Skip to contentSkip to main navigationSkip to footer

Category

Ślōnsko Godka

Artystyczna kompozycja starodawnych dokumentów z pismem gotyckim i kursywą, połączonych złotym szwem na tle sylwetki rzeki Odry i kominów Górnego Śląska.

Kod Przetrwania cz. II: Między Bełkotem a Mową Królów. Walka o Ponaschemu

Kod Przetrwania

Część II: Między zepsutym bełkotem a polszczyzną królów. Jak Ślązacy walczyli o Ponaschemu

🔍 Kontekst Źródłowy: Perspektywa Polska

Uwaga Czytelniku: Niniejszy artykuł jest lustrzanym odbiciem Części I. Został napisany wyłącznie na podstawie polskojęzycznej prasy patriotycznej (m.in. „Katolik”, „Gazeta Robotnicza”) i badań polskich językoznawców. Przedstawia on narrację, w której mowa śląska była bastionem polskości walczącym z germanizacją. Aby zrozumieć, jak ten sam język widzieli Niemcy (jako „mowę szyprową”), koniecznie przeczytaj Część I: Perspektywa Niemiecka.

Niemiecka prasa pisała o nim z pogardą: mowa pijacka, złodziejski bełkot, język Hotentotów. Z kolei polscy działacze widzieli w nim oazę czystej słowiańszczyzny, sięgającą czasów króla Zygmunta. Język śląski – Ponaschemu – stał się głównym polem bitwy między dwiema narodowymi potęgami. Zanim na Śląsk wjechały czołgi, najpierw strzelano tu słowami.

Wyobraźmy sobie pruski parlament w 1884 roku. Na mównicę wychodzi poseł Franciszek Letocha. Zamiast pochylić głowę przed potęgą kanclerza Bismarcka, patrzy w oczy niemieckim elitom i rzuca wyzwanie państwowemu walcowi germanizacyjnemu. Oświadcza stanowczo: „Mowa moja ojczysta jest ta, którą nazywają wasserpolnisch. Jestem z niej dumny”.

Poseł Franciszek Letocha przemawiający z mównicy do pruskich elit politycznych w obronie języka śląskiego.
„Mowa moja ojczysta jest ta, którą nazywają wasserpolnisch. Jestem z niej dumny” – poseł Letocha w 1884 roku.

Ten jeden krótki cytat streszcza cały bunt ludu górnośląskiego przeciwko machinie, która próbowała odebrać mu godność. W pierwszej części naszego cyklu pokazaliśmy, jak strona niemiecka patrzyła na zjawisko wasserpolnisch. Dziś odwracamy wektor. Spoglądamy na archiwalia z drugiej strony barykady – by zrozumieć, jak polscy obrońcy, dziennikarze i sami Ślązacy z determinacją udowadniali światu, że ich mowa to nie jest rynsztokowy dialekt, lecz rdzenny, historyczny skarb.

Słownik Lżenia: Jak z flisaków zrobiono złodziei

Zanim język ten stał się obiektem politycznej nienawiści, jego nazwa miała zupełnie neutralny charakter. Najstarsze odnotowane użycie terminu wasserpolnisch (w formie Aquatico-polonica) pochodzi z 1705 roku z dysertacji Christiana Meisnera wygłoszonej w Wittenberdze. Zjawisko to pierwotnie dotyczyło po prostu flisaków operujących na rzece Odrze na linii Racibórz – Stare Siołkowice. Mieszczanie wrocławscy nazywali ich „Wasserpolakami”, aby odróżnić ich od Polaków przybywających do miasta drogą lądową z Poznania czy Galicji.

Kiedy więc wasserpolnisch stał się obelgą? Według śledztwa dziennikarskiego „Gazety Robotniczej” z 1897 roku, negatywny wydźwięk pojawił się po wojnie siedmioletniej. Wtedy to zorganizowane bandy rabusiów grasujące nad Odrą i Prosną celowo zrzucały winę za swoje zbrodnie na flisaków. To doprowadziło do niesprawiedliwej stygmatyzacji całego zawodu.

Z biegiem lat i postępów germanizacji, machina propagandowa państwa pruskiego wykreowała istny „słownik lżenia”. Niemiecka prasa i politycy prześcigali się w wymyślaniu inwektyw. Śląską mowę nazywano Schnapspolnisch (mowa pijacka), Diebessprache (mowa złodziejska), Morsche Sprache (zbutwiała mowa) i Hotentotensprache. Poseł Schellwitz naigrywał się, że to „mowa egipska”, zaś niejaki pan Selchow w 1883 roku posunął się do skrajnego absurdu, twierdząc, że dialekt jest „złodziejskim adestem” i z natury wyzwala w ludziach skłonności do kradzieży.

Obrona Twierdzy: „Polszczyzna Zygmuntowska” i Teoria Warsztatowa

Na ten rynsztokowy atak strona polska odpowiedziała ciężką artylerią naukową i logiczną. Obrońcy tacy jak Karol Miarka dowodzili, że wasserpolnisch to w istocie relikt „polszczyzny zygmuntowskiej”. Miarka nie tylko bronił gwary, ale bezlitośnie dekonstruował błędy niemieckich germanizatorów, wyśmiewając ich sztuczną wymowę – np. mówienie „stercalka” zamiast strzałki, czy „brrcina” zamiast brzeziny.

Często zarzucano Ślązakom, że ich język jest zanieczyszczony niemieckimi słowami. Odpowiedź przyniósł „Katolik” w 1892 roku, forsując tzw. „Teorię Warsztatową”. Udowadniano w niej, że mowa ta pozostaje czystą polszczyzną, a to jedynie twarde warunki industrialnej rzeczywistości wymusiły na rzemieślnikach i robotnikach wplatanie niemieckich słów technicznych prosto z fabryk i warsztatów (jak felezunek czy hajer).
Dłonie robotnika trzymające stalowe narzędzie z wplecionym delikatnym słowiańskim wzorem, w tle industrialne koła zębate.
To nie zepsucie języka, lecz brutalna rzeczywistość śląskich fabryk wymusiła wplatanie niemieckich słów technicznych.

Do debaty włączyli się najwięksi uczeni. Prof. Kazimierz Nitsch naukowo obalił tezy o rzekomej „niezrozumiałości” mowy śląskiej dla reszty Polaków, a prof. Stanisław Rospond w swoich powojennych badaniach potwierdzał jej słowiański rdzeń.

Międzynarodowe Testy Zrozumiałości. Od Galicji po Paryż

Pruska propaganda uwielbiała powtarzać, że wasserpolnisch to bełkot, którego nikt poza Śląskiem nie zrozumie. Polacy obalili ten mit w serii niesamowitych, historycznych „testów”:

  • Test Krakowski (1890): Zorganizowano masowe pielgrzymki z Górnego Śląska do Galicji. Gdy śląscy pątnicy dotarli do grodu Kraka, ku zdumieniu pruskich sceptyków, dogadywali się z tamtejszymi polskimi elitami bez najmniejszego problemu. Mit bełkotu z nad Odry runął.
  • Anegdota z berlińskiego sądu (Test Monachijski): Polacy genialnie wypunktowali niemiecką hipokryzję podczas słynnego procesu księcia Eulenburga. Okazało się, że kluczowy świadek, rodowity Bawarczyk nazwiskiem Ernst, mówił tak niezrozumiałym dialektem, że w berlińskim sądzie potrzebował… tłumacza. Polska prasa natychmiast to podchwyciła: Skoro wasz, niemiecki dialekt jest niezrozumiały w stolicy, to jakim prawem szydzicie z naszej śląskiej gwary?
  • Test „Poilu” (1920): Prawdziwy cios dla niemieckiej narracji nadszedł po I wojnie światowej. Francuscy żołnierze (tzw. Poilu) stacjonujący na Śląsku, potrafiący mówić w literackim języku polskim, bez problemu porozumiewali się z miejscowymi powstańcami w ich gwarze. Skoro Francuz rozumiał Ślązaka po polsku, niemieckie tezy o „oddzielnym, nieszczęsnym języku” stały się bezwartościowe.
Francuski żołnierz z I wojny światowej pije kawę i rozmawia ze śląskim powstańcem na ławce.
Francuscy żołnierze bez problemu dogadywali się ze Ślązakami. Mit pruskiej propagandy o „niezrozumiałym bełkocie” ostatecznie runął.

System Opresji. Kiedy szkoła staje się więzieniem

Walka o język nie toczyła się tylko w gazetach. Władze Prus wykorzystywały termin wasserpolnisch jako cyniczne narzędzie prawne do wynaradawiania. W 1851 roku z administracji wykluczono „słowiańskie narzecza” na mocy reskryptu Rozkosnego. Później, w 1875 roku, austriacki minister Glaser użył przewrotnego argumentu: stwierdził, że skoro lud mówi „narzeczem polsko-niemieckiem, t. zw. Wasserpolnisch”, to państwo jest prawnie zwolnione z obowiązku nauczania dzieci po polsku. Z kolei pruski minister von der Recke w 1897 r. twierdził, że używanie literackiej polszczyzny przez Ślązaków to po prostu „agitacja wielkopolska”.

Surowy pruski nauczyciel odbierający monetę od zastraszonego śląskiego chłopca w klasie.
5 fenigów za słowo – tak w pruskiej szkole wyceniano ojczystą mowę i karano śląskie dzieci.

Pruska szkoła tamtego okresu opisywana była w prasie wprost jako „więzienie”. System opierał się na brutalnej korupcji i przemocy…

Pruska szkoła tamtego okresu opisywana była w prasie wprost jako „więzienie”. System opierał się na brutalnej korupcji i przemocy. Rząd stworzył potężny fundusz 200 000 marek na nagrody dla nauczycieli w rejencji opolskiej za skuteczne rugowanie polszczyzny. Wyhodowało to rzesze gorliwców (tzw. „sztreberów”), a dzieci na Górnym Śląsku były brutalnie bite za powiedzenie choćby słowa po polsku w drodze na lekcje. Obliczono, że przeciętne śląskie dziecko spędzało w systemie szkolnym około 9360 godzin, będąc w tym czasie całkowicie odciętym od nauki języka matki.

Germanizacja wkroczyła z buciorami także w sferę sacrum. We wrześniu 1872 r. rejencja opolska wydała rozkaz rugowania polskiego z nauki religii. Dzieciom prano mózgi przy użyciu „teologii germanizacyjnej”, wmawiając, że „modlitwa niemiecka prędzej do nieba trafi”. W 1911 roku w Zabrzu posunięto się do skrajnej inżynierii społecznej: księża z partii Centrum celowo używali niemieckich nazw ulic (np. Friedrichstrasse) podczas polskich ogłoszeń parafialnych, tylko po to, by powoli przyzwyczajać uszy wiernych do brzmienia niemczyzny.

Opresja była też ekonomiczna. Kopalnia „Kleofas” nałożyła drakońską karę 2 marek za mówienie po polsku w pracy, a Huta Królewska podniosła stawkę aż do 5 marek. Niemiecki dozór w kopalniach regularnie poniżał robotników wyzwiskami takimi jak „polskie chachary” czy „zgniluchy”. Jeśli urzędnik państwowy choćby prywatnie odezwał się po polsku, groziło mu zwolnienie z posady. Postawę państwa najdobitniej podsumował pruski minister Hammerstein, mówiąc: „my rozkazujemy, a wy macie słuchać”.

Psychologia Wstydu i Górniczy Bunt

Najgorszym efektem tej machiny było zasianie w Ślązakach wirusa wstydu. Gwałtowna industrializacja budowała w autochtonach poczucie niższości. Poeta Jan Kubisz w dramatyczny sposób opisał rozterki studenta, który po wyjeździe do miasta zaczął wstydzić się własnego ojca, używającego tej „lichej” domowej mowy. Presja awansu społecznego sprawiała, że w 1891 r. niemczyzna wygrywała z polskością obietnicą lepszych ubrań i prestiżu. W 1914 roku na Śląsku wybuchła nawet specyficzna choroba społeczna, nazwana „Cudzobiesie” – była to gorączkowa moda śląskiej młodzieży na sztuczne wplatanie germanizmów do każdego zdania, byle tylko wydać się „lepszym” w oczach rówieśników.

Rozdwojona scena: na pierwszym planie elegancki młody mężczyzna z niemiecką gazetą, w tle starszy Ślązak w tradycyjnym stroju.
„Cudzobiesie”: wirus wstydu, który kazał śląskiej młodzieży odcinać się od domowych korzeni w pogoni za awansem i prestiżem.

Mimo to, górnośląski lud potrafił się bronić. Bierny opór robotników manifestował się w zakładach pracy jedną, uniwersalną odzywką rzucaną w twarz nadzorcom: „Nix deitsch”.

Do legendy przeszedł incydent w Laurahucie z 1896 roku. Na zjeździe nauczycieli niejaki Grosser z Brzezinki cynicznie prorokował ostateczny zanik polszczyzny. Słuchający tego ksiądz Świder nie wytrzymał nerwowo. Wstał i na całą salę wykrzyczał: „Wasserpolskiej mowy nie ma!”. Za obronę honoru śląskiego języka natychmiast wyrzucono go z sali obrad.

Cynizm Polityków i „Wurszty” przed Wyborami

Gdy zbliżały się wybory lub zmieniała się koniunktura polityczna, niemiecka pogarda dla Ślązaków nagle zmieniała się w cyniczny oportunizm. Lewicowy polityk Otto Hoersing twierdził na przykład, że skoro Ślązak mówi tylko w wasserpolnisch, to… trzeba po prostu uczyć go socjalizmu po niemiecku.

