
Wielka historia w małym cechu: Tajemnica wymazanych słów i zaginiony świat bytomskich kuśnierzy
Spis treści
Wstęp: Wymazane słowa i tajemnica z 1931 roku
Zwykłe rzemiosło często bywa najlepszym zwierciadłem wielkiej polityki. Czasem wystarczy wczytać się w zżółkłe, oprawne w drewno i wyklejone skrawkami kościelnych rękopisów księgi, by poczuć nie tylko specyficzny zapach wyprawianych skór, ale też swąd cenzorskiego atramentu. Nasze historyczne śledztwo zaczyna się nietypowo – nie w mrokach średniowiecza, lecz w 1931 roku.
Wtedy to na łamach czasopisma „Der Oberschlesier” badacz Walter Krause publikuje fascynujący artykuł o bytomskich kuśnierzach. Uczciwie, z naukową pasją, przenosi na papier to, co widzi w starych księgach. Zapisuje zbitki liter, których sam do końca nie rozumie – dziwne, staropolskie terminy branżowe i opłaty. Kiedy jednak ten sam tekst zostaje wznowiony w latach 1932, 1964 i 1971, dzieje się coś dziwnego. Niewygodne słowa znikają bez śladu. Niemieccy redaktorzy po cichu kaleczą tekst, wymazując polonizmy, by dopasować przeszłość do odgórnej wizji czysto niemieckiego Śląska.
Aby zrozumieć, co tak bardzo przerażało XX-wiecznych cenzorów, musimy cofnąć się o kilkaset lat i otworzyć najstarszą zachowaną księgę bytomskiego cechu kuśnierzy.

„Psuje skór” i językowy tygiel (1543)
Jest rok 1543. Górny Śląsk to pulsująca życiem przestrzeń, w której granice narodowościowe i językowe zacierają się każdego dnia. Kiedy skryba pochyla się nad pergaminem, by zapisać pierwsze statuty zgromadzenia, tworzy prawdziwy językowy tygiel. Tekst zaczyna się dostojnie po łacinie, płynnie przechodzi w naszpikowany polonizmami i germanizmami język czeski, by z czasem oddać pole walki o dominację językom niemieckiemu i polskiemu. Ewolucji ulega nawet sama nazwa: od „Cech kozusniczky”, przez „kozysniczky”, aż po późniejsze „kusnierski”.
W tych najstarszych zapiskach kryją się ludzie z krwi i kości. W 1543 roku aż trzech z ośmiu mistrzów cechowych nie posiada jeszcze stałych nazwisk rodowych – w księdze figurują po prostu jako Kußnierz. Rzemiosło było ich tożsamością. Nie brakuje też barwnych przezwisk, jak choćby Skaziskura (Fellverderber), co było niezbyt pochlebnym mianem dla rzemieślnika partaczącego pracę.
Z czasem w dokumentach pojawiają się też inni rzemieślnicy, jak choćby wpisany w 1637 roku bytomski snycerz, Malcher Corus.

Zapach szafranu, gorące piwo i potłuczone „sklenicze”
Jeśli myślicie, że życie kuśnierza kręciło się tylko wokół igły i dratwy, grubo się mylicie. Cech był potężną korporacją o rygorystycznej strukturze i bogatym kalendarzu obrzędowym. Na czele stał Zunftältester (Starszy cechu), a pełnoprawni mistrzowie tytułowali się z dumą Brüder (Bracia). Najtrudniejszy los czekał tzw. Die Jüngsten (Najmłodszych mistrzów). To na ich barkach spoczywały darmowe, wyczerpujące prace na rzecz miasta: pełnienie warty na zamku, zadania kurierskie, oprowadzanie państwowych komisarzy czy wreszcie niebezpieczne eskortowanie uzbrojonych wozów hrabiowskich.
Ciężką pracę rekompensowano podczas wielkich świąt cechowych. Najważniejszym dniem w roku były Zapusty (wtorek przed Środą Popielcową) – tzw. Faschingszusammenkunft. Wtedy też odbywało się słynne Rechnungsablegung, które w księgach zapisano prosto i po polsku jako „poczet” (sprawozdanie finansowe). Z kart rachunkowych wyłania się obraz biesiad, których nie powstydziliby się arystokraci. Z cechowej kasy suto opłacano cielęcinę, ozory, sery, biały chleb i astronomicznie drogi szafran.

