
Od leśnych zbójców do pierwszych kominów. Lipiny i Chropaczów przed wielką industrializacją
Zanim nad Lipinami i Chropaczowem wyrosły kominy, szyby i hutnicze hale, rozciągał się tu świat zupełnie inny — leśny, ubogi, błotnisty i pełen lęku.
Opracowanie historyczne na podstawie dawnego tekstu J. Kani o powstawaniu i rozwoju Chropaczowa oraz Lipin.
Trudno dziś wyobrazić sobie Lipiny i Chropaczów jako miejsca dzikie, odludne i niebezpieczne. Nazwy te kojarzą się raczej z gęstą zabudową, robotniczą historią, śladami hutniczej przeszłości, familokami, kopalnianym krajobrazem i przemysłowym sercem Górnego Śląska. A jednak zanim nad tą częścią regionu wyrosły kominy, szyby i hutnicze hale, rozciągał się tu świat zupełnie inny — leśny, ubogi, błotnisty i pełen lęku.
Zanim Lipiny stały się Lipinami przemysłowymi, a Chropaczów częścią gwałtownie rosnącego organizmu górnośląskiej industrializacji, były to okolice słabo zaludnione, rozproszone i zależne od lasu, folwarku oraz nielicznych dróg. Tam, gdzie później miały pracować tysiące robotników, stały zaledwie ubogie chaty, leśniczówki, zabudowania dworskie i karczmy.
Tam, gdzie później pojawiły się kolonie robotnicze, szkoły, kościoły i zakłady przemysłowe, wcześniej dominowały dzikie ostępy, ciemne trakty i niepewność.
Kiedy zamiast kominów był las
Na początku XIX wieku okolice dzisiejszych Lipin i Chropaczowa nie przypominały jeszcze późniejszego przemysłowego krajobrazu. Nie było tu gęstej zabudowy, wielkich zakładów, hałd, bocznic kolejowych ani robotniczych osiedli. Przestrzeń wyznaczały przede wszystkim lasy, podmokłe łąki, rozproszone pola, folwarki i nędzne drogi.

Był to świat surowy i ubogi. Ludzie żyli blisko ziemi, lasu i dworu. Utrzymywali się z pracy sezonowej, gospodarki leśnej, drobnego rolnictwa, przewozów, najmu i różnych form zależności od właścicieli ziemskich. Nie była to sielanka. Choć późniejsze wspomnienia czasem idealizowały „dawne dobre czasy”, rzeczywistość musiała być twarda.
Stary porządek nie dawał wielu szans. krajne ubóstwo było powszechne, a instytucje, które mogłyby porządkować życie społeczne — szkoła, kościół, administracja, policja — działały słabo albo znajdowały się zbyt daleko.
W dawnych opisach uderza kontrast między późniejszym przemysłowym rozmachem a wcześniejszą pustką. W miejscu, gdzie po kilkudziesięciu latach powstały huty, walcownie, kolonie i drogi, wcześniej znajdował się świat niemal pograniczny. Nie tyle miejski, nie do końca wiejski, ale leśny i niepewny.
Ten dawny krajobraz miał jednak w sobie coś, czego na powierzchni nie było widać. Pod ziemią czekały surowce, które miały zmienić wszystko: węgiel, rudy cynku, galman. Na razie jednak nie one rządziły codziennością. Codzienność wyznaczały las, błotniste drogi, ubóstwo i niepewność jutra.
Lipiny przed Lipinami
Pierwotne Lipiny były czymś znacznie skromniejszym niż późniejsza przemysłowa osada. Ich zalążkiem był niewielki folwark. Według dawnego przekazu jego nazwa pochodziła od nazwiska ostatniego prywatnego właściciela — Lipiny.
Wokół folwarku stała stara leśniczówka i kilka nędznych, glinianych chat. Zamieszkiwali je ubodzy drwale, robotnicy dworscy i ludzie związani z gospodarką leśno-rolną. Trudno mówić tu o stabilnym, wygodnym życiu. Była to egzystencja zależna od pór roku, możliwości zarobku, stanu dróg, decyzji właścicieli i kaprysów natury.
