Skip to contentSkip to main navigationSkip to footer

Category

Bytom

Stylizowany na stary ryt herb z nożycami, igłą i futrami, podpisany Cech Kuśnierzy w Bytomiu 1543-1860, na tle jasnego pergaminu.

Wielka historia w małym cechu: Tajemnica wymazanych słów i zaginiony świat bytomskich kuśnierzy

Wielka historia w małym cechu: Tajemnica wymazanych słów i zaginiony świat bytomskich kuśnierzy

Wstęp: Wymazane słowa i tajemnica z 1931 roku

Zwykłe rzemiosło często bywa najlepszym zwierciadłem wielkiej polityki. Czasem wystarczy wczytać się w zżółkłe, oprawne w drewno i wyklejone skrawkami kościelnych rękopisów księgi, by poczuć nie tylko specyficzny zapach wyprawianych skór, ale też swąd cenzorskiego atramentu. Nasze historyczne śledztwo zaczyna się nietypowo – nie w mrokach średniowiecza, lecz w 1931 roku.

Wtedy to na łamach czasopisma „Der Oberschlesier” badacz Walter Krause publikuje fascynujący artykuł o bytomskich kuśnierzach. Uczciwie, z naukową pasją, przenosi na papier to, co widzi w starych księgach. Zapisuje zbitki liter, których sam do końca nie rozumie – dziwne, staropolskie terminy branżowe i opłaty. Kiedy jednak ten sam tekst zostaje wznowiony w latach 1932, 1964 i 1971, dzieje się coś dziwnego. Niewygodne słowa znikają bez śladu. Niemieccy redaktorzy po cichu kaleczą tekst, wymazując polonizmy, by dopasować przeszłość do odgórnej wizji czysto niemieckiego Śląska.

Aby zrozumieć, co tak bardzo przerażało XX-wiecznych cenzorów, musimy cofnąć się o kilkaset lat i otworzyć najstarszą zachowaną księgę bytomskiego cechu kuśnierzy.

Zbliżenie na wieczne pióro wykreślające staropolskie słowa Bykowe i pokrowu z pożółkłych kart zabytkowej księgi rzemieślniczej.
Cenzura w dawnych księgach cechowych

„Psuje skór” i językowy tygiel (1543)

Jest rok 1543. Górny Śląsk to pulsująca życiem przestrzeń, w której granice narodowościowe i językowe zacierają się każdego dnia. Kiedy skryba pochyla się nad pergaminem, by zapisać pierwsze statuty zgromadzenia, tworzy prawdziwy językowy tygiel. Tekst zaczyna się dostojnie po łacinie, płynnie przechodzi w naszpikowany polonizmami i germanizmami język czeski, by z czasem oddać pole walki o dominację językom niemieckiemu i polskiemu. Ewolucji ulega nawet sama nazwa: od „Cech kozusniczky”, przez „kozysniczky”, aż po późniejsze „kusnierski”.

W tych najstarszych zapiskach kryją się ludzie z krwi i kości. W 1543 roku aż trzech z ośmiu mistrzów cechowych nie posiada jeszcze stałych nazwisk rodowych – w księdze figurują po prostu jako Kußnierz. Rzemiosło było ich tożsamością. Nie brakuje też barwnych przezwisk, jak choćby Skaziskura (Fellverderber), co było niezbyt pochlebnym mianem dla rzemieślnika partaczącego pracę.

Początkowo w dokumentach dominują nazwiska zniemczone i niemieckie: Gerarth, Lorenz, Gunß, Koßnickell, Dluhinikel (wcześniej Langnikel), Keyser, Westhamer, Grochuth, Götzke, Fewrbach (przybysz z Miasteczka Śląskiego – Georgenbergu), Sulcz, Lindner, Monarth, Halczuch, Westman (z Tarnowskich Gór), Preis, czy Laster. Jednak pod koniec XVI wieku to demografia dyktuje warunki – większość tych mian ustępuje miejsca nazwiskom o wyraźnie słowiańskim rdzeniu.

Z czasem w dokumentach pojawiają się też inni rzemieślnicy, jak choćby wpisany w 1637 roku bytomski snycerz, Malcher Corus.

Starszy mistrz kuśnierski w dawnym warsztacie wyprawia skóry na drewnianym stole. W tle widać czeladników, wiszące futra oraz szyld z napisem Cech Kozusniczky 1543.
W bytomskim warsztacie kuśnierskim (1543 r.)

Zapach szafranu, gorące piwo i potłuczone „sklenicze”

Jeśli myślicie, że życie kuśnierza kręciło się tylko wokół igły i dratwy, grubo się mylicie. Cech był potężną korporacją o rygorystycznej strukturze i bogatym kalendarzu obrzędowym. Na czele stał Zunftältester (Starszy cechu), a pełnoprawni mistrzowie tytułowali się z dumą Brüder (Bracia). Najtrudniejszy los czekał tzw. Die Jüngsten (Najmłodszych mistrzów). To na ich barkach spoczywały darmowe, wyczerpujące prace na rzecz miasta: pełnienie warty na zamku, zadania kurierskie, oprowadzanie państwowych komisarzy czy wreszcie niebezpieczne eskortowanie uzbrojonych wozów hrabiowskich.

Ciężką pracę rekompensowano podczas wielkich świąt cechowych. Najważniejszym dniem w roku były Zapusty (wtorek przed Środą Popielcową) – tzw. Faschingszusammenkunft. Wtedy też odbywało się słynne Rechnungsablegung, które w księgach zapisano prosto i po polsku jako „poczet” (sprawozdanie finansowe). Z kart rachunkowych wyłania się obraz biesiad, których nie powstydziliby się arystokraci. Z cechowej kasy suto opłacano cielęcinę, ozory, sery, biały chleb i astronomicznie drogi szafran.

Wystawna biesiada mężczyzn w strojach z epoki. Na długim drewnianym stole leżą mięsa, sery i bochenki chleba, a rzemieślnicy wznoszą toasty blaszanymi kuflami.
Zapustna uczta bytomskich mistrzów

Pito gorzałkę i mocne raciborskie piwo, które – co może dziś budzić zdziwienie – podawano czasem na gorąco z topionym masłem! Rachunki skrupulatnie odnotowują wpadki biesiadników: regularnie trzeba było płacić za potłuczone „sklenicze” (szklanki lub kieliszki). Na stołach lądowały też „harenki” (śledzie) i słodkie „powidlo”.

Kasa cechu była głęboka. Opłacano z niej proboszcza (Pfarrer), rektora szkoły (Rektor), kantora, organistę, kalkanta pompującego miechy (Kalcantist), dzwonnika (Glöckner), uczniów śpiewających dyszkantem (Discantisten), a także tragarzy beczek (Schröter), opiekuna wodociągów (Rohrmeister) i sługę miejskiego (Stadtdiener). W Dzień św. Szczepana wręczano duchowieństwu i służbie miejskiej kosztowną „Kolende”. Z kolei w święta Małgorzaty i św. Andrzeja najmłodsi mistrzowie otrzymywali intrygujące, choć niewyjaśnione w tekście przydziały – tajemnicze „dwie czeklowki”.

W 1630 roku w księgach pojawia się pewna kulinarna i obyczajowa nowinka – wydatek „na Palene”. To nic innego jak środki przeznaczone na palenie tytoniu, nawyk, który wraz z zamiłowaniem do gry w karty przynieśli do Bytomia wracający z frontów żołnierze.

Ołów, halabardy i strach przed zarazą

Woń palonego tytoniu zwiastowała niepokoje wielkiej wojny trzydziestoletniej, która brutalnie wdarła się w rzemieślniczą codzienność. Kiedy w 1626 roku na Śląsk wkroczyły wojska Mansfelda, kuśnierzom nie było w głowie szycie. Cech w pośpiechu ukrył swoje bezcenne statuty w ratuszu. Mistrzowie porzucili skóry, chwycili za tygle i zajęli się odlewaniem ołowianych kul. Pieniądze cechowe szły na gwałtowny zakup halabard, muszkietów i pancerzy.

Rzemieślnik w mrocznym pomieszczeniu odlewa ołowiane kule nad paleniskiem. Przez otwarte okno widać płonące miasto i gęsty dym unoszący się nad dachami kościołów.
Przygotowania wojenne w cieniu dżumy

Bytomscy kuśnierze tamtych lat wykazali się dużą niezależnością i uporem religijnym, wyraźnie sprzyjając protestantyzmowi. W tym samym 1626 roku potrafili zebrać fundusze, by wesprzeć uciekających przed kontrreformacją ewangelickich uchodźców z Moraw. Ich kręgosłup został jednak ostatecznie złamany. Surowe porządki i naciski sprawiły, że od lat 1629/1630 w księgach widnieje już kategoryczny obowiązek uczestnictwa mistrzów w katolickiej procesji Bożego Ciała (Fronleichnamsprozession).

Jakby wojen i religijnych przewrotów było mało, w 1634 roku przez okoliczne ziemie i Polskę przetoczyła się przerażająca epidemia dżumy (Pest). Rzemiosło zamarło, a miasto spowił strach. Z czasem autonomię cechów zaczęło krępować twarde prawo pruskie. Od 1750 roku w księgach pojawiają się nowi goście, opłacani z kasy cechu: Zunftinspektor, Zunftassessor i Kuratoren – urzędnicy państwowi, których zadaniem było patrzeć rzemieślnikom na ręce.

Cenzorskie nożyce, czyli jak krojono historię na miarę

Wrócmy teraz do naszej klamry – Waltera Krausego i cenzury z lat 30. XX wieku. Co takiego Krause znalazł w statutach, co po 1931 roku musiano bezpowrotnie wyciąć? Były to twarde reguły gospodarcze, zapisane staropolską mową. Redaktorom wznowień (w latach 1932, 1964 i 1971) nie podobało się słowo „bykowe” oraz opłata „od pokrowu” (pozycje z rubryki przychodów cechowych).

Wielkie metalowe nożyczki przecinają stary dokument zapisany drobnym drukiem. Z miejsca cięcia wylewa się gęsta, czarna plama atramentu w kształcie kleksu z czerwoną pieczęcią.
Cenzorskie nożyce nad śląską historią

Wymazano całkowicie termin „przy przepuszczaniu”, czyli nic innego jak opłatę za wyzwolenie czeladnika na mistrza (z niemieckiego Freilassungsgeld). Z artykułów musiał zniknąć również „szlak letni” (zapisany czasem jako Sommerschlag). Oznaczał on rygorystyczny zakaz pokątnego skupowania skór między Wielkanocą a dniem św. Michała. Wydrapanie tych słów z kolejnych publikacji miało wymazać z pamięci czytelników fakt, że bytomski rynek przez stulecia mówił, handlował i kłócił się w językach, które dla nacjonalistycznej machiny propagandowej były po prostu niewygodne.

Epilog: Zaginiony świadek zapustnych nocy

Do dziś z głośnego, radosnego i surowego świata bytomskich kuśnierzy nie przetrwało prawie nic. Wspaniałe, ociekające szafranem zapusty, zapach dymu z glinianych fajek i huk zderzających się muszkietów zamilkły. Jednym z nielicznych namacalnych dowodów potęgi cechu był reprezentacyjny, potężny cynowy dzban z 1680 roku.

Został wykonany specjalnie dla mistrzów z Bytomia przez znakomitego konwisarza z Tarnowskich Gór. Był tak wyjątkowy, że w dwudziestoleciu międzywojennym dumnie wystawiano go jeszcze na pokazach we Wrocławiu. Był niemym świadkiem historii – naczyniem, do którego być może wlewano owo dziwne, gorące piwo z topionym masłem.

Bogato zdobiony, duży cynowy dzban z wygrawerowaną datą 1680 i herbem. Naczynie stoi w mrocznej, zapuszczonej piwnicy, gęsto spowite pajęczynami, oświetlone snopem zimnego światła z góry.
Zaginiony cynowy dzban z 1680 roku

Gdzie jest dzisiaj? Tego nie wie nikt. Jego ślad urywa się bezpowrotnie po 1945 roku w wojennej pożodze. Być może leży pokryty kurzem w czeluściach nierozpoznanych muzealnych magazynów. Być może zaginął na zawsze. Dopóki dzban się nie odnajdzie, głównym strażnikiem prawdy o dawnych mistrzach pozostają ich stare księgi – te same, których tajemnic nie zdołały do końca wyciąć nożyce XX-wiecznej cenzury.


Chronologia: Śladami bytomskich kuśnierzy

RokWydarzenie z dziejów cechu
1543Zapisanie pierwszych, polsko-czesko-niemieckich statutów cechu.
1626Wkroczenie wojsk Mansfelda, organizacja zbiórki dla uchodźców z Moraw, odlewanie kul ołowianych.
1629/1630Wprowadzenie przymusu uczestnictwa w katolickiej procesji Bożego Ciała. Pierwsze wydatki z kasy cechu „na Palene” (tytoń).
1634Przez ziemie bytomskie przetacza się epidemia dżumy.
1637Wpisanie w księgi snycerza Malchera Corusa.
1680Wykonanie reprezentacyjnego cynowego dzbana cechowego w Tarnowskich Górach.
1750Pojawienie się pruskich urzędników państwowych (Zunftinspektor, Zunftassessor).
1931Publikacja artykułu Waltera Krausego ujawniającego dawne, staropolskie zapisy.
1932, 1964, 1971Wznowienia artykułu Krausego, naznaczone wymazaniem i cenzurą polskich terminów.

Wykaz źródeł

  • Der Oberschlesier (1931, Rocznik 13, Zeszyt 11) – Oryginalny artykuł Waltera Krausego: „Aus dem Innungsleben der Kürschner in Beuthen O/S.”
  • Führer durch die Ausstellung Arbeit und Kultur in Oberschlesien (Wrocław, wydanie 2) – Przewodnik po wystawie z opisem cynowego dzbana cechowego z 1680 r.
  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt (Styczeń 1964) – Zeszyt zawierający artykuły tła historycznego: „Polen in Nöten” (Dr. W. Rumbaur) oraz obozowe wspomnienia „Niemals vergessen! Jaworzno — ein polnisches KZ” (A. Metzner).
  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt (Styczeń 1971) – Przedruk tekstu „Aus dem Innungsleben der Kürschner in Beuthen OS.”, ze śladami powojennej cenzury wydawniczej.
0
0

Read more

Mroczna ilustracja przedstawiająca legendę o dzwonie św. Urbana w Bytomiu. Rzemieślnik Franz Stanke opiera się o odlany dzwon, a naprzeciw niego stoi zakapturzona postać diabła na tle dawnej bramy miejskiej. U góry widnieje napis: Tajemnica Dzwonu św. Urbana w Bytomiu. Diabeł, ludwisarz i zaginiona kamienica.

Pakt z Diabłem, Mistrz Ludwisarski i Zaginiona Kamienica. Tajemnica Dzwonu św. Urbana w Bytomiu

Pakt z Diabłem, mistrz ludwisarski i zaginiona kamienica. Tajemnica Dzwonu św. Urbana w Bytomiu

Przyglądając się archiwalnym fotografiom bytomskiej ulicy Jainty, dawnej Tarnowitzer Straße, można dostrzec drobny detal, który otwiera zaskakująco szeroką opowieść. W szczycie jednej z kamienic wisiał niewielki dzwonek, a wraz z nim przetrwało wspomnienie o dawnym zajeździe „Zur Urbansglocke” („Pod Dzwonem Urbana”), mistrzu ludwisarskim z Opawy, legendzie o spotkaniu z diabłem i o miejscu, które przez ponad dwa stulecia zmieniało swój wygląd, funkcję i właścicieli. To historia na styku miejskiej topografii, pamięci lokalnej i źródeł rozproszonych między kronikami, planami, prasą oraz ikonografią.


Sławny ludwisarz Franz Stanke rozkłada warsztat pod bramą miasta

Wrzesień 1734 roku. Do Bytomia przybywa mistrz Franz Stanke – wybitny ludwisarz z Opawy (Troppau). To nie był zwykły rzemieślnik, lecz przedstawiciel potężnej dynastii, jeden z najbardziej cenionych przedstawicieli tego rzemiosła w regionie. Jego rodzina słynęła na całym Śląsku i Morawach z odlewania wspaniałych, barokowych dzwonów, które biły od Raciborza po czeski Krnov. Rada miejska postawiła przed nim niezwykle prestiżowe zadanie: odlać największy dzwon dla głównego kościoła Wniebowzięcia NMP (St. Marienkirche)

Osiemnastowieczna brama miejska z jasnego wapienia i polowy warsztat ludwisarski w Bytomiu rozstawiony na suchym bruku.
Wizualizacja warsztatu mistrza Stankego rozstawionego w cieniu dawnej Bramy Tarnogórskiej, tuż obok miejskiej fosy (wizualizacja).

Warsztat mistrza ulokowano w fascynującym miejscu. Znajdował się on na parcelach nr 75 i 76 (naprzeciw wylotu ulicy Browarnianej), w cieniu potężnej, dwupiętrowej Bramy Tarnogórskiej (Peiskretschamer Tor). Bytom otaczały wówczas wapienne mury o wysokości czterech i grubości dwóch metrów. Aby opuścić miasto, należało przejść przez podwójną bramę i pokonać fosę (Wallgraben) zasilaną nurtem potoku Iserbach.

🎯 Historyczna ciekawostka: Tuż za murami, w rejonie dzisiejszego wschodniego pasażu w centrum, rozbrzmiewał huk wystrzałów – mieściła się tam strzelnica Bractwa Kurkowego, niedawno odnowionego przez hrabiego Carla Josepha Henckel von Donnersmarcka. Oznacza to, że Stanke odlewał swój dzwon przy nieustannym akompaniamencie muszkietów!

Tereny te sąsiadowały z nowo powstającym cmentarzem żydowskim. Grunt pod tę nekropolię przekazano Israelowi Böhmowi w tym samym, 1734 roku. Choć niektóre dawne kroniki mylnie przypisują ten akt fundacyjny Łazarzowi Henckel von Donnersmarckowi (postaci historycznie związanej z XVII-wiecznymi początkami panowania tego rodu w Bytomiu), w rzeczywistości zgoda ta została wydana w czasach rządów wspomnianego hrabiego Carla Josepha.

Od Króla Kurkowego do klatki błaznów: Podwójne życie Georga Niedballi

Bogaty kupiec zamknięty w drewnianej klatce błaznów na brukowanym rynku. Nad jego głową wisi ustrzelona kaczka, a dookoła śmieją się mieszczanie.
Kłusownicza wpadka Króla Kurkowego. Bogaty winiarz Georg Niedballa odbywa publiczną karę w miejskiej „klatce błaznów” za ustrzelenie pańskiej kaczki (wizualizacja).

Podczas gdy Franz Stanke przygotowywał się do monumentalnego, uświęconego tradycją aktu odlewu dzwonu, jego gospodarz dostarczał miastu rozrywki z zupełnie innej półki. Właścicielem posesji i gospody był Georg Niedballa – niezwykle wpływowy kupiec, jeden z dwóch koncesjonowanych handlarzy winem w mieście oraz świeżo upieczony Król Kurkowy z 1734 roku. Mimo majątku i powagi urzędu, Niedballa miał duszę awanturnika. Jako zapalony, lecz nieco zbyt zuchwały myśliwy, złamał pańskie przywileje, kłusując w miejskim lesie. Łupem znamienitego kupca padła… dzika kaczka. Kara była bezlitosna i widowiskowa: przyszły radny miejski został zamknięty w „klatce błaznów” (Narrenkettel) na bytomskim Rynku, a nad jego nieszczęsną głową demonstracyjnie zawieszono ustrzelonego ptaka.

Znak krzyża w ciemnościach. Czy spotkanie z diabłem było tylko legendą?

Kulminacyjny moment tej historii owiany jest mroczną legendą. Opowieść „Der Glockenguß zu Beuthen OS.” przenosi nas w wieczór 15 września 1734 roku. Mistrz Stanke udaje się na samotny spacer w kierunku Wzgórza św. Małgorzaty (Margarethhügel). W gęstniejących ciemnościach drogę zachodzi mu tajemnicza postać. Ludwisarz z przerażeniem dostrzega wystające spod płaszcza końskie kopyto. Diabeł ma dla niego propozycję: uczyni Stankego najsławniejszym rzemieślnikiem na świecie, ale w zamian pierwszy, czysty dźwięk każdego odlanego przez niego dzwonu musi zostać na zawsze zadedykowany siłom ciemności. Mistrz, niewiele myśląc, stanowczo odmawia i kreśli w powietrzu znak krzyża. Demon przepada w mroku. Następnego dnia odlew udaje się perfekcyjnie, a kruszec nie ma w sobie ani jednej skazy.

Przerażony rzemieślnik robi znak krzyża przed tajemniczą postacią w płaszczu z końskim kopytem. W tle wznosi się mroczne wzgórze.
Mroczna legenda głosi, że w przeddzień odlewu mistrz Stanke spotkał na drodze demona, który zażądał dedykacji pierwszego dźwięku dzwonu siłom ciemności (wizualizacja).

Czy to tylko ludowa bajka?

Istotny zwrot w interpretacji tej historii przynosi leksykon artystów i rzemieślników z 1935 roku. Zapiski wskazują, że w 1734 roku Franz Stanke odlał w Bytomiu nie jeden, lecz dwa dzwony. Drugi z nich był przeznaczony właśnie dla kościoła św. Małgorzaty! Wieczorny spacer mistrza, opisany w legendzie, nie był więc romantyczną przechadzką, lecz najprawdopodobniej wizją lokalną, inspekcją wieży lub nadzorem nad przygotowaniami do drugiego odlewu. Ten drobny fakt w niesamowity sposób uwiarygadnia historyczne tło mrocznej opowieści.

Rysunek architektoniczny przedstawiający rzut parteru oraz południową fasadę kościoła Mariackiego w Bytomiu przed jego przebudową z 1852 roku. Widać masywną wieżę z sygnaturką.
Południowa fasada i rzut kościoła Wniebowzięcia NMP w Bytomiu (stan sprzed przebudowy w 1852 r.). To na tę masywną wieżę po lewej stronie wciągnięto w 1734 roku potężne dzieło mistrza Stankego.

Wspaniały Dzwon św. Urbana

Zbliżenie na potężny dzwon z brązu zawieszony w ciemnej wieży dzwonnicy. Na dzwonie widać bogate płaskorzeźby postaci i historyczne inskrypcje oświetlone promieniami słońca.
Dzieło opawskiego mistrza z 1734 r. Płaszcz dzwonu zachwycał wizerunkami papieża Urbana, Maryi, śląskimi orłami oraz dumną rzemieślniczą inskrypcją (wizualizacja).