Pito gorzałkę i mocne raciborskie piwo, które – co może dziś budzić zdziwienie – podawano czasem na gorąco z topionym masłem! Rachunki skrupulatnie odnotowują wpadki biesiadników: regularnie trzeba było płacić za potłuczone „sklenicze” (szklanki lub kieliszki). Na stołach lądowały też „harenki” (śledzie) i słodkie „powidlo”.
Kasa cechu była głęboka. Opłacano z niej proboszcza (Pfarrer), rektora szkoły (Rektor), kantora, organistę, kalkanta pompującego miechy (Kalcantist), dzwonnika (Glöckner), uczniów śpiewających dyszkantem (Discantisten), a także tragarzy beczek (Schröter), opiekuna wodociągów (Rohrmeister) i sługę miejskiego (Stadtdiener). W Dzień św. Szczepana wręczano duchowieństwu i służbie miejskiej kosztowną „Kolende”. Z kolei w święta Małgorzaty i św. Andrzeja najmłodsi mistrzowie otrzymywali intrygujące, choć niewyjaśnione w tekście przydziały – tajemnicze „dwie czeklowki”.
W 1630 roku w księgach pojawia się pewna kulinarna i obyczajowa nowinka – wydatek „na Palene”. To nic innego jak środki przeznaczone na palenie tytoniu, nawyk, który wraz z zamiłowaniem do gry w karty przynieśli do Bytomia wracający z frontów żołnierze.
Ołów, halabardy i strach przed zarazą
Woń palonego tytoniu zwiastowała niepokoje wielkiej wojny trzydziestoletniej, która brutalnie wdarła się w rzemieślniczą codzienność. Kiedy w 1626 roku na Śląsk wkroczyły wojska Mansfelda, kuśnierzom nie było w głowie szycie. Cech w pośpiechu ukrył swoje bezcenne statuty w ratuszu. Mistrzowie porzucili skóry, chwycili za tygle i zajęli się odlewaniem ołowianych kul. Pieniądze cechowe szły na gwałtowny zakup halabard, muszkietów i pancerzy.

Bytomscy kuśnierze tamtych lat wykazali się dużą niezależnością i uporem religijnym, wyraźnie sprzyjając protestantyzmowi. W tym samym 1626 roku potrafili zebrać fundusze, by wesprzeć uciekających przed kontrreformacją ewangelickich uchodźców z Moraw. Ich kręgosłup został jednak ostatecznie złamany. Surowe porządki i naciski sprawiły, że od lat 1629/1630 w księgach widnieje już kategoryczny obowiązek uczestnictwa mistrzów w katolickiej procesji Bożego Ciała (Fronleichnamsprozession).
Jakby wojen i religijnych przewrotów było mało, w 1634 roku przez okoliczne ziemie i Polskę przetoczyła się przerażająca epidemia dżumy (Pest). Rzemiosło zamarło, a miasto spowił strach. Z czasem autonomię cechów zaczęło krępować twarde prawo pruskie. Od 1750 roku w księgach pojawiają się nowi goście, opłacani z kasy cechu: Zunftinspektor, Zunftassessor i Kuratoren – urzędnicy państwowi, których zadaniem było patrzeć rzemieślnikom na ręce.
Cenzorskie nożyce, czyli jak krojono historię na miarę
Wrócmy teraz do naszej klamry – Waltera Krausego i cenzury z lat 30. XX wieku. Co takiego Krause znalazł w statutach, co po 1931 roku musiano bezpowrotnie wyciąć? Były to twarde reguły gospodarcze, zapisane staropolską mową. Redaktorom wznowień (w latach 1932, 1964 i 1971) nie podobało się słowo „bykowe” oraz opłata „od pokrowu” (pozycje z rubryki przychodów cechowych).