To ważne, bo dzisiejsza pamięć o Lipinach najczęściej biegnie w stronę przemysłu: huty, cynku, robotników, kopalń, familoków i wielkiej przemiany społecznej. Tymczasem przed tym wszystkim istniały Lipiny niemal niewidoczne — mały folwark, leśniczówka, kilka chat i ludzie żyjący na skraju przetrwania.
Nie było jeszcze wielkiego planu. Nie było miejskiej ambicji. Nie było poczucia, że właśnie tutaj powstanie jeden z ważnych punktów przemysłowego Śląska. Na powierzchni ziemia wyglądała biednie. Jej prawdziwa wartość kryła się głębiej.
Chropaczów, Brzezina i arystokratyczna gra o ziemię
Choć okolica wyglądała skromnie, już w pierwszych dekadach XIX wieku stała się przedmiotem ważnych transakcji własnościowych. Dobra chropaczowskie, folwark Brzezina i związane z nimi tereny przechodziły przez ręce ludzi z najwyższych warstw europejskiej arystokracji.
Brzezina była dawnym folwarkiem, a później kolonią położoną między Chropaczowem a Świętochłowicami. W latach dwudziestych XIX wieku Chropaczów obejmował wieś Chropaczów oraz folwarki Kopanina, Brzezina i Lipina, licząc łącznie około 250 mieszkańców. To właśnie z Brzeziną wiązano początki lokalnego szkolnictwa obsługującego rozległy rejon.

Najpierw obszar ten należał do Wielkiego Księcia Hesji. Następnie przeszedł w ręce króla Bawarii Maksymiliana. Pod koniec lat dwudziestych XIX wieku całą posiadłość nabył hrabia Lazarus Henckel von Donnersmarck ze Świerklańca, którego ród miał już silną pozycję w sąsiednich Świętochłowicach i Hajdukach.
W tym miejscu widać jeden z najciekawszych paradoksów tej historii. Dla mieszkańców była to ziemia trudna, uboga i nie zawsze bezpieczna. Dla arystokratów i przyszłych przemysłowców była to przestrzeń potencjału. Tam, gdzie jedni widzieli las, nieprzyjazne tereny i folwarki, inni zaczynali dostrzegać kapitał ukryty pod ziemią.
Jeszcze przez pewien czas nic nie zapowiadało gwałtownej przemiany. Ale własność ziemi, dostęp do surowców i zainteresowanie wielkich rodów tworzyły warunki pod przyszły wybuch industrializacji. Zanim pojawiły się piece i szyby, musiała pojawić się kontrola nad ziemią.
Droga przez las i strach przed napadem
Jedną z najważniejszych arterii dawnego krajobrazu była droga prowadząca od dzisiejszego Chebzia, znanego wówczas jako Morgenroth, w stronę Gliwic. Wiodła przez ciemne lasy i stanowiła ważny trakt komunikacyjny między Gliwicami a osadami położonymi dalej na wschód, aż ku granicy z zaborem rosyjskim.
Obecnie jest to jedna z dzielnic Rudy Śląskiej. W połowie XIX wieku, dzięki poprowadzeniu tędy linii kolejowej (od 1845 r.), Morgenroth stał się jednym z najważniejszych węzłów komunikacyjnych na rodzącym się przemysłowym Górnym Śląsku. To właśnie m.in. z powodu strategicznego położenia na szlaku w stronę Gliwic okoliczne lasy tak bardzo przyciągały rabusiów.
W dni targowe droga ożywała. Poruszali się nią kupcy, podróżni, wozy z towarami, okoliczni mieszkańcy i ludzie jadący do miasta. Ale im większy był ruch, tym większa była pokusa dla tych, którzy żyli z kradzieży i napadów. Leśna droga nie była więc tylko szlakiem komunikacyjnym. Była także miejscem ryzyka.