Odlany z boską pomocą instrument zajął honorowe miejsce na wieży kościoła Mariackiego. Dzwon św. Urbana, wiszący w towarzystwie m.in. dzwonów św. Józefa i św. Tadeusza, zachwycał bogactwem zdobień. Na jego płaszczu widniały płaskorzeźby papieża Urbana, Maryi w otoczeniu aniołów oraz śląskie orły. Inskrypcja na brązie głosiła z dumą: „Franz Stancke glockengießer in Troppau hat mich in Beuthen gegossen den 16. September anno 1734 mit der gnad Gottes und hilf Mariae bin ich geflossen”. Miejsce jego narodzin, posesja Niedballi, na zawsze zyskała miano gospody pod Dzwonem Urbana.


Nowa kamienica z dzwonkiem w szczycie i sportowa gospoda sprintera Smietany

Wiek XIX i początek XX przyniósł Bytomiowi wielkie zmiany. Średniowieczne mury zburzono, a dawna wewnętrzna Tarnowitzer Straße (dzisiejsza ul. Jainty) zaczęła przekształcać się w elegancki, miejski pasaż (często mylony na starych pocztówkach z szeroką, wybiegającą poza miasto aleją Tarnowitzer Chaussee).

Kolorowana stara pocztówka przedstawiająca dawną ulicę Tarnowitzer Strasse, obecną ulicę Jainty w Bytomiu. Widać historyczne, okazałe kamienice, pieszych oraz dorożki konne na brukowanej drodze.
Tętniąca życiem Tarnowitzer Straße (dzisiejsza ul. Jainty) w epoce swojej wielkomiejskiej świetności. Niegdyś była to droga prowadząca prosto do Bramy Tarnogórskiej i miejskich murów.
Zabytkowa pocztówka z Bytomia. Gęsta zabudowa dawnej Tarnowitzer Strasse, dzisiejszej ulicy Jainty, z zawieszonymi nad jezdnią lampami ulicznymi i ozdobnymi, wysokimi fasadami kamienic.
Ścisłe, bogate centrum Bytomia na początku XX wieku z charakterystyczną, gęstą zabudową. To wyśmienity kontrast dla czasów, gdy w mroku i błocie pracował tu XVIII-wieczny ludwisarz.
Czarno-biała pocztówka z Bytomia przedstawiająca ulicę Jainty. Na parterze eleganckich kamienic widoczne są szyldy dawnych sklepów, w tym księgarni Carl Rudolf oraz sklepu Josef Weiss.
Codzienne życie przy Tarnowitzer Straße. Obok popularnych księgarni i sklepów odzieżowych, to właśnie przy tej ulicy swoje wyśmienite wędliny sprzedawał rzeźnik Joachim Sladeczek.

W 1893 roku dawną zabudowę z czasów Stankego rozebrano. W jej miejscu, pod ówczesnym adresem Tarnowitzerstrasse 13, stanęła nowa, okazała kamienica zaprojektowana przez C. Wurtenberga (z modyfikacjami Roberta Satke) dla gorzelnika Franza Bsumki. To właśnie wtedy, aby uczcić pamięć o dawnym zajeździe, w szczycie budynku umieszczono arkadę z małym dzwonkiem. Życie w nowej kamienicy tętniło niezwykłą energią:

  • Smaki Śląska: Działał tu słynny sklep rzeźnicki Joachima Sladeczka, do którego ustawiały się kolejki po doskonałą Śląską Krakowską i kiełbasy opolskie.
  • Biesiady: Sama gospoda tętniła życiem pod okiem kolejnych właścicieli, m.in. Herrmanna Böhma i E. Mienkiny, który zasłynął wydaniem gigantycznej uczty golonkowej.
  • Era Sportowców: W latach 30. XX wieku gospodarzem lokalu został Kurt Smietana z żoną Hedwig. Ten znany lekkoatleta, sprinter na 100 i 200 metrów oraz dumny bytomski mors, uczynił z „Zur Urbansglocke” ważny punkt spotkań lokalnych sportowców. W 1934 roku, dokładnie w 200. rocznicę wizyty mistrza Stankego, budynek przebudowano, przenosząc pamiątkowy dzwonek tuż nad najwyższe piętro.

Zaskakujący epilog: dwa końce jednej historii

Wielka historia nie oszczędziła bytomskich dzwonów ani ludzi z nimi związanych. Wspaniały dzwon św. Urbana padł ofiarą I wojny światowej – w 1917 roku zarekwirowano go i bezlitośnie przetopiono na cele militarne. Jedyne, co po nim pozostało, to odlew wizerunku papieża Urbana, przechowywany do dziś w Muzeum Górnośląskim. Tragiczny los spotkał również Kurta Smietanę, który zginął w 1943 roku na froncie wschodnim. Jego żona wyjechała do Norymbergi, skąd w 1959 roku przesłała melancholijną fotografię bytomskiej kamienicy, starannie zaznaczając krzyżykiem miejsce, w którym wciąż wisiał pamiątkowy dzwonek.

Czarno-białe zdjęcie z 1959 roku przedstawiająca kamienicę przy ulicy Jainty 25 w Bytomiu, w której mieściła się gospoda Zur Urbansglocke (Pod Dzwonem Urbana). Krzyżyk wskazuje miejsce pamiątkowego dzwonu.
Fotografia przesłana z Norymbergi w 1959 r. przez Hedwig Smietanę. Krzyżyk na fasadzie wskazuje miejsce, w którym wciąż wisiał pamiątkowy dzwonek przypominający o historycznym odlewie.

I tutaj następuje najdotkliwszy zwrot akcji. Wielu mieszkańców podświadomie szuka dziś wzrokiem tej kamienicy na ulicy Jainty. Niestety, wbrew powszechnym opiniom, budynek Smietany i dawnego zajazdu Niedballi nie przetrwał. Na przełomie lat 1979 i 1980 całą kamienicę zrównano z ziemią.

Gdzie zatem rozegrała się ta cała dwustuletnia historia? Gdzie Franz Stanke walczył z pokusami diabła, a rzeźnik Sladeczek sprzedawał najlepszą krakowską? Według przyjętej rekonstrukcji topografii, historyczne miejsce tej opowieści odpowiada dziś rejonowi północno-wschodniego wejścia do współczesnej Galerii Handlowej „Agora”.

Historia, jak widać, lubi milczeć w najbardziej gwarnych miejscach.

Bibliografia i wykaz źródeł

I. Książki i opracowania zwarte

  • Gwóźdź K., Wojcik M., Antecedencje i historia budynku Bytomskiego Centrum Kultury. Kompleks Bractwa Strzeleckiego, Bytom [brak daty wydania na wycinku, publikacja współczesna]. (Źródło kluczowe dla ustalenia dokładnej lokalizacji parceli nr 75 i 76, historii przebudowy kamienicy w 1893 i 1934 r. oraz daty jej wyburzenia).
  • Krause W., Grundriss eines Lexikons bildender Künstler und Kunsthandwerker in Oberschlesien von den Anfängen bis zur Mitte des 19. Jahrhunderts, t. II, Verlag „Der Oberschlesier”, Oppeln 1935. (Źródło potwierdzające działalność rodziny Stanke z Opawy oraz odlew dwóch dzwonów w Bytomiu w 1734 r.).
  • Stodolka F., Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien. (Opracowanie historyczne zawierające wykazy Królów Kurkowych oraz anegdotę o uwięzieniu Georga Niedballi w „klatce błaznów”).
  • Gramer F., Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, Beuthen 1863. (Dzieło wielokrotnie cytowane w nowszych opracowaniach jako baza wiedzy o najstarszych dziejach strzelnicy, Bractwa Kurkowego i dawnym cmentarzu żydowskim).

II. Artykuły z czasopism historycznych i regionalnych

  • Lasik G., „Gewerbe – Handwerk und Handel in Beuthen OS. (VI. Beuthen unter preußischer Regierung)”, [w:] Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, nr 10, październik 1971. (Potwierdzenie statusu Georga Niedballi jako jednego z dwóch koncesjonowanych kupców winnych w 1744 r.).
  • Stodolka F., „Beuthener Gaststätten”, [w:] Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise, nr 3, marzec 1957. (Krzyżowe potwierdzenie monopolu winnego Niedballi oraz przegląd bytomskiej gastronomii).
  • Anonim, [w:] Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, nr 5, maj 1963. (Wzmianki o przeniesieniu strzelnicy Bractwa Kurkowego w 1808 r. oraz jej dawnych granicach przy „Urbansglocke”).

III. Materiały kartograficzne i ikonograficzne

  • Sage R., Situations Plan von der Reitbahn und Garnisonsstall Gegend in Beuthen O/S, 1864 r. (Oryginał w zbiorach Archiwum Państwowego w Katowicach, sygn. 12-181-155). Plan sytuacyjny potwierdzający lokalizację gospody „Gast Haus zur Urbans Glocke” przy ul. Tarnogórskiej.
  • Fotografia prywatna Hedwig Smietana, Norymberga / Bytom 1959. (Unikatowe zdjęcie kamienicy przy ul. Tarnowitzer Straße 25 z odręcznie naniesionym krzyżykiem wskazującym miejsce zawieszenia pamiątkowego dzwonu).
  • Zbiór historycznych pocztówek Bytomia (Beuthen O.S.) z lat 1910–1913, m.in. z widokami dawnej Tarnowitzer Straße, dokumentujący architekturę i życie codzienne ulicy w epoce jej największego rozkwitu, w tym witryny sklepowe księgarni Carl Rudolf i sklepu Josef Weiss.
  • Szkice i rzuty architektoniczne kościoła Wniebowzięcia NMP w Bytomiu, ukazujące rzut parteru z fazami budowy (1260, 1530) oraz fasadę południową z potężną wieżą dzwonniczą, stan sprzed przebudowy w 1852 r.
0
0

Read more

Starożytna gliniana urna i miecz leżące na tle wielkich, dymiących szybów kopalnianych.

Pradzieje Ziemi Bytomskiej i okolic. Co przemysł zniszczył pod naszymi stopami?

Pradzieje Ziemi Bytomskiej i okolic. Co przemysł zniszczył pod naszymi stopami?

Wyobraź sobie ogłuszający hałas maszyn parowych, zgrzyt żelaza i gęsty dym zasłaniający słońce. W latach 20. XX wieku Górny Śląsk był jednym wielkim placem budowy, pożerającym własną ziemię. W tym przemysłowym piekle garstka pasjonatów z łopatkami i pędzelkami stanęła do nierównej walki z potężnymi maszynami. Musieli udowodnić, że pod hałdami i szybami kopalń kryje się tętniący życiem, starożytny świat, który lada moment może zniknąć bezpowrotnie.

Mit bezludnej puszczy, czyli z czym walczył Alfred Arndt

Przez dziesięciolecia w środowisku naukowym (szczególnie w ośrodku wrocławskim) pokutowało przekonanie, że Górny Śląsk po epoce lodowcowej był jedną wielką, nieprzebytą knieją. Tak zwana Przesieka (niem. Preseka lub Urwald) miała rzekomo uniemożliwiać jakiekolwiek osadnictwo. Zgodnie z tym mitem, przed nadejściem średniowiecza na tych ziemiach nie działo się absolutnie nic, a region stanowił „pustkę osadniczą”. Z tą zastałą narracją postanowił zmierzyć się Alfred Arndt (1880–1967) – kapłan, pedagog i człowiek, którego dziś śmiało możemy nazwać „ojcem górnośląskiej prahistorii”.

Prahistoria czy Prehistoria?

W dzisiejszym języku potocznym znacznie częściej słyszymy o prehistorii (to słowo z łacińskim przedrostkiem pre-). Jednak w latach 20. i 30. XX wieku badacze kładli nacisk na rodzime brzmienie, używając słowa prahistoria (ze słowiańskim przedrostkiem pra-). Użycie w tym artykule tego klasycznego, nieco retro pojęcia – obok czysto polskich pradziejów – najlepiej oddaje naukowy klimat tamtej epoki oraz wierność tłumaczeniom dawnych, niemieckich źródeł (Vorgeschichte).

Ks. Alfred Arndt w roboczym płaszczu oczyszcza starożytną urnę na tle dymiących kominów kopalni na Górnym Śląsku.
Ks. Alfred Arndt – ojciec śląskiej prahistorii – ratował ślady przeszłości tuż przed gąsienicami przemysłowej machiny.

Od 1922 roku Arndt pełnił funkcję pierwszego państwowego męża zaufania ds. zabytków archeologicznych na Prowincję Górnośląską. Jako kierownik działu prehistorycznego w prężnie rozwijającym się Beuthener Museum (późniejszym Muzeum Górnośląskim w Bytomiu), założył w 1922 r. specjalną Grupę Roboczą. Ich zadanie było proste, ale dramatycznie trudne w realizacji: znaleźć twarde dowody na to, że pod przemysłowym pyłem kryją się tysiąclecia ludzkiej historii.

Wyścig z czasem i buldożerami

Zadanie utrudniał fakt, że Górny Śląsk przechodził gwałtowną industrializację. Kopalnie węgla i galmanu, rozrastające się huty i powstające osiedla robotnicze dosłownie wgryzały się w ziemię, niszcząc bezpowrotnie bezcenne stanowiska archeologiczne. Arndt i jego współpracownicy prowadzili klasyczną „archeologię ratunkową”. Biegali z łopatkami tam, gdzie za chwilę miały wjechać ciężkie maszyny parowe. Często jedynym punktem odniesienia dla badaczy były stare, precyzyjne litografie Ernsta Wilhelma Knippela z XIX wieku, które dokumentowały pierwotny krajobraz, zanim ten został całkowicie przeorany przez szyby i hałdy.

Akta śledztwa: Od łowców mamutów po szklane bransolety Celtów

Każde wbicie szpadla na Śląsku mogło przynieść rewelacje. Co dokładnie ukrywała ziemia, zanim przykrył ją przemysł? Prześledźmy najważniejsze odkrycia chronologicznie.

1. Epoka Lodowcowa i pierwsi myśliwi

Człowiek pojawił się na Śląsku już w okresie lodowcowym (paleolicie). Archeolodzy odkryli pod grubymi warstwami lessu kości mamutów, nosorożców włochatych i niedźwiedzi jaskiniowych, na które polowali ówcześni ludzie. Pozostałości narzędzi z tego okresu (tzw. kultura oryniacka) odnaleziono m.in. w Dzierżysławiu i Roszowickim Lesie.

Prehistoryczni myśliwi w surowym, śnieżnym krajobrazie epoki lodowcowej, ubrani w grube skóry, polujący na potężnego, włochatego nosorożca.
Prehistoryczni myśliwi polujący na nosorożca włochatego w surowym klimacie epoki lodowcowej.

2. Mezolityczne obozowiska w Zabrzu i Miechowicach

Kiedy lądolód ustąpił (ok. 8-10 tys. lat temu), na nasze tereny wkroczyli zbieracze i myśliwi. W 1926 roku rodzeństwo pasjonatów, Heinrich i Hildegard Kurtz, dokonało niezwykłego odkrycia na piaszczystych wydmach w Zabrzu (Hindenburg). Ziemia skrywała dziesiątki mikrolitów – miniaturowych, precyzyjnie łupanych narzędzi krzemiennych.

Prehistoryczny myśliwy kucający na piaszczystej wydmie, precyzyjnie łupiący kawałek krzemienia, aby stworzyć miniaturowe narzędzie (mikrolit).
Tworzenie precyzyjnych narzędzi krzemiennych (mikrolitów) w sezonowym obozowisku na piaszczystych wydmach.

Podobne znaleziska odkryto w Miechowicach na Grycbergu (Grytzberg), gdzie odnaleziono prymitywne skrobaki i wiertła. Finał zderzenia z przemysłem: Stanowisko na wydmach w Zabrzu padło całkowicie ofiarą postępującego uprzemysłowienia. Zostały tylko uratowane w ostatniej chwili artefakty. Podobny los spotkał neolityczne ślady rolników na terenie Huty Hubertus czy w Wieszowej, gdzie wydobyto olbrzymie ilości łupanego kwarcyfu.

3. Złoty Wiek Brązu i tajemniczy Celtowie

W epoce brązu (ok. 1500 p.n.e.) region tętnił życiem. Wystarczy wspomnieć 10 lipca 1925 roku, kiedy to w Nędzy (Nendza) z wilgotnego torfu wydobyto fenomenalnie zachowany miecz z epoki brązu.

Dłonie w skórzanych rękawicach ostrożnie wyciągają z ciemnego, wilgotnego torfu zabytkowy miecz z epoki brązu.
Wydobyty w 1925 roku w Nędzy miecz stanowił twardy dowód na to, że zaawansowana metalurgia istniała tu na długo przed hutami cynku i żelaza.

Jeszcze ciekawiej robi się, gdy spojrzymy na Celtów, którzy zamieszkiwali zachodnie rubieże Śląska około 400 r. p.n.e. (pozostawili po sobie ślad m.in. w nazwie miejscowości Kotulin). Byli mistrzami rzemiosła – używali toczonej na kole ceramiki zdobionej grafitem i nosili niezwykłe, błękitne bransolety ze szkła.

Starożytny celtycki rzemieślnik w prostej tunice, pracujący przy kole garncarskim, modelujący ciemne, lśniące naczynie gliniane. Na nadgarstku widoczna szklana bransoleta.
Celtycki rzemieślnik przy pracy – mistrzowie ceramiki i ozdób szklanych na starożytnym Śląsku.

Z kolei urny ciałopalne z tego i późniejszego okresu wykopywano dosłownie na terenach wielkich kopalń – m.in. przy bytomskiej Heinitzgrube (Kopalnia Rozbark) czy Radzionkau Grube!

4. Wandalowie pod kopalnią galmanu w Szarleju

To absolutny hit archeologiczny tamtych lat, choć musimy pamiętać o ówczesnym kontekście. W dwudziestoleciu międzywojennym niemieccy badacze usilnie poszukiwali starożytnych, germańskich korzeni Śląska, co nierzadko nadawało ich interpretacjom polityczny wydźwięk. Niemniej jednak same odkrycia były bezdyskusyjnymi faktami: w Szarleju (Scharley, dziś dzielnica Piekar Śląskich) pod rozbudowującą się infrastrukturą kopalni kruszców natrafiono na potężne pozostałości osady z IV w. n.e., przypisywanej właśnie germańskim plemionom Wandalów.

Przekrój warstw ziemi ukazujący XIX-wieczną kopalnię na powierzchni oraz ukryte pod nią starożytne drewniane ziemianki Wandalów.
Ziemianki Wandalów z IV w. n.e. odkryto bezpośrednio pod terenami dawnej kopalni galmanu w Szarleju. Górnicy stąpali po historii!

Odkryto tam liczne ziemianki mieszkalne (Wohngruben). Pomyślcie tylko: przez dziesiątki lat górnicy stąpali codziennie do pracy dokładnie nad domostwami wojowników z okresu Wielkiej Wędrówki Ludów! Zanim Wandalowie ruszyli w V wieku na zachód (docierając aż do Afryki Północnej), pozostawili na Śląsku wyraźne ślady, m.in. w Łabędziach, sersieńskim Świbiu (wpływy gockie) czy właśnie w Szarleju.

5. Średniowieczne mity: Od Wzgórza Małgorzaty do „Szwedzkiego Szańca”

Gdy wyludnione po Wandalach tereny zajęli Słowianie (co według międzywojennego stanu badań datowano początkowo na IX-X wiek), lokowali się na wzniesieniach i terenach wolnych od gęstych lasów. Doskonałym przykładem jest bytomskie Wzgórze Małgorzaty (Margaretenhügel), gdzie obok ceramiki z epoki brązu odkryto ślady wczesnośredniowiecznego grodu, który najpewniej ukształtował się w XI wieku jako ważny ośrodek kasztelański. Z kolei w Starych Tarnowicach (Alt-Tarnowitz) archeologia musiała zmierzyć się z legendą. Przez lata miejscowi nazywali tamtejsze wzniesienie „Szwedzkim Szańcem”, błędnie łącząc je z późniejszymi wojnami nowożytnymi (np. potopem szwedzkim czy wojną trzydziestoletnią). Badania archeologiczne (którymi w latach 30. kierował dr Pfützenreiter) wykazały jednak, że był to sztucznie sypany średniowieczny kopiec (typu motte) z XIII–XIV wieku, na którym wznosiła się drewniana wieża obronna z fosą.

Średniowieczna, wysoka drewniana wieża obronna na szczycie sztucznie usypanego, stromego wzgórza, otoczona fosą wypełnioną wodą i palisadą.
Wizualizacja średniowiecznego gródka stożkowatego (motte), na którego ślady natrafiono w Starych Tarnowicach.

Pyłki z torfowisk – jak nauka ostatecznie zabiła „Puszczę”

Aby ostatecznie zadać kłam teorii o nieprzebytej Przesiece (Urwald), zespół Arndta musiał sięgnąć po nowatorskie metody naukowe. We współpracy z nauczycielem Schubertem i młodym studentem Kurtzem rozpoczęto pionierskie badania torfowisk (Moorforschung). Kurtz odpowiadał za łączenie wyników badań przyrodniczych z prahistorią oraz za nowatorską dokumentację fotograficzną.

Dwóch naukowców z lat 20. XX wieku pobierających metalowym świdrem ręcznym próbki rdzeniowe na zamglonym torfowisku.
Pionierskie odwierty na śląskich torfowiskach pozwoliły na przełomową analizę pyłków uwięzionych w ziemi.

Robiąc głębokie odwierty, analizowano warstwy pyłków roślinnych uwięzionych w torfie. Pozwoliło to na dokładną rekonstrukcję dawnego klimatu i szaty roślinnej. Co się okazało? Po epoce lodowcowej klimat uległ ociepleniu, a naturalne zmiany środowiskowe i działalność wczesnych rolników tworzyły ogromne polany i żyzne enklawy. Mit mrocznej, bezludnej puszczy upadł ostatecznie w 1925 roku po publikacji fundamentalnego dzieła Arndta „Oberschlesische Vor- und Frühgeschichte”. Sukces ten skłonił władze prowincjonalne do utworzenia pierwszego pełnoetatowego stanowiska konserwatora zabytków, które objął znany w Europie archeolog, dr Bolko von Richthofen.

Podsumowanie: To, po czym stąpamy dzisiaj

Praca Alfreda Arndta i jego współpracowników ocaliła dziedzictwo Górnego Śląska przed bezlitosnymi zębami koparek. Zbiory bytomskiego muzeum tuż przed 1945 rokiem liczyły ponad 2000 świetnie opracowanych prahistorycznych obiektów.

Współczesne skrzyżowanie na Śląsku w deszczu, w kałuży na asfalcie odbija się sylwetka prehistorycznego łowcy z łukiem.
To, po czym stąpamy dzisiaj, kryje tysiące lat zapomnianej historii.