Z kolei kandydaci z niemieckiej partii Centrum w Koźlu w 1912 roku, czując oddech polskich przeciwników na plecach, uciekli się do żenującego teatru. Przed wyborami zaczęli celowo nasycać swoje przemówienia gwarą i germanizmami, krzycząc z mównic o „wursztach”, „galotach” i „kapudrokach”, byle tylko udawać przed śląskim ludem „swojaków”.

Szczytem obłudy był jednak tzw. Zwrot Genewski po plebiscycie w 1922 roku. Ci sami Niemcy, którzy dekadę wcześniej nazywali mowę śląską „bełkotem”, nagle wnieśli o oficjalne uznanie wasserpolnisch za odrębny język szkolny. Cel był prosty i brutalny: odizolować śląskie dzieci od rozwijającej się, literackiej polszczyzny zza nowej granicy. Polacy nie pozostawali dłużni i w odwecie ukuli sarkastyczne terminy, takie jak „Wasserdeutsch” (Wodny Niemiecki) czy „Wasserlajcz”.

Leksykon Ponaschemu: Od prastarej Cesty po niemiecki Haziel

Gdy zdejmiemy z Ponaschemu warstwę polityczną, zobaczymy język o niesamowitym bogactwie. Z jednej strony, przez stulecia zakonserwował on czyste, słowiańskie archaizmy, zapomniane już w Warszawie czy Krakowie:

  • Zdrzadło – lustro.
  • Cesta – droga.
  • Płoszczyca – pluskwa.
  • Swaczyna – podwieczorek.
  • Łoński – zeszłoroczny.

Zachował też starą gramatykę: mówiło się „do stoła” zamiast do stołu, oraz używano reliktowych końcówek „-bych” czy „-łech”. Z drugiej strony, twarda epoka przemysłu wniosła do niego mieszczańskie i techniczne germanizmy:

  • Haziel – toaleta.
  • Felezunek – lista obecności.
  • Kapudrok – surdut / płaszcz.

Był to też język o niesamowitej ekspresji, idealny do uwalniania emocji. Gdy trzeba było kogoś zganić, używano słów takich jak Drzystoł (mówić bzdury) czy Mamlas (niezdara).

Zakończenie. Kod, którego nie da się zaszufladkować

Mowa „Ponaschemu” nie pasowała do eleganckich salonów Berlina. Ale równie mocno odstawała od romantycznych wyobrażeń elit krakowskich czy warszawskich. Była polem bitwy wielkich ideologii: jedni chcieli ją zniszczyć jako „zbutwiały” dialekt, drudzy ratować jako „polszczyznę królów”.

Ślązacy omijali ten spór szerokim łukiem, z dumą mówiąc po prostu, że »godają po naszymu«. Tę ludową specyfikę dostrzegano już w 1804 roku, określając ją w źródłach mianem Plattpolnisch. „Ponaschemu” nie było zepsutym bełkotem, ani czystą kopią literackiego języka. Było unikalnym kodem przetrwania – tarczą odlaną ze słowiańskiej stali, zahartowaną w ogniu niemieckiego przemysłu. Językiem, który przechytrzył wszystkich germanizatorów, drwiąc z pruskich kar, wyzwisk i cynicznych polityków.

Baza Źródłowa (Perspektywa Polska):

1. FUNDAMENTY I DOKUMENTY (XVIII – XIX w.)
Chrystjan Meisner (1705): Dysertacja „Schlesische Sprache” (najstarsze użycie terminu).
Anonim E. G. H. (1804): „Der hoch- und plattpolnische Reisegefährte…” (definicja Plattpolnisch).
Akty Prawne: Reskrypt prezydenta Rozkošnego (1851), Wytyczne Rejencji Opolskiej (1872).
2. PRASA PATRIOTYCZNA I WALCZĄCA (1880–1922)
Katolik: Roczniki 1884–1911 (obrona parlamentarna, relacje z pielgrzymek).
Gazeta Robotnicza: Rocznik 1897 (śledztwo etymologiczne o flisakach).
Gazeta Górnoślązka: Rocznik 1883.
Prasa Wyborcza i Plebiscytowa: Nowiny (1914 – zjawisko „Cudzobiesie”), Głos Śląski (1912), Kuryer Śląski (1912).
Prasa Zagraniczna: Le Messager de Haute-Silésie (1920 – testy „Poilu”).
3. MONOGRAFIE I OPRACOWANIA LINGWISTYCZNE
Karol Miarka (1862/1865): „Głos wołającego na puszczy Górnoślązkiéj” (analiza filologiczna).
Prof. Kazimierz Nitsch: „Djalektyka polska na Śląsku”.
Kazimierz Ligoń: „Mowa ludu górnośląskiego”.
Prof. Stanisław Rospond: Badania powojenne i dialektologia (1946).
1
0

Read more

Artystyczna kompozycja starodawnych dokumentów z pismem gotyckim i kursywą, połączonych złotym szwem na tle sylwetki rzeki Odry i kominów Górnego Śląska.

Kod Przetrwania cz. I: Mowa z Rzeki i Pruskie Klocki

Kod Przetrwania

Część I: Mowa z Rzeki i Pruskie Klocki

🔍 Kontekst Źródłowy: Perspektywa Niemiecka

Uwaga Czytelniku: Niniejszy artykuł powstał wyłącznie w oparciu o analizę niemieckojęzycznych archiwów (raporty pruskie, prasa Heimatbriefe, dokumenty urzędowe Rzeszy). Przedstawia on punkt widzenia, w którym Wasserpolnisch był postrzegany jako gwara ludowa, często z perspektywy protekcjonalnej lub administracyjnej. Aby poznać drugą stronę medalu – bohaterską walkę o polskość tego języka – zapraszamy do lektury Części II: Perspektywa Polska.

Praga, rok 1931. Do gospody wchodzi niemiecki turysta, Dr Speer. Próbuje zamówić posiłek w literackim niemieckim (Hochdeutsch), ale natrafia na mur chłodu. Czesi, pamiętający niedawne rany historii i napięcia narodowościowe, patrzą na „Prusaka” wilkiem. Atmosfera gęstnieje. Wtedy Speer, rodowity Ślązak, instynktownie zmienia kod.

Zamiast sztywnego „Bier und Brot”, rzuca swojskie: „Piwo”, „Chleb”, „Dejcie pozór”. Twarze miejscowych natychmiast jaśnieją. Nagle staje się „swój”, a wrogość zamienia się w braterstwo słowiańskich dusz.

Ten incydent to nie tylko anegdota. To dowód na to, czym naprawdę był język, który przez dekady pogardliwie nazywano wasserpolnisch. To nie był błąd edukacyjny ani dowód na braki w wykształceniu. To była dyplomacja zwykłego człowieka. To był kod, który pozwalał przetrwać w kleszczach wielkiej historii.

Fundamenty źródłowe: Archiwum trzech stuleci

Większość narracji o wasserpolszczyźnie opiera się na powszechnie dostępnych opracowaniach podręcznikowych. Niniejsza analiza bazuje jednak na kwerendzie unikalnych materiałów dokumentujących ponad 200 lat śląskiej codzienności. Podstawą stały się raporty pruskich urzędników z XVIII wieku, prasa plebiscytowa z lat 20. XX wieku oraz obszerne zbiory gazet ziomkowskich (Heimatbriefe) z lat 1950–1990. Materiały te – od kronik z 1791 roku po powojenne wspomnienia przesiedleńców – pozwoliły odtworzyć autentyczne brzmienie języka używanego w śląskich domach. To perspektywa Śląska widziana oczami jego mieszkańców, wolna od późniejszych filtrów i cenzury politycznej.

Łatwo wpaść w pułapkę wielkich dat i traktatów. Tymczasem prawdziwa historia Górnego Śląska nie działa się w odległych gabinetach dyplomatów, lecz w kuchniach, na ławkach przed domem i w lokalnych urzędach, gdzie codzienność wymagała odnalezienia się między sprzecznymi interesami wielkich państw. Analiza zapomnianych akt i zestawienie ich z faktami zmusza do rewizji tego, co powszechnie sądzi się o mowie Ponaschemu („po naszymu”).

Trop na Odrze: Czy to naprawdę język „rozwodniony”?

Przez lata wmawiano nam, że nazwa wasserpolnisch pochodzi od „rozwodnienia”. Że to język rozcieńczony, zepsuty, Verwässerung polszczyzny. Tymczasem tropy historyczne prowadzą nas nad rzekę Odrę i rzucają zupełnie nowe światło na tę genezę.

Źródła dolnośląskie wskazują na istnienie zapomnianej grupy etnograficznej zwanej „Wodnymi Polakami” (Wasserpolen). Byli to flisacy, rybacy i ludzie żyjący z rzeki, którzy spławiali towary Odrą aż do Szczecina. Nawet słynni Bracia Grimm w swoim monumentalnym słowniku odnotowali ten termin nie jako obelgę, ale jako określenie ludności związanej z żywiołem wody.

Istnieje też alternatywna teoria, mówiąca o tym, że nazwa wzięła się od Polaków przybywających do Wrocławia „drogą wodną”, co odróżniało ich od ludności lądowej. Mieli oni swoją specyficzną gwarę – twardą i konkretną jak nurt, z którym walczyli. Dzięki pracy nauczyciela Baltazara Działasa z Ratowic (1787–1870), który spisał słownik gwary „Wodnych Polaków” (ponad 1000 haseł), wiemy, jakimi słowami operowali. W ich słowniku królował sturm (wiatr/sztorm), strom (prąd rzeki) czy cón (czółno).

To odkrycie zmienia perspektywę: wasserpolnisch w swoim pierwotnym znaczeniu nie był więc synonimem bylejakości. Był technicznym językiem ludzi ciężkiej pracy. Dopiero później polityka i uprzedzenia zmieniły ten neutralny termin w broń, o czym najboleśniej przekonali się Ślązacy w 1918 roku – ale o tym opowiemy w kolejnej części.

Anatomia Mowy: Inżynieria „Pruskich Klocków”

Jeśli odrzucimy propagandowe definicje o „nieszczęściu” i „chłopskim gadaniu” (Gepauer), zobaczymy fascynujący system lingwistyczny. Była to trzecia jakość (Drittiges Gemisch) – niezależny byt językowy o precyzyjnej inżynierii.

Ślązacy stworzyli mechanizm, który obrazowo możemy nazwać systemem „pruskich klocków”. Zasada była prosta, ale genialna w swojej utylitarności:

  • Bierzemy polską składnię i spójniki jako spoiwo.
  • Wstawiamy w nie niemieckie „cegły” – czyli rzeczowniki niosące konkretne znaczenie.
  • Dokonujemy obróbki końcowej.
Mur z cegieł z niemieckimi napisami
Językowa budowla: niemieckie pojęcia osadzone w słowiańskiej konstrukcji.

Najciekawsza była inżynieria czasowników. Do niemieckiego pnia (rdzenia słowa) doczepiano słowiańską końcówkę „-ować”. W ten sposób powstawały hybrydy o niezwykłej precyzji:

  • Heklovac – od niemieckiego häkeln (szydełkować).
  • Büglovac – od bügeln (prasować).

Mechanizm ten działał też na rzeczowniki: niemiecka bułka (Semmel) po dodaniu słowiańskiego przyrostka stawała się swojskim Semlokiem.

To nie było kalectwo językowe. To była kreatywność. Ślązak w epoce gwałtownej industrializacji potrzebował słów na opisanie nowej rzeczywistości – maszyn, urzędów, przedmiotów domowych. Polski język literacki często nie nadążał za tym postępem lub był niedostępny, więc Ślązak brał słowo niemieckie i je „oswajał”.

Pułapka „Twardego Języka” (Harte Zunge)

Anegdota o peronie i pieronie
Perron czy Pieron? Fonetyczne pułapki twardego akcentu bywały komiczne i niebezpieczne.

System ten miał jednak swoje pułapki, wynikające z fonetyki. Ślązacy, nawet ci w pełni zgermanizowani, zachowywali specyficzny akcent, zwany Harte Zunge (Twardy Język). Mieli problem z miękką wymową, co prowadziło do sytuacji komicznych, a czasem wręcz niebezpiecznych.

Klasycznym, powtarzanym w anegdotach przykładem jest niemieckie słowo Perron (peron kolejowy). Dla niemieckiego ucha, słowo to wypowiedziane z twardym, śląskim akcentem, brzmiało niemal identycznie jak siarczyste śląskie przekleństwo: Pieron!. Legenda głosi, że gdy Ślązak chciał powiedzieć po niemiecku „Dwa pociągi (zwei Züge) minęły się na peronie”, przez twardą wymowę Niemcy słyszeli: „Dwie kozy (Ziegen) skrzyżowały się na pieronie”.

Nawet dzieci tworzyły własną, dziecięcą etymologię ludową w oparciu o ten kod. Logika była prosta: skoro woda to po niemiecku Wasser, a popularne rybki akwariowe gupiki żyją w wodzie, to nazwa „Gup-py” musiała być dla nich słowem wasserpolskim – przy okazji idealnie kojarząc się z polskim słowem „głupi”. To pokazuje, jak głęboko ten kod był wrośnięty w postrzeganie świata, od dzieciństwa aż po starość.

Kod Przetrwania. Część II: Wojna o Duszę i Paradoks Tożsamości

Jeśli rok 1918 kojarzy się nam z końcem wojny, to na Górnym Śląsku był to początek innej bitwy. Bitwy na słowa, definicje i paragrafy. W gabinetach Berlina decydowano, czy mowa śląskiego dziecka jest godna, by chwalić nią Boga, czy też jest jedynie bełkotem rzecznych włóczęgów. Dokumenty, do których dotarliśmy, odsłaniają brutalność tej dyplomacji.

Atak Ministra: Mit „Mowy Szyprowej” (1918)

15 lutego 1918 roku, podczas posiedzenia Komisji Budżetowej w Berlinie, pruski Minister Kultury, Dr Schmidt, rzucił na stół argument, który miał ostatecznie zamknąć usta obrońcom polszczyzny na Śląsku.