Dawne przekazy mówią o szerzącym się złodziejstwie i o miejscowej ludności, która nie zawsze chętnie współpracowała z władzami. Kronikarski zapis, że mieszkańcy Chropaczowa, Lipin i Brzeziny „bardzo mało przestrzegali siódmego przykazania”, brzmi dziś surowo, moralizatorsko, może nawet przesadnie. Ale dobrze oddaje atmosferę nieufności, jaka panowała w oczach ówczesnych autorów.
Kiedy kronikarz J. Kania ubolewał, że miejscowi mało przejmowali się siódmym przykazaniem, miał na myśli po prostu plagę kradzieży. W gęstych, słabo nadzorowanych lasach pokusa przywłaszczenia sobie cudzego drewna, plonów czy towarów z przejeżdżających wozów bywała dla żyjących w skrajnym niedostatku mieszkańców znacznie silniejsza niż kościelne zakazy.
Nie chodzi wyłącznie o jednostkowe kradzieże. Chodzi o cały układ warunków: biedę, rozproszenie osad, słaby nadzór, ciemne lasy, ruchliwy trakt i karczmy, w których można było zniknąć. To był świat, w którym droga przez las wymagała ostrożności.
Rozbójnicy z chropaczowskich lasów
Najbardziej mroczną częścią tej opowieści są rozbójnicy. Gęste lasy rozciągające się od podmokłych łąk Kopaniny i Drobotschki, przez okolice późniejszych zakładów, aż ku Bytomiowi, dawały znakomite schronienie ludziom działającym poza prawem.

W dawnych opisach pojawiają się nazwiska lokalnych watażków: Pilarski, Weiser, Schidlo, Scheliga, Kowalski. Byli to ludzie, których obecność miała budzić strach w całej okolicy. Nie działali jednak w próżni. Każda banda potrzebuje zaplecza: kryjówek, informatorów, miejsc przechowywania łupów i ludzi gotowych milczeć.
Szczególnie sugestywny jest motyw chropaczowskich stodół z tajnymi, podziemnymi sklepieniami, które miały służyć do ukrywania zrabowanych rzeczy. Nawet jeśli potraktujemy te opowieści z ostrożnością właściwą dla dawnych kronik i lokalnych podań, ich znaczenie jest ogromne. Pokazują, jak głęboko pamięć o przedindustrialnym bezprawiu wrosła w lokalną świadomość.
Rozbój był tu nie tylko serią przestępstw. Był elementem krajobrazu społecznego. Ludzie bali się drogi, lasu, nocy i karczemnych układów. Władza była daleko albo działała nieskutecznie. Porządek publiczny nie miał jeszcze tej siły, którą później przyniosą przemysł, administracja, większa liczba mieszkańców, szkoły, zakładowa dyscyplina i policyjny nadzór.
Karczmy jako centra półświatka
W dawnym świecie karczma była czymś więcej niż miejscem picia. Była punktem spotkań, wymiany informacji, schronienia i nieformalnej władzy. W okolicach Lipin i Chropaczowa karczmy miały także swoją ciemną stronę.

Szczególną sławą cieszyła się stara leśna karczma w Lipinach, stojąca w miejscu późniejszej gospody Metza lub Goldsteina przy placu rynkowym. Według przekazów dochodziło tam do krwawych starć między policją a zbójami. Miejsce to miało być dobrze znane przestępczemu półświatkowi, a karczmarz — jak opowiadano — sympatyzował z ludźmi lasu.
Opisy jego zachowania brzmią niemal jak scena z filmu. Gdy policja wpadała na trop bandytów, karczmarz miał zajmować funkcjonariuszy rozmową w jednym pomieszczeniu, podczas gdy w innym poszukiwani spokojnie dzielili łupy, pili i przygotowywali się do ucieczki. Zawsze starano się, by w porę mogli zniknąć w pobliskim lesie.