Gdy następnym razem będziesz spacerować po Miechowicach, wejdziesz na Wzgórze Małgorzaty w Bytomiu lub miniesz teren dawnej Kopalni Rozbark czy zabudowań w Szarleju, spójrz pod nogi. To, po czym stąpasz, to nie tylko pozostałości XIX-wiecznego przemysłu. To milczący świadek historii łowców mamutów, rzemieślników celtyckich, germańskich wojowników i słowiańskich rolników – tysięcy lat życia, które ledwo udało się wyrwać z objęć zapomnienia.

Źródła i materiały archiwalne

Niniejsze opracowanie opiera się na skatalogowanych materiałach historycznych oraz badaniach z epoki:

  • Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt (oraz Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt) – zbadane roczniki i wydania: 1952 (marzec), 1954 (kwiecień, grudzień), 1955 (maj), 1958 (marzec), 1960 (luty, maj), 1965 (listopad), 1967 (lipiec, grudzień), 1971 (lipiec/sierpień), 1982 (listopad), 1991 (luty).
  • Geisler, Walter – Oberschlesien-Atlas: Zur Einführung in den Karteninhalt, Berlin 1938.
  • Raschke, Georg – Ergebnisse der oberschlesischen Urgeschichtsforschung, w: „Die Provinz Oberschlesien”, Ratibor 1931.
  • Geschwendt, Fritz (wyd.) – Altschlesische Blätter, Nr 5, 1928.
0
0

Read more

Grafika przedstawiająca Adolfa Knakricka jako budowniczego nowoczesnego Bytomia, z widokiem na Parkbad, teatr i mapę Górnośląskiego Trójmiasta.

Adolf Knakrick – Budowniczy Nowoczesnego Bytomia

Bytomskie Biografie 1886–1959 • nadburmistrz Bytomia 1925–1933

Był wizjonerem, który marzył o potężnym górnośląskim Trójmieście. Autorytarny w biurze, niezwykle wrażliwy prywatnie. Nadburmistrz Adolf Knakrick to postać tragiczna i monumentalna zarazem – budowniczy nowoczesnego Bytomia, zniszczony przez nazistowski aparat terroru. Poznajmy prawdziwą historię człowieka, dla którego „zapomnieć o sobie, a innych uszczęśliwiać” było życiowym credo.

Granica po 1922 i kryzys mieszkaniowy Inwestycje: Gewo, transport, edukacja Tagore w Bytomiu i „Mein Beuthen” 1933: kampania nienawiści i upadek

Korzenie, młodość i akademickie szlify

Przez dziesięciolecia wiele powojennych wspomnień i opracowań historycznych błędnie wskazywało, że Adolf Knakrick urodził się w Radkowie (Wünschelburg) na Ziemi Kłodzkiej. Prawda historyczna jest jednak inna – przyszedł na świat 29 sierpnia 1886 roku w Berlinie. W Radkowie spędził jedynie lata swojej młodości i tam też odebrał wczesne wychowanie. Pochodził z rodziny o przemysłowych lub zarządczych tradycjach; jego matka, Christine Knakrick z domu Schilling, była wdową po dyrektorze zakładu (Betriebsdirektor). Zmarła 11 lipca 1928 roku w Bytomiu w wieku 64 lat, a jej pogrzeb odbył się trzy dni później w rodzinnym Radkowie.

Edukację średnią przyszły nadburmistrz zwieńczył zdanym egzaminem dojrzałości (Abiturium) w kłodzkim gimnazjum. Będąc ambitnym młodzieńcem, podjął studia prawnicze, które odbywał na prestiżowych uniwersytetach w Tybindze, Monachium oraz Wrocławiu (Breslau).

Kluczowym momentem dla ukształtowania jego światopoglądu była data 30 kwietnia 1906 roku. Wtedy to Knakrick wstąpił w szeregi tybińskiej katolickiej korporacji studenckiej „Guestfalia”. Organizacja ta należała do potężnego zrzeszenia CV (Cartell-Verband), skupiającego tradycyjne stowarzyszenia akademickie o profilu katolickim. Fakt ten dowodzi jego głębokiego i trwałego zakorzenienia w tych środowiskach na długo przed tym, nim zaangażował się w politykę.

Lata nauki akademickiej i aplikacji referendarskiej nie były spokojne – przerywała je służba wojskowa oraz dodatkowe studia z zakresu nauk handlowych w Wyższej Szkole Handlowej w Berlinie (Handelshochschule Berlin). Ostatecznie zdolny prawnik zdał egzamin na referendarza sądowego i obronił tytuł doktora nauk prawnych (Dr. jur.).

Krew, okopy i uraz głowy – szlak bojowy w I wojnie światowej

Kiedy w 1914 roku wybuchł globalny konflikt, Knakrick nie uniknął powołania. Brał czynny udział w I wojnie światowej od pierwszych dni aż do jej dramatycznego końca. Służył na froncie jako żołnierz pułku artylerii. Jego zdolności dowódcze szybko zostały dostrzeżone – początkowo pełnił funkcję oficera baterii, by z czasem objąć jej dowództwo (Batterieführer).

Wizualizacja frontu I wojny światowej, oficer artylerii z koniem, 1918 rok
Szlak bojowy: Knakrick spędził na froncie całą wojnę, dowodząc baterią artylerii. Ironią losu, to nie kule wroga, a upadek z konia w ostatnim dniu walk omal nie kosztował go życia. (Wizualizacja klimatu epoki)

Za wybitne zasługi na polu walki uhonorowano go prestiżowym odznaczeniem: Krzyżem Żelaznym I Klasy. Ironią losu jest to, że frontowe kule go omijały, a najcięższych obrażeń doznał w dniu zakończenia działań wojennych. Ostatniego dnia wojny spadł z konia, doznając tak rozległego i ciężkiego urazu głowy, że wymagał wielomiesięcznej hospitalizacji. W wojskowym lazarecie spędził blisko rok – od listopada 1918 roku aż do września 1919 roku.

Od „biurowego stołka” do znajomości śląskiego przemysłu

Młody doktor praw pierwotnie nie planował kariery w administracji publicznej. Jego wielką ambicją było zostanie adwokatem specjalizującym się w zawiłościach prawa przemysłowego. W grudniu 1920 roku powrócił do cywilnego życia i zdał w Berlinie egzamin na asesora sądowego.

Rzeczywistość zweryfikowała jego plany. Jak sam po latach szczerze przyznawał, po części dzięki protekcji przyjaciela udało mu się zdobyć posadę w Krajowym Urzędzie Skarbowym Górnego Śląska (Landesfinanzamt Oberschlesien) w Opolu. Pracował tam najpierw jako asesor rejencyjny, a potem radca rejencyjny (Regierungsrat). Mimo awansów, Knakrick nie znosił tej posady, nazywając ją pogardliwie „biurowym stołkiem”.

Sztywna praca urzędnika skarbowego dusiła jego energię. Prawdziwe powołanie i możliwości działania znalazł dopiero wtedy, gdy porzucił opolski urząd.

Przełom w jego karierze nastąpił w styczniu 1923 roku, kiedy to został syndykiem w Izbie Przemysłowo-Handlowej Prowincji Górnośląskiej. Nowe stanowisko uwolniło go zza biurka. Praca ta wiązała się z nieustannymi podróżami po całym regionie. Knakrick prowadził m.in. szkolenia z zakresu prawa podatkowego i gospodarczego dla przedsiębiorców. Dzięki tej aktywności poznał od podszewki problemy górnośląskiego przemysłu ciężkiego i błyskawicznie wyrobił sobie doskonałą renomę w śląskich sferach gospodarczych. Był to kapitał, który wkrótce miał zaowocować najważniejszym awansem w jego życiu.

Miasto na krawędzi: „Krwawiąca granica” i wizja Trójmiasta

Wiosną 1925 roku Zgromadzenie Radnych Miejskich, zdominowane wówczas przez kupców i przedsiębiorców, wybrało Adolfa Knakricka na stanowisko Nadburmistrza Bytomia. Oficjalnie objął on urząd 25 kwietnia 1925 roku. Miał zaledwie 39 lat, a miasto, którym przyszło mu zarządzać, liczyło około 61 000 mieszkańców i znajdowało się w dramatycznym położeniu geopolitycznym.

Zaledwie trzy lata po podziale Górnego Śląska, granica polsko-niemiecka stworzyła na tym obszarze tzw. „krwawiącą granicę”. Bytom został otoczony z trzech stron przez odrodzoną Rzeczpospolitą, stając się swoistym terytorialnym „półwyspem” wcinającym się w polskie ziemie.

Zabytkowa mapa koncepcyjna Górnego Śląska po podziale w 1922 roku
Wizualizacja „krwawiącej granicy” – Bytom odcięty od wschodnich terenów uprzemysłowionych stał się swoistą wyspą otoczoną z trzech stron terytorium Polski.

Nowy przebieg granicy był dla gospodarki miasta katastrofalny. Bytom stracił na rzecz Polski bogatą, silnie uprzemysłowioną dzielnicę Friedenshütte-Schwarzwald (Nowy Bytom – Czarny Las), którą zamieszkiwało około 18 000 osób. Przecięciu uległy nie tylko szlaki komunikacyjne, ale i podziemne pola górnicze na wschodzie, południu oraz północy. Jakby tego było mało, miasto zalała fala uchodźców – tysięcy Niemców zmuszonych do opuszczenia wschodniej części Górnego Śląska. Wywołało to niewyobrażalną wprost nędzę mieszkaniową.

Młody nadburmistrz nie załamał jednak rąk. Knakrick, wspólnie z zaufanymi współpracownikami, zaczął snuć dalekosiężne, monumentalne plany przebudowy śródmieścia. Jego najbardziej przełomowym i śmiałym architektonicznie projektem była idea połączenia Bytomia, Zabrza (Hindenburg) oraz Gliwic (Gleiwitz) w jedno potężne, górnośląskie „trójmiasto”. Choć ta futurystyczna wizja metropolii ostatecznie nie została w pełni zrealizowana, dowodziła nieprawdopodobnego rozmachu urbanistycznego Knakricka.

Złota era inwestycji: Gospodarka, Gewo i nowe granice

Aby zrekompensować dramatyczne straty terytorialne i finansowe, Knakrick przystąpił do ofensywy administracyjnej. 1 stycznia 1927 roku doprowadził do oficjalnego włączenia do terytorium Bytomia sąsiedniej gminy Rozbark (Roßberg). Był to mistrzowski ruch – populacja miasta wzrosła o około 24 000 mieszkańców (osiągając liczbę 86 881), a do miejskiej kasy popłynął potężny strumień nowych podatków.

Knakrick wiedział, że aby uratować Bytom, potrzebuje potężnego wsparcia z zewnątrz. Zainicjował szeroko zakrojoną akcję lobbingową, zlecając wydawanie nowocześnie zaprojektowanych memoriałów naszpikowanych mapami, wykresami i zdjęciami, które trafiały na biurka decydentów w Rzeszy i Prusach. Szczególnym sukcesem propagandowym okazała się zainspirowana przez niego broszura zatytułowana „Beuthen O/S — ein Bollwerk deutscher Wirtschaft und Kultur im Südosten des Reichs”.

Walka z nędzą mieszkaniową

Odpowiedzią na gigantyczny kryzys demograficzny była agresywna polityka budowlana:

Rodziny robotnicze wprowadzające się do domów w Republice Weimarskiej w 1928 roku
Masowa budowa osiedli robotniczych miała być lekarstwem na powojenną nędzę i kryzys uchodźczy po podziale Śląska.
  • Powołano do życia legendarną dziś spółkę mieszkaniową Gewo (Gemeinnützige Wohnungsgesellschaft mbH). Miasto przejęło w niej wszystkie udziały, czyniąc ją głównym realizatorem programów budownictwa socjalnego.
  • Szybko zabudowywano luki w śródmieściu oraz wznoszono całe nowe osiedla na obrzeżach miasta.
  • Władze wybudowały specjalny miejski azyl dla bezdomnych (Obdachlosenasyl).
  • Powstał również innowacyjny azyl rodzinny (Familienasyl), oferujący 180 mieszkań o charakterze domu przejściowego.

Rozmach inwestycyjny obejmował całą infrastrukturę komunikacyjną i przemysłową. To za kadencji Knakricka z kasy miasta dofinansowano budowę reprezentacyjnej, przeszklonej hali na nowym dworcu głównym kolei rzeszy (Reichsbahn). Poszerzono również kluczowy podjazd przy Schomberger Landstraße. W trosce o logistykę, utworzono potężne miejskie place składowe w rejonie dworca Karf o powierzchni około 300 000 mkw., obsługiwane przez bocznice kolei normalnotorowej i wąskotorowej.

Miasto stawiało na nowoczesny transport miejski. W latach 1925–1928 sieć bytomskich tramwajów powiększyła się o 11,3 km, znacząco poprawiając skomunikowanie z zachodnimi przedmieściami. Oddano do użytku trasy: Mechtal – Martinau – Randsdorf (1925 r.), a trzy lata później odgałęzienie do osiedla Helennhof przy Stillersfeld. Tramwaje docierały również do nowej kopalni Deutsch-Bleischarleygrube. W 1926 r. powołano do życia miejski zakład komunikacji samochodowej, wprowadzając na ulice autobusy (Kraftverkehrsbetrieb). Zbudowano dla nich dedykowaną zajezdnię z warsztatem naprawczym, w której garażowano również pojazdy służb miejskich do czyszczenia ulic i wywozu śmieci.

Ruchliwa ulica Bytomia w latach 20., tramwaj z napisem Beuthen O_S, dorożki
Nowoczesny tramwaj „Beuthen O/S” mija konne wozy – za czasów nadburmistrza Knakricka miasto przeszło prawdziwą rewolucję komunikacyjną.

Knakrick dbał również o przemysł, rozwój techniczny i usługi. Aktywnie wspierał budowę nowych szybów kopalnianych (Beuthengrube i Deutsch-Bleischarleygrube). W 1928 roku, wykazując się świetnym zmysłem do współpracy, zawiązał wspólnie z Zabrzem spółkę gazowniczą Verbandsgaswerk Beuthen – Hindenburg O/S GmbH. Przedsiębiorstwo to wydzierżawiło majątek gazowy obu miast, a z czasem do tej wielkiej sieci dołączyły także Gliwice. Ponadto, w latach 1927-1929 zmodernizowano urządzenia maszynowe w miejskiej rzeźni, a w 1931 r. gruntownie odnowiono i rozbudowano targ bydła (Viehhof). Kiedy obiekt ostatecznie otwarto w 1932 r., stał się on rynkiem hurtowym o fundamentalnym znaczeniu dla gospodarki całego Górnego Śląska.

Świątynie nauki i edukacyjny triumf Bytomia

Mimo że za jego kadencji powstały imponujące obiekty sportowe, infrastrukturalne czy kulturalne, to sam dr Adolf Knakrick za swoje absolutnie największe dzieło uważał powołanie do życia Akademii Pedagogicznej. Fakt ten dobitnie dowodzi, jak ogromną wagę nadburmistrz przywiązywał do edukacji i prestiżu naukowego Bytomia. W 1930 r. uruchomiono w Bytomiu Pädagogische Akademie (Akademię Pedagogiczną), którą po reorganizacji w 1933 r. przemianowano na Hochschule für Lehrerbildung. Uczelnię umieszczono w znacznie rozbudowanym na tę okazję dawnym seminarium nauczycielskim przy Gutenbergstraße (obecnie ul. Powstańców Śląskich), a wszelkie koszty tej kosztownej operacji pokryło miasto. W pobliżu, dla wsparcia zaplecza akademickiego, wybudowano również nowy dom dla wykładowców (Dozentenwohnhaus) oraz nowoczesną szkołę ludową (Gutenbergschule), która pełniła rolę szkoły ćwiczeń dla studentów.

Brak uczelni to nie jedyny problem, z którym zmierzył się Knakrick. Po podziale Śląska to właśnie do Bytomia przeniesiono z Katowic Państwową Szkołę Budowlaną (Staatsbauschule). Miasto nie oszczędzało na tej inwestycji – w latach 1928-1929 wzniesiono dla niej monumentalny gmach przy Moltkeplatz (dzisiejszy plac Sobieskiego, słynny bytomski „mechanik”).

Na mapie edukacyjnej miasta pojawiły się także inne imponujące inwestycje: miasto wzniosło piękny, nowy budynek dla państwowego Realgimnazjum przy Ostlandstraße oraz solidny gmach szkoły średniej (Mittelschule) przy Breitestraße. Z kolei w 1927 r. magistrat wsparł utworzenie przez Caritas Górnośląskiej Szkoły Zawodowej dla Zawodów Społecznych (Oberschlesische Fachschule für soziale Berufe). Miasto udostępniło bezpłatnie lokale i wielkodusznie pokrywało koszty ogrzewania, oświetlenia oraz bieżące dopłaty do funkcjonowania placówki.

Kulturalne serce Śląska i wizyta Noblisty

Knakrick miał ambicję uczynienia z Bytomia potęgi kulturalnej. W 1925 r. na jego wniosek założono spółkę „Vereinigte städtische Bühnen Beuthen, Gleiwitz, Hindenburg GmbH” z siedzibą w Bytomiu. Dwa lata później (w 1927 r.) zmieniono jej nazwę na „Oberschlesisches Landestheater GmbH”. Przełomowy okazał się rok 1928, kiedy to pozostali udziałowcy przekazali swoje udziały miastu Bytom, a gmina stała się jedynym właścicielem teatru. Celowo utrzymano formę spółki z o.o., aby uniknąć ewentualnych problemów politycznych z występami na terytorium polskiego Górnego Śląska. Instytucja ta stała się największą i najważniejszą sceną na całym Górnym Śląsku, wystawiając spektakle nie tylko u siebie, ale też w Katowicach czy Królewskiej Hucie. Doskonałą renomę zdobyła również miejska orkiestra, słynąca ze znakomitych koncertów symfonicznych.

Artystyczna wizualizacja gmachu muzeum i biblioteki w Bytomiu
Bytom jako „Bollwerk kultury”. Nowoczesny gmach przy Moltkeplatz mieścił muzeum, kasy oszczędnościowe i rozbudowaną bibliotekę. (Wizualizacja klimatu epoki)

Z nadwyżek wypracowanych przez kasy oszczędnościowe (Sparkassenüberschüssen) miasto wzniosło w latach 1929-1930 reprezentacyjny gmach przy Moltkeplatz. Budynek stał się prawdziwym centrum kulturalno-finansowym: pomieszczono w nim Miejską Kasę Oszczędności (Stadt-Sparkasse), Górnośląskie Muzeum Krajowe (Oberschlesisches Landesmuseum) oraz Bibliotekę Miejską z czytelniami ludowymi i naukowymi (Stadtbücherei). Dzięki osobistym staraniom dr. Knakricka, miasto zakupiło obszerne zbiory przyrodnicze, które stanowiły odrębny, fascynujący dział wystawienniczy w nowym muzeum.

Historyczne spotkanie z Rabindranathem Tagore

1 października 1926 roku to data wyjątkowa – Bytom odwiedził wybitny indyjski poeta, filozof i laureat Literackiej Nagrody Nobla (1913 r.), Rabindranath Tagore. Było to wydarzenie o znaczeniu ponadregionalnym.

Rabindranath Tagore i Nadburmistrz Adolf Knakrick wraz z żoną w Bytomiu, 1926 r.
Elitarne grono: Nadburmistrz dr Adolf Knakrick z małżonką goszczą indyjskiego noblistę, Rabindranatha Tagore (1926 r.).
  • Tagore wygłosił w mieście wykłady objaśniające wiedzę o indyjskiej kulturze, poglądach i sposobie myślenia.
  • Podczas tej wizyty nadburmistrz Knakrick wraz z żoną spotkali się z noblistą osobiście. Historyczna fotografia opublikowana w „Oberschlesien im Bild” uwieczniła długobrodego myśliciela siedzącego w towarzystwie włodarza Bytomia.
  • Indyjski poeta propagował idee „absolutnego porozumienia” oraz pięknej nauki miłości pomiędzy ludźmi. Idee te były niezwykle bliskie sercu Knakricka.

Warto dodać, że Bytom gościł wybitnych twórców światowego formatu – obok Tagore, w lokalnej tradycji i przekazach publicystycznych pojawia się także wątek powojennych wizyt Wisławy Szymborskiej, co czyni miasto ważnym punktem na mapie literackich spotkań.

Zielone płuca Bytomia i sportowa potęga

Dynamiczny rozwój miasta wiązał się z inwestycjami w sport i rekreację. Z inicjatywy nadburmistrza powstał gigantyczny Stadion Bytomski, mogący pomieścić 40 000 widzów, który pierwotnie nosił dumną nazwę Hindenburg-Kampfbahn. Knakrick miał też rozmach w organizacji wydarzeń ponadregionalnych – w 1931 roku, ściśle współpracując z burmistrzami Gliwic i Zabrza, współorganizował historyczną wizytę na Śląsku potężnego sterowca „Graf Zeppelin” (dowodzonego przez dr. Eckenera). Choć maszyna ostatecznie wylądowała na lotnisku w Gliwicach, jej uroczysty przelot nad Bytomiem i wspólna koordynacja tego gigantycznego przedsięwzięcia były powodem do dumy dla całego miasta.

Sterowiec Graf Zeppelin nad Górnym Śląskiem w 1931 roku
Podniebny gigant: Wizyta sterowca „Graf Zeppelin” (LZ 127) na Śląsku w lipcu 1931 r. była wielkim, wspólnym świętem całego regionu, przyciągając setki tysięcy widzów.

Prawdziwym cudem architektury rekreacyjnej był jednak wybudowany w Parku Miejskim, określany często jako jeden z najnowocześniejszych na wschodzie ówczesnych Niemiec, kryty basen (Hallenbad), powszechnie nazywany Parkbad. Ten okrzyknięty „najpiękniejszym” obiekt wyposażony był w wielką halę pływacką, luksusowe tarasy do leżenia, specjalistyczny dział kąpieli wannowych i medycznych, a nawet solanki dla najmłodszych.

Wizualizacja wnętrza Parkbadu w Bytomiu w latach 20. XX wieku
Pływalnia Parkbad, zainicjowana przez Knakricka, była obiektem luksusowym i absolutnie najnowocześniejszym na wschodnich rubieżach Rzeszy. (Wizualizacja klimatu epoki)

Knakrick dbał o tereny zielone z równym zapałem. Na południu miasta powstał Park Goethego. Las Miejski przekształcono w przepiękny park leśny z kilkukilometrową, wybrukowaną, wolną od kurzu aleją topolową. Miasto dokonało też wielkich zakupów gruntów – nabyto od administracji hrabiowskiej Thiele-Wincklerów około 186 hektarów lasu (Mechtaler Forst). Całkowita powierzchnia rekreacyjnego Lasu Miejskiego (Stadtwald) wzrosła do oszałamiających 634 hektarów. Równocześnie wspierano ogrodnictwo; pod koniec urzędowania Knakricka ogrody działkowe (Kleingartenanlagen) zajmowały rekordową powierzchnię 418 554 mkw.

