2026-10-06
Günther Jendryschik – „Schamberger Wörterbogen”. Dzieciństwo na pograniczu i język przedwojennych Szombierek
Wodzonka, Haschok, Maschlonka, Utopletz, Boikes. Na pierwszy rzut oka te słowa z zapisku dawnego mieszkańca Szombierek mogą wyglądać obco. Wystarczy jednak odczytać je zgodnie ze śląskim brzmieniem, by zza niemieckiej pisowni wyłoniły się dobrze znane: wodzionka, hasiok, maślonka, utoplec i bojki. I od razu robi się znajomiej.
Autorem tego osobliwego słowniczka był Günther Jendryschik (1925–1995), rodowity „Szombierkorz”. W listopadzie 1987 roku na łamach „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt” opublikował tekst pod żartobliwym tytułem „Schamberger Wörterbogen” (szombierski słowniczek).
Jendryschik nie próbował tworzyć naukowego słownika. Spisywał język własnego dzieciństwa, zapamiętany po kilkudziesięciu latach. I był to język miejsca rzeczywiście dwujęzycznego. Już w 1975 roku, wspominając razem z Siegfriedem Kowollikiem szkolne lata, pisał o Schombergu jako o „Zweisprachengebiet” – obszarze dwujęzycznym – i zaznaczał, że poza szkołą bardzo dużo mówiło się po polsku.
Język dawnych Szombierek wymykał się sztywnym, podręcznikowym podziałom. Lokalne słownictwo naturalnie mieszało się z niemieckim, a śląski rdzeń bez problemu przyjmował obcą końcówkę. Dobrym przykładem są tutejsze bojki, czyli opowieści i gawędy, które Jendryschik zapisał jako „boikes”.
Spis treści
Podwórko, dom i dzieciństwo
Podobny świat codziennych Szombierek, tylko uchwycony kilka lat wcześniej, opisywałem już w artykule „Szombierki 1927. Jeden dzień z życia”.
Na podwórku znajdował się hasiok, a czasem także gnojowisko. Jak wspomina Jendryschik, smrodu przy tym nie brakowało. W mieszkaniach podłogi przecierało się szmatą, a do ciasta służyła nudelkula. Wiele domowych czynności wykonywało się na ryczce, która w dziecięcej wyobraźni i miejscowych żartach potrafiła służyć za środek transportu do dalekich podróży – co najwyżej z ryczką pod łóżko, bo większość mieszkańców i tak nigdzie dalej nie wyjeżdżała.
Po domu chodziło się w papuciach lub laćkach, a najmłodsze dzieci biegały w tak krótkich koszulach, że bez trudu można było im zobaczyć pępek. O dyscyplinę dbali rodzice: ojcowie zazwyczaj sięgali po pas, natomiast matki wymierzały sprawiedliwość domowym papuciem. Chłopców, których roznosiła energia, nazywano szusami. Z czasem z takiego małego hopka wyrastał starszy gupielok albo chachar, który razem z innymi chacharami spędzał czas na ulicy. Mała dziewczynka była po prostu dziewką, czasem pieszczotliwie nazywaną kocikiem, zanim dorosła i stawała się dziewą. Jeśli w domu rano rozlegał się płacz niemowlęcia, nazywano je budzikiem.
Szychta i niedzielny strój
Dla ojców rodzin rytm dnia wyznaczała szychta na kopalni. Ojcowie nosili zazwyczaj wąsy, a brodę golili brzytwą. Kiedy szli do pracy zimą, zakładali na głowę baranienkę, a na ramieniu wieszali górniczą torbę. W środku musiała znaleźć się sznita chleba ze szpyrką, a często również plaskówka, czyli płaska butelka. Przerwy w pracy umilał tytoń – starsi palili w fajkach prasówkę, podczas gdy młodsi woleli na szybko zrobić skręta. Elegancja była zarezerwowana na niedzielę. Wtedy ojcowie wyciągali szlips, przypinali do koszuli kraglik, a dziadkowie zakładali odświętne gorsy, pamiętane przez Jendryschika jako Vorhengla, i w takim rynsztunku szli do kościoła. Kobiety w starszym wieku nosiły tradycyjnie zawiązaną chustkę, a młodsze zakładały kiecki i spodnice.
Smaki dawnego Schombergu
Jendryschik w swoim słowniczku przywołuje wiele nazw potraw, które gościły na stołach. Wspomina wodzionkę, ścierkę, smażonkę, karminadle, krupnioki, żymloki, hekerle, placki, maślonkę, kluski, modrą kapustę, królika, makówki, moczkę, pierniki i kakauszale. Wymienia również kupowanie świeżych krupnioków i żymloków u Dingetala w Bytomiu – tak nazwisko zapamiętał autor. Źródła bytomskie rzeczywiście notują w tym czasie nazwisko Dingethal, także w środowisku rzeźniczym.
Dominium i dziecięce wyprawy
Przy opisach jedzenia autor używa w jednym miejscu prostego słowa: bieda. To ona wymuszała oszczędność i zaradność. W piątki dzieci maszerowały do mleczarni w dominium po maślonkę. Na wielkie pola majątku wyprawiano się też po mlecze dla królików. Wymagało to odpowiedniego refleksu i odwagi, bo na horyzoncie zawsze mógł pojawić się konny nadzorca Pitarek. Wtedy najważniejsze było to, by zdążyć uciec do płotu, zanim jeździec zdołał dogonić intruzów.
