
Awantury, Cuda i Magia Jarmarków: Bijące Serce Dawnego Bytomia
Prolog: Wąski świat kamienicy
Wszystko zaczęło się w huczną noc sylwestrową 1900 roku. Między oknami kamienic przy Große Blottnitzastraße falował tłum wykrzykujący życzenia, zewsząd strzelały petardy, a potężne dzwony wszystkich bytomskich kościołów huczały, stając w szranki z przeciągłym wyciem syren okolicznych kopalń.
To właśnie w tym gwarnym, fascynującym świecie sześcioletni Otto chłonął miasto wszystkimi zmysłami.
Jego kamienica pod numerem 41 była niesamowitym, wielokulturowym tyglem. Na dole urzędował żydowski kupiec Neuländer, od którego z okazji świąt sąsiedzi dostawali macę, a w głębokich ciemnościach korytarza mieszkał stary górnik Hannek. Codziennie wracał z szychty z lampą olejową i puszeczką słomek służących w kopalni za lont, by później przy bardzo słodkiej kawie raczyć dzieciaki opowieściami o Skarbniku i wojnie z 1870 roku. Podwórko było królestwem błąkających się urwisów, gubiących guziki od spodni podczas gry w „Knöppespiel” i zbijających szyby rzutami w „Klippe”. Z ulicy z kolei dobiegało nawoływanie Włocha Belfiego, który z dwukołowego wózka sprzedawał owocowe lody, reklamując je łamaną niemczyzną: „Tutti Frutti!”.
Ten bezpieczny, domowy mikrokosmos skończył się jednak wielkanocną wiosną, gdy trzeba było przekroczyć granice znanej ulicy i rozpocząć naukę w pozbawionym ozdób, surowym, ceglanym gmachu Szkoły nr III.

Kliknij powyższą grafikę, aby uruchomić interaktywną mapę!
Przenieś się w czasie i odkryj zapomniane historie Bytomia. To nie jest zwykła grafika, to kompleksowe narzędzie, w którym znajdziesz:
- 🎧 6 niezależnych spacerów z audioprzewodnikiem: Załóż słuchawki i pozwól lektorowi poprowadzić Cię przez najciekawsze zakamarki dawnego miasta.
- 🗺️ Tryb swobodnego przeglądania: Zejdź z wyznaczonego szlaku i eksploruj mapę we własnym tempie.
- 🔍 Tryb Badacza: Narzędzie dla prawdziwych pasjonatów historii! Możesz samodzielnie przesuwać znaczniki i edytować opisy. (Wszystkie wprowadzane zmiany są bezpieczne – zapisują się wyłącznie lokalnie w Twojej przeglądarce).
Wyobraź sobie, że stoisz na dawnej ulicy Szpitalnej (Hospitalstraße). Z piwnicy pobliskiej szkoły wychyla się „Pudell”, stary woźny, który po godzinach dorabia jako szewc i miejski latarnik. Nagle naprzeciwko, w remizie strażackiej, rozlega się głośny dźwięk trąbek. Z hukiem otwierają się potężne bramy, a zaprzęgi wypadają na bruk; spod kopyt koni sypią się iskry, gdy wozy pędzą do kolejnego pożaru. My, uczniowie, z niecierpliwością odliczamy minuty do końca lekcji, by pobiec ich śladem.
Ruszamy dalej w miasto. Z okienka piwnicznego uderza w nas stęchły zapach starych ziemniaków, który za rogiem, przy małej uliczce Kościelnej, bezbłędnie miesza się z aromatem wędzonych ryb od „Śledziowego Böhma”. Gdy tylko przekraczamy próg jego narożnego sklepu, ten zapachowy dwudźwięk uderza w nozdrza jako potężny trójdźwięk, potęgowany przez niezwykle ostrą woń sera.
Wpadamy na wybrukowany kocimi łbami Rynek, tętniące życiem serce Bytomia. Przed ratuszem w swoich dorożkach drzemią fiakrzy, ubrani w czarne, lakierowane cylindry z białą wstążką. Jesteśmy w prawdziwej dzielnicy konfekcyjnej – przed sklepami wietrzą się garnitury, a kupcy dosłownie wyłapują klientów prosto z ulicy. Handel tutaj to głośna, nieustępliwa gra towarzyska. Klient rzuca swoją cenę i odwraca się na pięcie, a kupiec wybiega za nim, zawraca go do środka i zacięte targowanie zaczyna się od nowa.