„August” – dwie twarze urzędnika i wzruszające anegdoty

Portret psychologiczny Adolfa Knakricka był pełen sprzeczności. Jako najwyższy rangą urzędnik w mieście potrafił być niezwykle stanowczy, impulsywny, autorytarny, a wręcz apodyktyczny w dążeniu do obranego celu. Jednak prywatnie kryła się pod tą maską zupełnie inna osoba. Był niezwykle wrażliwy i często lękał się o to, czy swoimi szybkimi decyzjami nie wyrządził komuś niesprawiedliwości. Nic więc dziwnego, że w wąskim gronie najbliższych przyjaciół znany był pod ciepłym pseudonimem „August”.

„Zapomnieć o sobie, a innych uszczęśliwiać – to był jego cel życia” (Sich selbst vergessen und andere beglücken war sein Lebenszweck) – dewiza życiowa Knakricka wyryta na jego pamiątkowym obrazku pośmiertnym (Totenzettel).

Jego empatia objawiała się w codziennych, drobnych gestach. Już w pierwszym dniu urzędowania (1925 r.) nowy nadburmistrz zaskoczył mieszkańców: wziął osobisty udział w pogrzebie zmarłego miejskiego zamiatacza ulic. Przy otwartym grobie podszedł do córki zmarłego i przekazał jej znaczną kwotę pieniędzy, aby wesprzeć osieroconą rodzinę.

Inna ze znanych anegdot opowiada o mroźnym i deszczowym październikowym dniu. Knakrick, jadąc samochodem, zauważył szkolną klasę maszerującą na zajęcia gimnastyczne. Jego uwagę przykuł jeden z uczniów, który w to przejmujące zimno szedł zupełnie boso (jego jedyne buty znajdowały się w naprawie u szewca). Włodarz bez wahania zatrzymał auto, zabrał przemarzniętego chłopca do najbliższego sklepu i z własnej kieszeni zapłacił za nowe buty oraz pończochy. Kiedy po latach zaprzyjaźniony nauczyciel przypomniał mu tę chwytającą za serce historię, nadburmistrz twierdził stanowczo, że zupełnie jej nie pamięta.

Adolf Knakrick przymierzający buty biednemu chłopcu w bytomskim sklepie, lata 20. XX wieku
Serce pod maską surowego urzędnika: Nadburmistrz Knakrick kupuje nowe buty przemarzniętemu, bosemu chłopcu w jeden z chłodnych, jesiennych dni. (Wizualizacja anegdoty)

Knakrick potrafił również dziękować za osobiste szczęście. W dowód wdzięczności wobec Boga za narodziny upragnionego syna Helmuta, sfinansował budowę białej kapliczki w Lesie Miejskim w bytomskiej Dąbrowie (Stadtwald Dombrowa). Zbudowana pośród ciemnych świerków, malowniczo kontrastująca budowla, została szybko ochrzczona przez okolicznych mieszkańców mianem „Marii w lesie” (Maria im Walde). Prywatnie zamieszkiwał w samodzielnie zaprojektowanym domu przy Gustav-Freytag-Straße (obecnie ul. Józefa Jainty). Dom sąsiadował z identycznym budynkiem (stanowiły one domy-bliźniaki), który należał do jego najlepszego przyjaciela, ordynatora oddziału wewnętrznego Szpitala Miejskiego, dr. Wilhelma Effinga.

Najbardziej osobistym wyznaniem miłości do Bytomia był jednak napisany przez niego poemat zatytułowany „Mein Beuthen” (Mój Bytom). Knakrick określił w nim swoje miasto jako „twierdzę kultury” (Bollwerk der Kultur). Z nieskrywanym sentymentem wymieniał nazwy kultowych śląskich lokali: u Scheffczyka, Schwiedernocha, Zolkego, Albrechta, Jusczyka, a także wspominał browar Knokego, z którego „już z daleka pachniało zbożówką” (Korn). Cieszył się z potęgi lokalnego klubu piłkarskiego Beuthen 09 oraz z mistrzostwa Niemiec w pływaniu wywalczonego przez bytomiankę Lotte Kotullę. Nade wszystko jednak sławił przedwojenną tolerancję Bytomia, pisząc z dumą, że „poganie, chrześcijanie czy żydzi – wszyscy się tam dobrze dogadywaliśmy”. Niestety, w ostatniej zwrotce poematu musiał ze wstydem przyznać rację historii, ubolewając nad upadkiem tego świata w 1933 roku: „Gwiż, nie jesteśmy wolni od winy, bo źle wybraliśmy w trzydziestym trzecim” (Gewiß, wir sind von Schuld nicht frei, Weil falsch gewählt wir dreißig drei).

Mein Beuthen (Mój Bytom)

Autor: Dr Adolf Knakrick, Nadburmistrz Bytomia w st. spocz.

Oryginał (Język niemiecki)
Mein Beuthen ist im ganzen Land
Als eine reiche Stadt bekannt.
Man sagt, daß einst in Silberwiegen
Die Beuthner Kinder konnten liegen.
Auf Kohle steht es und auf Erz
Und jeder hat ein fröhlich Herz.
Und schön sind alle Mädels dort.
Viel schöner als am andern Ort
Drum rat ich allen Leuten:
Holt’s Mädel Euch aus Beuthen.
Nicht Erz allein und auch nicht Kohle
Beuthen hat auch eine Sole,
Die kommt aus Carsten-Zentrums Grund
Und wer drin badet, wird gesund.
Ein Kurpark der ist auch vorhanden
Viel schöner als in anderen Landen
Und wer Ozon zur Kur begehrt
Im Stadtwald wird er ihm beschert.
Drum sag’ ich allen Leuten:
Kommt nur zur Kur nach Beuthen.
Beuthen ist auch eine Stadt,
Die viele Gastlokale hat.
Bei Scheffczyk und bei Schwiedernoch
Von weitem schon nach Korn es roch.
Bei Zolke, Albrecht, Jusczyk, Knoke
Gabs Sachen von besondrer Note.
An Bieren aller Brauereien
Konnt’ man in Beuthen sich erfreun.
Drum rat ich allen Leuten:
Kommt, trinkt mit mir in Beuthen.
Beuthen war im weiten Land
Als Bollwerk der Kultur bekannt.
Orchester und die Sängerchöre
Die machten der Musik viel Ehre.
Theater zeigte edle Kunst,
Museum stand in hoher Gunst.
Die „Ostmark-Beuthen“ im „K. V.“
Der Akademie gab das Geschau.
Die ragte auf gar hoch im Norden
Und tat für Lehrerbildung sorgen.
Drum rat ich allen Leuten:
Genießt Kultur in Beuthen.
Beuthen, das war auch ein Ort,
Der viel getan für Spiel und Sport.
Das Stadion die Krone gab,
Juwel darin das Hallenbad.
Es blühte jeder Sportverein
Und Weltruhm brachte uns „09“.
Die Deutsche Meisterschaft im Schwimmen
Kotulla’s Lotte tat sie bringen.
Ob Schützen, Turner, Ringerriegen,
Die Beuthner wußten stets zu siegen.
Drum sag ich allen Leuten:
Kommt nur zum Sport nach Beuthen.
In Beuthen, da lag alles drin.
Ein jedes hatte seinen Sinn
Ob Heiden, Christen oder Juden.
Wir alle uns dort gut vertrugen.
Und Gäste aus der ganzen Welt,
Sich haben bei uns eingestellt.
Wer mal bei Knoke hat gesessen,
Der konnte Beuthen nie vergessen.
Drum sag ich allen Leuten:
Vergeßt mir nicht mein Beuthen.
Beuthen wurde eine Stadt,
Aus der man uns vertrieben hat.
Gewiß, wir sind von Schuld nicht frei,
Weil falsch gewählt wir dreißig drei.
Tłumaczenie (Język polski)
Mój Bytom w całym kraju
Znany jest jako miasto bogate.
Mówią, że niegdyś w srebrnych kołyskach
Mogły tu leżeć bytomskie dzieci.
Stoi na węglu i na rudzie
I każdy ma tam radosne serce.
I piękne są tam wszystkie dziewczęta.
O wiele piękniejsze niż w innych stronach
Dlatego radzę wszystkim ludziom:
Bierzcie sobie dziewczynę z Bytomia.
Nie tylko ruda i nie tylko węgiel
Bytom ma także solankę,
Która bije z głębi kopalni Karsten-Zentrum
A kto się w niej kąpie, powraca do zdrowia.
Park zdrojowy również tam istnieje
O wiele piękniejszy niż w innych krajach
A kto do kuracji pragnie ozonu
W Lesie Miejskim zostanie nim obdarzony.
Dlatego mówię wszystkim ludziom:
Przyjeżdżajcie na kurację tylko do Bytomia.
Bytom to także miasto,
Które ma wiele wspaniałych lokali.
U Scheffczyka i u Schwiedernocha
Już z daleka pachniało żytniówką.
U Zolkego, Albrechta, Jusczyka, Knokego
Serwowano rzeczy o szczególnej nucie.
Piwami ze wszystkich możliwych browarów
Można się było w Bytomiu delektować.
Dlatego radzę wszystkim ludziom:
Chodźcie, napijcie się ze mną w Bytomiu.
Bytom w szerokim świecie
Znany był jako bastion kultury.
Orkiestry i chóry śpiewacze
Przynosiły muzyce wielki zaszczyt.
Teatr ukazywał szlachetną sztukę,
Muzeum cieszyło się wielkim uznaniem.
A korporacja „Ostmark-Beuthen” w „K.V.”
Nadawała ton naszej Akademii.
Wznosiła się dumnie na północy miasta
I dbała o wykształcenie nauczycieli.
Dlatego radzę wszystkim ludziom:
Cieszcie się kulturą w Bytomiu.
Bytom to było również miejsce,
Które wiele zrobiło dla gier i sportu.
Stadion był tego koroną,
A prawdziwym klejnotem – kryty basen.
Kwitł u nas każdy klub sportowy
A światową sławę przyniósł nam klub „09”.
Mistrzostwo Niemiec w pływaniu
Zdobyła dla nas Lotte Kotulla.
Czy to strzelcy, gimnastycy, czy zapaśnicy,
Bytomianie zawsze potrafili zwyciężać.
Dlatego mówię wszystkim ludziom:
Przyjeżdżajcie do Bytomia tylko dla sportu.
W Bytomiu było dosłownie wszystko.
Wszystko miało tu swój głęboki sens
Czy to poganie, chrześcijanie, czy Żydzi.
Wszyscy doskonale się tam dogadywaliśmy.
I goście z najdalszych zakątków świata
Z chęcią do naszego miasta zjeżdżali.
Kto choć raz posiedział u Knokego,
Ten nigdy Bytomia zapomnieć nie potrafił.
Dlatego mówię wszystkim ludziom:
Nie zapomnijcie mi mojego Bytomia.
Bytom stał się miastem,
Z którego w końcu nas wygnano.
Z pewnością, nie jesteśmy wolni od winy,
Bo źle wybraliśmy w roku trzydziestym trzecim.

„Sąd Odłamków” i zderzenie z nazistowskim terrorem

Adolf Knakrick był człowiekiem ściśle przestrzegającym zasady bezpartyjności w pracy samorządowej, a jednocześnie gorliwym katolikiem, uznającym służbę wszystkim mieszkańcom – niezależnie od ich przekonań i wyznania – za swój główny cel. Niestety, jego praktyczne działania, takie jak nadanie wyraźnie katolickiego oblicza nowo powstałej w 1930 r. Akademii Pedagogicznej w Bytomiu, stały się „solą w oku” dla rosnącego w siłę ruchu narodowosocjalistycznego. Przewidując nadchodzące zagrożenie, Knakrick zrezygnował ze swojej apolityczności i już w 1928 roku demonstracyjnie zapisał się do katolickiej partii Centrum (Zentrumspartei).

Po przejęciu władzy przez narodowych socjalistów w 1933 roku, kiedy w głosowaniach plebiscytowych reżim uzyskiwał wyniki przekraczające 90%, naziści nie odważyli się zaatakować cenionego nadburmistrza otwarcie. Zamiast tego, jak opisuje m.in. Maciej Droń w „Życiu Bytomskim”, rozpętali brutalną kampanię pomówień…

Rozprawa nazistów z Knakrickiem i jego współpracownikami miała formę brutalnych, propagandowych widowisk. W bytomskim Konzerthausie zorganizowano tzw. „Sąd Odłamków” („Scherbengericht” – nawiązanie do starożytnego ostracyzmu), czyli pokazowe, polityczne procesy oskarżycielskie, których celem było zniszczenie katolickiej elity miasta. Oprócz Knakricka, ofiarami tych samych czystek i bezprawnych aresztowań padli w tym samym czasie inni prominentni miejscy urzędnicy i radni z tego ugrupowania, m.in. dr Kasperkowitz oraz Paul Kudera.

Aresztowanie i upadek wizjonera

  • Na podstawie spreparowanych oskarżeń nadburmistrz został aresztowany w sposób pokazowy i demonstracyjny na ulicy, po czym trafił do aresztu.
  • W wyniku przeprowadzonego urzędowego śledztwa został ostatecznie całkowicie oczyszczony ze wszystkich zarzutów.
  • Mimo dowiedzionej niewinności, w marcu 1933 r. naziści zmusili go do odejścia w stan spoczynku. W kwietniu tego samego roku urząd objął Walther Schmieding.
  • Ostatecznie, szykanowany Knakrick musiał w sierpniu 1934 roku wraz z rodziną na stałe opuścić Bytom. W tym czasie populacja miasta wynosiła 101 313 mieszkańców.

Trudne lata wygnania i amerykańska nominacja

Tragizmem tej postaci było to, że mimo bezinteresownej pracy i bycia jednym z najaktywniejszych przywódców samorządowych przed przełomem narodowosocjalistycznym, padł ofiarą nazistowskiego dążenia do władzy. Po 1933 r. naziści pozbawili go honoru i środków do życia, zmuszając do ciągłych przeprowadzek. Kilkakrotnie zmieniał miejsce pobytu, błąkając się po różnych miejscowościach w poszukiwaniu pracy; udało mu się to ostatecznie dopiero w 1939 roku. W okresie II wojny światowej jemu i jego rodzinie było bardzo trudno, aż w końcu pozwolono mu ponownie pracować jako prawnik i notariusz.

Po utracie ojczyzny w 1945 r., Knakrick zamieszkał najpierw w Cham w bawarskim Górnym Palatynacie. Jako człowiek niesplamiony żadną współpracą z reżimem hitlerowskim, zyskał uznanie aliantów – został mianowany notariuszem i adwokatem przez oficerów amerykańskich. Z czasem, w 1956 roku, przeniósł się do własnego domu w Monachium-Harlaching.

W swojej krótkiej autobiografii z czasów wojny pisał, że przetrwać najgorszy czas pomogło mu „spokojne sumienie, wsparta na nim siła modlitwy oraz starzy i nowi przyjaciele”. O swoich bytomskich latach napisał piękne podsumowanie: „Tylko osiem lat trwała moja działalność w Bytomiu. Był to czas obfity w pracę i troski, ale także w bardzo wiele piękna”.

Ojciec bytomian na uchodźstwie i „wrzątek na śnieg”

Choć naziści zniszczyli jego karierę, Knakrick po 1945 r. nie szukał zemsty. W swoim stosunku do dawnych wrogów kierował się chińskim przysłowiem: „Kto na zło odpowiada dobrocią, ten leje wrzątek na śnieg” (Wer Schlechtigkeit mit Güte erwidert, gießt kochendes Wasser in Schnee).

Do końca życia pozostał wierny mieszkańcom swojego dawnego miasta. Był zawsze chętny do pomocy, wspierając byłych bytomian i dawnych pracowników administracji w skomplikowanych sprawach urzędowych. Miał ogromny udział w ratowaniu dziedzictwa regionu – przyczynił się do założenia placówki opiekuńczej Heimatkreis-Betreuungsstelle oraz współtworzył słynne Archiwum Bytomskie (Beuthener Archiv) w mieście patronackim Recklinghausen. Z kolei w 1958 roku Bytomskie Towarzystwo Historyczne i Muzealne (Beuthener Geschichts- und Museumsverein) uczciło go, dedykując mu specjalny, podwójny zeszyt swoich publikacji (Heft 19/20) wydany w RFN.

Jego postawa została dostrzeżona na najwyższych szczeblach władz państwowych. 28 czerwca 1957 r. w Kancelarii Stanu (Staatskanzlei) otrzymał z rąk Premiera Bawarii (w imieniu Prezydenta Federalnego) Wielki Krzyż Zasługi Orderu Zasługi Republiki Federalnej Niemiec (Große Verdienstkreuz des Verdienstordens der Bundesrepublik Deutschland).

Premier Bawarii wręcza Adolfowi Knakrickowi Wielki Krzyż Zasługi RFN, 1957 rok
Historyczny moment: 28 czerwca 1957 r. w Kancelarii Stanu dawny nadburmistrz Bytomia odbiera z rąk Premiera Bawarii, dr. Wilhelma Hoegnera, Wielki Krzyż Zasługi RFN.

Ostatnie pożegnanie z garścią bytomskiej ziemi

Ostatni raz spotkał się z dawnymi mieszkańcami we wrześniu 1959 roku. Podczas 5. Zjazdu Bytomian w Recklinghausen wziął udział w jubileuszu 50-lecia klubu Beuthen 09 w lokalu Viktoria 09. Otrzymał wtedy Złotą Igłę Honorową DFB, która była cennym duplikatem odznaczenia utraconego przez niego w dramatycznych okolicznościach podczas wysiedlenia z Bytomia.

Zaledwie kilka dni przed śmiercią pisał listy do przyjaciół, nie skarżąc się na żadne dolegliwości. Dr Adolf Knakrick zmarł nagle nad ranem 20 listopada 1959 r. w wieku 73 lat (choć niektóre nekrologi podają 21 listopada). Co ciekawe, w polskiej literaturze przedmiotu (np. w artykule Macieja Dronia z 2003 r.) pojawiała się błędna data 29 listopada, stojąca w sprzeczności z oryginalnymi niemieckimi źródłami z epoki. Pozostawił żonę oraz syna Helmuta, którzy w tamtym czasie mieszkali w Monachium przy Traminerstraße 7.

Pogrzeb wybitnego nadburmistrza odbył się 24 listopada 1959 r. na Cmentarzu Leśnym (Waldfriedhof) w Monachium i zgromadził tłumy. Ceremonię poprowadził jego zaprzyjaźniony ksiądz (Erzpriester) Porwoll z parafii św. Barbary w Bytomiu. Uroczystość była niezwykle symboliczna – nad jego grobem opuszczono miejską flagę Bytomia, a drewnianą trumnę posypano ziemią bytomską przywiezioną ze starych cmentarzy przy dawnej ul. Gutenbergstraße (obecnie ul. Powstańców Śląskich).

Nagrobek Adolfa Knakricka na Cmentarzu Leśnym w Monachium
„Ten jest w głębi duszy wierny, kto tak kocha ojczyznę jak Ty” – napis z obrazka pamiątkowego oddający hołd nadburmistrzowi.

Wartę honorową pełniły delegacje ziomkostw, korporacji akademickich oraz grupa mieszkańców w tradycyjnych strojach ludowych z bytomskiego Rozbarku. Ksiądz Porwoll podsumował jego życie i służbę niezwykle trafnymi słowami, które do dziś stanowią najlepsze epitafium dla wizjonera, który zbudował nowoczesny Bytom: „Tylko ten jest w głębi duszy wierny, kto tak kocha ojczyznę jak Ty!”.

Bibliografia i źródła

Niniejsze opracowanie powstało na bazie skrupulatnie zgromadzonych i skatalogowanych materiałów z archiwów prasowych, historycznych wydawnictw oraz cyfrowych baz danych:

I. Prasa historyczna i wydawnictwa niemieckojęzyczne (chronologicznie)

  • Ostdeutsche Morgenpost, wydanie nr 192 z czwartku, 12 lipca 1928 r. (nekrolog Christine Knakrick).
  • Unser Oberschlesien, maj 1953 r., nr 5 (artykuł: Vorbildliche Stadtverwaltung).
  • Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise, luty 1956 r., nr 2 (dokumenty dot. Miejskiej Kasy Oszczędności).
  • Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise, sierpień 1956 r., nr 8 (artykuł: Oberbürgermeister Dr. Knakrick wird 70 Jahre alt!).
  • Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt für die Stadt- und Landkreise, lipiec 1957 r., nr 7 (informacja o przyznaniu Wielkiego Krzyża Zasługi RFN).
  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, styczeń 1959 r., nr 1 (wspomnienia o Stowarzyszeniu Technicznych Urzędników Górniczych).
  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, październik 1959 r., nr 10.
  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, grudzień 1959 r., nr 12.
  • Unser Oberschlesien, grudzień 1959 r., nr 25 (nekrologi, wspomnienie dr. Urbanka, kronika Georga Lasika Im Spiegel der Zeit).
  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, styczeń 1960 r., nr 1 (artykuł dr. Effinga: In memoriam amici mei, wiersz Knakricka: Mein Beuthen).
  • Unser Oberschlesien, luty 1960 r., nr 3.
  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, maj 1960 r., nr 5 (jubileusz Towarzystwa Historycznego, przedmowa dr. Knakricka).
  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, listopad 1960 r., nr 11 (artykuł: Einige Erinnerungen an Oberbürgermeister Dr. Knakrick – anegdoty o butach i pogrzebie zamiatacza).
  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, grudzień 1975 r., nr 12.
  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, kwiecień 1976 r., nr 4.
  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, maj 1976 r., nr 5.
  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, kwiecień 1977 r., nr 4 (opracowanie kronikarskie inwestycji miejskich).

II. Prasa polskojęzyczna (Maciej Droń i inni)

  • Życie Bytomskie, 2002, R. 46, nr 42 (2370) – Maciej Droń, artykuł dot. burmistrzów Bytomia i planów „Trójmiasta”.
  • Życie Bytomskie, 2003, R. 47, nr 27 (2407) – Maciej Droń, artykuł: Burmistrz na trudne czasy (szczegóły aresztowania w 1933 r.).
  • Życie Bytomskie, 2010, R. 54, nr 51-52 (2791-2792) – Marcin Hałaś, artykuł: Noblista z Indii był w Bytomiu (spotkanie z Tagore).

