznego.
Po co właściwie gęś ma być żywa?
Można przecież kupić gęsi już ubite. W końcu rezultat na świątecznym stole będzie mniej więcej ten sam.
Propozycja nie przeszła.
Szef zakupów nie chciał słyszeć, żeby pracownik Schaffgotscha dostał jakąś podejrzaną „krepierte Gans” — padłą gęś niewiadomego pochodzenia, o której nie wiadomo, kiedy i w jakich okolicznościach zakończyła swój żywot.
Kropka.
Rusza druga ofensywa
Tym razem poszukiwania rozszerzono.
„Zwiadowcy” ruszyli między innymi do Bytomia, Raciborza, Głubczyc i Niemodlina.
Instrukcja była właściwie prosta:
Wszystko, co przypomina gęś, brać.
Wtedy z pomocą przyszła Landwirtschaftliche Warenzentrale w Opolu.
Ciężarówkę przerobiono na wielką ruchomą klatkę. I rozpoczął się rajd: od wsi do wsi, od miasta do miasta.
Tam, gdzie pojawiała się gęś, pojawiała się komisja. Tam, gdzie pojawiała się komisja, pojawiała się gotówka. A gdzie pojawiała się gotówka, tam — zadziwiającym zbiegiem okoliczności — coraz częściej pojawiały się także gęsi.
Zakładowy autor podsumował to bez złudzeń: opór właścicieli ptaków najskuteczniej przełamywała „klingende Münze” — brzęcząca moneta.
A co z Szombierkami?
Cała historia dotyczyła załóg wielkiego koncernu Schaffgotschów, do którego należała przecież kopalnia Hohenzollern w Szombierkach.
I właśnie tutaj dobrze widać, że 5500 gęsi to nie liczba wyssana z palca.
Schaffgotschowie organizowali dla swoich pracowników zakładowe uroczystości naprawdę z rozmachem. W zachowanym przedwojennym opisie jednej z Barbórek na Hohenzollerngrube czytamy o ponad 3000 pracowników. Cechownia nie wystarczała. Do świętowania wykorzystywano również łaźnię, hale maszynowe i inne pomieszczenia.
Maszyny przykrywano świerkowymi gałęziami. Stawiano długie rzędy stołów. Na nich pojawiały się piwo, kiełbasa, bułki i coś do palenia.
Na jeden dzień zawieszano nawet zwykły regulamin zakładowy i ogłaszano specjalne barbórkowe zasady. Przez sale przechodzili dyrektor generalny Berve oraz dr Verres, witając się z załogą.
Przy takim rozmachu pomysł: „A na Boże Narodzenie kupimy 5500 gęsi” mógł początkowo naprawdę nie brzmieć szczególnie groźnie.
(Do chwili, gdy ktoś policzył paszę).
Było zabawnie, ale czasy niekoniecznie były wesołe
Za humorystyczną opowieścią kryło się oczywiście bardziej przyziemne tło.
W tym samym 1934 roku dr Verres pojawił się na kopalni Hohenzollern w Szombierkach podczas wizyty Baldura von Schiracha. W czasie spotkania mówił między innymi o sytuacji płacowej na Górnym Śląsku i wyrażał nadzieję na jej poprawę.
Nie wiemy, czy właśnie dlatego kilka miesięcy później pojawił się pomysł świątecznych gęsi.
„A jeśli moja gęś będzie za chuda?”
Reportaż nie zdradza nam niestety najważniejszego rezultatu całej operacji. Nie wiemy, czy ostatecznie udało się zgromadzić pełne 5500 sztuk?.
Wiemy natomiast, że zakładowa komisja nadal wierzyła w sukces i miała nadzieję, że każdy pracownik Schaffgotscha otrzyma swoją Weihnachtsgans (świąteczną gęś).
Pozostał jednak jeszcze jeden problem.
Co będzie, jeśli któryś górnik otrzyma gęś zbyt chudą?
Co, jeśli przyjdzie z reklamacją?
Co, jeśli postanowi osobiście odnaleźć ludzi odpowiedzialnych za zakup?
Dr Schwenzer i inspektor Mende najwyraźniej również o tym pomyśleli. Dlatego na okres świąteczny przezornie wystąpili o:
I — jak napisała sama komisja — żywili cichą nadzieję, że „ze względu na niebezpieczeństwo sytuacji” urlop zostanie im przyznany.
Po 5500 gęsiach, setkach kilometrów, 4400 cetnarach potencjalnej paszy, wizji Orient Expressu, dwudziestu tysiącach obietnic, dwóch tysiącach realnych ptaków i przynajmniej jednym podwójnym koniaku…
trudno im się dziwić.
Kandydaci do garnka
Oryginalny reportaż nosił tytuł „Auf der Jagd nach Weihnachtsgänsen” — „Na polowaniu na bożonarodzeniowe gęsi”.
Jedno ze zdjęć podpisano: „In Erwartung der Kumpels” — „W oczekiwaniu na górników”.
Ale najlepszy podpis redakcja zostawiła na koniec. Grupę ludzi z ptakami opisano:
„Abmarsch der Kochtopfaspiranten”
„Wymarsz kandydatów do garnka”.
Minęło ponad dziewięćdziesiąt lat. Nie wiemy, ile z owych 5500 gęsi rzeczywiście trafiło przed świętami do domów pracowników Schaffgotschów.
Ale jedno udało się na pewno. Komisja Zakupu Gęsi Bożonarodzeniowych zapewniła nam jedną z najbardziej absurdalnych i zabawnych historii z przemysłowego Górnego Śląska.
A inspektor Mende?
Mamy tylko nadzieję, że dostał urlop.
I że przez te czternaście dni nikt przy nim nie wspominał o gęsiach.
Źródła i materiały wykorzystane przy opracowaniu
- Schaffgotsch Werks-Zeitung, 1934, Jg. 2, nr 26: „Auf der Jagd nach Weihnachtsgänsen” — podstawowe źródło całej historii.
- Oberschlesische Volksstimme, 1934, Jg. 60, nr 284 — wizyta na Hohenzollerngrube i wypowiedź dra Verresa dotycząca stosunków płacowych na Górnym Śląsku.
- Der Oberschlesische Wanderer, 1934, Jg. 107, nr 183 — działalność dra Verresa w górnośląskim środowisku lotniczym i wzmianka o Deutschlandflug.
- Oberschlesische Volksstimme, 1934, nr 216, 253 i 311 — materiały dotyczące działalności lotniczej dra Verresa.
- Ostdeutsche Morgenpost, 1934, nr 214 i 229 — działalność środowiska lotniczego oraz związki z górnośląskim przemysłem.
- Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, listopad 1963 — retrospekcyjny opis jednej z przedwojennych Barbórek na Hohenzollerngrube w Szombierkach.
- Unser Oberschlesien, 1958 i 1968 — późniejsze materiały biograficzne dotyczące dra Hansa Verresa.



