Skip to contentSkip to main navigationSkip to footer

Krwawy Bytom w XVII wieku. Morderstwa, wyrwane brody i licencje dla żebraków

Tytułowa grafika artykułu "Krwawy Bytom w XVII wieku" stylizowana na starą rycinę. Przedstawia zamek w Bytomiu na wzgórzu, płonące miasto oraz starcie konnych wojsk i muszkieterów z piechotą. Na dole napis: Przyczynek do historii kultury miasta Bytomia w XVII wieku Autor: Alfons Perlik.

Ziemia bytomska w XVII wieku zdecydowanie nie była oazą spokoju. Przemarsze obcych wojsk, zuchwałe napady zbrojnych watah, awanturująca się szlachta, wlokące się za armiami plagi żebraków i codzienne widmo śmierci – tak wyglądała rzeczywistość w cieniu wojny trzydziestoletniej i dekad po jej zakończeniu. Dzięki odnalezionemu tekstowi Alfonsa Perlika z 1927 roku, opublikowanemu na łamach Aus dem Beuthener Lande (rocznik 4, nr 5 i 7), możemy dziś zajrzeć do dawnych bytomskich kronik, akt sądowych i korespondencji panów stanowych. Co w nich znajdziemy? Prawdziwy, krwawy i bezpardonowy Dziki Zachód w samym sercu Górnego Śląska.

Granica strachu i gospodarcze tąpnięcie

Historyczna ilustracja ruin domu i zbliżającej się jazdy wojskowej, styl szkicu ołówkiem. Zrujnowane folwarki na przygranicznych terenach Górnego Śląska (Wizualizacja).

Aby zrozumieć realia, w jakich żyli ówcześni bytomianie, musimy spojrzeć na mapę i ówczesną gospodarkę. Ziemia bytomska była terytorium przygranicznym, bezpośrednio stykającym się z państwem polskim. Perlik w swoim tekście z 1927 roku mocno uderza w tony narodowościowe, pisząc o „odniemczającym wpływie” i celowej polityce wykupywania majątków przez Polaków. Z perspektywy współczesnej historii musimy jednak nałożoną przez Perlika dwudziestowieczną, plebiscytową optykę odłożyć na bok.

Prawda była o wiele bardziej prozaiczna i brutalna – chodziło o pieniądze i przetrwanie. Koniec XVI i początek XVII wieku to czas potężnej inflacji i kryzysu gospodarczego w Rzeszy. Tymczasem za polską granicą panował relatywny spokój (przynajmniej początkowo). Dla zamożnej polskiej szlachty, której majątki nie ucierpiały jeszcze w wielkich pożogach wojennych, potężny kryzys na Śląsku stanowił doskonałą okazję inwestycyjną. Ziemia była tania, a zrujnowane folwarki czekały na kapitał. W ten sposób od początku XVII wieku wsie folwarczne wokół Bytomia masowo przechodziły w ręce polskiej szlachty. Zbiegło się to w czasie ze skrajnym osłabieniem władzy centralnej, co doprowadziło do całkowitego rozkładu porządku publicznego. Morderstwa, rozboje i niszczenie mienia stały się codziennością.

Kalendarium najazdów: „Kozacy”, woły i wybijane okna

Ilustracja historyczna przedstawiająca kolumnę bydła pędzoną przez wojsko. Utrata stada roboczych wołów mogła oznaczać dla mieszczanina całkowite bankructwo (Wizualizacja).

W śląskich archiwaliach z tamtego okresu nieustannie przewija się pojęcie „zagrożenia kozackiego” (Kosakengefahr). Należy tu jednak zachować ostrożność – ówcześni kronikarze niemieckojęzyczni słowem tym często określali po prostu wschodnią jazdę nieregularną, w tym słynących z brutalności polskich lisowczyków, a niekoniecznie etnicznych Kozaków zaporoskich. Kroniki notują niezwykle precyzyjne daty i nazwiska poszkodowanych:

  • Wielkanoc 1611 roku: Zbrojne watahy uderzyły na Tarnowskie Góry (Tarnowitz) i sąsiednie wsie, dokonując masowych grabieży.
  • 14 marca 1616 roku: Bytomski mieszczanin, Christoph Pietasz, złożył formalną skargę. Zeznał, że polski szlachcic, Stenzel Dombinski, uprowadził mu aż 20 wołów – co w tamtym czasie stanowiło majątek o kolosalnej wartości, mogący zrujnować całe gospodarstwo.
  • Maj 1617 roku: Przerażająca relacja z Miechowic (Miechowitz). Ówczesna właścicielka części wsi raportowała, że przez osadę przejechało czterech zbrojnych zza polskiej granicy (określonych w dokumencie jako „Polacken”). Napastnicy nie mieli litości: raniąc kowala i karczmarza, powybijali ludziom okna, a w akcie największego zuchwalstwa otworzyli ogień z broni palnej do dwóch synów samej dziedziczki. Miasto Bytom słało w tym czasie błagalne skargi do Urzędu Zwierzchniego (Oberamt), bezradnie próbując opanować panoszenie się obcej szlachty.

Mobilizacja: Co dwudziesty do broni!

Ilustracja spotkania wojskowego na placu miejskim w stylu szkicu historycznego. Zarządzenia hrabiego Henckla zmuszały mieszczan do zbrojenia się na własny koszt (Wizualizacja).

Widmo nadciągających wojsk wymuszało na panach stanowych Bytomia – rodzie Henckel von Donnersmarck – radykalne kroki. Z listów z lat 20. XVII wieku wyłania się obraz miasta w stanie permanentnego oblężenia. 29 grudnia 1623 roku hrabia Henckel alarmował mieszczan i kazał im szykować się do obrony, donosząc, że watahy spustoszyły już państwo bogumińskie (Oderberg).

Sytuacja stała się krytyczna wiosną 1625 roku. 12 kwietnia Henckel wysłał kolejne ponaglenie. Dwa tygodnie później, 29 kwietnia, starosta krajowy Śląska, książę Jerzy Rudolf z Brzegu, raportował o znacznych siłach wroga na granicach. W efekcie, 12 maja Henckel zażądał od Bytomia wprowadzenia przymusowego poboru – co dwudziesty mężczyzna miał natychmiast chwycić za broń. Miasto miało też na własny koszt zakupić „kilka kamieni prochu” i bezzwłocznie wysłać nowo sformowane oddziały do obrony granic państwa stanowego.

Twierdza Bytom: Szlabany, warty i niepewny element

Szkic architektoniczny bramy miejskiej z XVII wieku, warty i palisady. Mury i palisady Bytomia w XVII wieku były regularnie wzmacniane w obliczu rajdów ze wschodu (Wizualizacja).

Zagrożenie nie minęło nawet dziesięciolecia po zawarciu pokoju westfalskiego (1648). Listy z października 1672 roku, krążące między hrabią Hencklem a starostą krajowym Johannesem Paczinskim, ukazują Bytom jako miasto-twierdzę w pełnej gotowości bojowej. Hrabia wydał surowe instrukcje dla Bytomia oraz Miasteczka Śląskiego (Georgenberg):

  1. Każdy pełnoprawny obywatel miał obowiązek posiadania broni palnej (rusznicy lub muszkietu) oraz broni białej (szpady).
  2. Obie miejscowości musiały zostać zabezpieczone z każdej strony systemem szlabanów.
  3. Małe miejskie furtki w Bytomiu miały zostać całkowicie zamknięte i zablokowane.
  4. Przy dwóch głównych, otwartych bramach miasta musiano wystawić stałą, całodobową wartę złożoną z 3 do 4 uzbrojonych strażników. W nocy bramy ryglowano.
  5. Mury miejskie, które uległy częściowemu zawaleniu lub podupadły, nakazano natychmiast uzupełnić drewnianymi sztachetami i masywną palisadą.

Za organizację tej obrony w Bytomiu odpowiadał ówczesny wójt i kapitan miasta, Martin Wolnik. 21 października otrzymał on dodatkowy, niezwykle wymowny rozkaz od rady miejskiej: nakazano mu bezzwłocznie odebrać broń wszystkim „osobom niepewnym” przebywającym w mieście.

Wewnętrzny wróg, czyli swoi gorsi od obcych

Szkic wandalizmu najemników cesarskich napadających na drewniany wóz. Stacjonujące na przedmieściach wojska cesarskie często dopuszczały się nadużyć wobec lokalnej ludności (Wizualizacja).