III. Źródła cyfrowe i bazy danych

  • Wikipedia (PL): hasło Adolf Knakrick (weryfikacja miejsca urodzenia w Berlinie).
  • Fotopolska.eu: zasoby ikonograficzne i artykuł biograficzny dot. Adolfa Knakricka.
  • Kulturstiftung der deutschen Vertriebenen (Kulturstiftung.org): biogram naukowy dr. Adolfa Knakricka.
  • Archiwum Cyfrowe Digishelf.de: dostęp do zdigitalizowanych roczników prasy ziomkowskiej.
1
0

Read more

Infografika historyczna przedstawiająca chórmistrza Ericha Lokaya z batutą na tle kościoła Mariackiego w Bytomiu przed 1945 rokiem oraz zrujnowanego Berlina, gdzie przebywał na wygnaniu.

Nestor bytomskiej muzyki na wygnaniu. Erich Lokay (1890–1974) – życie wypełnione pieśnią

Nestor bytomskiej muzyki na wygnaniu. Erich Lokay (1890–1974) – życie wypełnione pieśnią

Był postacią-instytucją. Dla przedwojennego Bytomia stanowił filar życia muzycznego – od podniosłych mszy w kościele NMP po popularne audycje radiowe. Dla powojennej diaspory bytomian w Niemczech Zachodnich stał się czymś więcej: „duchowym ojcem”, strażnikiem pamięci i człowiekiem, który za pomocą muzyki scalał rozproszoną wspólnotę. Erich Lokay – chórmistrz, rektor, kompozytor i animator kultury, którego życie rozpięte było między śląskim „heimatem” a berlińskim brukiem.

Korzenie i bytomski fundament

Urodził się 21 lutego 1890 roku w Mikołowie (Nikolai). Muzykę miał we krwi – był synem tamtejszego rektora chóru i organisty. Tradycje rodzinne kontynuował z powodzeniem, stając się jedną z centralnych postaci życia kulturalnego przedwojennego Bytomia. W 1916 roku poślubił Margarete (z domu Scotti), z którą dzielił trudy i radości życia przez kolejne dekady.

Przed 1945 rokiem jego bytomskim adresem był Wilhelmsplatz 10 (obecnie Plac Grunwaldzki). To stamtąd zarządzał swoim muzycznym imperium. Jego działalność w tym okresie była imponująca pod względem skali i różnorodności.

Maestro od sacrum i profanum

Fundamentem jego pracy była muzyka sakralna. W kwietniu 1923 roku objął kierownictwo nad Chórem Kościelnym przy parafii św. Marii (St. Marien). Przez blisko 22 lata, aż do stycznia 1945 roku, budował potęgę tego zespołu. Pod jego batutą chór osiągnął poziom, który wykraczał daleko poza granice Górnego Śląska, koncertując z powodzeniem w Berlinie, Kolonii czy Frankfurcie nad Menem. Lokay był nie tylko dyrygentem, ale i wychowawcą solistów – to w jego chórze błyszczał m.in. basista G. A. Knörzer, którego Lokay wspominał później jako człowieka o głębokiej pobożności.

Równolegle Lokay był tytanem pracy w ruchu świeckim. Dyrygował potężnymi męskimi chórami (Männergesangverein – MGV), w tym 85-osobowym zespołem „Bleischarleygrube” (Kopalnia Orzeł Biały) oraz chórem „Mechtal” (Miechowice), który przejął w 1935 roku i rozbudował z 25 do 80 śpiewaków.

Był człowiekiem nowoczesnym, doskonale rozumiejącym siłę mediów. Już w 1927 roku założył „Wesoły Górnośląski Kwartet Radiowy” (Heiteres oberschlesisches Funkquartetts). Zespół ten, którego kierownikiem był długoletni współpracownik Lokaya, kompozytor Georg Kluß (Lokay zasiadał przy fortepianie), zdobył ogólnokrajową popularność dzięki nagraniom płytowym i licznym transmisjom radiowym, koncertując w całych Niemczech.

Mieszany Kwartet Górnośląski pod dyrekcją Ericha Lokaya w Warszawie, 1941
Unikalny dokument z czasów wojny: Mieszany Kwartet Górnośląski pod dyrekcją Ericha Lokaya podczas trasy koncertowej dla Wehrmachtu w Warszawie, 1941 rok.

Jego talent kompozytorski służył miastu – w 1930 roku skomponował słynny „Knakrick-Marsch” (znany jako Bytomski Marsz Festiwalowy) dla ówczesnego nadburmistrza Adolfa Knakricka. Był także założycielem kameralnych zespołów wokalnych, jak „Kwintet Maxa Neumanna” (1938), przekształcony później w kwartet żeński.

Rok 1945: Berlińska przystań w morzu ruin

Koniec wojny oznaczał dla Lokaya, jak dla tysięcy innych, utratę dotychczasowego świata. Jesienią 1945 roku trafił do zrujnowanego Berlina. Był jednym z pierwszych bytomskich artystów, którym udało się tam „zapuścić korzenie”.

W tych dramatycznych chwilach ujawnił się jego charakter. Gdy jesienią 1945 roku z rosyjskiej niewoli powrócił prof. Erich Peter, dawny Generalny Dyrektor Muzyczny z Bytomia, błąkając się po Berlinie bez środków do życia, to właśnie Lokay go odnalazł. Mimo własnej trudnej sytuacji, przyjął go pod swój dach, oferując bezinteresowną pomoc i wsparcie moralne. Dom Lokaya w Berlinie-Charlottenburgu stał się punktem kontaktowym dla rozproszonych bytomian szukających swoich bliskich.

Lokay nie pozwolił, by trauma wysiedlenia zniszczyła więzi społeczne. Już w 1945 roku, natychmiast po przybyciu do Berlina, założył grupę ojczyźnianą bytomian (Heimatkreis Beuthen), stając się jej pierwszym motorem napędowym. Zawodowo zaś podjął pracę pedagoga, obejmując stanowisko rektora w Schinkelschule w dzielnicy Charlottenburg, gdzie pracował aż do emerytury w kwietniu 1955 roku.

Lokay-Frauenquartett: Głos Śląska na Zachodzie

Po wojnie, gdy brakowało męskich głosów, Lokay reaktywował swoją działalność kameralną w formie kwartetu żeńskiego („Lokay-Frauenquartett”). Zespół ten stał się fenomenem w Niemczech Zachodnich lat 50. Recenzenci prasy, m.in. „Wiesbadener Kurier”, podkreślali unikalny poziom artystyczny grupy, a grę samego Lokaya na fortepianie opisywano jako pełną „transcendentalnego, nierealnego” pianissimo i głębokiej więzi ze śpiewaczkami.

Kwartet odnosił sukcesy w Berlinie, Mainz i Wiesbaden. Szczególnie doniosły był występ w Wiesbaden w sierpniu 1955 roku, podczas obchodów 10-lecia wysiedleń. Zespół pełnił też misję edukacyjną, dając specjalne poranne koncerty dla setek uczniów, przybliżając im kulturę muzyczną Śląska.

Erich Lokay przy fortepianie z solistkami swojego kwartetu żeńskiego
Erich Lokay przy fortepianie w otoczeniu swoich solistek. Od lewej: Irene Brychey, Agnes Bresler, Hilde Zipser i Maria Nawrath. Zdjęcie doskonale ilustruje powojenną działalność jego słynnego kwartetu żeńskiego.

Repertuar zespołu był mostem między klasyką (Brahms, Schubert) a twórczością kompozytorów śląskich (Gerhard Strecke, Georg Kluß) oraz własnymi aranżacjami Lokaya, w tym pieśniami takimi jak „Heimat” czy „Mein oberschlesisch Land”.

„Krąg Lokaya” w Bad Waldliesborn

Najtrwalszym pomnikiem powojennej działalności Rektora stały się coroczne spotkania bytomian w Bad Waldliesborn, organizowane na przełomie roku w pensjonacie „Tenbrockhaus”. Lokay był ich inicjatorem i „duchowym ojcem”.

Czarno-białe, pamiątkowe zdjęcie dużej grupy kilkudziesięciu osób, dawnych mieszkańców Bytomia, pozujących razem podczas spotkania w Bad Waldliesborn.
Uczestnicy tradycyjnego spotkania sylwestrowego bytomian organizowanego w pensjonacie Tenbrockhaus. Wśród obecnych na zdjęciu znajdują się m.in. znani soliści: Maria Nawrath oraz Hermann Kapitza.

Był to fenomen socjologiczny – tzw. „Lokay-Kreis” (Krąg Lokaya) funkcjonował bez statutów, zarządu czy składek, opierając się wyłącznie na autorytecie mistrza i potrzebie wspólnoty. Lokay, mimo podeszłego wieku, osobiście dbał o oprawę muzyczną, akompaniując solistom na fortepianie podczas wieczorów świeckich i na organach podczas nabożeństw.

Wokół niego gromadziła się elita dawnego Bytomia: soliści (jak „Bytomski Słowik” Agnes Bressler, Maria Nawrath, sopranistka koloraturowa Irene Kapitza czy sędziwy tenor Ernst Stanke), duchowni (Erzpriester Porwoll, Pater Heinrich Sollors, franciszkanin Pater Honoratus) oraz organizatorzy, jak dr Konrad Gallen, który był „prawą ręką” Lokaya w sprawach logistycznych.

Uczestnicy spotkań Krąg Lokaya w Niemczech Zachodnich
„Krąg Lokaya” w komplecie. W pierwszym rzędzie siedzi Erich Lokay (w środku), otoczony rodziną (żona Margarete, Johanna) oraz duchownymi: ks. Porwollem i Ocem Heinrichem Sollorsem. W drugim rzędzie widoczny m.in. dr Alfons Lokay. Zdjęcie ukazuje sieć wsparcia, jaką zbudował wokół siebie chórmistrz.

Nestor i jego jubileusze

Lata 60. to czas wielkich jubileuszy, które potwierdzały status Lokaya jako nestora bytomskich muzyków. W 1960 roku uroczyście obchodzono jego 70. urodziny. W lipcu 1962 roku w Essen zorganizowano wielki zjazd z okazji 40-lecia jego pracy dyrygenckiej z chórem św. Marii, w którym wzięło udział ponad 100 osób. Rok później, w Dortmundzie, świętowano 40-lecie jego ogólnej pracy artystycznej.

Czarno-białe zdjęcie plenerowe członków chóru z dyrygentem Erichem Lokayem z prawej strony kadru.
Członkowie chóru kościelnego św. Marii z Bytomia podczas zjazdu w patronackim mieście Recklinghausen. Z prawej strony w ciemnym garniturze stoi dyrygent, Erich Lokay. Fot. Dr. Wichulla.

Mimo upływu lat wciąż komponował – w 1958 roku powstał „Minutenwalzer”, a późniejsze lata przyniosły walce wiosenne. Jego adresy w Berlinie zmieniały się (Leibnizstraße 87, Lietzenburger Straße 25, a pod koniec lat 60. Klopstockstr. 16), ale jego dom zawsze pozostawał centrum bytomskiej kultury.

Ostatnie akordy

Przełom przyszedł w 1970 roku. Zaplanowane z wielką pompą obchody 80. urodzin w Bad Waldliesborn odbyły się bez głównego bohatera – choroba zatrzymała go w Berlinie. Jego muzyka jednak wybrzmiała; przy fortepianie zastąpiło go młodsze pokolenie – małżeństwo Erich i Sylvia Malek, którzy wykonali na cztery ręce jego słynny marsz „Mein Oberschlesien”.

Erich Lokay zmarł w Berlinie (wzmiankowany: Berlin-Wilmersdorf) 11 marca 1974 roku. Wzruszający nekrolog, opublikowany w wydanym w kolejnym roku „Beuthener Heimat-Kalender 1975”, napisał jego przyjaciel, prof. Erich Peter. Los chciał, że zaledwie kilka tygodni po Lokayu odszedł również jego wieloletni współpracownik, Georg Kluß. Ich śmierć symbolicznie zamknęła pewną epokę. Odeszli dwaj idealiści, którzy – jak pisał prof. Peter – byli bezgranicznie oddani muzyce i swojemu miastu, a w najtrudniejszych czasach potrafili okazać innym ludzkie ciepło i niezawodność.

Portret dystyngowanego starszego pana - Ericha Lokaya
Erich Lokay w późniejszych latach życia. Portret dystyngowanego starszego pana – Rektora i Chórmistrza w stanie spoczynku, który do końca pozostał wierny swoim ideałom.
Bibliografia i Źródła:

Artykuł powstał na podstawie obszernej kwerendy materiałów prasowych z lat 1952–1975 oraz archiwów fotograficznych. Poniżej znajduje się szczegółowy wykaz wykorzystanych artykułów:

I. Czasopismo: Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt (późn. Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt)
  • 1952: Fern – Doch – Treu!, Październik (10)
  • 1953: Ein Heimaterlebnis mit dem Max-Neumann-Quintett in Arnsberg, Sierpień (8)
  • 1955: Erich Lokay zum 65. Geburtstag, Marzec (3) | Ein Erfolg des Lokay-Frauenquartetts in Berlin, Maj (5) | Das Lokay-Frauen-Quartett in Wiesbaden, Sierpień (8)
  • 1961: Beuthener Lehrer in Bad Waldliesborn, Luty (2) | Rektor i. R. Alfons Urbanek (…) tödlich verunglückt!, Październik (10)
  • 1962: Treffen der Beuthener Lehrer und Lehrerinnen in Bad Waldliesborn, Maj (5) | Der Kirchenchor von St. Maria in Beuthen trifft sich in Essen, Sierpień (8)
  • 1969: Der Beuthener Musikkreis in Bad Waldliesborn, Luty (2) | Professor Gerhard Strecke zum Gedächtnis, Czerwiec (6) | Ehrung Beuthener Komponisten, Listopad (11)
  • 1970: Feier für Beuthener Komponisten (…), Styczeń (1) | Dr. Konrad Gallen 70 Jahre alt, Luty (2)
  • 1975: Zwei Beuthener Künstler haben uns verlassen: Rektor a. D. Erich Lokay und Studienrat a. D. Georg Kluß, Styczeń (1)
II. Czasopismo: Unser Oberschlesien
  • 1955: Hochwertiger O/S-Heimatabend. Das Lokay-Quartett begeistert in Wiesbaden, Lipiec (14)
  • 1960: Erich Lokay 70 Jahre | Kirchenchor St. Maria traf sich | Gustav-Adolf Knörzer 1886 – 1939, Marzec (5) i Wrzesień (19)
  • 1967: Sein Schaffen ist ihm Lebensinhalt. Der oberschlesische Komponist Georg Kluß begeht seinen 75. Geburtstag, Maj (10)
  • 1969: Erich Lokay-Musikkreis Beuthen O/S, Styczeń (2) | Ehrung Beuthener Komponisten, Listopad (21)
1
0

Read more

Ilustracja tytułowa o Gromadzie Rozbarskiej: dumnie prezentujący się mężczyzna w tradycyjnym stroju na czarnym koniu, na tle historycznych rękopisów i kościelnego sztandaru.

Gromada Rozbarska: Strażnicy Ziemi i Języka. Historia Elity z Rozbarku (1814–1946)

Gromada Rozbarska: Elita w Siodle i Strażnicy Polskiego Słowa (1814–1946)

„Roßberger Bauernvereinigung” — kronika śląskiej emancypacji, pracy i oporu językowego

Historia „Gromady Rozbarskiej” (niem. Roßberger Bauernvereinigung) to niezwykła kronika śląskiej emancypacji, w której zamożność gospodarzy spotykała się z żarliwym patriotyzmem, a ciężka praca w kopalniach współistniała z kultywowaniem najszlachetniejszych tradycji wiejskich. Przez ponad wiek ta elitarna formacja konna nie tylko otwierała najważniejsze parady w Bytomiu, ale przede wszystkim stanowiła mur obronny dla polskiego języka i wiary.

Zasięg czasowy: 1814–1946
Miejsce: Rozbark (Bytom i okolice)
Oś opowieści: samorząd chłopski → nowoczesny związek rolników → formacja konna → walka o język → epilog 1946
Członkowie Gromady Rozbarskiej w strojach ludowych stojący ze sztandarem przed kaplicą w 1900 r.
Pamiątkowe zdjęcie z 1900 r.: Członkowie „reprezentacji wsi” w strojach rozbarskich prezentują historyczny sztandar ufundowany w 1895 roku.

I. Od Odwiecznego Prawa do Nowoczesnego Związku

Często błędnie przyjmuje się rok 1895 za datę powstania stowarzyszenia, jednak korzenie organizacji sięgają znacznie głębiej – do tradycyjnego samorządu chłopskiego i tzw. „prawa pacholczego”. Odnaleziony w archiwum parafii św. Jacka rękopis „Spisu członków Gromady Rozbarskiej” dokumentuje polskojęzyczne zapisy prowadzone nieprzerwanie od 1814 roku.

Ważnym dowodem źródłowym, na wczesną, sformalizowaną aktywność chłopów z Rozbarku jest zachowany odręczny list z 1873 roku. Pokazuje on, że Gromada funkcjonowała jako sprawny organizm na długo przed końcem XIX wieku. W tamtej, dawnej strukturze liderzy nosili dumne tytuły cechowe: przewodniczący był I cechmistrzem, a jego zastępca II cechmistrzem.

Odręczny list członków Gromady Rozbarskiej z 1873 roku
Unikalny, odręczny list z 1873 roku. Dowód na aktywność samorządową Gromady na ponad dwie dekady przed ufundowaniem sztandaru.

Nowoczesny impuls i reorganizacja przyszły dopiero 19 maja 1895 roku pod wpływem artykułów w „Katoliku”. Na zebraniu w lokalu p. Koronowskiej powołano „Związek Rolników Gromady Rozbarskiej”. Statystyki członkowskie pokazują błyskawiczny rozwój: wystartowano z 20 członkami w maju 1895 r., pod koniec roku było ich 42, by w latach 1899-1900 zrzeszać już elitę 66 najzamożniejszych gospodarzy.

Organizacja kładła ogromny nacisk na edukację – w ciągu pierwszych pięciu lat zorganizowano 52 zebrania i aż 50 wykładów fachowych z dziedziny rolnictwa. Związek z Rozbarku wykazywał też silną sprawczość polityczną, wysyłając oficjalne petycje do Sejmu Pruskiego w sprawach zatrudniania zagranicznych robotników czy budowy kolei ulicznej.

II. Atrybuty Potęgi: Sztandar i „Szpica” w Siodle

Gromada Rozbarska była formacją konną (zu Pferde), co zapewniało jej status honorowej kawalerii miejskiej. Podczas pochodów zajmowali zaszczytne miejsce na samym przedzie – tzw. „szpicę”, wyprzedzając nawet wiekowe cechy rzemieślnicze.

Konna Gromada Rozbarska na czele pochodu w Bytomiu
Gromada Rozbarska jako honorowa kawaleria otwierająca pochód.

Ich wygląd i atrybuty budziły powszechny podziw:

  • Strój (Roßberger Tracht): Ciemne katanki, jasne spodnie z jeleniej skóry (jeleniaki), reprezentacyjne szarfy przewieszane przez ramię, wysokie buty jeździeckie i kapelusze z szerokim rondem.
  • Sztandar za 900 marek: Decyzję o jego zakupie podjęto w 1895 r. u p. Koronowskiej. Wykonano go u p. Szpetkowskiego w Poznaniu za potężną wówczas kwotę 900 marek. Na awersie widniał św. Izydor Oracz, a na rewersie Opatrzność Boska. Pierwszymi chorążymi wytypowanymi do jego niesienia byli: Piotr Sobczyk, Aleksander Kasprzyk i Konstanty Reguła.
  • Chłopska duma: Związek cechowała wyjątkowa asertywność. Podczas 5-lecia w 1900 r. gospodarze z Rozbarku demonstracyjnie zignorowali obecnego na sali adiutanta pruskiego komisarza policji, głosząc na łamach prasy, że „gospodarz-rolnik nie jest zależnym od żadnego policyanta”.
Sztandar Gromady Rozbarskiej z 1895 roku przedstawiający św. Izydora Oracza
Archiwalny sztandar z 1895 r. przedstawiający św. Izydora Oracza (patrona rolników).

III. Kaspar Tokarz – Głos, który Porywał Tłumy

Niekwestionowanym liderem i twarzą Gromady był przez dekady Kaspar (Kasper) Tokarz (1852–ok. 1935). Wyuczony krawiec, który na prośbę ojca został rolnikiem, a by utrzymać wielką rodzinę, przez lata łączył pracę na roli z trudem górnika („od wczesnego ranka do późnego wieczora”). Jako długoletni sekretarz i prezes organizacji stał się jej głównym „skarbnikiem pamięci”.

Prywatnie był mężem Zuzanny (ślub w 1878 r.), z którą wychował dziewięcioro dzieci. Co ciekawe, wszyscy czterej synowie bezpiecznie powrócili do domu z frontów I wojny światowej. Podczas Złotych Godów w 1928 roku Tokarzowie cieszyli się już 35 wnukami! Kaspar był ponadto człowiekiem wielu talentów – jego wielką pasją były teatry amatorskie, w których nie tylko występował, ale również samodzielnie je reżyserował.

Kaspar i Zuzanna Tokarz w tradycyjnych strojach rozbarskich, Bytom 1928
Kaspar i Zuzanna Tokarz w pełnych strojach rozbarskich podczas Złotych Godów, 1928 r.
Patriarcha i kronikarz
Tokarz łączył role i światy: praca w polu, praca w kopalni, troska o rodzinę i odpowiedzialność za wspólnotę. Prowadząc dokumentację, eliminował germanizmy, zastępując „bahnhof” dworcem, a „kartofle” ziemniakami — w praktyce była to cicha, lecz stanowcza walka z germanizacją.

Prasa z 1903 roku odnotowała jego płomienne wystąpienie na bytomskim Rynku z okazji jubileuszu papieskiego:

„Górnik i gospodarz p. Kasper Tokarz w pięknym stroju narodowym po polsku… donośnym głosem trafił krótkimi wywodami tak do serc obecnych na rynku tysięcy słuchaczy, że z piersi wszystkich wyrwał się okrzyk: Niech żyje nasz Ojciec św. Leon XIII!”. Relacja prasowa (1903)

W 1915 roku, witając biskupa Bertrama polską oracją, usłyszał w odpowiedzi słynne słowa: „Twoja mowa nie jest moją mową, ale Twoje serce jest moim sercem”.