Dokument przygnieciony modelem barki z pieczątką Schiffersprache
Biurokratyczny absurd: kiedy mowę serca zredukowano do „żargonu flisaków”, by wykluczyć ją z kościoła.

Minister stwierdził autorytatywnie, że język, którym posługują się śląskie dzieci w domach, to wcale nie język polski, ale specyficzna gwara wprowadzona przez „populację żeglarską” (Schifferbevölkerung). Według Schmidta był to żargon zawodowy flisaków, ubogi i prymitywny. Użył tego jako bezwzględnego argumentu politycznego: ten język rzekomo nie posiada słownictwa zdolnego wyrazić pojęcia abstrakcyjne i duchowe. Dlatego nauka religii musi odbywać się wyłącznie po niemiecku – bo, zdaniem ministra, język prostaków nie nadaje się do sacrum i dziecko nie zrozumie w nim istoty Boga.

Był to cios poniżej pasa. Sprowadzenie mowy serca miliona ludzi do „żargonu szyprowego” wywołało wściekłość.

Odpowiedź była natychmiastowa. Towarzystwo Oświaty im. św. Jacka wystosowało ostre memorandum. Śląscy działacze (m.in. Alexander Skowroński i Franz Kurpierz) obalili tezę ministra, dowodząc, że wasserpolnisch nie został przywleczony przez rzecznych włóczęgów, lecz jest Ursprache – językiem pierwotnym, rdzennym ludu tej ziemi. Przypomnieli prorocze słowa profesora Schummela z 1791 roku, który ostrzegał Prusaków: „Nie zaczynajmy procesu przeciwko polskim Ślązakom, bo przed trybunałem historii przegramy go w każdej instancji”.

„Język Hotentotów” kontra 126 Tysięcy Podpisów

Minister Schmidt nie był pierwszym, który próbował odebrać godność śląskiej mowie. Już w 1827 roku niejaki Fischer na łamach prasy nazwał ten dialekt „językiem Hotentotów” (Sprache der Hottentotten), drwiąc, że jest to bełkot (Kauderwälsch), którego nikt w Krakowie by nie zrozumiał.

Kłamstwu temu przeciwstawili się… niemieccy duchowni. Pastor Richter z Pszczyny pisał wprost: „Aby być nauczycielem na Śląsku, trzeba znać polski”. Argumentował, że nauka religii w obcym (niemieckim) języku jest bezcelowa, bo dzieciom same dźwięki słów nie kojarzą się z pojęciami. Z kolei wybitny językoznawca Lucjan Malinowski udowodnił naukowo, że gwara okolic Rybnika czy Pszczyny jest bliższa staropolskiej literackiej polszczyźnie Jana Kochanowskiego niż ówczesna gwara warszawska.

Ślązacy nie byli bierni w tej wojnie o definicje. Gdy władze twierdziły, że rodzicom nie zależy na języku ojczystym, odpowiedziały liczby.

  • W 1883 roku petycję o język polski podpisało 53 tysiące osób.
  • W 1892 roku pod petycją widniało już 126 000 podpisów.

To była potężna armia ludzi walczących o swoją godność. Sprawa była tak głośna, że oparcie dla Ślązaków płynęło nawet z zagranicy – flamandzkie czasopismo „Ons Volk ont Waakt” w 1913 roku publikowało artykuły w ich obronie, cytując Schillera: „Sprawiedliwości Niebios, kiedy przybędzie Zbawiciel do tego kraju!”.

Paradoks Tożsamości (1921): Dlaczego Wasserpolen wybrali Niemcy?

Mimo tej zaciętej walki o język, rok 1921 i plebiscyt na Górnym Śląsku przyniósł wynik, który do dziś wprawia w osłupienie historyków spoza regionu. Logika narodowa podpowiadała: mówisz polskim dialektem = głosujesz za Polską. Ślązacy tę logikę wyśmiali.

Ślązaczka przy urnie plebiscytowej
Plebiscyt 1921: Kiedy język nie definiował flagi. Wybór serca i krwi.

Spójrzmy na twarde dane z powiatu prudnickiego (Südostecke):

  • Walce: Wieś czysto „wasserpolska”. Wynik? 88,5% za Niemcami.
  • Strzeleczki (Klein Strehlitz): 98% za Niemcami.
  • Roßweide: 96,5% za Niemcami.

Dlaczego ludzie, którzy walczyli o polskie kazania, zagłosowali za Niemcami? Odpowiedź kryje się w „lojalności krwi”. Walce straciły na frontach I wojny światowej 70 synów, którzy walczyli w mundurach Cesarza. Dla tych ludzi Polska była abstrakcją, a niemieckie państwo – choć opresyjne językowo – było organizmem, za który przelewali krew.

Teoria Trzech Światów

Aby zrozumieć ten fenomen, musimy przywołać „Teorię Trzech Światów” (wg Franza). Dla ówczesnego Ślązaka rzeczywistość językowa była poszatkowana:

  1. Hochdeutsch: Język urzędu, majestatu i Boga. Tarcza, którą zakładano, idąc do miasta, by uniknąć stygmatyzacji.
  2. Wasserpolnisch: Język serca, kuchni i emocji (Haussprache). Język intymny, niedostępny dla obcych.
  3. Kongreßpolnisch: Język „Panów zza rzeki” (z Kongresówki). Dla Ślązaka był to język obcy, niezrozumiały i często traktowany z nieufnością.

Najlepiej ten paradoks ilustruje historia pewnej ciotki z Tarnowskich Gór. Kobieta ta mówiła wyłącznie dialektem, nie znała literackiego niemieckiego. Jednak gdy w 1921 roku zapukali do niej polscy działacze z pomocą charytatywną, wyrzuciła ich za drzwi. Krzyczała przy tym czystą gwarą śląską, że jest Niemką i nic od nich nie chce.

To był właśnie ten paradoks: język nie definiował tu narodowości w sensie politycznym. Był kodem kulturowym, a nie deklaracją paszportową.

Kod Przetrwania. Część III: Język Serca i Ostatnia Tarcza (1945–1989)

Minister Schmidt w 1918 roku gardził tym językiem, twierdząc, że nie nadaje się do rozmowy z Bogiem. Elity nazywały go „bełkotem”. Ale historia ma specyficzne poczucie humoru. Zimą 1945 roku, gdy na Śląsk wlała się Armia Czerwona, ten wyśmiewany, „rozwodniony” język stał się jedyną walutą, za którą można było kupić życie.

Zanim jednak przejdziemy do apokalipsy roku 45., musimy zajrzeć do śląskich kuchni sprzed wojny. Bo to tam wasserpolnisch był naprawdę u siebie.

Język Serca: Kiedy opadają maski

W oficjalnym życiu urzędowym czy szkolnym Ślązak zakładał pancerz Hochdeutsch. Ale w domu, w Haussprache, pancerz pękał. Świat domowy nazywano po swojemu: Kraglik (kołnierzyk) trzeba było krochmalić, Szrank (szafę) otwierać ostrożnie, kawę pić z Szolki, a na obiad serwować Nudle (makaron) ze Spirką (boczkiem).

Wnętrze śląskiej kuchni
W kuchni pancerz Hochdeutsch pękał – zostawało Ponaschemu.

To był język emocji, który wygrywał z każdą edukacją. Doskonale ilustruje to historia Johanne z Prudnika (zmarłej w 1937 r.). Na co dzień była perfekcyjną pomocą domową, mówiącą wykwintną niemczyzną. Ale gdy wpadała w stres lub panikę, jej mózg resetował się do ustawień fabrycznych. Krzyczała wtedy: „Pinunse!” (pieniądze) i „Kapusta!”. W sytuacjach granicznych kultura niemiecka znikała, zostawał rdzeń.

Gdy emocje sięgały zenitu, w ruch szły też wyzwiska, których próżno szukać w słownikach Goethego: Chatull (na starą babę), Ochlapus (na pijaka) czy Lellek (na niezdarę). A nad wszystkim unosił się uniwersalny wykrzyknik, zrozumiały od Katowic po Opole: Pieron!.

Rok 1945: Sąd Ostateczny nad Językiem

Prawdziwy egzamin z przydatności „mowy szyprowej” przyszedł jednak w styczniu 1945 roku. Dla wkraczających Sowietów świat był czarno-biały: mówisz po niemiecku – jesteś faszystą. Mówisz po słowiańsku – jest szansa, że jesteś „swój”.

Wtedy ten pogardzany dialekt stał się Ostatnią Tarczą.

Kobieta negocjująca z żołnierzem radzieckim
Zima 1945: Kiedy dialekt stał się jedyną polisą na życie.

Cud w Racławicach Śląskich (Deutsch-Rasselwitz): Gdy Sowieci wkroczyli do wsi, chcieli rozstrzelać grupę cywilów. Wśród nich była kobieta, która jako jedyna potrafiła wydobyć z siebie słowa w dialekcie. Używając mieszanki słów polskich i śląskich, dogadała się z rosyjskim oficerem. Zrozumiał ją. Uratowała życie 22 osobom.

Młynarz Emil z Dzierżysławic: Prowadził młyn, który szybko nazwano Russen-Mühle. Jego łamana polszczyzna pozwoliła mu stać się mediatorem. Interweniował u sowieckich komendantów, chroniąc sąsiadów przed gwałtami i wywózką.

Niestety, historia zna też drugą stronę medalu. Casus Rodziny Nowak to tragiczny kontrprzykład. Byli to Ślązacy, którzy w procesie asymilacji całkowicie porzucili dialekt na rzecz języka niemieckiego. Gdy przyszli Rosjanie, Nowakówie milczeli lub mówili po niemiecku. Zostali potraktowani jak „czyści faszyści”. Zapłacili najwyższą cenę za brak „kodu przetrwania”.

Zimna Wojna i Projekt „Slonzaken”

Po wojnie nastała w Polsce Ludowej era Einschmelzung (wtapiania). Władze PRL próbowały wygumkować ślady niemczyzny. Wasserpolnisch przetrwał w kuchniach, ale w sferze publicznej był tępiony. Młodzież zmuszano do nauki literackiej polszczyzny, a starzy Ślązacy znowu musieli się ukrywać ze swoją mową.

Co ciekawe, potencjał tego języka dostrzegły obce wywiady. Raport brytyjski z 1954 roku (projekt „Slonzaken”) ujawnił sensacyjne plany. Sugerowano, że Sowieci rozważali utworzenie „Autonomicznego Kraju Wielki-Górny Śląsk” (Oder-Kombinat) – państwa buforowego, w którym wasserpolnisch miałby zostać uznany za język urzędowy! Cel był jeden: oderwać Śląski przemysł od Polski, grając na odrębności językowej autochtonów. Do realizacji tego planu nigdy nie doszło, ale sam fakt jego istnienia dowodzi, jak potężnym narzędziem był ten „nieistniejący” język.

Epilog: Ułan na Widecie

Jeszcze w 1989 roku w miejscowości Kerpen notowano, że stara niemczyzna i pieśni kościelne żyły w sercach mieszkańców, choć na ulicach królowała nowomowa.

Czy wasserpolnisch był błędem historii? Pomyłką edukacyjną? Nie. Był genialnym kodem kulturowym, który pozwolił przetrwać. Najpiękniej i najtragiczniej oddaje to Ulanen-Lied – pieśń śpiewana przez Ślązaków idących na wojnę za Prusy jeszcze w XIX wieku.

Tekst ten w niemieckich gazetach często zapisywano fonetycznie – tak, jak słyszeli go Niemcy, co miało podkreślać dziwaczność i obcość tej sytuacji:

„Stoi ułan na widecie… i tak sobie myśli: / Jaskółeczka leci, może mi co przyniesie / w ten francuski kraj…”.

Żołnierz śpiewał po polsku. Tęsknił za śląską ziemią. Ale na sobie miał niemiecki mundur i ginął za pruskiego króla we Francji. To rozdarcie i ta umiejętność bycia „pomiędzy” to właśnie esencja fenomenu wasserpolnisch. Języka, który nie był wodą, lecz krwią.

Baza źródłowa:

  • 1. PRASA HISTORYCZNA I RAPORTY (XVIII – Pocz. XX w.)
  • Schlesische Provinzialblätter: Roczniki 1791, 1827 (najstarsze wzmianki o mowie ludu).
  • Raporty Pruskich Landratów (1745–1818): Analizowane na łamach Der Oberschlesier (1935).
  • Schlesische Volkszeitung: Rocznik 1883.
  • Prasa Plebiscytowa i Międzywojenna: Ostdeutsche Morgenpost (1925, 1929), Der Oberschlesier (1927, 1933), Głosy z nad Odry (1918).

  • 2. PRASA ZIOMKOWSKA I LOKALNA (1950–1990)
  • Neustädter Heimatbrief (Powiat Prudnicki): Roczniki 1953–1987 (kluczowe dla statystyk wiejskich i biografii).
  • Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt (GOP): Roczniki 1958–1990 (szkolnictwo, anegdoty miejskie).
  • Neisser Heimatblatt: Roczniki 1958–1989 (świadectwa dr. Speera).
  • Unser Oberschlesien: Pełny przekrój roczników 1951–1989 (mapy, geopolityka, debaty).

  • 3. DOKUMENTY I PUBLIKACJE SPECJALISTYCZNE
  • Intelligence Digest (1954): Raporty brytyjskiego wywiadu o „Oder-Kombinat”.
  • Słowniki i Opracowania: A. Widera (1983), A. Hein (1926), Staaten und Völker (lata 20.).
2
0

Read more

Ilustracja: drewniany słup z czerwonymi drogowskazami i napisem „Ślōnskŏ gŏdka”, na tle pożółkłej gazety i szkiców industrialnych

Słup, kerego żodyn wiater niy obali.