Dzikie rubieże, letnie jarmarki i niedzielny relaks
Miasto miało jednak nie tylko swoje eleganckie, kupieckie oblicze, ale i dzikie, chuligańskie rubieże. Na północy, tam gdzie przy ulicy Szerokiej kończyła się zwarta zabudowa i zaczynało rozległe Pole Paniów (Paniover Feld), trwała nieustanna wojna. My, bytomskie chłopaki, musieliśmy zaciekle bronić naszego terytorium do puszczania latawców przed zuchwałymi bandami z Rozbarku. To nie były przelewki! Bitwy toczyły się wedle pradawnych, niemal greckich reguł: najpierw obrzucaliśmy się wyzwiskami, by chwilę później sięgnąć po twarde kamienie, a na koniec zewrzeć się w bezlitosnych zapasach i rwać za włosy. Żartowaliśmy wtedy, że gdyby nadburmistrz Brüning widział nasze heroiczne szarże w obronie Bytomia, z pewnością w nagrodę powiesiłby nam na szyjach swój złoty łańcuch urzędowy.
Jednak największe, absolutnie magiczne szaleństwo ogarniało miasto latem, podczas trwających okrągły tydzień zawodów strzeleckich. Wyobraź to sobie: Plac Moltkego, Rynek Sienny i wszystkie okoliczne uliczki zamieniały się w jeden wielki, pulsujący życiem jarmark! Powietrze gęstniało od wrzasków naganiaczy, którzy przed każdą budą wygłaszali tak niesamowite, kwieciste przemówienia, że ich słowa wpadały w ucho i zostawały w głowie na całe życie. Wciskając się w spocony, rozentuzjazmowany tłum, można było usłyszeć przez gumowe węże prawdziwy cud techniki – fonograf Edisona, albo wejść do pierwszego teatru „Bioscop”. Gdzie indziej cyrk Pioliego kusił tresowanymi psami i małpami, a w półmroku namiotów iluzjonista Ben Ali Bej – który pewnie w rzeczywistości nazywał się po prostu Lehmann – dokonywał niemożliwego. Kawałek dalej, tuż obok gabinetu figur woskowych, prężyli się ludożercy i egzotyczne plemię Bondalla z żonami i dziećmi. Siłacze rwali łańcuchy, tajemnicze kobiety z zawiązanymi oczami wieszczyły przyszłość, a pieśniarze jarmarczni zawodzili mrożące krew w żyłach ballady, podczas gdy dosłownie krok dalej można było spotkać prawdziwego, przestrzelonego wroga z wojen burskich!
Ten szalony miejski pęd kończymy niedzielnym popołudniem na wyciszonej Promenadzie. Mijamy miejską łaźnię, gdzie mieszczanie zażywają rzadkich w swych domach kąpieli w wannach, oraz wielką, tryskającą wodą fontannę. Zaglądamy przez siatkę do małego bytomskiego ZOO, podziwiając sarny, pawia i sowy ufundowane przez wszechobecnego radnego Hakubę. Nad Stawem Gondolowym rzucamy ukradkiem okruchy złotym rybkom, by ostatecznie wspiąć się na „Wzgórze Miłości”. Tam, w grocie uformowanej z resztek kopalnianej hałdy, obok uwięzionej za kratami Królewny Śnieżki, uśmiechają się do nas dziesiątki terakotowych krasnali ogrodowych, znajdując tu ostateczny azyl przed zmianą trendów w miejskich ogródkach.
Materiały źródłowe
Tytuł polski: Z moich lat szkolnych w Bytomiu (1900 – 1914)
Tytuł oryginalny (DE): Aus meiner Schuljungenzeit in Beuthen (1900 – 1914)
Autor: Otto Fuhrmann
Opublikowano na łamach:
Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt (1968)
Wydania: Kwiecień 1968 (nr 4) | Maj 1968 (nr 5) | Czerwiec 1968 (nr 6) | Lipiec 1968 (nr 7)