IV. Kalendarium Odwagi i Tradycji

  • 1895: Zakup sztandaru i pierwsza konna eskorta biskupa.
  • 1900: Pamiątkowe zdjęcie „reprezentacji wsi” ze sztandarem przed starą kaplicą na Rozbarku.
  • 1904: Delegacja Gromady wręcza papieżowi Piusowi X różaniec z „pereł św. Jacka” – unikalnych rozbarskich skamieniałości liliowców.
  • 1913: Konna eskorta (wyjazd o 7:45 do Piekar) dla nowego duszpasterza, ks. Franza Strzybnego.
  • 1922: Warta konna przy honorowej bramie na dworcu w Bytomiu podczas powitania wojsk Reichswehry.
  • 1923: Zaszczyt otwarcia wielkiego pochodu 60 organizacji z całego Śląska (z okazji 70-lecia Stowarzyszenia Czeladzi Kolpinga).
  • 1924: Udział w obchodach ku czci ks. Norberta Bonczyka; przemówienia Tokarza i Tomasza Nowaka.
  • 1926: „Gromada” konno otwiera wielki jubileuszowy pochód z okazji 350-lecia cechu szewców w Bytomiu.
  • 1928: Złote Gody Kaspra i Zuzanny Tokarzów; osobiste błogosławieństwo od kardynała Bertrama przesłane w języku polskim.
  • 1931–1933: Sędziwy, blisko 80-letni Tokarz, tytułowany „najstarszym prezesem Alojzjanów”, wciąż otwiera zjazdy młodzieży w Piekarach i Szarleju.

V. Walka o Język: „Rozbarski Kontrkulturkampf”

Działalność Gromady miała głęboki wymiar polityczny. Członkowie celowo bojkotowali niemieckie stowarzyszenia, głosząc, że „gospodarz-rolnik nie jest zależnym od żadnego policjanta”. Kaspar Tokarz, prowadząc „Spis członków”, dokonywał aktu lingwistycznego oporu – konsekwentnie zastępował germanizmy polskimi terminami (np. „dworzec” zamiast „bahnhof”, „ziemniaki” zamiast „kartofle”), dbając o literacką czystość zapisów.

Edukacja narodowa odbywała się także na co dzień. Kaspar Tokarz był gorliwym propagatorem polskiego czytelnictwa – już od czasów Karola Miarki nieprzerwanie abonował „Katolika”, podając go dalej do czytania i dbając o to, by jego rozbarscy „pupile” również go zamawiali.

Polska mowa w sferze sakralnej
Stowarzyszenie dbało o polską mowę także w sferze sakralnej, zamawiając dedykowane msze w kościele Mariackim z polskimi kazaniami (udokumentowane w 1909 i 1929 roku).

VI. Zmierzch i Dziedzictwo

Okres hitlerowski przyniósł zakaz zgromadzeń i milczenie kronikarza. Historia dokumentu urywa się nagle w 1946 roku, po odnotowaniu ostatnich nowych członków (w rękopisie pojawiają się m.in. nazwiska: Augustyn Hlond (imiennik — nie kardynał), Jan Matuszowic, Szczepan Garus). Choć formacja konna zniknęła z ulic Bytomia, „Gromada” pozostaje symbolem śląskiej dumy, w której bogactwo materialne było jedynie narzędziem do zachowania bogactwa duchowego i narodowego.

Uwaga redakcyjna (opcjonalnie do publikacji): Jeśli chcesz, mogę dodać na końcu blok „Źródła i archiwalia” oraz sekcję „Powiązane artykuły na flaczek.com” — ale bez dopisywania nowych faktów, tylko jako moduł nawigacyjny.

Źródła i Bibliografia

Powyższy artykuł został opracowany na podstawie weryfikacji dziesiątek archiwalnych materiałów prasowych, rękopisów oraz współczesnych opracowań historycznych.

1. Prasa z okresu Cesarstwa Niemieckiego (1895–1916)

  • Katolik: 1895 (nr 64), 1897 (nr 100), 1900 (nr 90), 1903 (nr 28), 1904 (nr 23).
  • Nowiny Raciborskie: 1897, R. 9, nr 102.
  • Rolnik: 1900, R. 7, nr 31.
  • Dziennik Śląski: 1900 (nr 172), 1903 (nr 50, nr 51), 1916 (nr 54).
  • Głos Śląski: 1903, nr 3.
  • Posłaniec Niedzielny dla Dyecezyi Wrocławskiej: 1903, R. 9, nr 11.
  • Gwiazda: 1904, R. 2, nr 8.
  • Der Oberschlesische Wanderer: 1909, nr 41.
  • Górnoślązak: 1911, R. 12, nr 168.

2. Prasa z okresu dwudziestolecia międzywojennego (1923–1933)

  • Katolik: 1924 (nr 26), 1925 (nr 36).
  • Katolik Codzienny i Katolik Niedzielny: Relacje z 1923, 1928 (nr 267) oraz 1931 (nr 141).
  • Górnoślązak: 1923 (nr 203), 1929 (nr 247).
  • Ostdeutsche Morgenpost: 1923 (nr 187), 1926 (nr 160).
  • Oberschlesien im Bild: 1926, nr 26.
  • Oberschlesische Volksstimme: 1928 (nr 293), 1929 (nr 32).
  • Zdrój: 1929, R. 5, nr 5.
  • Polska Zachodnia: 1931, R. 6, nr 161.
  • Polonia: 1931, R. 8, nr 2411.
  • Gość Niedzielny: 1931, R. 9, nr 26.
  • Młodzież Katolicka: 1933, R. 8, nr 15.

3. Wydawnictwa zlotowe i dokumenty wizualne

  • Hejnał Zlotowy. W dniach zlotów młodzieży… w Piekarach, 1933 r.
  • Fotografia archiwalna „Die Gromada (Dorfvertretung) vor der alten (zweiten!) Kapelle im Jahre 1900”.
  • Rękopis „Spis członków Gromady Rozbarskiej” (Archiwum parafii św. Jacka w Rozbarku, wpisy z lat 1814-1946).

4. Opracowania powojenne i współczesne

  • Nasza Droga: 1950, R. 24, nr 7/8.
  • Trybuna Robotnicza: 1955, nr 117.
  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt: Artykuły i relacje z lat 1958 (nr 4), 1961, 1962, 1966, 1970, 1971, 1989.
  • Daniela Dylus, „Źródło u św. Jacka”, miesięcznik „Śląsk”, 2017, R. 23, nr 9.
Powiększenie
0
0

Read more

Realistyczna ilustracja przedstawiająca XIX-wiecznych śląskich rzemieślników, zamożnych kupców i księdza podczas poważnego zebrania nad dokumentami finansowymi i przy cygarach w Katolickim Kasynie w Bytomiu.

Krzyż, Cygaro i Wielka Polityka. Historia Katolickiego Kasyna w Bytomiu

Krzyż, Cygaro i Wielka Polityka

Kompletna kronika Katolickich Kasyn w Bytomiu – miejsca, gdzie w gęstych oparach tytoniu wykuwano potęgę miasta, walczono o język i zarządzano majątkami, o jakich państwu pruskiemu się nie śniło.

W dzisiejszym, popkulturowym rozumieniu, słowo „kasyno” budzi jednoznaczne skojarzenia: ruletka, darmowe drinki, zielone sukno i hazard. Jednak w XIX-wiecznym Bytomiu (Beuthen O.S.) Katolickie Kasyno Obywatelskie było czymś zgoła innym. Stanowiło elitarną instytucję towarzyską, nieformalny sztab wyborczy, a zarazem potężną machinę ubezpieczeniowo-finansową, która stała się bastionem oporu przeciwko pruskiemu uciskowi kulturowemu.

Przez ponad pół wieku biło tu serce obywatelskiego Bytomia. Atmosfera, nierzadko gęsta od dymu z drogich cygar, wyjątkowo sprzyjała politycznym dyskusjom toczonym nad kuflami piwa, głośnemu narzekaniu na państwowe podatki i budowaniu potężnej, niespotykanej wcześniej katolickiej solidarności. Oto historia rozłamu, gigantycznych pieniędzy i wojny o duszę miasta.

1. Geneza, Kulturkampf i Wielki Rozłam (1868–1872)

Historia bytomskiego kasyna rozpoczyna się oficjalnie 27 stycznia 1868 roku, kiedy to powołano do życia niemieckie Katholisches Bürger-Kasino. Przez pierwsze lata organizacja funkcjonowała jako zwarty, jednolity front zamożnych katolików funkcjonujących w sercu protestanckiego państwa pruskiego.

Sytuacja uległa dramatycznej zmianie w 1871 roku wraz z wybuchem bismarckowskiego Kulturkampfu. Rząd pruski i lokalna rejencja zaczęły brutalnie prześladować członków kasyna za ich odwagę w jawnym przyznawaniu się do rzymskiego katolicyzmu. W 1872 roku państwowa presja osiągnęła punkt krytyczny: wszyscy urzędnicy pruscy, paraliżowani strachem o utratę swoich posad, zostali zmuszeni do całkowitego wycofania się i wystąpienia ze stowarzyszenia.

Jak skrupulatnie odnotowuje w swoich powojennych zapiskach kronikarz Franz Stodolka, to właśnie w tym najtrudniejszym kryzysowym momencie, w 1874 roku, przewodnictwo w osłabionym niemieckim Kasynie przejął ks. Reinhold Schirmeisen. Odbudował on morale i dzierżył ten urząd nieprzerwanie aż do swojej śmierci w 1912 roku, stając się najpotężniejszym animatorem i bezkompromisowym obrońcą tego miejsca.

Równolegle Kulturkampf wywołał jeszcze jeden, historyczny w skutkach proces. Warto zaznaczyć, że ks. Norbert Bonczyk (Bączek) już 15 października 1869 roku zainicjował działalność pierwszego polskiego kasyna w Bytomiu. Jednak to w październiku 1872 roku, aby ratować dziesiątkowane szeregi katolików, utworzono oficjalny oddział dla osób polskojęzycznych. Z tego właśnie zalążka wyrosło samodzielne Polskie Kasyno Katolickie, które to od 1872 roku oficjalnie liczyło swoje późniejsze jubileusze. Od tego momentu w jednym mieście zaczęły funkcjonować obok siebie dwa oddzielne światy…

2. Architekci Wpływów: Sylwetki, które zbudowały Bytom

Historia kasyn to historia wybitnych liderów, którzy potrafili pociągnąć za sobą tłumy mieszczan i rzemieślników:

  • Ks. prałat Reinhold (Robert) Schirmeisen (1842-1912): Główny animator i przewodniczący niemieckiego Kasyna od 1874 r. Zaczynał swą misję jako kapelan kościoła Mariackiego, by ostatecznie zostać pierwszym proboszczem wybudowanego przez siebie potężnego kościoła św. Trójcy (Trinitatiskirche). To on zbudował Knabenkonvikt, Robertusstift i Dom dla Kalek (Krüppelheim). Znany z twardej ręki i prowadzenia skutecznej agitacji wyborczej dla partii Centrum. Prawdziwy budowniczy nowoczesnego Bytomia, który mimo potężnych wpływów stanowczo odrzucał intratne awanse (m.in. odmówił objęcia fotela arcybiskupa w Poznaniu i funkcji biskupa polowego u boku cesarza). Zmarł 25 października 1912 r., a na jego koncie pozostało zaledwie około 5000 marek – resztę gigantycznego, prywatnego majątku rozdał, budując instytucje dla miasta. Tuż przed śmiercią państwo pruskie uhonorowało go Królewskim Orderem Korony III klasy. W starszych opracowaniach bywał błędnie nazywany Emanuelem (takie imię nosił jego brat, pruski urzędnik).
  • Ks. Norbert Bonczyk (Bączek): Duchowy „ojciec” polskiej gałęzi kasyna, proboszcz parafii Najświętszej Maryi Panny, patriota i Homer Górnego Śląska. Był on również założycielem i pierwszym prezesem bytomskiego Towarzystwa św. Alojzego (tzw. Alojzjanów). Z głębokim przekonaniem wierzył (co powtarzano później na śląskich wiecach), że „macierzyńska mowa jest kluczem do wszelkiego moralnego i politycznego wychowania ludów”.
  • Grafika typograficzna na tle starego papieru z patriotycznym cytatem: Macierzyńska mowa jest kluczem do wszelkiego moralnego i politycznego wychowania ludów.
    Te historyczne słowa stanowiły ideologiczny fundament Polskiego Kasyna i kształtowały niezłomne postawy bytomskich patriotów w dobie pruskiej germanizacji.
  • Ks. dziekan Teodor Myśliwiec: Długoletni prezes polskiego towarzystwa. Postać ciesząca się w mieście tak wielkim, nieskazitelnym autorytetem, że po jego śmierci w 1902 r. nawet podzielone narodowościowo i politycznie niemieckie kasyno żegnało go w oficjalnych nekrologach jako swojego zaszczytnego „członka honorowego”.
  • Dr Jakób Spyra: Niezwykle zasłużony prezes i członek honorowy, którego konsekwentna praca budowała prestiż i zaplecze intelektualne Polsko-Katolickiego Kasyna.
  • Felix Kasprzyk: Sekretarz niemieckiego kasyna w szczytowym 1904 r., z zawodu księgarz, odpowiedzialny za prowadzenie drobiazgowej i bezwzględnie rygorystycznej dokumentacji finansowej oraz statystyk organizacji.

3. Ekosystem Władzy: Kasyno, Czeladnicy i Młodzież

Warto wyraźnie podkreślić, że niemieckie Kasyno Obywatelskie nie działało w próżni. Było ono koroną wielkiego „ekosystemu” społecznego stworzonego przez ks. Schirmeisena. Tuż obok Kasyna prężnie działał Gesellenverein (Związek Czeladników), zrzeszający i edukujący rzemieślników.

Z kolei w 1887 roku, z bezpośredniej inicjatywy samego Schirmeisena (a rękami oddelegowanego do tego zadania kapelana Tunkla), powołano do życia Leo-Verein. Była to organizacja przeznaczona stricte dla katolickich młodzieńców niebędących rzemieślnikami, która swoją dumną nazwę wzięła na cześć papieża Leona XIII. Działalność we wszystkich tych organizacjach, spięta sprytnie jednym zwierzchnictwem, pozwalała bytomskiemu proboszczowi wywierać absolutnie kluczowy, bezpośredni wpływ na polityczne i społeczne wybory tysięcy mieszkańców.

4. Finansowa Forteca: 14 tysięcy marek na „Ostatnią Drogę”

Bytomskie kasyna były organizacjami o zdumiewającej sprawności administracyjnej. W szczytowym 1904 roku samo niemieckie kasyno liczyło 737 aktywnych członków. Aby sprawnie zarządzać tak potężną grupą, komitet (Ausschuß) rozszerzono do 30 osób. Stowarzyszenie pełniło de facto rolę potężnego funduszu powierniczego i unikalnej polisy ubezpieczeniowej dla bytomskiego mieszczaństwa.

Budżet Kasyna (Raport z 1904 r.)

  • Kasa Pogrzebowa (Begräbniskasse): Prawdziwy skarb organizacji. Kasprzyk raportował, że dysponowała ona potężnym kapitałem 14 380,07 marek gotówką.
  • Polityka inwestycyjna: Kapitał nie leżał bezczynnie w skarbcach. Dokumenty wprost wskazują, że pieniądze te były agresywnie inwestowane na procent (zinstragend angelegt), gwarantując stowarzyszeniu pełną niezależność od państwa.
  • Bezwzględna Dyscyplina: Z zasadami się nie dyskutowało. W ciągu zaledwie jednego roku wykluczono dyscyplinarnie aż 9 osób. W filii w Lipinach (pod wodzą kapelana Salzburga) statut wprost przewidywał wyrzucenie z szeregów każdego, kto przez rok nie pojawił się na żadnym zebraniu.
Stara księga rachunkowa i złote monety symbolizujące potężny budżet Kasy Pogrzebowej Katolickiego Kasyna w Bytomiu.
Z budżetem rzędu 14 tysięcy marek w gotówce, Kasyno stanowiło w 1904 roku jedną z najpotężniejszych instytucji ubezpieczeniowo-finansowych w mieście.

Gdy umierał członek stowarzyszenia – czy to ceniony kupiec i kamienicznik Julius Nowak, czy ogrodnik cmentarny Paul Baroke – Kasyno stawiało się w komplecie. Śmierć była okazją do demonstracji siły: dziesiątki dżentelmenów w cylindrach maszerujących zwarcie z lokalu w hotelu Weisser Adler udowadniały pruskim urzędnikom, że katolicy w Bytomiu stanowią niezłomną jedność.

5. Mapa Prestiżu: Gdzie w Bytomiu wykuwano historię?

Co fascynujące, kasyna (zarówno polskie, jak i niemieckie) przez dekady nie posiadały jednego, stałego gmachu. Stanowiły rodzaj elitarnych, wędrujących salonów, „okupując” najbardziej luksusowe i prestiżowe adresy na ówczesnej mapie miasta:

  • Hotel Sanssouci: Absolutna arena kulturowa. Z jednej strony odbywały się tam eleganckie niemieckie bale, z drugiej – to właśnie ta sama sala gościła w 1907 roku niezwykle huczny jubileusz 35-lecia Polskiego Kasyna oraz polskie premiery teatralne.
  • Sala p. Maisego (ul. Krawiecka – Schneiderstraße): Główne miejsce potężnych, strategicznych zjazdów. To tutaj 8 listopada 1892 r. zjechali się zamożni katoliccy kupcy aż z czterech powiatów: Bytomskiego, Katowickiego, Zabrskiego i Tarnogórskiego, by przy piwie ustalać handlowe strefy wpływów.
  • Ogród Strzelnicy (Schützenhaus): Punkt zborny przed plenerowymi wydarzeniami. W czerwcu 1880 r. stąd wymaszerowała procesja z nowym, bogato zdobionym sztandarem do Piekar. Tutaj organizowano też doroczne zabawy letnie przeciągające się do północy.
  • Hotel Deutsches Haus: Zlokalizowany w samym sercu miasta, przy bytomskim Rynku (Ring), w lutym 1902 r. został oficjalnie ogłoszony jako stały Vereinslokal (lokal stowarzyszenia) dla członków niemieckiego kasyna.
  • Hotel Weisser Adler (Biały Orzeł u Finstera): Istotna baza operacyjna i główne miejsce zbiórek przed wspomnianymi manifestacyjnymi uroczystościami pogrzebowymi.
  • Hotel Lomnitz: Legendarny adres. To w jego murach, w gorącym okresie po I wojnie światowej, ulokowało się Kasyno Plebiscytowe, kierowane twardą ręką przez Marjana Zalewskiego. (Zreorganizowany po kosztach lokal reklamowano w prasie jako „wielkomiejską bombonierkę” z kabaretem „Moulin Rouge”).
Pokolorowane historyczne zdjęcie przedstawiające widok na centrum dawnego Bytomia.
Dawny Bytom w pełnej krasie. To właśnie w takich miejskich realiach toczyło się burzliwe życie towarzyskie i polityczne członków Kasyna. (Koloryzacja: flaczek.com / źródło: Heimatblatt 1972).

6. Kultura jako Tarcza Narodowa

Dla Polskiego Kasyna wysoka kultura była absolutnym orężem w walce z germanizacją. Teatr nie był tylko rozrywką – był politycznym manifestem. Na jubileusz 35-lecia na scenie hotelu Sanssouci uroczyście wystawiono patriotyczny melodramat „Zagroda Sobkowa” w 5 aktach (autorstwa Edwarda Błotnickiego) z oryginalną muzyką J.N. Nowakowskiego.

Organizacja wydarzeń wymagała świetnej logistyki: loża zamknięta kosztowała niemało, bo 1,50 marki, a miejsca stojące 50 fenigów. Bilety dystrybuowano konspiracyjnie m.in. u p. Wolskiego w drogierii św. Barbary oraz w Domu Katolickich Towarzystw u p. Wieczorka. Innym razem przez łamy prasy szukano nut do sztuki „Macocha”, apelując o pomoc do zaprzyjaźnionych stowarzyszeń.

Oprócz teatru kasyno organizowało ambitne wykłady literackie. W 1892 roku ceniony śląski działacz Konstanty Prus wygłaszał na nadzwyczajnym posiedzeniu Polskiego Kasyna prelekcje o życiu i twórczości wielkiego wieszcza Juliusza Słowackiego.

Niemieckie kasyno stawiało na edukację twardą i konserwatywną. Rektor Golly brylował z wykładami o systemie edukacyjnym w USA, a w gorących latach 30. XX wieku, pod wodzą rektora Bernhardta, kasyno przeistoczyło się w jawny bastion walki z lewicą i socjalizmem. To wtedy organizowano tam ostre wykłady ojca Brosiga S.J., w których grzmiał on na komunistyczne „republiki dziecięce” pod flagowym hasłem stowarzyszenia: „Dziecko należy do rodziny”. To w tamtym okresie pojawiły się wreszcie konkretne plany budowy własnego, gigantycznego gmachu – Vereinshaus (Domu Związkowego), który miał na zawsze zapisać potęgę kasyna w architekturze miasta.

7. Wielka Polityka, Agitacja i Prasowe Skandale

Kasyna od początku miały „pazur” polityczny. Już 18 lutego 1881 r. organizacja wysłała do Berlina twardą notę, w której uroczyście zaprotestowała przeciwko wypowiedzi p. Holtzego wygłoszonej w pruskim sejmie (w której ten oskarżył górnośląskie duchowieństwo o propagowanie „socyalnego demokratyzmu”). Kasyno z oburzeniem nazwało to „ciężką obrazą dla zasłużonych duszpasterzy”.

Sami kapłani również nie unikali otwartej gry politycznej. Ks. Reinhold Schirmeisen i niemieckie duchowieństwo twardo opowiadali się za oficjalną linią katolickiej partii Centrum (Zentrum), stanowczo wspierając jej kandydatów (m.in. dr. Stephana). Stawało to nierzadko w wyraźnej kontrze do polskich działaczy skupionych wokół redakcji „Katolika”. Polacy w wyborach do Reichstagu w tym samym okręgu forsowali własnych faworytów – takich jak cieszący się gigantycznym poparciem ludu (zdobywający dziesiątki tysięcy głosów) major Juliusz Szmula. Kasyno było więc miejscem, gdzie w cieniu wielkiej polityki ścierały się dwa zupełnie różne pomysły na to, kto ma reprezentować bytomskich katolików w Berlinie.

Z kolei polska społeczność była przez swoje elity aktywnie „pouczana” w salach Kasyna, czego dokładnie mają wymagać od swoich posłów, szczególnie w tak absolutnie kluczowej kwestii, jak bezkompromisowa obrona szkół i języka przed naporem pruskich urzędników.