Zabezpieczenia te chroniły miasto przed rajdami z zewnątrz, ale Bytom borykał się z jeszcze jednym, równie niszczycielskim problemem – wojskami własnej strony. Miasto zostało wyznaczone przez armię cesarską jako punkt zborny dla najemników. Regularne regimenty nierzadko zachowywały się gorzej niż bandy rabunkowe.

Już same przemarsze, kwaterunki we wsiach i na przedmieściach oznaczały dla miejscowych chłopów i mieszczan katastrofę. Żołdacy cesarscy na porządku dziennym stosowali wymuszenia, grabieże i tortury, rekwirując żywność i dobytek. Co ciekawe, Perlik zaznacza, że w wielu atakach wojsk cesarskich na obszar miejski uczestniczyły również zaciężne chorągwie polskie służące pod cesarskimi sztandarami.

Zdziczenie obyczajów: Żebracy z plombami i ołowiane pieczęcie

Portret starego żebraka z wyeksponowaną ołowianą plombą na szyi. Tylko posiadacze specjalnej, ołowianej plomby z pieczęcią magistratu mogli legalnie prosić o jałmużnę w Bytomiu (Wizualizacja).

Wojna, głód i epidemie wywołały masowe migracje ludności. Do Bytomia ściągały tłumy uchodźców ze spalonych wsi, a także mroczny margines ówczesnych armii: dezerterzy, zdemobilizowani najemnicy i markietanci. Z czasem dołączył do nich silny strumień wędrowców z terytorium Polski.

Dokument z 16 kwietnia 1625 roku ukazuje irytację hrabiego Henckla widokiem włóczącej się po mieście młodzieży. Jego rozkaz był bezwzględny: młodych włóczęgów należy wyłapać, zagonić do najcięższych robót miejskich lub odesłać na zamek, by tam „przyzwyczaili się do pracy”. Jednocześnie wprowadzono niezwykły system opieki społecznej dla prawdziwie niedołężnych. Starcy, którzy ze względu na wiek i stan zdrowia otrzymali oficjalne zezwolenie na żebractwo, musieli nosić na szyjach specjalne ołowiane plomby z wyciśniętą pieczęcią miejską Bytomia.

Problem powrócił po wojnie. 18 czerwca 1674 roku bytomski Magistrat (Ratsamt) wydał wójtowi surowy zakaz wpuszczania do miasta włóczęgów bez ważnych dokumentów tożsamości wystawionych przez władze. W tym samym miesiącu wydano inną, fascynującą obyczajowo dyrektywę. Miejscowi karczmarze skarżyli się na czeladników i pasterzy (wypasających konie, owce i bydło), którzy „bezcześcili niedziele grą w kręgle i podobnymi zabawami”, a z nudów stanowili zagrożenie dla podróżnych, celowo rzucając pnie drzew na trakty. Kary były dotkliwe – winnych zamykano w areszcie, a warunkiem wyjścia na wolność było uiszczenie wysokiej grzywny: 6 groszy od osoby na rzecz kościoła.

Kryzys moralny dotykał wszystkich szczebli drabiny społecznej. Jak przypomina Perlik (powołując się na starsze ustalenia Immerwahra), był to czas prosperity dla bezwzględnych dorobkiewiczów, takich jak poborca celny Gniastko. Kradzieże stały się tak powszechne, że w grudniu 1662 roku okradziono nawet… synów samego hrabiego Henckla. Podejrzewając, że wśród mieszczan ukrywają się paserzy, rada zwołała wszystkich obywateli na przesłuchania. Zatrzymanego herszta złodziei, niejakiego Taube, wtrącono do lochu, po czym przekazano w ręce miejskiego kata na brutalne śledztwo z użyciem tortur.

Patologia wyższych sfer: Wyrwane brody i księża w rynsztoku

Szkic bójki zamożnego szlachcica z duchownym na bytomskim rynku. Na bytomskim rynku dochodziło do dantejskich scen z udziałem awanturującej się szlachty (Wizualizacja).