Ślōnskŏ gŏdka: słup, kerego żŏdyn wiater niy ôbali

Czy godka to tylko „gwara z familoka” do opowiadania wiców? A może twardy dowód na to, kim jesteśmy? Przeglądając stare gazety – od XIX wieku, przez burzliwe międzywojnie, aż po lata 90. – widać jedno: Śląsk bywał traktowany różnie, ale mowa trwała. Jak słup, do którego przybijano kolejne drogowskazy.

Zakres: 1870–1994Temat: godka jako język tożsamości (patos, satyra, refleksja)

Na łamach pożółkłej już „Gazety Górnoszląskiej” i „Kurjera Śląskiego” godka nie jest ozdobą ani żartem: potrafi nieść wiarę, politykę i poczucie krzywdy. A pod koniec XX wieku – mądrą, spokojną puentę o trwaniu. Zapraszam w podróż przez 120 lat śląskiego pisania.

Raz przemawia poeta i mówi o Śląsku z romantycznym rozmachem – jak o wspólnocie wiary i mowy mimo granic. A raz odzywa się publicysta z naszego podwórka: krótko, ostro, bez ceregieli, bo widzi na własne oczy, jak bywa z tym „traktowaniem Śląska”.

Po co dziś czytać stare śląskie teksty?

Bo one pokazują godkę jako coś większego niż folklor. Owszem – mamy krupnioka, barbórkę i roladę. Ale w tych tekstach widać też: świadomość historyczną, spór o władzę, czułość do własnej ziemi i bezlitosną ironię wobec tych, którzy „wiedzą lepiej”, jak Śląsk ma wyglądać.

Czasem to język podniosły, prawie „hymniczny”. Czasem – satyra i żal, wypowiedziane po naszymu. A czasem spokój: godka jako coś, co trwa, choć dookoła zmieniają się granice, urzędy i szyldy.

O cytatach: zostawiam brzmienie i pisownię jak w źródłach (czasem „po gazetowemu”), bo właśnie to jest najciekawsze: jak godka wyglądała w druku.

1870: Wiara, mowa i „Piastowa Polska”

Wiersz Wincentego Pola „Na Górnym Śląsku” to spojrzenie romantyczne: historia się rozeszła, ale – jak pisze poeta – wiara, mowa i nadzieje pozostają wspólne. To ważny kontrapunkt: Śląsk widziany jako część tej samej wspólnoty, mimo granic i polityk.

Od pięciu wieków rozeszły się dzieje
Piastowej Polski — a wiara ta sama,
Ta sama mowa, te same nadzieje,
Ta sama wielka do przyszłości brama,
Przez którą przejdzie na pole ludzkości
Krew ze krwi naszej i kość z naszej kości.

Wincenty Pol, „Na Górnym Śląsku” [w:] „Wyznanie narodowe Śląska: głos jego poezji”, Opole 1919 (oryg. 1870).[2]

1877: „Szląsk opuszczony”, ratunek w stowarzyszeniach

W bytomskiej „Gazecie Górnoszląskiej” czytamy ton zupełnie inny: mniej romantyczny, bardziej społeczny. Śląsk jawi się jako kraj „opuszczony” i „wyzyskiwany”, a ratunek ma przyjść nie z karabinów, tylko z organizowania się: wieców, zgromadzeń, stowarzyszeń.

W kraju, jak nasz Szląsk opuszczonym od wielu wieków od narodu, którego kiedyś cząstkę stanowił, bez przewodników możnych i wpływowych, pozostawiony własnym słabym siłom a przytem wyzyskiwany przez obce, nieprzyjazne mu żywioły — zgromadzenia, wiece i w ogóle wszelkie stowarzyszenia są może jedynymi środkami do podniesienia go duchowo i materyalnie.

„W sprawie zgromadzeń” (artykuł redakcyjny) [w:] „Gazeta Górnoszląska”, 1877, R. 4, nr 86.[1]

Kontekst historyczny: Artykuł był protestem przeciwko działaniom urzędnika policji (nazwiskiem Wollny), który zakazał robotnikom zabawy i teatru tylko dlatego, że miały się odbyć w języku polskim – „odziedziczonym po ojcach i dziadach”, jak argumentowała gazeta.

1930: „Ślonsko hymna” – patos i biało-czerwone sztandary

Międzywojnie to emocje. W „Kurjerze Śląskim” pojawia się tekst nazwany wprost „Ślonsko hymna”. To polskość wykrzyczana po naszymu – nie „z plakatów”, tylko z lokalnej wyobraźni i doświadczenia: krew, wolność, orzeł, sztandary.

„Ślonsko hymna” – Paulek

Dugo, tak dugo jencoł w niewoli
Na Ślonsku polski lud.
Loła sie krew ślonzoków po roli,
O wolność szoł nasz trud.
:-: Dlo Polski żyliśmy,
Dlo ni padaliśmy,
Dzielny tyn polski huf. :-:

Nad ślonskom ziemiom wzniós sie nad
Bioły nasz Orzoł wgórz. (chmury)
Zazgrzmiały zwonów radosne chóry
W świetle wolności zórz.
:-: Dlo Polski żyjemy,
Za Polsko giniemy,
Dzielny tyn polski huf. :-:

Bioło-cerwone wiejom sztandary,
W sercach polskości zew.
Nie nadaremno padły ofiary.
Tak brzmi nasz polski śpiew:
:-: Dlo Polski żyjemy itd. :-:

Kurjer Śląski, 1930, R. 5, nr 62 – dział „Poezje śląskie” (wg materiałów autora).[3]

Tu widać siłę godki: potrafi udźwignąć patos, hymn i wielkie słowa – ale w naszym brzmieniu.
Ciekawostka: Godka wchodzi na scenę

Dziś ślonsko godka to nie tylko historia z pożółkłych gazet. Wraca ona z nową siłą we współczesnej kulturze i muzyce – wystarczy posłuchać industrialnych, ciężkich brzmień zespołu Oberschlesien. Choć ich teksty (np. w utworze „Ślōnsk”) są współczesne, to niosą ten sam „nerw”, emocje i dumę z tożsamości, co dawne wiersze publikowane przed wojną.

🎧 Posłuchaj wykonania Oberschlesien na YouTube →

Kolorowa ilustracja: pożółkłe gazety, pióro i kałamarze oraz smartfon z tekstem – zestawienie dawnej prasy i współczesnego czytania.
Ilustracja: 120 lat śląskiego pisania – od prasy i atramentu po ekran telefonu.

1930: Paulek – Śląsk jak „dziołcha z ulicy” (gniew i satyra)

Ten sam „Paulek” potrafi jednak przywalić tak, że aż słychać trzask. W felietonie Górny Śląsk „wydaje się jak tako z ulicy”: każdy przychodzi i „robi co chce” – raz jedni, raz drudzy. To nie tylko satyra: to zapis rozczarowania i lęku, że znowu ktoś „urządzi” Śląsk po swojemu.

Uwaga: porównanie jest brutalne i dziś może razić. Zostawiam je jako świadectwo epoki i języka publicystyki, nie jako ocenę „własną”.

Mi sie tyn nasz Górny Ślonsk wogóle wydaje, jak tako z ulicy. Kożdy dziod i chachor przychodzi i robi z nim co chce. Była polsko szlachta — zeszlachtowała Ślonsk. Po nij przyśli prusoki i sprusocyli ta dobroduszno. Terozki zaś momy tych sanatorów, kierzy to jom chcom „uzdrowić“. A jak ci jom tak uzdrowiać bydom, aż z niego ani kupa smrodu nie zostanie.

Potym pudom skond przyśli z klepitkami na mitki a nos zostawiom tak tam sobie z naszom polskom duszom, za kiery istnienie i wolność my naszo krew przelywali. Ale jo tam myśla, że sie to jeszce jakoś polepszy, jak weźmiemy sie w kupa abo jak… bydymy w grobie. Bydymy mieli aby spokój przed smrodym sanacyjnym.

Do tego casu pomóż nom wytrwać Bóg.
Z pozdrowieniem, jak zawsze: Pyrsk.
Wasz Paulek.

Paulek, „Kurjer Śląski”, 1930, R. 5, nr 171.[4]

1994: Rudolf Paciok – słup z „wegwejzrami”

Na koniec głos z końca XX wieku: Rudolf Paciok. Nie ma tu krzyku ani „hymnicznego” tonu. Jest za to metafora, która robi robotę: godka jako słup, do którego na zmianę przybija się drogowskazy. Raz niemieckie, raz polskie, raz czeskie – ale słup stoi.

„Jyny godka ślońsko se nie zmjynio. Ona jest jak słup, do kierego na zmiana przibijo se te – roz «wegweizry», roz drogowskazy, co na trzi kierunki pokazujom. Przez to nie brakuje w naszej ślońskij godce ani njymczyzny, ani polszczyzny, ani czeszczyzny…”.

Rudolf Paciok [w:] „Gość Niedzielny”, 1994, R. 71, nr 39 (art. „Fyrcok po raz drugi”).[5]


Dlaczego to wciąż ważne?

Te teksty nie są ciekawostką z lamusa. To zapis tego, że Ślązoki nie byli niemymi statystami przy cudzym stole: mieli swój głos – czasem podniosły, czasem wściekły, czasem ironiczny. I mieli swoją godkę, która potrafiła udźwignąć sprawy najważniejsze.

Jeśli ktoś mówi, że śląskość to tylko folklor, warto odpowiedzieć: w gazetach i drukach widać, że godka była narzędziem publicznej rozmowy o świecie. A słup, kerego żŏdyn wiater niy ôbali, stoi do dziś.

Słowniczek (rozszerzony)

godka
mowa po śląsku; „nasz język codzienny”, ale też język druku i publicystyki.
familok
klasyczny śląski familijny dom robotniczy (z cegły), symbol codzienności i „życia po naszymu”.
wiater
wiatr.
jyny
tylko / jedynie.
wegweizry
z niem. Wegweiser – drogowskazy (tu: metafora obcych wpływów i zmian politycznych).
kery/kerego/kiero
który / którego (różne warianty regionalne i „gazetowe”).
niy
nie.
tero(roz)ki
teraz / w tej chwili.
momy
mamy.
kierzy
którzy.
jom
ją.
dziod
dziad; w tekście: ktoś z ulicy, „byle kto”.
chachor
łobuz, chuligan, człowiek niegodny zaufania (w tym kontekście negatywnie).
sprusocyć
zprusaczyć, „zrobić po prusku”, zgermanizować obyczajem/urzędem/językiem.
sanatorzy / sanacyjny
aluzja do obozu sanacji (władzy po 1926 r.); tu: ironia i polityczna krytyka.
wziąć się w kupa
zebrać się razem, zorganizować się, działać wspólnie.
klepitki na mitki
(idiom)przewracać oczami, mrugać zalotnie lub nieszczerze („robić maślane oczy”)/ zależnie od kontekstu.
pyrsk
„na zdrowie!” / (też) potocznie: „trzymaj się!”„do zōboczyniŏ”.

Pyrsk!

Źródła

  1. „Gazeta Górnoszląska”, 1877, R. 4, nr 86, art. „W sprawie zgromadzeń” (Śląska Biblioteka Cyfrowa): zobacz skan.
  2. Wincenty Pol, „Na Górnym Śląsku” [w:] „Wyznanie narodowe Śląska: głos jego poezji”, Opole 1919 (Śląska Biblioteka Cyfrowa): zobacz skan.
  3. „Ślonsko hymna” [w:] „Kurjer Śląski”, 1930, R. 5, nr 62 (Śląska Biblioteka Cyfrowa): zobacz rocznik 1930.
  4. Paulek, „Kurjer Śląski”, 1930, R. 5, nr 171 (Śląska Biblioteka Cyfrowa): zobacz skan.
  5. Rudolf Paciok, „Gość Niedzielny”, 1994, R. 71, nr 39 (Śląska Biblioteka Cyfrowa): zobacz wydanie.
2
0

Read more

Ulica na Górnym Śląsku na początku XX wieku – codzienne życie i język między domem a szkołą

Między domem a szkołą – jak mówiono na Górnym Śląsku (1913–1924)

Górny Śląsk · język, dialekt i szkoła · 1913–1924

Między domem a szkołą. Jak naprawdę mówiono na Górnym Śląsku (1913–1924)

  • 🧩 Codzienność: miks form działał
  • 🏫 Szkoła: potrzebowała standardu
  • 🗞️ Źródła: 1913–1924
  • 🧑‍🏫 Wosnitzka: praktyk, nie ideolog

Na początku XX wieku na Górnym Śląsku nikt nie zastanawiał się szczególnie, jakim językiem mówi. Mówiło się tak, jak w domu, na ulicy, w robocie, w kościele. Dopiero szkoła, urzędy i polityka zaczęły zadawać pytanie: czy to jeszcze polski, czy już niemiecki — a może coś trzeciego?

W latach 1913–1924 powstało kilka tekstów, które pokazują ten problem z różnych stron: od spojrzenia „z góry”, przez emocjonalną obronę, aż po trzeźwą próbę pogodzenia języka domu z językiem szkoły. Najrozsądniejszą z tych prób zaproponował Karl Wosnitzka — nauczyciel i praktyk.

I. Problem widziany z góry (1913)

Gdy język staje się „problemem do rozwiązania”

Na kilka lat przed wojną język Górnego Śląska pojawia się w niemieckiej prasie pedagogicznej jako problem do rozwiązania. To ważne, bo w takich tekstach język nie jest opisywany „od środka” — przez to, jak ludzie mówią — tylko „od góry”: przez to, jak szkoła ma działać sprawnie, jednolicie i przewidywalnie.