Skandal Obyczajowy w Bobrku

Silnie zradykalizowana narodowo prasa polska nie szczędziła jadowitej krytyki niemieckim odłamom kasyna w sąsiednich dzielnicach. Redaktorzy „Dziennika Śląskiego” wprost oskarżali „niemiecko-katolickie Kasyno” w Bobrku (gdzie brylował nauczyciel Piechatzek) o czerpanie zysków z państwowego „funduszu germanizacyjnego”. Czarę goryczy przelała zabawa, na którą zaproszono w charakterze gości honorowych dyrektorów pobliskiej Huty „Julia” (Julienhütte) – panów Schalschę i Tramera. Ponieważ obaj dyrektorzy byli wyznania mojżeszowego, polska prasa z wściekłą ironią pytała w nagłówkach: „Gdzie się podziało poczucie katolickie u kasynerzy?”, zarzucając im hipokryzję na rzecz dobrych układów z przemysłem.

8. Symbole, które przetrwały w pamięci

W tamtych czasach o prestiżu decydowały nie tylko pieniądze, ale i symbole. 25 czerwca 1880 r. kasyno ufundowało własną, bogato zdobioną chorągiew za luksusową wręcz kwotę 200 marek. Zebrani członkowie w najlepszych strojach, z nowiutkim sztandarem i głośną orkiestrą dętą na samym czele, wymaszerowali bezpośrednio ze strzelnicy aż do Niemieckich Piekar. Tam w kościele, tuż przed cudownym obrazem NMP, oficjalnego aktu poświęcenia dokonał komisarz ks. Bernard Purkop. Tego samego sztandaru z zazdrością doglądał wiele lat później „Miłośnik swojskich rzeczy”, gdy opisywał go we wspomnieniach dla polskiego czytelnika.

Historyczna parada członków Katolickiego Kasyna w Bytomiu niosących bogato haftowany sztandar ulicami miasta.
Czerwiec 1880 roku. Uroczysty, manifestacyjny przemarsz członków Kasyna ze Strzelnicy do Piekar z nowo ufundowanym sztandarem za 200 marek (wizja artystyczna).

Podsumowanie

Katolickie Kasyna w Bytomiu to opowieść o potędze organizacji, której państwo pruskie nie było w stanie zniszczyć. To tutaj, w oparach dymu cygarowego i w blasku żyrandoli hotelu Sanssouci, na przełomie wieków wykuwała się zorganizowana tożsamość obywatelska Górnego Śląska. Dzięki charyzmatycznym liderom i tytanom pracy organicznej, takim jak ks. Reinhold Schirmeisen czy ks. Norbert Bonczyk, zwaśnione, ale prężnie rozwijające się miasto zbudowało tkankę społeczną – w pełni odporną na największe burze dziejowe.

Gdy w 1921 roku redakcja gazety apelowała, że „akta, protokolarze i dawniejsze zapiski zaginęły”, wydawało się, że historia ta przepadła na zawsze. Jak widać – mylili się.

Źródła archiwalne i opracowanie: Artykuł przygotowany na podstawie zaawansowanej kwerendy archiwalnej flaczek.com z wykorzystaniem prasy epoki (m.in. Gazeta Górnośląska, Katolik, Dziennik Śląski, Kuryer Śląski, Polak, Gazeta Ludowa, Przyjaciel Pieśni w rocznikach 1880–1936 oraz Oberschlesische Volksstimme 1893-1912). Korzystano ponadto z zasobów Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt (m.in. 1954, nr 6; 1972, nr 7/8), powojennej Bytomskiej Kroniki (Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien) spisanej przez Franza Stodolkę oraz najnowszej bazy biograficznej projektu flaczek.com.
0
0

Read more

Portret historyczny ks. prałata Reinholda Schirmeisena w ozdobnej ramie z podpisem budowniczy nowoczesnego Bytomia

Mury, Wiara i Miliony: Reinhold Schirmeisen – Prawdziwy Ojciec Bytomia

flaczek.com • Genealogia i historia

Mury, wiara i miliony: prałat Reinhold Schirmeisen (1842–1912) – budowniczy nowoczesnego Bytomia

Przez blisko pół wieku był w Bytomiu kimś więcej niż proboszczem: administratorem, negocjatorem i organizatorem opieki społecznej. Był sprawnym menedżerem epoki przemysłowej, który przekuwał hojne darowizny śląskich magnatów w monumentalne budowle i nowoczesne zakłady opiekuńcze, służące miastu do dziś. To historia o ogromnych budżetach publicznych i prywatnej ascezie – zakończona paradoksem: order na piersi i niemal puste konto.

Postać: Reinhold (Robert) Schirmeisen Miasto: Bytom / Beuthen O.S. Epoka: 2. poł. XIX – pocz. XX w.

Tajemnica imienia: Reinhold czy Emanuel?

Przez lata w obiegu funkcjonowała pomyłka, która potrafi „rozjechać” całą biografię: w części polskich opracowań i kronik budownicę św. Trójcy nazywano Emanuelem. Kwerenda dokumentów i prasy pozwala dziś mówić jasno: to Reinhold (Robert) Schirmeisen, a Emanuel był jego bratem – urzędnikiem państwowym.

Sprostowanie
„Reinhold Schirmeisen den ersten Pfarrer. Reinhold Schirmeisen war am 8. Januar 1842 zu Guttentag geboren, studierte in Breslau Theologie und wurde am 28. Juni 1866 zum Priester geweiht.”

Reinhold Schirmeisen urodził się 8 stycznia 1842 w Dobrodzieniu (Guttentag) jako syn Andreasa Schirmeisena (sekretarz sądu / Gerichtsaktuar) i Marii z domu Wachtel. Brat Emanuel był Królewskim Radcą Rachunkowym w Nysie.[1]

Metryka, edukacja i pierwsze dekady w Bytomiu

Urodzenie
8 I 1842 • Dobrodzień
Święcenia
28 VI 1866 • Wrocław
Śmierć
25 X 1912 • Wrocław

Odebrał staranne, klasyczne wykształcenie, typowe dla ówczesnych elit: szkoła ludowa (Olesno), potem raciborskie gimnazjum, gdzie w 1862 r. zdał maturę z wyróżnieniem jako Primus omnium. Następnie studia teologiczne we Wrocławiu; w środowisku akademickim działał w katolickim związku studenckim Winfridia.[2]

Po święceniach (28 czerwca 1866 r., z rąk biskupa Heinricha Förstera) został skierowany do Bytomia – i to jest moment kluczowy: odtąd miasto stanie się jego życiowym projektem. Przez dwie dekady pracował jako kapelan w parafii Wniebowzięcia NMP, m.in. obok ks. Schaffranka i ks. Norberta Bonczyka.[3]

Kulturkampf: kiedy Kościół uczy się przetrwania

Dla Schirmeisena to nie jest „ładne tło historyczne”, tylko szkoła działania pod presją. Kulturkampf – twardy konflikt państwa pruskiego z Kościołem – wymuszał dyscyplinę, ostrożność w publicznych gestach, a równocześnie… tworzył zapotrzebowanie na kapłanów, którzy umieli budować realne struktury wspólnotowe.

Jak buduje się wpływ bez gabinetu politycznego?

W środowiskach świeckich i rzemieślniczych Schirmeisen działał jako opiekun Towarzystwa Czeladzi (Gesellenverein), współtworzył Katolickie Kasyno Obywatelskie i stowarzyszenie Leoverein – budując sieć zaufania i kontaktów, która w epoce przemysłowej była walutą równie ważną jak marka.[4]

Gdy zachodnia część miasta rosła, powierzono mu odpowiedzialność, która wymagała nie tylko wiary, ale i logistyki. W 1886 r. został kuratusem przy nowym kościele św. Trójcy, a w 1888 r. – jego pierwszym proboszczem.[5]

Deweloper w sutannie: inwestycje za setki tysięcy marek

Jeśli patrzeć na Schirmeisena wyłącznie jak na „księdza od kazań”, nie da się zrozumieć skali jego dzieła. To był administrator i fundraiser: umiał pozyskiwać wsparcie elit przemysłowego Śląska i przekuwać je w konkret instytucji.

  • Kościół św. Trójcy (1883–1886) – monumentalna świątynia z 76-metrową wieżą. Równolegle powstawała plebania; w finansowaniu pojawiają się m.in. darczyńcy z kręgu śląskich magnatów (materiały, darowizny pieniężne).[6]
  • Knabenkonvikt (internat dla chłopców) – pierwszy otwarty 8 października 1887 r. (Moltkeplatz, dzisiejszy plac Sobieskiego), a następnie rozbudowany: nowy gmach (1900) przy Kurfürstenstraße (dzisiejsza aleja Legionów) za 180 000 marek. W 1908 r. zakup kolejnego budynku przy Kasernenstraße (dzisiejsza ul. Smolenia) za 160 000 marek.[7]
  • Robertusstift – zakład dla chorych i ubogich inwalidów przy Bahnhofstraße (dzisiejsza ul. Dworcowa), uroczyście otwarty 9 lipca 1889 r. (adaptacja dawnego lazaretu brackiego).[8]
  • Krüppelheim zum Hl. Geist (Dom dla Kalek) – wielka inwestycja 1910–1912. Sam zakup gruntu przy Kurfürstenstraße (dzisiejsza aleja Legionów) kosztował 175 000 marek. Skala przedsięwzięcia i ambicja opiekuńcza (mówiono o „kilkuset” podopiecznych) czyniły z tego projektu znak czasu: nowoczesną filantropię w przemysłowym mieście.[9]
  • Rozwój sąsiednich gmin – wsparcie i inicjatywy przy kościołach filialnych: Orzegów (1894) oraz Szombierki (1903/1904), a także działania na rzecz instytucji edukacyjnych i opiekuńczych w regionie.[10]

Bytom był jego projektem życia. Jeśli miał wybierać między karierą a miastem – wybierał miasto.

— sens przekazów z epoki o konsekwentnym odrzucaniu awansów i „trwaniu na posterunku”

Między językami i lojalnościami: roztropność zamiast łatwych etykiet

Najprostsza pułapka interpretacyjna brzmi: „albo polityk, albo germanizator, albo obrońca polskości”. Rzeczywistość górnośląskich miast końca XIX wieku rzadko mieści się w tak czystych kategoriach.

Co da się powiedzieć bez ryzyka nadużycia?

Schirmeisen wykazywał wyczucie narodowościowe: w praktyce duszpasterskiej potrafił przemawiać po polsku, a w głośnych lokalnych napięciach częściej widać u niego rolę mediatora niż „frontowego agitatora”. W 1903 r., gdy pojawiły się plany blokowania ślubu kościelnego Wojciecha Korfantego, miał udzielić rady ugodowej – co wpisuje się w jego styl: wygaszać konflikt, nie dolewać oliwy do ognia.[11]

Z przekazów wynika też, że jego autorytet przekraczał podziały środowiskowe; w pewnym momencie oficjalną laudację na jubileusz proboszczowski miał wygłosić rabin bytomskiej gminy żydowskiej. Wychował również ludzi, którzy później odegrali ważne role w Kościele – wśród nich wymienia się przyszłego biskupa Maximiliana Kallera.[12]

Godności, wpływy, relacje: kiedy proboszcz staje się instytucją

Tytuły
1895 – Radca Duchowny • 1908 – prałat domowy i infułat

Godności nie były dekoracją – wzmacniały jego pozycję w negocjacjach i w kontaktach z administracją.

Wpływy lokalne
Inspektor szkolny • relacje z nadburmistrzem dr. Brüningiem

Z przekazów znamy też „ludzki” epizod: w czasie epidemii szkarlatyny prałat miał przyjąć zdrowe dzieci burmistrza na plebanię, by uchronić je przed zarażeniem w domu.[13]

Wątek „odrzuconych awansów” wraca w kilku przekazach: Schirmeisen miał rezygnować z propozycji objęcia funkcji arcybiskupa w Poznaniu (po śmierci abp. Floriana Stablewskiego), a także odrzucić propozycję cesarza Wilhelma II dotyczącą urzędu biskupa polowego. W wersji ostrożnej – bez mitologizacji – można powiedzieć tak: był rozważany na wysokich stanowiskach, ale konsekwentnie wiązał swoją misję z Bytomiem.[14]

Złota korona i puste konto

W 1912 r., przy okazji poświęcenia Domu dla Kalek, otrzymał z rąk państwa pruskiego Królewski Order Korony III klasy. To symboliczne: państwo nagradza człowieka Kościoła – bo jego dzieło było nie tylko religijne, ale i cywilizacyjne.[15]

Dwa tygodnie później Schirmeisen zmarł 25 października 1912 r. około godz. 14:00 w klinice św. Jerzego we Wrocławiu, dokąd pojechał na zabieg związany z chorobą serca. 29 października Bytom zobaczył pogrzeb, który stał się manifestacją wspólnoty: straż honorową przy trumnie mieli pełnić członkowie polskich i niemieckich towarzystw.[16]

Człowiek, który obracał budżetami rzędu setek tysięcy marek na inwestycje publiczne, miał pozostawić prywatnie zaledwie kilka tysięcy marek. Reszta została w mieście – w murach, instytucjach i pamięci.

— puenta źródeł: „wszystko dla dzieła, niewiele dla siebie” [17]

Oś czasu: Reinhold Schirmeisen w punktach

  • 1842 — narodziny w Dobrodzieniu (8 stycznia).
  • 1862 — matura w Raciborzu jako Primus omnium.
  • 1866 — święcenia kapłańskie (28 czerwca) i skierowanie do Bytomia.
  • 1866–1886 — kapelan w parafii Wniebowzięcia NMP.
  • 1883–1886 — budowa kościoła św. Trójcy (wieża 76 m).
  • 1886 — kuratus przy św. Trójcy.
  • 1888 — pierwszy proboszcz św. Trójcy.
  • 1887 — otwarcie Knabenkonvikt (8 października).
  • 1889 — Robertusstift (9 lipca).
  • 1894 — działania przy kościele filialnym w Orzegowie.
  • 1895 — tytuł Radcy Duchownego.
  • 1900 — nowy gmach konwiktu (180 000 marek).
  • 1903/1904 — wsparcie dla inwestycji kościelnych w Szombierkach.
  • 1908 — prałat domowy i infułat; zakup budynku konwiktu (160 000 marek).
  • 1910–1912 — budowa Krüppelheim; grunt 175 000 marek.
  • X 1912 — Królewski Order Korony III klasy (przy poświęceniu Domu dla Kalek).
  • 25 X 1912 — śmierć we Wrocławiu; pochówek w kościele św. Trójcy.
Przypisy
  1. Sprostowanie pomyłki metrykalnej (powielanej m.in. w powojennej kronice F. Stodolki) oparto na oficjalnych nekrologach rodzinnych: Oberschlesische Volksstimme (1911, nr 68 – nekrolog siostry Auguste; 1912, nr 248 – nekrolog prałata). Dane o rodzicach (sekretarz sądu Andreas Schirmeisen i Maria z d. Wachtel) oraz urodzeniu 8 stycznia 1842 r. w Dobrodzieniu podaje m.in. Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt, 1977, nr 3 (März), s. 20-21.
  2. Tytuł Primus omnium na maturze w Raciborzu (1862) oraz przynależność do związku Winfriedia we Wrocławiu, zob. Heimatblatt, 1956, nr 12 (Dezember) oraz 1977, nr 3 (März).
  3. Dwadzieścia lat posługi jako kapelan u boku m.in. ks. Norberta Bonczyka opisano w opracowaniu historycznym parafii, zob. Heimatblatt, 1969, nr 11 (November).
  4. Szerzej na temat budowy sieci społecznej (Towarzystwo Czeladzi, Katolickie Kasyno Obywatelskie, Leoverein), zob. Heimatblatt, 1954, nr 6 (Juni).
  5. Nominacja na pierwszego proboszcza parafii św. Trójcy, zob. Heimatblatt, 1986, nr 6 (Juni), wydanie jubileuszowe na 100-lecie świątyni.
  6. Szczegóły wsparcia magnaterii śląskiej (m.in. hrabiego Donnersmarcka i Schaffgotscha) podaje dr P. Reinelt w opracowaniu Prälat R. Schirmeisen (cyt. szeroko w: Heimatblatt, 1977, nr 3 oraz 1956, nr 12).
  7. Dokładne koszty budowy i zakupu budynków na Knabenkonvikt (180 000 oraz 160 000 marek), zob. Heimatblatt, 1977, nr 3 (März), s. 21.
  8. Data uroczystego otwarcia i adaptacji dawnego lazaretu brackiego na Robertusstift, zob. Heimatblatt, 1977, nr 3 (März).
  9. Inwestycja w Krüppelheim: koszt zakupu gruntu rzędu 175 000 marek i skala opieki nad dziećmi (blisko 3400 pacjentów do 1928 r.), zob. Heimatblatt, 1961, nr 9 (September).
  10. Zaangażowanie w budowę kościołów filialnych (Orzegów, Szombierki), zob. Heimatblatt, 1969, nr 11 (November).
  11. Stosunek do polskości: o polskim kazaniu w Panewnikach donosił Dziennik Śląski (1902, nr 212), z kolei o kazaniu nad grobem J. Benduckiego Dziennik Śląski (1903, nr 139). Ugodowa postawa i tonowanie nastrojów niemieckiego kleru przed ślubem Wojciecha Korfantego w 1903 r. opisane zostały w: Heimatblatt, 1956, nr 12 (Dezember).
  12. Fakt wygłoszenia laudacji przez bytomskiego rabina podczas jubileuszu prałata przytacza m.in. Heimatblatt, 1969, nr 11 (November) oraz 1984, nr 11 (November). Wychowanie późniejszego biskupa M. Kallera potwierdzają powojenne kroniki ziomkowskie.
  13. Incydent podczas epidemii szkarlatyny i osobista zażyłość z nadburmistrzem Georgiem Brüningiem, zob. Heimatblatt, 1954, nr 6 (Juni) oraz F. Stodolka, Bytomska Kronika.
  14. Stanowcza odmowa objęcia funkcji biskupa polowego armii u boku cesarza Wilhelma II oraz odrzucenie propozycji objęcia stolicy arcybiskupiej w Poznaniu (po śmierci abp. F. Stablewskiego), zob. Heimatblatt, 1954, nr 5 (Mai) oraz nr 6 (Juni).
  15. Nadanie Królewskiego Orderu Korony III klasy przy okazji poświęcenia Domu dla Kalek (październik 1912 r.), zob. Gazeta Ludowa, 1912, nr 236 oraz Dziennik Śląski, 1912, nr 237.
  16. Śmierć (25 X 1912 r.) i manifestacyjny pogrzeb z udziałem warty honorowej złożonej solidarnie z polskich i niemieckich towarzystw opisują szczegółowo: Straż nad Odrą, 1912, nr 130 i 147 oraz Gazeta Ludowa, 1912, nr 237.
  17. Informacja o prywatnym spadku wynoszącym ok. 5000 marek przytaczana jest w opracowaniach powojennych jako dowód osobistej ascezy prałata, m.in. w kronice F. Stodolki oraz biuletynach Heimatblatt z lat 50. i 60.
Bibliografia i wykaz źródeł

Poniższe zestawienie stanowi fundament źródłowy powyższego artykułu. Zostało opracowane na podstawie wnikliwej kwerendy historycznej prasy polsko- i niemieckojęzycznej, a także oficjalnych kronik i biuletynów ziomkowskich.

1. Prasa polskojęzyczna (1878–1912)

  • Dziennik Śląski: Roczniki 1898 (nr 35, 93, 133), 1900 (nr 267), 1901 (nr 51, 270), 1902 (nr 105, 212), 1903 (nr 90, 139), 1904 (nr 264, 277), 1907 (nr 134, 173, 191, 197), 1908 (nr 58, 60, 166), 1909 (nr 28, 67, 75, 103, 283), 1910 (nr 62, 132, 136) oraz 1912 (nr 237).
  • Straż nad Odrą: Roczniki 1908 (nr 32, 88), 1910 (nr 71), 1912 (nr 5, 126, 130, 132, 147).
  • Gazeta Ludowa: Rocznik 1912 (nr 236, 237) – m.in. kluczowe relacje z pogrzebu i nadania Orderu Korony.
  • Gazeta Górnoślązka: Roczniki 1878 (nr 30), 1879 (nr 72), 1884 (nr 36).
  • Kuryer Górnośląski: Rocznik 1894 (nr 114, 130).

2. Prasa niemieckojęzyczna

  • Oberschlesische Volksstimme: Roczniki 1899 (nr 57), 1911 (nr 68 – nekrolog siostry Auguste), 1912 (nr 248 – oficjalny nekrolog prałata).
  • Beuthener Zeitung: Rok 1898 (wzmianki o agitacji wyborczej).

3. Wydawnictwa jubileuszowe, kroniki i opracowania

  • Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt: Podstawowe źródło faktograficzne m.in. z roczników: 1951, 1954 (nr 6), 1955, 1956 (nr 12), 1960, 1961, 1968, 1969 (nr 11), 1976, 1977 (nr 2, 3), 1980, 1983, 1984 (nr 11) i 1986 (nr 4, 6).
  • Kroniki: Franz Stodolka, Bytomska Kronika (1951–1955).
  • Monografie: Dr P. Reinelt, Prälat R. Schirmeisen.
  • Inne: Neustädter Heimatbrief (1968, nr 10), Der Oberschlesier (1935, nr 8).

4. Źródła cyfrowe i współczesne bazy danych

  • Parafia Św. Trójcy w Bytomiu (trojca.net): Oficjalne kalendarium i historia budowy kościoła.
  • Cmentarz Mater Dolorosa (silesia.edu.pl): Historia i dokumentacja kaplicy cmentarnej.
  • Poznaj Bytom (poznajbytom.pl): Monografia dzielnicy Grossfeld i historia zakładu Krüppelheim.
0
0

Read more

Grafika porównawcza bytomskiego Rynku. Z lewej strony archiwalne zdjęcie wyburzonego Starego Ratusza i Mittelblocku z 1877 roku, z prawej Nowy Ratusz z 1930 roku (projekt Paul Jackisch)

Scena Miasta: Wielka transformacja bytomskiego Rynku (1475–1930)

Scena Miasta: Wielka Transformacja Bytomskiego Rynku

O tym, jak XIX-wieczni bytomianie zburzyli swoje serce, by miasto mogło wreszcie odetchnąć.

Opracowanie na podstawie kroniki Franza Stodolki, prasy archiwalnej oraz materiałów Muzeum Haus

Bytom połowy XIX wieku był miastem, które dusiło się w swoich dawnych granicach. Średniowieczny układ urbanistyczny, niegdyś zapewniający bezpieczeństwo za murami, w dobie rewolucji przemysłowej stał się przekleństwem. Centralnym punktem tego zaduchu był Rynek (Ring) – ale nie ten przestronny, jasny plac, który znamy dzisiaj. To było ciasne, labiryntowe miejsce, zdominowane przez gęstą zabudowę śródrynkową – ratusz i otaczające go kramy.