Wymazano całkowicie termin „przy przepuszczaniu”, czyli nic innego jak opłatę za wyzwolenie czeladnika na mistrza (z niemieckiego Freilassungsgeld). Z artykułów musiał zniknąć również „szlak letni” (zapisany czasem jako Sommerschlag). Oznaczał on rygorystyczny zakaz pokątnego skupowania skór między Wielkanocą a dniem św. Michała. Wydrapanie tych słów z kolejnych publikacji miało wymazać z pamięci czytelników fakt, że bytomski rynek przez stulecia mówił, handlował i kłócił się w językach, które dla nacjonalistycznej machiny propagandowej były po prostu niewygodne.
Epilog: Zaginiony świadek zapustnych nocy
Do dziś z głośnego, radosnego i surowego świata bytomskich kuśnierzy nie przetrwało prawie nic. Wspaniałe, ociekające szafranem zapusty, zapach dymu z glinianych fajek i huk zderzających się muszkietów zamilkły. Jednym z nielicznych namacalnych dowodów potęgi cechu był reprezentacyjny, potężny cynowy dzban z 1680 roku.
Został wykonany specjalnie dla mistrzów z Bytomia przez znakomitego konwisarza z Tarnowskich Gór. Był tak wyjątkowy, że w dwudziestoleciu międzywojennym dumnie wystawiano go jeszcze na pokazach we Wrocławiu. Był niemym świadkiem historii – naczyniem, do którego być może wlewano owo dziwne, gorące piwo z topionym masłem.

Gdzie jest dzisiaj? Tego nie wie nikt. Jego ślad urywa się bezpowrotnie po 1945 roku w wojennej pożodze. Być może leży pokryty kurzem w czeluściach nierozpoznanych muzealnych magazynów. Być może zaginął na zawsze. Dopóki dzban się nie odnajdzie, głównym strażnikiem prawdy o dawnych mistrzach pozostają ich stare księgi – te same, których tajemnic nie zdołały do końca wyciąć nożyce XX-wiecznej cenzury.
Chronologia: Śladami bytomskich kuśnierzy
| Rok | Wydarzenie z dziejów cechu |
|---|---|
| 1543 | Zapisanie pierwszych, polsko-czesko-niemieckich statutów cechu. |
| 1626 | Wkroczenie wojsk Mansfelda, organizacja zbiórki dla uchodźców z Moraw, odlewanie kul ołowianych. |
| 1629/1630 | Wprowadzenie przymusu uczestnictwa w katolickiej procesji Bożego Ciała. Pierwsze wydatki z kasy cechu „na Palene” (tytoń). |
| 1634 | Przez ziemie bytomskie przetacza się epidemia dżumy. |
| 1637 | Wpisanie w księgi snycerza Malchera Corusa. |
| 1680 | Wykonanie reprezentacyjnego cynowego dzbana cechowego w Tarnowskich Górach. |
| 1750 | Pojawienie się pruskich urzędników państwowych (Zunftinspektor, Zunftassessor). |
| 1931 | Publikacja artykułu Waltera Krausego ujawniającego dawne, staropolskie zapisy. |
| 1932, 1964, 1971 | Wznowienia artykułu Krausego, naznaczone wymazaniem i cenzurą polskich terminów. |
Wykaz źródeł
- Der Oberschlesier (1931, Rocznik 13, Zeszyt 11) – Oryginalny artykuł Waltera Krausego: „Aus dem Innungsleben der Kürschner in Beuthen O/S.”
- Führer durch die Ausstellung Arbeit und Kultur in Oberschlesien (Wrocław, wydanie 2) – Przewodnik po wystawie z opisem cynowego dzbana cechowego z 1680 r.
- Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt (Styczeń 1964) – Zeszyt zawierający artykuły tła historycznego: „Polen in Nöten” (Dr. W. Rumbaur) oraz obozowe wspomnienia „Niemals vergessen! Jaworzno — ein polnisches KZ” (A. Metzner).
- Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt (Styczeń 1971) – Przedruk tekstu „Aus dem Innungsleben der Kürschner in Beuthen OS.”, ze śladami powojennej cenzury wydawniczej.