W Schlesische Schulzeitung (1913) katolicki duchowny Rassek pisze o konieczności jednolitego języka nauczania, argumentując, że:

„Das kirchliche Glaubensgut bleibt überall dasselbe. Es kommt nur darauf an, in welcher Unterrichtssprache man sicherer zum Ziele gelangt.”

„Kościelna treść wiary wszędzie pozostaje taka sama. Chodzi jedynie o to, w jakim języku nauczania pewniej osiąga się cel.”

Schlesische Schulzeitung, 1913, Jg. 42, Nr. 44

W tym ujęciu dialekt jest przede wszystkim przeszkodą techniczną — czymś, co utrudnia działanie szkoły i administracji. Takie podejście potrafi być logiczne i chłodne, ale ma słaby punkt: nie rozumie, że dla dziecka język domu to nie „materiał” do obróbki, tylko podstawowy sposób porządkowania świata.

💡 Wniosek: „problem języka” często nie powstaje w domu — pojawia się dopiero wtedy, gdy ktoś próbuje domowy język nazwać, sklasyfikować i podporządkować instytucji.

II. Jak naprawdę mówiono (codzienność)

Obok siebie, bez deklaracji

Rzeczywistość była bardziej złożona. Teksty z początku lat 20. pokazują wielojęzyczność jako fakt życia, a nie ideę. W prasie obok siebie funkcjonują formy polskie, niemieckie, lokalne — oraz hybrydy językowe, które po prostu działały w codziennym porozumieniu.

Warto tu przyjąć prostą perspektywę: język codzienny „działa”, kiedy jest odruchowy — kiedy ludzie po prostu się rozumieją, nie zastanawiając się nad słowami. Jeśli na kopalni, na targu albo w tramwaju wszyscy rozumieją „jak leci” — to znaczy, że system językowy (choćby mieszany) spełnia swoją funkcję. Dopiero szkoła i polityka domagają się definicji: „to jest to” albo „to nie jest to”.

Forma niemieckaForma lokalna / „wasserpolnisch”Forma polska
VaterFaterOjciec
MutterMuterMatka
SchuleSzulaSzkoła
KircheKirchaKościół
BrotBrotChleb
ArbeitArbajtPraca
GeldGeldPieniądze
HausHausDom
gehengejnąćiść
sprechenszprechaćmówić
lernenlernen / uczyć sięuczyć się
KindKind / dzieckoDziecko
🧾 Tabela: współistnienie form językowych (prasa górnośląska ok. 1920–1924). Zestawienie poglądowe do sekcji o codziennym użyciu form mieszanych.

Nie ma tu sensacji. Jest opis codzienności. Język nie był deklaracją narodową — był narzędziem porozumienia. I to jest klucz, który warto zachować także dziś: zanim zaczniemy spierać się o definicje, warto zobaczyć, jak język był używany „na robocie” i „po drodze”, zanim trafił do urzędniczych gabinetów.


III. „Wasserpolnisch” — etykieta

Słowo, które zaczęło boleć

W 1920 roku termin „Wasserpolnisch” zaczyna funkcjonować coraz częściej. Dla jednych był określeniem technicznym, dla innych — obelgą. W Der Weisse Adler (1920) pojawia się emocjonalna reakcja:

„Man wirft Dir vor, Deine Muttersprache wäre roh und klobig. Wer ist denn daran schuld?”

„Zarzuca ci się, że twoja mowa ojczysta jest prymitywna i toporna. Kto jest temu winien?”

Der Weisse Adler, 1920, Jg. 2, Nr. 70

„Polnisch bleibt Deine Muttersprache, trotz aller Spitzfindigkeiten noch so vieler Protektoren.”

„Polski pozostaje twoją mową ojczystą, mimo wszelkich kruczków i wykrętów licznych ‘protektorów’.”

Der Weisse Adler, 1920, Jg. 2, Nr. 70

Ten tekst jest ważny jako głos obrony i godności, ale nie jako opis języka. Pokazuje, jak bolało słowo „Wasserpolnisch”, nie pokazuje jeszcze, jak wyglądała codzienna mowa w szczegółach. Do tego lepiej nadaje się Wosnitzka — bo patrzy na język jak na praktykę: co dziecko mówi w domu i czego potrzebuje w szkole.


IV. Karl Wosnitzka (1920)

Praktyk, który omija pułapki

Karl Wosnitzka – nauczyciel i autor tekstu o dialekcie w nauczaniu, stylizowana grafika w klimacie lat 20.
🧑‍🏫 Karl Wosnitzka Nauczyciel-praktyk: interesuje go nie spór o etykiety, tylko to, jak uczyć dziecko czytania i pisania, nie odcinając go od mowy domu.

Najbardziej trzeźwy i nowoczesny tekst z tego zestawu ukazał się w czasopiśmie Most (1920). Karl Wosnitzka — praktyk nauczania — zaczyna od faktu:

„Unsere polnischsprechenden Brüder gebrauchen im Umgang in der Regel das sogenannte ‘Wasserpolnisch’.”

„Nasi polskojęzyczni bracia posługują się w codziennym użyciu zazwyczaj tak zwanym ‘wasserpolnisch’.”

Most, 1920, Jg. 1, Nr. 13 (Karl Wosnitzka, Beuthen)

I na tym kończy temat nazwy („etykiety”). Wosnitzka nie neguje dialektu, nie idealizuje go, nie czyni z niego symbolu politycznego. Interesuje go praktyka: jak połączyć język domu z językiem szkoły. To nie jest spór o wyższość jednego języka nad drugim, lecz opis przejścia od mowy codziennej do języka szkolnego.

Dlaczego nie da się uczyć wyłącznie w dialekcie?

„Es gibt im Polnischen, ebenso wie in anderen Sprachen, keinen einheitlichen Dialekt.”

„W języku polskim — podobnie jak w innych językach — nie istnieje jeden jednolity dialekt.”

Most, 1920, Jg. 1, Nr. 13 (Karl Wosnitzka)

„Fast jeder oberschlesische Kreis hat seine besonderen mundartlichen Eigenheiten.”

„Niemal każdy górnośląski powiat ma swoje własne cechy gwarowe.”

Most, 1920, Jg. 1, Nr. 13 (Karl Wosnitzka)

Jeśli dialekt jest wewnętrznie zróżnicowany, szkoła potrzebuje narzędzia wspólnego (języka literackiego), żeby uczyć czytania, pisania i pojęć abstrakcyjnych. I to nie jest walka z dialektem — to jest wybór narzędzia.

Dialekt jako punkt wyjścia, nie przeszkoda

Najważniejsza teza Wosnitzki brzmi dziś zaskakująco nowocześnie: język literacki w szkole nie musi oznaczać pogardy wobec mowy domu. Przeciwnie — może stać się ramą, która pozwala dialekt świadomie pielęgnować.

Cytat Karla Wosnitzki o relacji języka szkolnego i dialektu – Most 1920
🗞️ Cytat z „Most” (1920) Znaczenie po polsku: szkoła ma uczyć standardu (czytania i pisania), ale równolegle może wspierać rozumienie i podtrzymywanie dialektu — zamiast go wypierać.
Prosty skrót Wosnitzki: standard jest narzędziem szkoły, a dialekt — zasobem domu. Jedno nie musi niszczyć drugiego.

V. Co z tego wynika dzisiaj

Po co nam to w 2025?

Z perspektywy stu lat widać wyraźnie: język Górnego Śląska nie był ani „błędem”, ani jednorodnym „projektem”. Był codzienną praktyką ludzi. Problemem stawał się wtedy, gdy ktoś próbował go zamknąć w jednej etykiecie: albo jako „gorszy”, albo jako „jedyny prawdziwy”.

Wosnitzka proponował rozwiązanie skromne, ale uczciwe: uznać rzeczywistość i nauczyć się z nią pracować — tak, by nauka szkolna nie odbywała się kosztem mowy wyniesionej z domu.

Grafika: spór JĘZYK vs GWARA w kontekście śląskiego, ujęty spokojnie i bez agresji – dwie perspektywy
⚖️ „Język” vs „gwara” Źródła historyczne sugerują, że sensowniejsze od etykiety bywa pytanie: gdzie i po co tej mowy używamy — oraz jak ją zapisywać, uwzględniając lokalne różnice.

Dzisiejsza dyskusja często kręci się wokół jednego pytania: czy śląski to język, czy gwara? Źródła z lat 1913–1924 sugerują, że warto zacząć gdzie indziej: od pytania, jak i w jakich sytuacjach ludzie używają swojej mowy.

Dlatego zamiast rytualnego „język czy gwara”, sensowniejsze są trzy pytania praktyczne: (1) gdzie śląski ma brzmieć naturalnie (dom, scena, media, szkoła), (2) jak go zapisywać, uwzględniając lokalne różnice, (3) jak uczyć standardu, nie robiąc z niego pałki na mowę codzienną. To nie jest unikanie problemu — to ustawienie go po wosnitzkowsku: od strony człowieka i praktyki języka, a nie od strony sporów o nazwy.

Zakończenie

Między językiem domu a językiem szkoły — czyli systemu edukacji — zawsze istnieje napięcie. Na Górnym Śląsku było ono szczególnie widoczne, bo dotyczyło nie tylko języka, ale i tożsamości. Najrozsądniejsze głosy z przeszłości nie krzyczały najgłośniej — czasem wystarczyły spokojne zdania nauczyciela z Bytomia, który wiedział jedno: język ma służyć ludziom, nie odwrotnie.

Źródła

  • Schlesische Schulzeitung, 1913, Jg. 42, Nr. 44.
  • Der Weisse Adler, 1920, Jg. 2, Nr. 70.
  • Karl Wosnitzka, „Der Dialekt im polnischen Unterricht unserer Schulen”, Most, 1920, Jg. 1, Nr. 13.
  • Oberschlesische Grenz-Zeitung, 1924 (tabela słownictwa i kontekst prasowy).
0
0

Read more

Makówki na wilijo – śląska Wigilia sprzed lat, rodzina przy stole i dziecko po przejedzeniu

Makówki na wilijo. Śląski humor wigilijny z dawnych gazet

Ślōnsko godka · humor · Wigilia sprzed lat

Makówki na wilijo. Śląski świąteczny żart z gazet (1921–1993)

Są potrawy, które kojarzą się wyłącznie ze świętami. A na Ślōnsku? W śląskiej prasie sprzed ponad 100 lat makówki pojawiają się jako główny bohater domowego humoru

Źródła: prasa śląska (1921, 1925), zapis obyczajowy (1936) i współczesna godka (1993). Linki na końcu.

1921 · „Ziemia Śląska”

„Mamo, a bydą makówki na wilijo?”

Prosty żart kulinarny: bajtel cieszy się na makówki, dostaje porządną michę i… później zaczyna się afera. Klasyka: radość, tradycja i nagła świadomość, że żołądek ma jednak swoje granice.

„Mamo, a bydą makówki na wilijo, co?”

„Bydą, bydą, synek!”

(A potem w nocy: brzuch, jęk i „ojeje…”.)

— „Makówki”, „Ziemia Śląska”, 25 XII 1921 (humor prasowy)
„Makówki.” — pełny tekst (transkrypcja) „Ziemia Śląska”, 25 XII 1921 · dział humorystyczny Rozwiń / zwiń

Mamo, a bydą makówki na wilijo, co?

Bydą, bydą, synek!

Mamo, a dużo, pra?

Dużo, dużo, pełno micha, synek, ino mi już dej spokój!

I synek skokoł z uciechy na jednej nodze po izbie z palcem przy nosie i powtorzoł:

— Hm, a bydą makówki, a dużo, a pełno micha, hm, a byda jodł, fiu.

Przyszła wilijo. Synek ledwie chlipnął trocha siemniotki, jeno się kręcił porząd na stołku, i patrzoł, skoro matka postawi na stół „micha” z makówkami.

Nareszcie. I już synek nic nie wiedzioł, ani nie słyszoł, jeno jodł jedna makówka za drugą, aż mu się łodciepowało i tak sie łobjodł, aż przy stole usnął.

W nocy nie mógł spać, przewrocoł się w łóżku i stękoł:

— Mamo, ale mie boi brzuch! O jeje, o jeje, ale boli!

Matka zacyna się boć ło synka, głosko go po gębie i pyto go sie:

— Kaj cie to boli, Alojzku? Co cie boli?

— Ojeje, jeje, mamo wilijo mie boli, i te makówki mi łazą po brzuchu, ojeje, ojeje — stękoł dalej Alojzek.

Uwaga: pisownia zachowana jak w oryginale (gazetowa).

Tip praktyczny z historii: tradycja godo „jedz, bo święta”. Żołądek godo „ała”… ale dopiero nad ranem.

Śląska mama i synek rozmawiają przy stole o makówkach, humorystyczna scena wigilijna
„Mamo, a bydą makówki na wilijo, co?”
Skan tekstu „Makówki” z gazety Ziemia Śląska z 25 grudnia 1921 roku
Skan źródła: „Makówki”, „Ziemia Śląska”, 25 XII 1921.
1925 · „Głos z nad Brynicy”

Teduś z rozciepu godo… i robi świąteczny rachunek sumienia

W „Głosie z nad Brynicy” (1925) trafiamy na felieton podpisany po prostu: Teduś. Jest w nim wszystko, co lubię w dawnej śląskiej publicystyce: godka, tekst z przymrużeniem oka, a pod spodem bardzo normalna prawda o świętach — jedni mają pełny stół, inni ledwo „posmarują” chleb i zjedzą śledzia, ale tak na prawdę liczy się coś innego, atmosfera, spokój i „uciecha do śpiewanio naszych pjyknych kolęd”!