Jendryschik wspomina, że zimą się kaschelowało. To śląsko-niemiecki czasownik oznaczający ślizganie się po lodzie. Jeśli brakowało sprzętu, dzieci używały klepek ze starej beczki jako nart. Dziś w okolicach Bytomia podobną sytuację opisalibyśmy zapewne słowem klojznąć lub klojzdnąć, choć słowa te niekoniecznie mają wspólną etymologię.
Miejsca i ludzie
Topografia przedwojennych Szombierek opierała się na sieci miejsc i ludzi, do których po prostu się chodziło. Znajomi spotykali się przy figurze Panienki albo obok transformatora przy domu doktora Scholza. Po świeże bułki szło się do Bursiga albo Mazkowskiego. Mięso i kiełbasy kupowano u Kowollika, a na piwo ojcowie chętnie zachodzili do gospody Schyski albo Bialasa. U Pokladnika można było kupić pastylki z salmiaku prosto przez kuchenne okno, a po wyjściu z kościoła kupowano kokosflocken u Kostona. Jendryschik przywołuje też ludzi zapamiętanych z ulicy: grubą Walterkę, starego Kotzybika, małego Kapelonka, nauczyciela Bautka oraz kontrolera mięsa Wenzela.
Bojki przy żeleźnioku
Długie, zimowe wieczory spędzano zazwyczaj przy ciepłym żeleźnioku. Gdy w domach zapalano karbidkę, dorośli zaczynali snuć bojki. W tych miejscowych gawędach pojawiał się utoplec i zmora. W opowieściach powracał także Skarbnik, dobrze znany z górniczego folkloru. Największe wrażenie robiła jednak lokalna bojka o starym Karolu Goduli. Zgodnie z nią, potężny przemysłowiec miał nocami przejeżdżać swoim powozem przez puste ulice Szombierek, a ciągnące go konie miały mieć buchające płomienie zamiast głów.
Rok obyczajów
Rytm roku wyznaczały stałe obyczaje. W okolicach Nowego Roku po domach chodziła kolęda, a w święto Trzech Króli dzieci wędrowały w przebraniach ze śpiewem. Lany Poniedziałek bywał na tyle intensywny, że dziewczyny musiały wyżymać mokre kiecki i spodnice po kilka razy dziennie. Latem, przy okazji ognisk świętojańskich, na boisku sportowym pojawiało się wesołe miasteczko. Działała tam mała dziecięca karuzela, wprawiana w ruch siłą mięśni starszych chłopaków. Zasada była prosta i uczciwa: „dreimal drücken – einmal fahren”, czyli trzy razy pchasz, raz jedziesz. Jesienią puszczano własnoręcznie zrobione latawce i pieczono ziemniaki w ogniskach, a we Wszystkich Świętych znów trzeba było uważać na palce przy zapalaniu cmentarnych świec.
Dla górników wielkim dniem była Barbórka, która oznaczała darmowe piwo i kiełbasę. Jendryschik dodaje z humorem, że na ulicach nie brakowało potem pijanych. Na początku grudnia w oknie wystawowym u Zai przy Wilhelmstraße pojawiały się maski Mikołaja. Dzieci stawały wtedy przed szybkim rachunkiem sumienia, wiedząc, że pełna torba prezentów to zdecydowanie lepsza opcja niż wizyta Knechta Ruprechta, albo straszącego dzieci Dzioboka.
Od „Wörterbogen” do „Schomberger Lexikon”
Jendryschik odczytał swój „Schamberger Wörterbogen” podczas jubileuszu 1. Handharmonika-Club 1937 Schomberg w Laubach. Według noty w „Heimatblatcie” tekst wywołał wśród dawnych mieszkańców dużą wesołość i żywiołowy aplauz. Na tym pomysł się nie kończył. Siegfried Kowollik poprosił czytelników o nadsyłanie kolejnych „Schomberger Ausdrücke”. Jeśli materiału zebrałoby się wystarczająco dużo, planował nawet stworzyć „Schomberger Lexikon”.
Do wydania pełnego słownika prawdopodobnie nigdy nie doszło. Zostały jednak te dwie strony Jendryschika – i zaskakująco dużo słów, które po tylu latach nadal brzmią w Bytomiu i Szombierkach całkiem znajomo.
Źródła i bibliografia
Źródło główne
Źródła podstawowe i kontekstowe
- Günther Jendryschik, Siegfried Kowollik, „Ein Schomberger Lehrer feiert seinen 80. Geburtstag!”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 2, luty 1975, s. 15–16.
- Günther Jendryschik, „Zirkus Belli in Schomberg”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 5, maj 1978, s. 29–30.
- Siegfried Kowollik, „Der Arbeitskreis «Schomberger Heimatgeschichte»”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 4, kwiecień 1979, s. 32–33.
- Günther Jendryschik, „Das Schrammelorchester in Schomberg”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 6, czerwiec 1979.
- Siegfried Kowollik, „Schomberger Bilderbogen”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 11, listopad 1979, s. 31–33.
- „Schomberger Schul- und Harmonikafreunde in Bad Godesberg”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 7/8, lipiec–sierpień 1981, s. 30–33.
- Siegfried Kowollik, „Glanzvolle Jubiläumsfeier des 1. Handharmonika-Clubs 1937 Schomberg”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 11, listopad 1987, s. 26–30.
- „Drei Schomberger Harmonikafreunde”, „Gleiwitzer–Beuthener–Tarnowitzer Heimatblatt”, nr 11, listopad 1990.
- FamilySearch Family Tree, profil: Guenther Jendryschik (1925–1995), ID M819-Y8S.

