Drugim miejscem o złej sławie była karczma szwarcwaldzka w Chebziu, znana pod ironiczną nazwą „Pod przyczajoną kurą”. Sama nazwa brzmi niemal groteskowo, ale za nią kryła się rzeczywistość strachu. W świecie ubogim, słabo kontrolowanym i przeciętym leśnymi drogami karczma mogła być centrum życia społecznego, ale równie dobrze mogła stać się bezpieczną przystanią dla ludzi spoza prawa.
To właśnie w takich miejscach dawny porządek pokazywał swoją słabość. Prawo formalnie istniało, ale jego egzekwowanie bywało trudne. Policja mogła przyjść, mogła zrobić rewizję, mogła próbować ścigać zbójów. Ale las był blisko, ludzie milczeli, a karczmarz potrafił grać na zwłokę.
Sołtys Spruß i granice dawnej władzy
Najbardziej dramatycznym epizodem tej części historii jest napad na sołtysa Sprußa. W dawnym przekazie przedstawiono go jako człowieka prawego i energicznego, który próbował zwalczać rozbójniczy proceder. W świecie, gdzie lokalne układy i strach często były silniejsze od prawa, taka postawa musiała budzić wrogość.

Pewnego razu Spruß wyjechał zaprzęgiem na sianokosy na leśną łąkę. Wtedy z lasu wyszło kilku uzbrojonych mężczyzn. Kazali mu odejść od koni, jeśli życie było mu miłe. Po chwili padły strzały. Oba konie leżały martwe w kałuży krwi.
Napastnicy nie zabili sołtysa. Zostawili mu jednak ostrzeżenie: jeśli nie zaprzestanie pościgu i prób zaprowadzania porządku, spotka go ten sam los.
Ta scena jest mocna, bo pokazuje granice dawnej władzy. Sołtys formalnie reprezentował porządek, ale w starciu z uzbrojonymi ludźmi lasu był samotny. Państwo, policja i administracja nie miały tu jeszcze takiej siły, by skutecznie chronić tych, którzy próbowali egzekwować prawo.
W tej historii nie chodzi tylko o przestępczy incydent. Chodzi o obraz świata, w którym władza lokalna była krucha, a przemoc mogła skutecznie zatrzymać próby zmiany. To ważny kontrast wobec tego, co nastąpi później. Przemysł przyniesie własną brutalność, zależność i dyscyplinę, ale przyniesie też organizację, kontrolę i instytucje, których ten dawny świat wyraźnie nie miał.
Szkoła i kościół daleko od ludzi
Przed nadejściem wielkiego przemysłu także edukacja i życie religijne były słabo zakorzenione w codzienności mieszkańców. Pierwsza szkoła obsługująca ten rozległy teren znajdowała się w Brzezinie — dawnym folwarku i późniejszej kolonii położonej między Chropaczowem a Świętochłowicami. Do jednej placówki należały nie tylko Lipiny i Brzezina, ale także Świętochłowice, Łagiewniki Górne i Średnie, południowa część Królewskiej Huty, Pniaki oraz część Schwarzwaldu.

Dla dzieci oznaczało to długą drogę przez marne polne i leśne trakty. W praktyce wiele z nich zaczynało naukę dopiero w wieku ośmiu lub dziewięciu lat, a kończyło ją bardzo wcześnie. Frekwencja była słaba, a poziom wykształcenia skromny. Szkoła istniała, ale nie była jeszcze instytucją zdolną realnie ukształtować całą społeczność.
Podobnie wyglądała sprawa z życiem religijnym. Mieszkańcy Chropaczowa i Lipin należeli pierwotnie do parafii kościoła Mariackiego w Bytomiu, obejmującej ogromny obszar. Droga do kościoła była długa i uciążliwa, a nieliczni duchowni nie mogli regularnie docierać do wszystkich miejscowości. Religia była obecna, ale brakowało lokalnej infrastruktury, która pozwoliłaby jej mocniej organizować życie wspólnoty.