1925 · Teduś z rozciepu

„Hej kolęda, kolęda!”… Zabił wieprzka Gawęda!… tak se chodza i nóca pod nosem, a rachuja wiela to tak ludzi na święta bydzie miało zasolonego wieprzka – a wiela zaś bydzie takich, co nie bydą mieli cem chleba posmarować? — a wraz z kolędą przychodzi liczenie: co kupić, za co i dla kogo.

A wom wszystkim, co tak ani do bardzo biednych ani do tych bogatych nie należycie – życa siemieniotki, makówek, pieszorek, mocki, ryby, no i łorzechów i pierników – ale tak, żeby wos na drugi dzień brzuch nie boloł!

(Tu zostawiam sens i klimat, bo felieton jest dłuższy — warto zajrzeć do skanu w źródłach na końcu.)

— „Teduś z rozciepu godo…”, „Głos z nad Brynicy”, 1925, nr 38
I jeszcze ważne: Teduś nie tylko mówi o świętach — ale też ostrzega: „niech wos ręka Bosko broni, jakbyście się łożarli…”
Teduś z rozciepu godo – śląski felietonista przy wigilijnym stole, humor prasowy
Teduś z rozciepu godo… i liczy, komu starczy na makówki.
1936 · Szopienice (tło obyczajowe)

Wilijo w Szopienicach: żeby było „po naszymu”

Żeby nie było, że to tylko żarty z gazet: w 1936 roku w „Młodym Krajoznawcy Śląskim” dostajemy zapis świątecznych zwyczajów z Szopienic — w tonie bardziej wspomnieniowym, domowym, dziecięcym. Makówki pojawiają się tam jako coś oczywistego: święta są, to i makówki muszą być.

Zapis obyczaju · 1936

„Jak zwykło przed świętami Bożego Narodzenia, tyla roboty, że sie mamulka za głowa chytno i kryncom sie sami nie wiedzą coby radzić, cy przod makówki robić cy mocka, cy krupy na siemniotka warzyć, cy ryby bić.”

— „Zwyczaje świąteczne na Śląsku. Wilijo w Szopienicach”, „Młody Krajoznawca Śląski”, 1936, R. 3, nr 1
Śląski stół wigilijny z makówkami, moczką i choinką, ilustracja tradycyjnej Wigilii
Makówki, moczka, choinka. Tego nie mogło zabraknąć.

Puenta: w źródłach zmienia się styl (gazeta, felieton, wspomnienie), ale smak potraw świątecznych zostaje ten sam.

1993 · „Gazeta Rybnicka” (klamra)

„Wilijo klupie do dźwiyrzi” — i wszystko wraca

Skok do 1993 roku i mamy tekst Marka Matei: nowocześniejsza pisownia, ale ta sama emocja — czekanie, kuchnia, zapachy, stół i to, że człowiek w grudniu robi się trochę bardziej miękki. Jest też piękny motyw pustego talerza dla kogoś „zbłąkanego” (czyli dla potrzebującego).

„Jak już sie zaczyno ściymniać, pomału przinosi na stoł wszystkie potrawy. Jest to konopiotka, fiszzupa z nudlami, sztamfowane kartofle, kapusta z grochem i grzibami, kaper pieczony, makówki, moczka i kompot z cześni.”

— Marek Mateja, „Gazeta Rybnicka”, 1993, nr 51/52

„Z bracikami cołki rok my szporowali i za to my kupiyli tacie na gyszynk ślips i nowe fuzekle, żeby nie musioł łazić w posztompowanych. Mama dostanie parfin i taszyntuchy.”

— Marek Mateja, „Gazeta Rybnicka”, 1993, nr 51/52
Śląska rodzina przy stole wigilijnym – dzieci dają rodzicom skromne prezenty: ślips i fuzekle, parfin i taszyntuchy
„Z bracikami cołki rok my szporowali…” — gyszynki skromne, ale od serca.

„Zostawiomy na kożdym stole prożny talyrz dlo kogoś zbłąkanego”

— Marek Mateja, „Gazeta Rybnicka”, 1993, nr 51/52

Wilijo klupie do dźwiyrzi.

A człowiek już od połednia myśli o moczce i makówkach…

— Marek Mateja, „Gazeta Rybnicka”, 1993, nr 51/52
Wilijo klupie do dźwiyrzi – Wigilia widziana przez okno śląskiego familoka
Wilijo klupie do dźwiyrzi.
Życzenie na koniec: niech Wom te makówki smakują… i niech już tak nie „łazōm” po brzuchu. 😉 PYRSK!
Mini słowniczek: co to je ta moczka i makówki?

Dla tych, co pytają „a co to właściwie jest?” — krótko, po naszymu i po ichniemu:

deser wigilijny

Makówki

Słodki deser z maku (najczęściej mielonego) z mlekiem, cukrem i bakaliami, przełożony pieczywem (bułka, chałka, sucharki — zależy od domu).

Znane też jako „makiełki” – i potrafią „wrócić” w nocy, jak widać w prasie. 😉

śląska klasyka

Moczka (moczka)

Słodka, gęsta potrawa wigilijna z piernika rozmoczonego (często w wodzie/kompocie), z dodatkiem bakalii, „zoftu” z kompotów, czasem też czekolady. Konsystencja jak deserowo „zupa”.

Każdy dom powie: „moja je nojlepszo” — i wszyscy mają racja.

kompot

Kompot z pieczek

Świąteczny kompot z suszonych owoców (regionalnie „pieczki” to różne suszone owoce). U jednych gruszki i śliwki, u innych „co było” — ale zapach zawsze ten sam.

Na Śląsku to smak Wigilii tak samo jak mak i piernik.

Chcesz przepisy? Zajrzyj do Boncloka — linki masz w źródłach na dole.
Ciekawostka (2025): bieg po… moczkę i makówki 😄

A jeśli ktoś chce mieć „alibi” przed dokładką: 20 grudnia 2025 w okolicach Czerwionki-Leszczyn (Stanowice) odbywa się „Bieg po Moczkę i Makówki”. Nazwa sama w sobie robi robotę.

Fanpage: facebook.com/makowki
Strona biegu: biegpomoczkeimakowki.pl

Na szybko: słowniczek & źródła

Słowniczek z dzisiejszego wpisu

  • wilijo — Wigilia
  • micha — miska (tu: porządna, pełno makówek)
  • siemniotka — dawna potrawa z konopi; w 1921 synek „ledwie chlipnął trocha siemniotki”, bo już czekał na makówki
  • fuzekle — skarpety
  • posztompowane — cerowane, łatane (np. fuzekle)
  • gyszynk — prezent
  • prożny talyrz — pusty talerz dla kogoś zbłąkanego / potrzebującego
  • zalać chroboka — potocznie: „wypić alkohol”, „zalać robaka” (Teduś ostrzegał!)
  • klupać do dźwiyrzi — „pukać do drzwi”, czyli: Wigilia już tuż-tuż

Źródła i linki

• „Makówki”, Ziemia Śląska, 25 XII 1921 (humor prasowy).
• „Teduś z rozciepu godo…”, Głos z nad Brynicy, 1925, R. 1, nr 38.
• „Zwyczaje świąteczne na Śląsku. Wilijo w Szopienicach”, Młody Krajoznawca Śląski, 1936, R. 3, nr 1.
• Marek Mateja, „Wilijo klupie do dźwiyrzi”, Gazeta Rybnicka, 1993, nr 51/52 (154/155).

• O potrawach (Bonclok):
Moczka, makówki i kompot z pieczek
Makówki — przepis
Moczka — przepis

Link do skanu „Głos z nad Brynicy” (1925, nr 38):
Śląska Biblioteka Cyfrowa

1
0

Read more

Górnik w skalnej grocie patrzy na figurę świętej Barbary oświetloną złotym światłem.

Barbórka: Czamu święto Barborka łostała za Patrónka berchmonów?

Barbórka · śląskie legendy górnicze

Barbórka: Czamu święto Barborka łostała za Patrónka berchmonōw?

Śląska legenda górnicza na podstawie zbioru Ludwika Łakomego „Kwiaty na hałdach – górnośląskie legendy górnicze”.

Górnik w skalnej grocie patrzy na figurę świętej Barbary oświetloną złotym światłem.
Legenda o św. Barbarze odkrytej w skalnej grocie – ilustracja do opowieści.

Barbórka to jedno z najważniejszych świąt na Górnym Śląsku. Co roku 4 grudnia górnicy obchodzą Barbórkę, święto swojej patronki – św. Barbary. Ale skąd się wzięło, że właśnie Barbórka została patronką górników (berchmonów)? Odpowiedź kryje się w starej śląskiej legendzie, zapisanej w godce i przekazywanej z pokolenia na pokolenie.

Każdy człowiek musi mieć swojego patrona

Z legendy Ludwika Łakomego

„Przeca wiedzą, iże kożdy jedyn cłowiek musi miyć łorędownika w niebiesiech, kiery sie za nim wstawio do Pōn Bōcka i przaje mu, ale przaje.”

Łakomy zaczyna opowieść od prostej, ale mocnej myśli: nikt na świecie nie jest „bez patrona”. Kupcy, rzemieślnicy, lekarze, muzycy – każdy ma swojego świętego. Nad pasterzami czuwa św. Jerzy, nad piszącymi i uczonymi – Jan, Tomasz i Augustyn, a nad strażakami i hutnikami – św. Florian.

Tylko górnicy długo chodzili bez swojej świętej opiekunki. Gdy na grubie (w kopalni) działo się coś złego, każdy wołał po prostu:

Z legendy

„Ło mój Pōn Bōcku roztomiły, dej mi zaś pomóc.”

„Ło mój Pōn Bōcku jedziny, retuj mie, retuj, boć niy moga być jeny dlo berchmonōw.”

Pan Bócek (tak po śląsku mówi się o Bogu) słyszał ich wołanie z podziemi, z szybów, z ciemnych chodników. W końcu przyszła pora, żeby górnikom pomóc znaleźć własnego patrona.

Kłopot Pōn Bōcka z berchmonami

W pewnym momencie legendy wołanie górników staje się tak częste i tak głośne, że – jak pisze Łakomy – sam Pōn Bōcek z lekkim uśmiechem ma powiedzieć:

Z legendy

„Dejcie mi już, chopy, pokój, a wybiercie sie inkszygo, kieryby dzierżół nad wami piecza.”

W wolnym przekładzie: „Dajcie mi już spokój, chłopy, i wybierzcie sobie kogoś, kto będzie nad wami trzymał pieczę”. Od tej chwili zaczyna się szukanie świętej, której los będzie naprawdę bliski górniczemu życiu.

Górnicy pod ziemią unoszą ręce i lampy ku jasnemu światłu w sklepieniu skał.
Górnicy wołający o pomoc – motyw z legendy o wyborze patronki.

Świętych w niebie jest cała gromada, ale nie każdy pasuje na patrona ludzi, którzy dzień w dzień ryzykują własnym życiem w ciemnym podziemiu.

Dziewica, która schowała się w skale

W tym miejscu legendy pojawia się imię, bez którego nie byłoby Barbórki – Barbara. U Łakomego to córka surowego berchdyrektora Drzyskōry, który za żaden skarb nie chce przyjąć chrześcijańskiej wiary ani dopuścić, żeby przeszła na nią jego córka.

Z legendy

„Bo tyn Drzyskóra mioł cera Barborka, kiero przoła Pōn Jezusowi, ale przoła.”

Barbara przyjmuje chrzest po kryjomu. Kiedy ojciec się o tym dowiaduje, zaczyna ją prześladować. W końcu dziewczyna ucieka i kryje się w skalnej rozpadlinie. I tu wydarza się cud – skała staje się jej schronieniem.

Święta Barbara ukrywa się w skale przed swoim prześladowcą, otoczona złotym światłem.
Ukrycie św. Barbary w skale – kluczowy moment legendy.
Święta Barbara trzymająca lampę, patronka górników.
Św. Barbara jako opiekunka tych, którzy pracują pod ziemią.

Z legendy

„…tyn pieroński Drzyskóra ścigo! ją na koniu. Mało wiela stykło, a przez łochyby zaklupoł by na śmierć ta Barborka, kiej boractwo przyszło sie pod skała, kiero chocioż to kamiyń, łokozała litosierdzie, łodparła sie, jako dźwierze i w postrzodku skryła nieszcęśliwo paniczka…”

Dla górników ta historia brzmi wyjątkowo swojsko. Dziewica ukryta w skale, światło przebijające ciemność i cudowne ocalenie – to obrazy bardzo bliskie ich codziennej pracy. Kto lepiej zrozumie ludzi, którzy dzień w dzień zjeżdżają pod ziemię, licząc na to, że ktoś nad nimi czuwa? W Barbarze zobaczyli więc swoją orędowniczkę, świętą, która sama zaznała mroku i znalazła schronienie w skale.

Czemu właśnie Barbórka została patronką górników?

W opowieści górnicy rozumują po swojemu: potrzebują patrona, który zna lęk, ciemność i niebezpieczeństwo, ale jednocześnie jest blisko światła i zbawienia. Św. Barbara spełnia wszystkie te warunki.

Jak opisuje to Łakomy

„Święto Barborka to nie żodno baba, jeny dziewica, kiero nic znała chopa i niy swarzóła sie śnim.”

Jest młoda, odważna, wierna aż do męczeństwa. Ukrywa się w skale, a w ikonach często trzyma lampę albo świecę. Nic dziwnego, że górnicy mówią w końcu jednogłośnie:

Z legendy

„To je naszo patronka. Od dzisioj świynto Barborka trzyma piecza nad berchmonami.”

Od tego czasu w śląskich familokach i cechowniach wisi jej obraz, a w kopalnianych kaplicach płoną świece właśnie dla niej.

Lampa karbidowa, kilof, hełm i bryła węgla jako symbol górniczego rzemiosła.
Górnicze narzędzia pracy – codzienność tych, których patronką została św. Barbara.

Barbórka dziś – tradycja, która wciąż żyje

Dziś Barbórka to już nie tylko stara legenda, ale żywy zwyczaj. Kopalniane orkiestry grają marsze, w kościołach odprawia się uroczyste msze za górników i ich rodziny, a na cechowniach słychać śmiech i górnicze przyśpiewki.

Jednak pod całą tą tradycją dalej kryje się proste pytanie, z którego wyrosła legenda: kto nad nami czuwa, kiedy zjeżdżamy na dół? Odpowiedź od ponad stu lat jest ta sama – św. Barbara, nasza Barbórka.

📜 Oryginalne skany legendy o Barbórce

Poniżej możesz zobaczyć oryginalny zapis legendy „Czamu święto Barborka łostała za Patrónka berchmonōw” z książki Ludwika Łakomego „Kwiaty na hałdach – górnośląskie legendy górnicze”.

Oryginalna strona 19 z książki Ludwika Łakomego Kwiaty na hałdach – górnośląskie legendy górnicze.
Oryginalna strona 19 – początek legendy o Barbórce.
Oryginalna strona 20 z książki Ludwika Łakomego Kwiaty na hałdach – górnośląskie legendy górnicze.
Strona 20 – ciąg dalszy opowieści o berchmonach i Pōn Bōcku.
Oryginalna strona 21 z książki Ludwika Łakomego Kwiaty na hałdach – górnośląskie legendy górnicze.
Strona 21 – zakończenie legendy o św. Barbarze jako patronce górników.

Pełną wersję „Kwiatów na hałdach” znajdziesz w Śląskiej Bibliotece Cyfrowej .

🪔 Źródła i opracowania

  • Ludwik Łakomy, Kwiaty na hałdach – górnośląskie legendy górnicze (w tym legenda „Czamu święto Barborka łostała za Patrónka berchmonōw”).
  • Skany dawnych tekstów śląskich ze zbiorów Śląskiej Biblioteki Cyfrowej (sbc.org.pl).
  • Tradycja ustna i obyczajowość górnicza Górnego Śląska, przekazywana w rodzinach górniczych.
  • Polecam wcześniejszy wpis na Flaczek.com: „Opowieść o Goduli” – również na podstawie książki Łakomego.
0
0

Read more

Okładka w stylu starej gazety: „Kącik redaktora Powsinogi” (Nowiny, 1911) z napisem „Pierników kandy!”

Kącik redaktora Powsinogi

Pełny tekst „Kącika redaktora Powsinogi” (Nowiny, 1911) w stylu starej gazety
Kącik redaktora Powsinogi

Kącik redaktora Powsinogi

Publikujemy pełny cytat rubryki z „Nowin” (1911) wraz z naszym tłumaczeniem, krótkim komentarzem i słowniczkiem. Analizujemy każdy fragment osobno.

FRAGMENT 1

Cytat
Kącik naszego redaktora Powsinogi. Dobry dzień państwu! Pierników kandy! Alechsie tez to zgorsył, jak mi ci drukorze dali przecytać te pismo co to było przeciwko mnie napisane.
NASZ PRZEKŁAD
Kącik naszego redaktora Powsinogi. Dzień dobry Państwu! Do pierona! Porządnie się oburzyłem, kiedy drukarze dali mi do przeczytania tekst napisany przeciwko mnie.
KOMENTARZ (humorystyczny)
Wejście grzeczne jak na imieniny do ciotki — a chwilę później: „Pierników kandy!” – będzie po naszemu i z jajem!
„Pierników kandy!” = „Do diabła / do pierona / do licha!” — łagodna, żartobliwa klątwa.
SŁOWNICZEK (z tego fragmentu)
  • zgorsył — oburzył się, wzburzył.
  • drukorze — drukarze / redaktorzy techniczni.

FRAGMENT 2

Cytat
Jakiś Kublik, co sie za swoje nazwisko stydzi, iż go ani wymienić nie chcioł, pisoł ize „Nowiny“ nase są bardzo porządne pismo — ale to jego sceście, boby był dostoł po cuprynie, kyby inacej pedzioł, — ale jo, jo toch jest „usterka” tego porządnego pisma, jo toch jest błąd, a nawet skodliwy.
NASZ PRZEKŁAD
Jakiś Kublik, wstydzący się własnego nazwiska (nie chciał go nawet podać), napisał, że nasze „Nowiny” to bardzo porządna gazeta — i to jego szczęście, bo dostałby po głowie, gdyby powiedział inaczej — ale podobno ja jestem „usterką” tej porządnej gazety, ja to niby błąd, a nawet coś szkodliwego.
KOMENTARZ (humorystyczny)
Czytelnik-anonim: zza firanki chwali redakcję, ale po autorze ciśnie równo.
SŁOWNICZEK (z tego fragmentu)
  • stydzi — wstydzi się.
  • sceście — szczęście.
  • dostoł po cuprynie — dostał po głowie.
  • kyby — gdyby.
  • pedzioł — powiedział.
  • usterka — wada, defekt (ironizowane).
  • skodliwy — szkodliwy.

FRAGMENT 3

Cytat
Pierników kandy! Dobrze, iześ sie nie podpisoł, bo jakbych cie rżnął, tobyś sie dziewięć razy na pięcie ofyrtnął, ty kłaku, cobyś ciężkiego pyska i racic dostoł, jo ci dóm „usterka”, aze ci dóm!
NASZ PRZEKŁAD
Do pierona! I dobrze, żeś się nie podpisał, bo gdybym ci przyłożył, to dziewięć razy obróciłbyś się na pięcie, ty gałganie — dostałbyś w gębę i po łapach! Ja ci dam „usterka”!
KOMENTARZ (humorystyczny)
Komiczny „pojedynek na słowa”: Powsinoga pręży „muskuły”, a jego „godka” jest w tym miejscu wyjątkowo smaczna!
SŁOWNICZEK (z tego fragmentu)
  • nie podpisoł — nie podpisał się.
  • rżnąć — tu: „przyłożyć”, zdzielić (przenośnie).
  • ofyrtnąć się — obrócić się zwinnie, na pięcie.
  • kłak — obelga: gałgan, nicpoń.
  • pysk — gęba, twarz (potocznie).
  • racice — kopyta; tu: „łapy” (obraźliwie).
  • dóm — dam.
  • aze — jeszcze / aż.

FRAGMENT 4

Cytat
Dyć wóm tyn gałgón pisoł, ize tak jak jo pisa, to jest „żargon“, — tego to tak dokna nie rozumia, co to znacy tyn „żargon“ i nie chca być za to zły, bo chtowie, cy to nie znacy co dobrego — ale te drugie co pisoł to rozumia, bo to po nasemu.
NASZ PRZEKŁAD
A przecież ten gałgan pisał wam, że to, jak ja piszę, to „żargon” — tego to ja tak do końca nie rozumiem, co znaczy ten „żargon”, i nie chcę się o to gniewać, bo kto wie, może to nawet znaczy coś dobrego — ale to drugie, co pisał, to rozumiem, bo to jest po naszemu.
KOMENTARZ (humorystyczny)
Powsinoga robi elegancki unik — nie wchodzi w polemikę, udając, że nie zna słowa „żargon”.
SŁOWNICZEK (z tego fragmentu)
  • Dyć wóm — przecież wam / a przecież wam.
  • gałgón — łobuz, gałgan.
  • pisoł — pisał.
  • dokna — dokładnie.
  • chtowie, cy… — kto wie, czy…
  • po nasemu — w naszej mowie (śląskiej).

FRAGMENT 5

Cytat
On pisoł, tyn… tyn… — niech nie wyrzeka — ize te moje pisanie i ta moja godka jest „przywarą“ języka polskiego. Juzech sie za to nie chcioł gorsyć, bo jo przywary od prazónek rod ja, ale on tak prawie pisoł, jak kyby te słowo „przywara“ coś złego miało znacyć. Jo ci dóm „przywara“, ty hultaju!
NASZ PRZEKŁAD (skorygowany)
On pisał, ten… ten… — niech się nie wyrzeka — że moje pisanie i moja mowa to „przywara” (wada) języka polskiego. Nie chciałem się o to obrażać, bo z tych „przywar od prażonek” jestem rad (to mnie cieszy), ale on pisał tak, jakby słowo „przywara” miało znaczyć coś złego. Ja ci dam „przywarę”, hultaju!
KOMENTARZ (humorystyczny — lekkie wygładzenie)
Anonimowy czytelnik nazywa ślōnsko godka „przywarą” — i prosi się o fanga w nos. Powsinoga gryzie się jednak w język („tyn… tyn…”), żeby nie strzelić ostrzej, i robi z tego kalambur z kuchni: „przywary od prażonek” to u nas coś dobrego i swojskiego…
SŁOWNICZEK (z tego fragmentu)
  • pisoł — pisał.
  • niech nie wyrzeka — niech się nie wyrzeka (niech się nie wypiera / niech się nie zarzeka).
  • godka — mowa/gwara (śląska).
  • przywara — wada, skaza (tu: pejoratywny zarzut wobec gwary).
  • rod / rod ja — rad, zadowolony („jeżech rod, że cię widza”).
  • przywary od prażonek — gra słów: swojskie „przyjemności” kojarzone z prażonkami; kontrast do „przywara = wada”.
  • Jo ci dóm — ja ci dam.
  • hultaj — łajdak (żartobliwie).

FRAGMENT 6

Cytat (ciągły skład)
Tak jak jo pisa, to jest po nasymu, po polsku, bo nom tak jeden ksiądz nas tez po nasemu Wrocłow piyknie opisoł, a jak sie to piyknie słysy: „Ale wóm to padom, kumie!“
NASZ PRZEKŁAD
A to, jak piszę, jest po naszemu, po polsku, bo nam i nasz ksiądz też po naszemu Wrocław pięknie opisał — a jak to ładnie brzmi: „Ale wam to powiem, kumie!”
KOMENTARZ (humorystyczny)
Argument trochę jak „z ambony”, ale swojski: bo od naszego księdza.
SŁOWNICZEK (z tego fragmentu)
  • po nasymu / po nasemu — po naszemu.
  • nom — nam.
  • Wrocłow — Wrocław.
  • piyknie opisoł — pięknie opisał.
  • kum/kumie — w potocznym znaczeniu: bliski przyjaciel, znajomy.
  • „Ale wóm to padom, kumie!” — „mówię wam to, przyjacielu!”

FRAGMENT 7

Cytat
Tak, tak, juz to dobrze, juzech cie poznoł ty Kubliku! Tyś tez jest jeden od tych, co to myślą, izech my co gorsego, bo ty trocha lepsy radzis jak my, ale to ci padom, ize sie dokumentnie mylis, bo jo se tak i z Panę Bogę połosprawią, a on mnie rozumie, ale jo to ciebie juz chnet rozumieć nie mogą, jak mi ta o jakimś „żargonie“ pises abo „ignotus“ się podpises. Widzis, ty szpecis tyn nas język polski, ale my, my umiemy jesce prawie po polsku.
NASZ PRZEKŁAD
Tak, tak, już dobrze, już cię rozpoznałem, Kubliku! Jesteś jednym z tych, co myślą, że my jesteśmy gorsi, bo ty trochę lepiej sobie radzisz niż my. Ale powiem ci: całkowicie się mylisz, bo ja sobie i z Panem Bogiem po naszemu porozmawiam i On mnie rozumie — ale ja ciebie to już całkiem nie potrafię zrozumieć, kiedy mi tu o jakimś „żargonie” piszesz albo podpisujesz się „ignotus”. Widzisz, ty szpecisz ten nasz język polski, ale my — my jeszcze potrafimy całkiem po polsku.
KOMENTARZ (humorystyczny)
Argument ostateczny: „Z Panem Bogiem gadom po naszemu — i się rozumiemy”. A z Kublikiem? No właśnie… „ignotus” w podpisie, „żargon” w tekście — brzmi uczono, a wychodzi jak popisy na pokaz. Powsinoga wbija szpilkę: „to ty psujesz polszczyznę, my ją nadal umiemy”.
SŁOWNICZEK (z tego fragmentu)
  • cie poznoł — rozpoznał cię.
  • radzis — mówisz/gadasz.
  • dokumentnie — całkowicie, zupełnie.
  • połosprawią — porozmawiam (pogadam).
  • chnet — szybko, zaraz.
  • pises — piszesz.
  • sie podpises — się podpiszesz.
  • szpecis — szpecisz, psujesz.
  • jesce prawie — jeszcze całkiem/porządnie.

FRAGMENT 8

Cytat
Wies co, Kubliku, abo „ignotusie“, jak sie naucys cenić ta nasa godka, to tez sobie i z nos bandzies coś robiół, a jo ci tak, co do tego tak prawie niedowierzóm.
NASZ PRZEKŁAD
Wiesz co, Kubliku, albo „ignotusie”: jeśli nauczysz się cenić naszą godkę, to też i nas będziesz poważał. Ale powiem ci szczerze — średnio w to wierzę.
KOMENTARZ
Szanuj ślonsko godka!
SŁOWNICZEK (z tego fragmentu)
  • Wies co — wiesz co.
  • naucys — nauczysz.
  • nasa godka — nasza mowa (śląska).
  • z nos — z nas
  • bandzies robiół — będziesz robił.
  • niedowierzóm — niedowierzam.