Franz Stodolka w swojej kronice „Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen” kreśli obraz miasta w przededniu wielkiej zmiany. To historia o odwadze wyburzania i wizji nowoczesności, która zmieniła Bytom z prowincjonalnego miasteczka w „stolicę” górnośląskiego przemysłu.

Bytomski rynek przed 1877 rokiem, widoczna zabudowa śródrynkowa (ratusz oraz gwarne targowisko)
Widok na nieistniejący Stary Ratusz przed 1877 rokiem. (Uwaga: Powyższa fotografia została poddana cyfrowej koloryzacji. Oryginalne zdjęcie jest czarno-białe, a kolory stanowią współczesną interpretację)

Stary Ratusz: Średniowieczne korzenie i neogotycka wieża

Legenda o Zamku Myśliwskim (Jagdschloß):
Zanim na Rynku stanęły ceglane mury ratusza, to miejsce miało swoją starszą, owianą tajemnicą historię. Autorzy jubileuszowego numeru „Oberschlesien im Bild” z 1930 roku przywołują fascynującą legendę – rzekomo około roku 1000 stał dokładnie w tym miejscu drewniany zamek myśliwski (Jagdschloß) jednego z polskich królów. Choć kronikarze podchodzą do tego mitu założycielskiego z rezerwą, to wizja monarszego dworu w sercu dzisiejszego Bytomia przez wieki pobudzała wyobraźnię mieszkańców.

Stary ratusz (niem. Das alte Rathaus) nie był lekką budowlą. Choć jego fundamenty i najstarsze mury pamiętały jeszcze czasy średniowiecza, to budynek uwieczniony na XIX-wiecznych fotografiach był już architektonicznym zlepkiem wielu epok. Kluczowym punktem orientacyjnym stała się neogotycka wieża, dobudowana w 1848 roku, wieńcząca gmach, który dekady wcześniej (1818–1826) przeszedł gruntowną przebudowę.

Jednak w latach 70. XIX wieku jego urok był dla mieszkańców dyskusyjny. Ratusz stanowił serce gęstej zabudowy śródrynkowej, która dzieliła przestrzeń placu i dosłownie „puchła” w miarę dobudowywania kolejnych kramów. Wokół niego kłębiły się budy chlebowe, stragany rzeźników i warsztaty rzemieślnicze. Całość tworzyła nieprzejrzysty konglomerat przejść i zaułków. Komunikacja kołowa w tym rejonie praktycznie nie istniała – przejazd bryczką przez Rynek był logistycznym koszmarem.

  • Funkcja: Siedziba magistratu, sąd, areszt miejski i archiwum.
  • Stan techniczny: Wilgoć, brak wentylacji, pękające mury – Stodolka wspomina o nich z wyraźnym niesmakiem.
  • Sąsiedztwo: Śmierdzące jatki i hałaśliwe kramy, które tworzyły swoisty mikrokosmos w sercu miasta.

Land und Leute: Rynek jako tygiel mowy i targowisko

Jak w rzeczywistości wyglądało życie w cieniu średniowiecznej wieży? Dzięki klasycznemu opracowaniu „Schlesien: Wanderungen im oberschlesischen Industriebezirk”, możemy dosłownie usłyszeć dźwięki dawnego Bytomia. Rynek z czasów, gdy jego środek zajmował stary ratusz oblepiony kramami, nie był ułożonym placem defilad – to był żywy, gwarny i potężny organizm handlowy. To tutaj celebrowano wielkie jarmarki (Jahrmärkte), na które zjeżdżali się rzemieślnicy i chłopi z całego dorzecza Odry.

„Na Rynku w Bytomiu spotykał się cały świat: elegancki urzędnik w cylindrze prosto z magistratu, umorusany górnik w stroju roboczym i rozbarska gospodyni w barwnych, sztywnych kieckach. To tutaj twarda śląska 'godka’ i okrzyki przekupek brutalnie mieszały się z urzędowym, literackim językiem Prus.”
Autorzy publikacji podkreślają niezwykły, „demokratyczny” charakter tego miejsca. Śląska gwara (Mundart) dominowała między kramami. Wołania w stylu „Kupujcie, ludkowie!” odbijały się od ścian ratusza. Każdy, niezależnie od statusu, chciał lub musiał być jak najbliżej tego handlowego serca. Nic dziwnego, że Stary Ratusz obrastał dobudówkami – każdy metr kwadratowy wokół niego był na wagę złota.

1877: Wielkie Sprzątanie i Narodziny „Sceny”

Decyzja o rozbiórce zapadła w 1877 roku. Był to moment krytyczny dla tożsamości Bytomia. Przeciwnicy argumentowali, że miasto niszczy swoją historię i wieżę, która stała tu od pięciu wieków. Zwolennicy – pod wodzą rodzącej się nowoczesnej administracji – wskazywali na higienę, prestiż i konieczność otwarcia przestrzeni.

Wyburzenie trwało dwa lata. Z powierzchni ziemi zniknął nie tylko ratusz, ale cały gąszcz przylegających do niego kramów i przybudówek. Stodolka notuje z zachwytem: „Ring doznał powiększenia, o jakim wcześniej nie śniono”. Nagły blask słońca, który padł na pierzeje Rynku, obnażył jednak mierność wielu starych kamienic. Właściciele zrozumieli, że teraz ich domy tworzą „scenę miasta”.

Ciekawostka genealogiczna: To właśnie ten moment (lata 80. XIX wieku) był trampoliną dla wielu bytomskich rodów kupieckich. Nazwiska takie jak Reich czy Guttmann zaczęły dominować w księgach adresowych, gdy ich kamienice, nagle wyeksponowane na pustym Ringu, stały się najdroższymi adresami na Górnym Śląsku.
Nowy Ratusz w Bytomiu, projekt Paula Jackischa, widok na zachodnią pierzeję
Nowy Ratusz. Neorenesansowe dzieło Paula Jackischa, które stało się symbolem ambicji Bytomia i nowym centrum władzy.

Nowy Ratusz i Geniusz Paula Jackischa

Gdy w 1877 roku rozpoczęto rozbiórkę starych murów i uprzątanie zabudowy przyratuszowej, władze miasta musiały znaleźć nowe, godne siebie miejsce. Wybór padł na zachodnią pierzeję Rynku, a dokładnie na prestiżową parcelę pod numerem 1 (Ring 1).

To tutaj na scenę wkracza Paul Jackisch – wybitny architekt, o którym pisałem już w tym artykule. W latach 1877–1879 Jackisch zaprojektował i wzniósł od podstaw nowy, reprezentacyjny gmach magistratu. Nadał mu wspaniałą, neorenesansową formę ze smukłą wieżą zegarową, która idealnie korespondowała z otwartym, uwolnionym od dawnych kramów placem.

Stodolka opisuje ten gmach jako centrum dowodzenia nadburmistrza Georga Brüninga. To stąd planowano nowoczesny Bytom. Rynek przestał być placem targowym w dawnym, brudnym tego słowa znaczeniu. Stał się „salonem”, po którym w niedziele spacerowali mieszczanie w cylindrach, kierując się w stronę eleganckich sklepów i kawiarni otaczających plac.

1908: „Tajemniczy ciąg na zachód”

Wydawałoby się, że po wybudowaniu Nowego Ratusza pozycja Rynku była niepodważalna. Nic bardziej mylnego! W numerze 235 „Oberschlesischer Wanderer” z 10 października 1908 roku odnajdujemy tekst „Der rätselhafte Zug nach dem Westen”, czyli fascynującą analizę urbanistyczną tamtych dni. Autor zauważa, że Bytom, niegdyś skupiony wyłącznie wokół Ringu i ulicy Krakowskiej, zaczął gwałtownie „przesuwać się” w stronę zachodnią.

Ring przestał być jedynym punktem odniesienia. Zaczął brutalnie rywalizować z nowoczesną osią komunikacyjną, którą tworzył ciąg: Gleiwitzerstraße (Gliwicka) – Bulwar (dzisiejszy rejon pl. Kościuszki) – Bahnhofstraße (dzisiejsza Dworcowa). To właśnie tam, w drodze ku dworcowi kolejowemu, wznoszono najelegantsze obiekty (jak słynny Hotel Sanssouci) oraz gmachy użyteczności publicznej. Ten „ciąg na zachód” wymusił na właścicielach kamienic przy Rynku radykalne zmiany – to wtedy przebudowywano partery na najnowocześniejsze witryny, by zatrzymać uciekającego klienta.

Rozrywka klasy średniej: Gdy jedni handlowali, inni szukali wytchnienia. Z tego samego numeru dowiadujemy się, że bytomskie Kaiserpanorama zapraszało na Rynku na stereoskopową (ówczesne 3D!) podróż do Florencji. Tak oto na bytomskim bruku wielki świat spotykał się z lokalnymi ambicjami.

Grudzień 1924: Rynek u szczytu potęgi

Rywalizacja z zachodnimi ulicami nie zabiła Rynku – wręcz przeciwnie, zahartowała go. Zaglądając do numeru „Ostdeutsche Morgenpost” z 12 grudnia 1924 roku, widzimy miasto w pełnym biegu. Rynek nie jest już cichym placem z rycin Stodolki. To pulsujące serce komunikacyjne całego regionu – przez środek Ringu, niemal pod oknami gabinetu nadburmistrza Brüninga, przejeżdżają nowoczesne tramwaje, łączące miasto z Gliwicami, Zabrzem czy Królewską Hutą.

Prasa z tego okresu donosi o przedświątecznej gorączce w domach towarowych Guttmanna i Reicha. To właśnie w latach 20. „scena miasta” osiąga swoje apogeum. Neorenesansowy ratusz Jackischa staje się paradoksalnie… za mały! Rozrośnięta administracja miejska zaczyna przejmować kolejne pomieszczenia w sąsiednich kamienicach, pękając w szwach. Bytom z 1924 roku to miasto pewne siebie, w którym luksusowe witryny przyciągają klientów z najdalszych zakątków Górnego Śląska.

Z perspektywy wieży: Bytom u progu 700-lecia (1930)

Prawdziwym podsumowaniem transformacji Rynku stał się rok 1930, kiedy to Bytom hucznie świętował swoje 700-lecie. Specjalne wydanie czasopisma „Der Oberschlesier” z maja 1930 roku to manifest bytomskiej dumy. Ówcześni historycy z zachwytem opisywali transformację Rynku, podkreślając, że „uwolnienie” placu od starej zabudowy (dokonane ponad pół wieku wcześniej) było najważniejszą decyzją urbanistyczną, która pozwoliła Bytomiowi przestać być wioską, a stać się potężną stolicą przemysłu.

W lipcowym wydaniu „Oberschlesien im Bild” (nr 28) możemy spojrzeć na to miasto dokładnie tak, jak widzieli go urzędnicy – prosto z wieżyczki Nowego Ratusza. To fascynujący obraz pełen brutalnych kontrastów. Z jednej strony w oddali majaczyły dymiące kominy zakładów Bleischarley, z drugiej – tuż obok tętniącego przemysłem placu – wznosiła się wiekowa sylwetka najstarszego symbolu miasta (którego początki sięgają XIII wieku).

„Symbol Bytomia, równie piękny co okazały Kościół Mariacki, położony nieco na uboczu Ringu […] Bez wątpienia cała budowla wznosi się na fundamentach, które położono już 700 lat temu” – notował z zachwytem dziennikarz, patrząc w dół z ratuszowego balkonu.

Autorzy z 1930 roku nie ukrywali, że Bytom to „miasto pracy”, a Rynek często bywał spowity wieczną mgłą i dymem. Jednak to właśnie ta przemysłowa energia pozwoliła miastu urosnąć z małej, liczącej 1700 dusz osady w stutysięczną, tętniącą życiem metropolię. Rynek, który przetrwał wyburzenia, tramwaje i ucieczkę luksusu, trwał niezmiennie jako najważniejsza scena w dziejach miasta.

Poznaj dawny Bytom i jego bohaterów:

Ten artykuł to tylko część wielkiej układanki. Odkryj więcej historii z tamtej epoki:

Nadburmistrz Georg Brüning Architekt Paul Jackisch Kościół Mariacki w Bytomiu Dawne Ulice Bytomia

Bibliografia i źródła

Kroniki i Opracowania:

  • Franz Stodolka, Deutsches Schicksal der Stadt Beuthen in Oberschlesien (rozdziały XVII i XXIII).
  • Franz Gramer, Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien, Beuthen 1863.
  • Richard Kühnau i in., Schlesien: Wanderungen im oberschlesischen Industriebezirk und im Stromgebiet der Oder (Land und Leute, Mundart und Gebräuche).
  • Plan miasta Beuthen O.-S., ok. 1860 r. oraz plan z lat 1890–1900.

Archiwalna Prasa i Multimedia:

  • „Der Oberschlesische Wanderer”, Jg. 81, nr 235, 10 października 1908 r. (Der rätselhafte Zug nach dem Westen).
  • „Ostdeutsche Morgenpost”, wydanie z 12 grudnia 1924 r.
  • „Der Oberschlesier”, zeszyt nr 5 z maja 1930 r. (Wydanie specjalne z okazji 700-lecia miasta).
  • „Oberschlesien im Bild”, nr 28, 11 lipca 1930 r., s. 1-4 (Ein Rundblick über Beuthen).
  • Muzeum Haus (muzeum.haus.pl), wystawa: „Złoty wiek miasta Bytomia 1800-1940”.

* Artykuł opiera się na obszernej kwerendzie tekstów źródłowych, od wielkich kronik miejskich po dawną prasę codzienną, oddającą unikalny rytm dawnego Bytomia.

0
0

Read more

Satyryczny herb i kolaż historyczny rodu Flaczek z Bytomia. Grafika w stylu barokowym przedstawia kluski śląskie, kopalnie, kradziony rower, emigrację do USA oraz przodków z Rozbarku i Szombierek.

Bytomskie „pierścienie wła… sadzy”, czyli 300 lat sagi rodu Flaczek z przymrużeniem oka!

NIE MASZ CZASU CZYTAĆ? ODPAL - AUDIOBOOKA! 🎧

Saga Rodu Flaczków – Pierścienie Wła… Sadzy

Bytomskie „pierścienie wła… sadzy”, czyli 300 lat sagi rodu Flaczek z przymrużeniem oka!

Myślicie, że genealogia to tylko nudne daty i zakurzone księgi? Błąd. Oto krótki przelot przez 300 lat historii mojego rodu. I uprzedzam – to nie jest grzeczna opowieść o ludziach, którzy przez trzy wieki tylko sadzili rzepę i klepali zdrowaśki. To saga o tym, jak twardym trzeba było być, żeby przetrwać na Śląsku!

Rozdział I: Andrzej „Twarda Ręka” Flaczek (rok 1671)

Cofnijmy się do czasów, gdy Rozbark był niewielką wsią, a prawo egzekwowało się szybko i zazwyczaj boleśnie. Jest rok 1671. Nasz przodek, Andrzej Flaczek, to szanowany obywatel. Ale życie na wsi to nie sielanka z „Pana Tadeusza”.

Wójt Bytomia, Andrzej Zaster, ma pełne ręce roboty. Musi spisać protokół oględzin niejakiego Jakuba Dlugwy. Powód? Nasz Andrzej postanowił własnoręcznie skorygować sąsiadowi przegrodę nosową (zastosował tzw. „masaż Kobido” w wersji pierwotnej – z użyciem pięści).

📜 ARCHIWUM PAŃSTWOWE:

„1671, 20 VI, Bytom: Andrzej (Andris) Zaster, wójt bytomski, Mateusz, Grzegorz i Jan (Jon) Ogon przysięgli, opisują rany odniesione przez Jakuba Dlugwę, który przybył ze skargą w dniu 27 V na Andrzeja (Jędrzeja) Flacka z Rozbarku z powodu pobicia za to, iż jego koń przeszedł miedzę”

Humorystyczna ilustracja bójki Andrzeja Flaczka z sąsiadem o miedzę
Rok 1671. Koń przeszedł miedzę, sąsiad dostał w nos. Tak się rozwiązywało spory w dawnym Bytomiu.

O co poszło? O to, co na wsi święte: o miedzę i konia, który poszedł tam, gdzie nie powinien. Wniosek? Z Flaczkami się nie dyskutowało.

Rozdział II: Celebryci z sąsiedztwa

Pomijając te westernowe pojedynki… Flaczkowie wiedzieli, z kim się zadawać. Ich sąsiadami i bliskimi znajomymi byli państwo Gorczyccy – Adam i Anna. Posiadacze folwarku, czyli lokalne „grube ryby”.

Tak, to rodzice TEGO Grzegorza Gerwazego Gorczyckiego, słynnego kompozytora baroku.

Barokowa uczta rodziny Flaczek z rodzicami kompozytora
Kiedy twoimi sąsiadami są rodzice „polskiego Händla”, niedzielny obiad nabiera światowego smaku.

Wyobraźcie to sobie: kiedy Wiedeń czy Kraków zachwycały się muzyką „polskiego Händla”, na Rozbarku moi przodkowie wpadali do jego staruszków na niedzielny obiad (rolada, kluski i modro kapusta były opcjonalne, ale klimat na pewno był światowy). Tak się budowało zasięgi w XVII wieku!

Rozdział III: Nazwisko w leasingu, czyli afera Rybałtów

W XVIII wieku robi się ciekawiej. Nastał czas totalnego chaosu w papierach. Przez 100 lat urzędnicy mieli migrenę, pisząc „Flaczek alias Rybałt”. Dlaczego?

Bo Andrzej Junior ożenił się z Marianną Brzyszczyk. Panna miała posag – fajną działkę na „Adamcowej Górze”. Był jednak haczyk: teść używał nazwiska Rybałt.

📜 Z KSIĄG PARAFIALNYCH (1698–1707):

„Labor Simone Brzyszczyk, vulgo Rybatt”
(Pracowity Szymon Brzyszczyk, powszechnie zwany Rybałt)


„…in Monte Sintali, vulgo nunc Adamcowa Gora”
(…na Górze Sintali, powszechnie teraz zwanej Adamcowa Góra)

Urzędnik denerwuje się zmianą nazwiska Flaczek na Rybałt
Pruski porządek kontra śląski pragmatyzm. Urzędnik miał migrenę, ale ziemia była nasza.

Na Śląsku zasada była prosta: ziemia jest ważniejsza niż ego. Jak przejmujesz grunt, to bierzesz też nazwisko poprzednika, żeby się w papierach zgadzało. I tak przez wiek byliśmy trochę Flaczkami, a trochę Rybałtami. Genealogiczna schizofrenia? Nie, po prostu pruski porządek i śląski pragmatyzm.

Rozdział IV: Bartłomiej – Prezes Zarządu Domowego

Potem na scenę wchodzi on, cały na biało – Bartłomiej Flaczek (połowa XVIII wieku). Prawdziwy wizjoner. Zamiast płacić obcym parobkom, postawił na… produkcję własną. Mając dwunastkę dzieci (czasy bez 500+, przypominam!), stworzył samowystarczalne przedsiębiorstwo, w którym „dział kadr” mieścił się w kołysce.

Bartłomiej Flaczek jako bogaty gospodarz
Drużyna piłkarska dzieci i widły jako berło władzy. Prezes Bartłomiej wiedział, jak żyć.

To za jego rządów Flaczkowie przenieśli się na Żabiniec i zaczęli kumać z miejską elitą. Biedni chłopi? Zapomnijcie. To była farmerska arystokracja. Tak ustawił interesy rodzinne, że jego wnuk Józef miał już własną służbę.

Rozdział V: Kuzyni w Sutannach (Towar eksportowy)

Mieliśmy też mocną reprezentację w kościele. Po pierwsze: kuzyn Bernard Purkop. Proboszcz w Piekarach i budowniczy tamtejszej Kalwarii. Ten to wkurzał Prusaków aż miło, zakładając polskie kółka w samym środku kulturkampfu.

Ks. Bernard Purkop walczy z pruskim urzędnikiem
Ks. Bernard Purkop. Budował Kalwarię i wybijał Prusakom germanizację z głowy.

Po drugie: Tomasz Flaczek. Też nasz chłopak, który poleciał aż do Buffalo w USA, żeby tam ogarniać parafię i budować „małą Polskę” za oceanem.

Ksiądz Tomasz Flaczek emigruje do USA ze stertą skrzyń To Buffalo
Globalna ekspansja rodu. Ks. Tomasz Flaczek zabiera śląską pobożność (i walizki) do Ameryki.

Jak widać – Flaczkowie działali globalnie.

Rozdział VI: Szymon – Sołtys, który oszukał przeznaczenie

Przeskakujemy do XIX wieku. Szymon Flaczek (ur. 1826) stwierdził, że Rozbark jest passe i przeniósł się do Szombierek. Został tam sołtysem i spłodził 12 dzieci (niestety, śmiertelność była wtedy okrutna). Ale największą walkę stoczył w 1854 roku.

Sołtys Szymon Flaczek oszukuje Śmierć
Rok 1854. Śmierć szuka Szymona na liście, a on zasłania się projektem kaplicy. Szach-mat!

Wybucha epidemia cholery. Śmierć kosi równo – umiera 1/3 mieszkańców Szombierek. Szymon i jego najbliżsi cudem wychodzą z tego cało. Co robi człowiek, który wygrał życie na loterii? Buduje pomnik! Szymon ufundował kaplicę wotywną, która stoi w Szombierkach do dziś. To się nazywa wdzięczność z rozmachem.

Rozdział VII: Wincenty – ten, co się kulom nie kłaniał (ale rower stracił)

Na koniec mój pradziadek, Wincenty Flaczek. Człowiek z życiorysem na film akcji: Powstaniec Śląski, który walczył o Górę św. Anny, robił propagandę plebiscytową w hotelu Lomnitz, siedział w niemieckim areszcie za „zdradę stanu”. W II RP dumnie nosił mundur Straży Granicznej.

Wincenty Flaczek wściekły z powodu kradzieży roweru
Bohater wojenny pokonany przez złodzieja rowerów. Wincenty i jego (była) maszyna za 130 złotych.

Wydawałoby się – człowiek ze stali. A jednak życie potrafi być złośliwe. W 1937 roku gazeta Kattowitzer Zeitung doniosła o zuchwałej kradzieży. Z korytarza urzędu celnego na Goduli ktoś ukradł Wincentemu… rower. I to nie byle jakiego grata, ale maszynę wartą 130 ówczesnych złotych!

Złodzieja pewnie nie złapano, ale przynajmniej Wincenty trafił do prasy.

Podsumowanie

Historia Flaczków to kwintesencja śląskiego losu. Twarde życie, czasem zabawne, czasem tragiczne, ale zawsze „na swoim”.

100%
Śląsk
4
0

Read more