Dawni autorzy łączyli słabość szkoły i kościoła z moralnym upadkiem okolicy. Dziś można spojrzeć na to ostrożniej. Bieda, rozproszenie, brak dróg, odległość od instytucji i słabość administracji tworzyły warunki, w których trudno było oczekiwać trwałego porządku społecznego. Ludzie żyli w świecie, który dawał mało szans i wymagał codziennej walki o przetrwanie.
Zanim system edukacji stał się powszechny, oświatę na Śląsku ratowali przemysłowcy. Szkoły hutnicze (tzw. Hüttenschule) były placówkami w pełni finansowanymi przez wielkie spółki wyłącznie dla dzieci swoich pracowników. Oferowały znacznie wyższy standard nauczania, lepsze budynki i wyższe pensje dla nauczycieli niż powszechne, państwowe szkoły gminne.
Przed świtem przemysłu
W połowie XIX wieku ten dawny świat zaczął się kończyć. Nie od razu i nie łagodnie. Najpierw pod ziemią odkryto wartość, potem pojawił się kapitał, a następnie przemysł zaczął przekształcać przestrzeń z siłą, której wcześniejsze pokolenia nie mogły sobie wyobrazić.
Las, który dawał schronienie drwalom, biedakom i rozbójnikom, zaczął ustępować. Błotniste trakty miały zostać zastąpione drogami, bocznicami i liniami transportowymi. Gliniane chaty — domami robotniczymi. Karczemny półświatek — zakładową dyscypliną, szkołą, administracją i instytucjami.
Nie oznaczało to końca wszystkich problemów. Oznaczało raczej wymianę jednego trudnego świata na drugi.
Bo przemysł nie przyniósł wyłącznie światła. Przyniósł również dym, pył, hałas, choroby, wypadki i podporządkowanie życia rytmowi produkcji. Ale przyniósł też pracę, mieszkania, szkoły, kościoły, lekarzy, wodociągi i gwałtowny awans cywilizacyjny.
Dawne Lipiny i dawny Chropaczów stały więc na progu przemiany. Jeszcze żyły opowieści o karczmach, zbójach i drodze przez las. Jeszcze pamiętano trud na pograniczu przetrwania, strach i bezsilność lokalnej władzy. Ale pod powierzchnią działały już siły, które miały zmienić wszystko.
W 1853 roku Śląska Spółka Akcyjna dla Górnictwa i Hutnictwa Cynkowego przejęła miejscowe huty i kopalnie. Od tego momentu historia przyspieszyła — szerzej o tym procesie pisałem także w artykule „Lipiny. Narodziny dzielnicy przemysłowej 1780–1939”.
Za nim przyszły piece, szyby, kolej, robotnicy i przemiana tak gwałtowna, że dawne Lipiny i dawny Chropaczów w ciągu jednego pokolenia stały się niemal nie do poznania.
Czytaj także na flaczek.com
- Lipiny. Narodziny dzielnicy przemysłowej 1780–1939
- Najstarsza dzielnica Świętochłowic. Dzieje Chropaczowa w pigułce
- Chropaczów w księdze adresowej 1910–1911. Ulice, zawody i nazwiska
- Chropaczów w „Dzienniku Śląskim” 1898–1906
- Chropaczów w „Dzienniku Śląskim” 1906–1922
- Matylda. Poczuj ducha dawnej kopalni — część 1
Źródła
Podstawą artykułu jest dawne opracowanie J. Kani O powstawaniu i rozwoju Chropaczowa—Lipin, uzupełnione materiałami własnymi dotyczącymi Brzeziny, Chropaczowa, Lipin i początków lokalnego szkolnictwa.
Tekst ma charakter popularyzatorski — zachowuje najważniejsze informacje ze źródeł, ale został zredagowany współczesnym językiem i ułożony w formie artykułu blogowego.
W części drugiej
Cynkowe imperium Lipin, kopalnie Chropaczowa, szkoły, kościoły, robotnicze kolonie i panorama przemysłowego świata z wieży Josephswarte.