FRAGMENT 9

Cytat
Jo mu tak tego nie poradza pedzieć, ale ci drudzy niech mu jeno na to odpisą. Jo sie od dzisiejsego dnia tez juz nie bana zwoł „redaktór“, bo to tez jest „przywara“, bo nie po nasemu, jeno prawie inacej — gazeciorz.
NASZ PRZEKŁAD
Ja nie potrafię mu tego powiedzieć, ale niech inni mu na to odpiszą. A ja — od dzisiaj nie będę się już nazywał „redaktor”, bo to też „przywara”, nie po naszemu, tylko inaczej — odtąd: gazeciorz.
KOMENTARZ (humorystyczny)
Piękny finisz: „niech mu inni odpiszą” — a ja w tym czasie robię rebranding. „Redaktor”? To brzmi obco, „gazeciorz” — jest po naszemu!
SŁOWNICZEK (z tego fragmentu)
  • poradza pedzieć — potrafię powiedzieć.
  • jeno — tylko.
  • odpisą — odpiszą.
  • bana — będę.
  • zwoł — zwać się, nazywać się.
  • przywara — wada (tu: ironicznie o obcym tytule).
  • gazeciorz — żartobliwie: dziennikarz/człowiek od gazety (swojskie określenie).

Źródło: Nowiny, 1911, R. 1, nr 16

1
0

Read more

Bajtel klęczy przy rzece Brynicy i pije wodę; Starzik gestem go ostrzega — ilustracja do ‘Rzyki’ Ojgyna z Pnioków.

„Rzyka” Ojgyna z Pnioków — śląska przestroga nad Brynicą

Tekst gwarowy: Eugeniusz Kosmała (Ojgyn z Pnioków)

O czym jest ta „Rzyka”?

Nad rzeką Brynicą elegancko ubrany bajtel klęka przy brzegu i pije wodę. Starzik widząc to, próbuje go ostrzec. Mówi raz, drugi, trzeci — po naszemu, po śląsku.

A bajtel? Uprzejmy jak z poradnika: „Słucham, proszę pana. Nic nie rozumiem, proszę pana.” I pije dalej…

Bajtel nie rozumie Starzika, więc nie rozumie ostrzeżenia. Poirytowany Starzik bezradnie kwituje:

„Duldey se, synek, ta woda dalij… Dyć gorolowi przeca nic niy zaszkłodzi.”

Morał z przymrużeniem oka: Ślōnsko godka potrafi uratować życie — pod warunkiem, że ją rozumiesz.

Najlepsze kwestie

(z przekładem i komentarzem)

„Bajtel nic, ino dalszij szluko po malusku ta woda.”

Tłumaczenie: Chłopiec nic, tylko dalej powoli siorbie wodę.

Komentarz: Hydrolog amator. System filtracji: „wiara w siebie”.

„Cy ty giździe niy suchosz?… we tyj wodzie same flyje pływióm.”

Tłumaczenie: Czy ty w ogóle nie słuchasz? W tej wodzie same śmieci płyną.

Komentarz: Pierwszy monitoring rzek „na nos” — metoda organoleptyczno-starzikowa.

„Na zicher chycisz jakiesik chorobsko, bydziesz niyskorzij srać i rzigać.”

Tłumaczenie: Na pewno złapiesz jakąś chorobę — i będzie kiepsko.

Komentarz: Komunikat BHP po śląsku: nie pij syfiastej wody, bo cię zmiecie z planszy.

„Ustōń, kiej ci gŏdōm i już!”

Tłumaczenie: Przestań, kiedy ci mówię — już!

Komentarz: Starzik był tak stanowczy, że nawet kaczki wyszły na brzeg, a bajtel dalej chłepta.

„Słucham, proszę pana. Nic nie rozumiem, proszę pana.”

Tłumaczenie: zbędne…

Komentarz: Typowy gorol — niby grzeczny, ale nie kapuje ślōnski godki i robi swoje.

„Duldey se synek ta woda dalij… Dyć gorolowi przeca nic niy zaszkłodzi.”

Tłumaczenie: No to pij sobie dalej… Przecież gorolowi nic nie zaszkodzi.

Komentarz: Skoro nie rozumisz po naszemu, to pij dalej…

O autorze

Eugeniusz Kosmała (1947–2023), znany jako Ojgyn z Pnioków — autor krótkich opowieści i felietonów po śląsku.

Źródło: Śląska Biblioteka Cyfrowa – „Rzyka” (stały link) .

Nota prawna: Cytaty zgodnie z prawem cytatu (art. 29 pr.aut.). Publikacja całości utworu poza ŚBC wymaga zgody uprawnionych.

1
0

Read more

Karol Godula i Joanna Gryzik na tle XIX-wiecznej huty cynku na Górnym Śląsku – ilustracja w stylu sepii, inspirowana opowieścią Ludwika Łakomego według godek Wawrzyńca Hajdy.

Opowieść o Goduli – na motywach Ludwika Łakomego (według godek Wawrzyńca Hajdy)

Opowieść o Goduli – na motywach Ludwika Łakomego (według godek Wawrzyńca Hajdy)

Karol Godula – „król cynku” z Górnego Śląska – to postać, która do dziś budzi emocje. W cyklu „Opowieść o Goduli” przybliżamy jego niezwykłe losy, opisane przez Ludwika Łakomego według godek Wawrzyńca Hajdy.

📜 Wstęp

„…gwara środkowo-górnośląska, będąca w użyciu w obwodzie przemysłowym — prześpiewna, czarująca, ze skargowskimi zwrotami i wyrazami rdzennie staropolskimi, które domagają się prawa obywatelstwa w dzisiejszej mowie polskiej.” — Ludwik Łakomy, „Kwiaty na hałdach”
W cyklu nie „prostujemy” gwary — bierzemy #ŚlōnskoGodka tak, jak brzmiała.

🪓 Odcinek 1 — Karol Godula: z chopa pan

Niyma gorszygo tyrana, jak z chopa pana – i to bezma szczyro prowda! Tyn Godula, ło kierym im byda łożprowić, to bōł taki pieroń…”
Godula – Odcinek 1 „Z chopa pan”; cytat po śląsku i stara lampa górnicza na tle gazety
Karol Godula, późniejszy „król cynku”, w godkach zapamiętany jako tyran – ale i ktoś, kto „z prostygo chopa prziszoł do lepszygo żywobycio”.
„Wiedzą, jest tako godka, iż niyma gorszygo tyrana, jak z chopa pana… Tyn Godula, kiery z prostygo chopa prziszoł do lepszygo żywobycio, a to skiż tego, iż za miech strzybła zaprzodł dusza cartu.”

🔥 Odcinek 2 — Karol Godula: tyran, którego prawie zlinczowano

„…kajś przycapili pierońskigo Godule, kierymu tak wciśli, iże łostoł blank ze ździebkiym życia; jeny łod terazki mioł już prawo rać krótszo, a lewo łapa łuschniynto.”
Godula – Odcinek 2 „Tyran, którego prawie zlinczowano”; scena przemysłowa i cytaty po śląsku
Pobili go niemal na śmierć – odtąd kulał. A jednak zamiast końca był awans: graf Ballestrem uczynił go włodarzem dworu w Rudzie.

👹 Odcinek 3 — Karol Godula: pakt z diobłem i narodziny „króla cynku”

„Godula zapisoł diobłu swoja dusza, a tyn mu łobiecoł tela strzybła, wiela jyny bydzie chcioł. Dioboł jeszce pedzioł, iże Godula nie śmie nikomu przajać, nie śmie sie brać baba, choćby na ‘sztandesamcie’ — boć eli by tak zrobiół, psiniec by mioł, nie skarby.”
Godula – Odcinek 3 „Pakt z diobłem”; mężczyzna ze świecą i diabelski cień na ścianie
Legenda mówi, że w Rudzie zawarł pakt z diabłem. W zamian za bogactwo miał żyć w samotności, bez miłości i bez spokoju. Od tego czasu jego majątek rósł w zawrotnym tempie. Z zapomnianych hałd i starych wyrobisk potrafił wydobyć rudę cynku — coś, co inni uważali za bezwartościowe. Tak narodził się jego przydomek: „król cynku”..
„Kiej na świat przyszła mrokiew, ludzie łuciekali łod dwora, choćby łod piekła, boć tak coś wszandzie lyncuchami scyrkało i wydziwiało, iże wszyjscy rzykali, a łode strachu furt im włosy stowały na łebach.”

👧 Odcinek 4 (ostatni) — Karol Godula i Joanna Gryzik: dziedziczka fortuny

Łod tego dnia Godula nie znod sie miejsca. Cięgiym mu stowoł przed łocy tyn chop, kiery go przekląn… Tōż tak mu te spōminki dopolały, iże gdowa i dziouszka po tym chopie wzion do swojigo dwora, coby sie już łod teraski nie tropiły ło kraicek chleba.”
Godula – Odcinek 4 „Dziedziczka”; Karol Godula i mała Joanna Gryzik na tle zabudowań huty
Pod koniec życia w jego domu zamieszkały wdowa po robotniku i jej córka – Joanna Gryzik. Po śmierci Goduli to właśnie ona odziedziczyła fortunę: huty, kopalnie, dwory i ziemie – stając się jedną z najbogatszych kobiet na Śląsku (później jako Joanna von Schaffgotsch).
„Dziepiyro terazki Goduli sie łotwarły łocy. Dziepiyro terazki doł sie pozór, wiela to zła lucyniół na górnośląskiej ziemi.”

📖 Fakty i legenda

Karol Godula urodził się 8 listopada 1781 r. w Makoszowach, zmarł 18 lipca 1848 r. we Wrocławiu. Z bezdomnego chłopca wyrósł na jednego z pionierów przemysłu cynkowego.
  • 2 huty cynkowe
  • 19 kopalń galmanu
  • 40 kopalń węgla
  • ok. 7000 mórg ziemi oraz dwory w Szombierkach, Orzegowie, Bobrku i Bujakowie
Wszystko zapisał swojej wychowance – Joannie Gryzik (później Joannie von Schaffgotsch).

🪔 Źródła i opracowania

  • Ludwik Łakomy, Kwiaty na hałdach – opowieści „według godek Wawrzyńca Hajdy”.
  • Śląska Biblioteka Cyfrowa – skany i materiały ikonograficzne.
  • Opracowanie: flaczek.com.

Zobacz także

1
0

Read more

Winieta „Gazety Górnoszląskiej” – nr 97, Bytom, 8 grudnia 1877 r.

Jak mówią na Górnym Szląsku… i jak „powinno się mówić” (Gazeta Górnoszląska, 1877)

Jak mówią na Górnym Szląsku… i jak „powinno się mówić” (Gazeta Górnoszląska, 1877)

W 1877 roku Gazeta Górnoszląska wystartowała z mini-kursem polszczyzny dla Ślązaków: „Jak mówią na Górnym Szląsku, a jak się mówić powinno poprawnie po polsku”. Zebrałem „lekcje” w jednym miejscu – z kontekstem, humorem i ilustracjami.

1) „ja/jo” zamiast „tak” – i czemu to kogoś bolało w uszy 🙂

„Szlązacy zamiast tak mówią ja/jo – jak w niemieckim ja.”

Dziś czytamy to jak notatkę o przenikaniu języków. W XIX w. redakcja widziała germanizm i próbowała „prostować”.

2) Słownik szybkich podmian: „Nie X, tylko Y” 🔄

  • masarzrzeźnik
  • ciepnąćrzucać
  • versichrowaćzabezpieczyć
  • szolkafiliżanka/szklanka
  • galotyspodnie
  • frelkapanna
  • knefleguziki
Słowniczek z 1877 roku: masarz → rzeźnik, szolka → filiżanka, galoty → spodnie, frelka → panna, knefle → guziki
Mini-słowniczek z „Gazety Górnoszląskiej” (1877): „nie X, tylko Y”.

3) „Szolka kafeju” i reszta ferajny ☕

„Na dzień dobry autor strofuje nas za szolka kafeju.”

Gazeta zalecała: mówmy „filiżanka kawy”. A przy okazji korygowała m.in.: rzekać → modlić się, zdrzadło → zwierciadło/lustro, knefle → guziki, mycka/kłobuch/hut → czapka/kapelusz.

Napis „szolka kafeju” i filiżanka kawy w stylu starej gazety
„Szolka kafeju” – forma gwarowa, którą gazeta prostowała na „filiżanka kawy”.

4) Jabłka, które były ziemniakami – i „kiszka”, która bywa mlekiem 🥔

  • „jabłka” (o ziemniakach)ziemniaki — kalka z niem. Erdäpfel („jabłka ziemne”).
  • „kiszka” (o mleku)zsiadłe/kwaśne mleko — „jadłem ziemniaki z zsiadłym mlekiem”.
  • „kiszka” (wędlina) = wyrób z kaszą (u nas krupniok); gdy nadziewane mięsem – mówimy „kiełbasa”.
Skrzynka ziemniaków z etykietą „Erdäpfel – jabłka ziemne”; dawna nazwa ziemniaków pochodząca z języka niemieckiego
„Erdäpfel” = „jabłka ziemne” → ziemniaki. Prosta droga do skrótowego „ziemniak”.

5) Asza, lant i wielkie kludzenie 🧹

  • asza/hasiepopiół (niem. Asche)
  • lantwieś (niem. Land)
  • kludzić → sprzątać; wykludzić się → wyprowadzić; wkludzić się → wprowadzić
Piec z łopatą i popiołem; śląskie słowo „asza” lub „hasie” oznaczające popiół, pochodzące od niemieckiego „Asche”
„Asza” lub „hasie” – regionalne słowo na popiół, od niem. „Asche”.

6) Finał cyklu 🏁

Na koniec pojawiły się m.in. cajtlunek/cajtunek → gazeta/pismo, rajzender → podróżny, a także parę nazw roślin i potraw.

Puenta: Widać tu, jak języki przenikały się na co dzień — słowa przechodziły z jednej mowy do drugiej.

Źródła

  • Gazeta Górnoszląska, 1877 (R. IV) i początek 1878 (R. V) – skany: Śląska Biblioteka Cyfrowa (ŚBC).
  • Opracowanie: flaczek.com
0
0

Read more