Najbardziej wstrząsający – i zarazem barwny – wycinek akt sądowych tamtego okresu to rejestr wybryków lokalnej szlachty i duchowieństwa. Poza bezpiecznymi murami miast, mieszczanie byli całkowicie bezbronni wobec samowoli potężnych rodów. Bytomianie udający się wozami po cenne drewno do Czarnego Lasu (Schwarzwald – dziś dzielnica Rudy Śląskiej) byli regularnie napadani przy przekraczaniu granic sąsiednich wsi. Odbierano im konie, woły, ciężkie wozy, a nawet żelazne łańcuchy. Rozbój na drogach przybrał tak skrajne formy, że w 1655 roku hrabia Henckel musiał formalnie interweniować u starosty krajowego przeciwko kilku szlachcicom parającym się… pospolitym bandyctwem.

Szlachta pozwalała sobie na niewyobrażalne ekscesy również wewnątrz samego Bytomia, czując się bezkarna wobec miejskiej jurysdykcji:

  • W 1617 roku proboszcz z Chorzowa postanowił zorganizować sobie strzelaninę na ulicach miasta, ciężko raniąc przypadkowego człowieka.
  • W tym samym roku niejaki Heinrich von Starzinsky dokonał brutalnego najścia. W biały dzień, podczas trwania jarmarku św. Małgorzaty, wdarł się do domu jednego z bytomskich rajców (radnych miejskich). Na oczach świadków wyrwał urzędnikowi brodę, a jego żonę brutalnie skopał.
  • Równie gorszące sceny rozegrały się na bytomskim Rynku (Ringu). Christoph von Golkowsky, pan na Łagiewnikach (Lagiewnik), wdał się w awanturę z proboszczem z Kamienia (Kamin – dziś dzielnica Piekar Śląskich). Dziedzic pobił duchownego pięściami do krwi, a zmasakrowane ciało księdza bezceremonialnie zrzucił do ulicznego rynsztoka.
  • Finałem tego pasma zbrodni była tragedia z 1660 roku, kiedy to Georg von Rymultowsky z zimną krwią zamordował sługę hrabiego Henckla.

Cyganie na Śląsku: Odszkodowanie za zgubione talary

Szkic taboru romskiego z wozami i sędzią miejskim mediującym spór. Proces o zagubione talary między żołnierzem a taborem romskim to cenny ślad mikrohistorii regionu (Wizualizacja).

Zupełnie unikalnym mikro-wątkiem w tekście Perlika jest wzmianka o pojawieniu się taborów cygańskich, które – jak zauważa autor – swobodnie operowały na terenach objętych chaosem organizacyjnym. Archiwa zachowały fascynujący dokument z 7 lutego 1669 roku. Doszło wówczas do oficjalnej ugody polubownej między bytomskim kapralem, Hansem Bazantem, a społecznością romską, w imieniu której występował Elias Adamowicz.

Sprawa dotyczyła żony kaprala, której zginęła ogromna jak na tamte czasy kwota: 13 reichstalarów bez dwóch srebrnych groszy. Tabor, oskarżony o tę kradzież, stanął przed sądem polubownym. Wyrok nałożył na Romów obowiązek zwrotu przynajmniej 11 talarów, co pozwalało kapralowi odzyskać lwią część majątku, a taborowi uniknąć brutalniejszych konsekwencji karnych ze strony wojska i miasta.

Wskazówki dla genealogów i badaczy historii lokalnej

Powyższe zapiski to nie tylko zbiór krwawych anegdot, ale przede wszystkim bezcenny drogowskaz do dalszych badań. Wymienione nazwiska: Pietasz, Wolnik, Bazant, Gniastko, Taube, Adamowicz, dowodzą, jak zróżnicowana i płynna była struktura społeczna XVII-wiecznego Bytomia. Jeśli szukacie swoich przodków w tym okresie, pamiętajcie, że:

  1. W źródłach z epoki nazwiska bywają zapisywane niestabilnie, dlatego podczas kwerendy warto sprawdzać możliwe warianty pisowni.
  2. Wzmianki o napadach w rejonie Miechowic, Czarnego Lasu i okolic Bytomia pokazują, że materiału do dalszych poszukiwań można szukać zarówno w księgach miejskich, jak i w aktach dominialnych związanych z państwem stanowym.
  3. Postać Eliasa Adamowicza z 1669 roku stanowi ciekawy trop do dalszych badań nad obecnością społeczności romskiej na tym obszarze.

Materiał oparty na: Alfons Perlik, „Zur Kulturgeschichte der Stadt Beuthen im 17. Jahrhundert”, Aus dem Beuthener Lande, 1927, Jg. 4, Nr. 5 i 7.

0
0

There are no comments yet

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *