
Z cyklu: Śląskie słowa-klucze
Przeglądając starą śląską prasę, raz po raz natrafiamy na fascynujące niemieckie słowo: Schwarzkünstler. W dosłownym tłumaczeniu to „artysta czarnej sztuki”. W polskiej tradycji powiedzielibyśmy po prostu: czarnoksiężnik, sztukmistrz lub iluzjonista. Ale na Górnym Śląsku, w tyglu kultur i w cieniu dymiących kominów, pojęcie to żyło własnym życiem i oznaczało znacznie więcej niż tylko człowieka paktującego z diabłem.
Skąd w ogóle ten termin? Słowo to składa się z dwóch członów: schwarz (czarny) i Künstler (artysta, mistrz sztuki), wywodząc się bezpośrednio od pojęcia „Schwarze Kunst” (Czarna Sztuka). I tu leży klucz do całej naszej historii, ponieważ pojęcie to miało historycznie dwa skrajnie różne znaczenia. Z jednej strony oznaczało mroczną, ludową czarną magię, uroki i alchemię. Z drugiej – było rzemieślniczym powodem do dumy, określając sztukę drukarską od koloru zecerskiej farby.
Zapomniana historia śląskiej magii, techniki i… gołębi.
Gdy w 1833 roku Józef Lompa przytaczał zasłyszaną historię o wiejskim sztukmistrzu podsłuchującym gości w młynie, nikt nie przypuszczał, że sto lat później mianem tym zostaną ochrzczeni radiowi piraci z Katowic. Najbardziej fascynujące jest jednak to, jak owa „czarna magia” splotła się z przemysłem. Podczas gdy lud w Biskupicach drżał przed wędrownymi parobkami „wiążącymi jelita”, w Wesołej i Rudzie prawdziwi „Śląscy Faustowie” — Ruberg i Godula — dokonywali cudów metalurgii, które postronnym wydawały się czystym czarnoksięstwem. Nawet pasja do gołębi pocztowych w Zabrzu miała w sobie coś z magii odległości — w 1909 roku ptaki pokonywały trasę z Tarnowic do domu w zaledwie 20 minut, co w tamtych czasach było wynikiem godnym najlepszych sztukmistrzów przedwojennego eteru.
Spis treści:
- 1. Zza kordonu na rozstaje dróg. Strach przed „obcym”
- 2. Dziura w suficie. Racjonalna anegdota Józefa Lompy
- 3. Z węgla i cynku. Śląscy Faustowie i magia milionów
- 4. Mokry chrzest zecerów i trupy w tekście. Dumni uczniowie Gutenberga
- 5. Hakerzy w 30-kilometrowej strefie. Magia fal radiowych
- 6. Słowo-lustro śląskiej duszy
- 7. Źródła i opracowania
Zza kordonu na rozstaje dróg. Strach przed „obcym”
Dla XIX-wiecznego chłopa spod Bytomia czy Zabrza czarnoksiężnik wcale nie nosił spiczastej czapki ani nie latał na miotle. Był to najczęściej… wędrowny parobek. Jak notował w 1927 roku regionalista Georg Lasik, w latach 70. XIX wieku na Górny Śląsk masowo ściągali młodzi mężczyźni z Kongresówki, uciekający przed przymusowym poborem do carskiego wojska. Najmowali się do najcięższych prac, a w zamian za złe traktowanie lub potrącenia z pensji (np. za niedbalstwo) stosowali okrutną zemstę – magiczne „wiązanie jelit” (Därme binden) u ludzi i zwierząt.
Historie te nie zawsze miały szczęśliwe zakończenie. W 1877 roku w Biskupicach pewien górnik pokłócił się z nadzorowanym przez siebie pracownikiem zza kordonu. Niedługo potem zapadł na niewytłumaczalną chorobę brzucha i zmarł w męczarniach, ponieważ uciekinier zdążył zbiec i nikt nie potrafił zdjąć rzuconego uroku. Z kolei bytomski przedsiębiorca komunikacyjny nazwiskiem B. po kłótni z parobkiem doświadczył równie dziwnych kłopotów – aż 20 jego koni i krów zaczęło wierzgać i ciężko chorować. Uratował je dopiero znachor-owczarz z Radzionkowa. Kazał on przedsiębiorcy odnaleźć zwolnionego pracownika i zapłacić mu podwójnie, po czym ów wynajęty czarnoksiężnik wszedł do stajni, wykonał tajemny znak, a zwierzęta natychmiast wyzdrowiały.
Jak zostawało się takim czarnoksiężnikiem? Procedura była prosta, choć przerażająca: należało wyrzec się wiary, udać się o północy na rozstaje dróg i – nie mając przy sobie absolutnie żadnych poświęconych przedmiotów – przetrwać mroczną konfrontację z demonami.
Dziura w suficie. Racjonalna anegdota Józefa Lompy
Zabobon to jedno, ale śląski racjonalizm również potrafił dochodzić do głosu. Dowodem jest absolutnie fascynujący artykuł z 1833 roku, w którym Józef Lompa – wybitny działacz i zbieracz lokalnych podań – z przymrużeniem oka przytacza zasłyszaną historię.
Lompa opowiada historię z czasów własnego dzieciństwa, u schyłku XVIII wieku, o pewnym młynarzu z okolic Lubszy, który cieszył się sławą potężnego Schwarzkünstlera. Gdy młynarz zmarł, po wsi gruchnęła plotka, że diabeł zabrał go do piekła z duszą i ciałem w ramach mrocznego paktu. Aby uniknąć skandalu, rodzina miała wypełnić trumnę kamieniami (mit Steinen angefüllt), podać zarazę jako oficjalną przyczynę śmierci i po cichu zakopać pusty sarkofag na cmentarzu.
Prawda o magii tego człowieka okazała się jednak znacznie bardziej prozaiczna – i niezwykle techniczna. Jak z uśmiechem relacjonuje Lompa, młynarz-sztukmistrz wcale nie potrzebował cyrografu. Wystarczyła mu chytra żona i… tajna drabina na poddasze (Söller). Kiedy zdesperowani klienci żalili się kobiecie w izbie na dole ze swoich problemów lub chorób, rzekomy iluzjonista leżał na deskach strychu i przez wywiercone w suficie dziury zapamiętywał każde słowo. Chwilę później schodził tylnymi schodami, wchodził do domu głównymi drzwiami od strony podwórza, udając, że właśnie wrócił z pola. Patrząc gościom głęboko w oczy, z grobową miną recytował ich własne sekrety i troski, po czym za słoną opłatą oferował „magiczne” remedium. Oszustwo to było tak dochodowe, że po śmierci młynarza ów złoty biznes z powodzeniem kontynuował jego syn, nazywany w okolicy „chytrym lisem”.
Z węgla i cynku. Śląscy Faustowie i magia milionów
Kiedy na Górnym Śląsku zaczęły dymić pierwsze kominy, dawne „czarnoksięstwo” przeniosło się z wiejskich chałup do laboratoriów i dyrektorskich gabinetów. Dla prostego chłopa maszyna parowa i piece hutnicze były magią samą w sobie, a ludzie, którzy potrafili wydobyć z kamienia miliony talarów, musieli mieć pakt z czartem.
Tak narodziła się legenda Johanna Christiana Ruberga, zwanego wprost „Górnośląskim Faustem”. Ten niedoszły pastor studiował początkowo teologię, ale ostatecznie porzucił ją dla chemii i tzw. „sztuki probierczej”, której rzemiosła uczył się od oszusta-alchemika von Bergena. W latach 90. XVIII wieku zamknął się w hucie szkła w Wesołej. Pracując w absolutnej tajemnicy (unter ängstlicher Behütung), opracował rewolucyjną metodę destylacji cynku z odpadów piecowych (tzw. Ofenbruch). Ponieważ dnie i noce spędzał w samotności, otoczony tyglami i dymiącymi retortami, okoliczna ludność szeptała, że Ruberg szuka Kamienia Filozoficznego w pakcie z diabłem, a przydomek czarnoksiężnika (Schwarzkünstler) przylgnął do niego na zawsze.
Pół wieku później ten sam mroczny tytuł nadano „Królowi Cynku” – Karolowi Goduli. Zawiść o jego niebotyczną fortunę była tak wielka, że ludzie woleli wierzyć w czary niż w jego geniusz ekonomiczny. Okaleczony w młodości, żyjący niezwykle skromnie w małym domku w Rudzie milioner był dla nich idealnym materiałem na czarnoksiężnika. Jak pisał w 1951 roku dr Repetzki, nazywali go tak „zawistni głupcy” (neidische Dummköpfe), którzy nie potrafili pojąć, jak to możliwe, że z bezwartościowych do niedawna hałd można niemal alchemicznie wyciągnąć fortunę – dla Goduli dosłownie „z cynku powstawało złoto” (aus Zink wird Gold). Ta wyczarowana z ołowiu i cynku fortuna stała się później fundamentem potęgi rodu Schaffgotschów, a dziedziczce Joannie Gryzik von Schomberg-Godulla i jej mężowi umożliwiła rozwój rezydencji w Szombierkach oraz Kopicach.
Mokry chrzest zecerów i trupy w tekście. Dumni uczniowie Gutenberga
Dla niektórych „Schwarzkünstler” był wyzwiskiem, dla innych – powodem do ogromnej zawodowej dumy. Przez całe wieki mianem „czarnej sztuki” określano bowiem kunszt drukarski i typograficzny.
Jak pisała w 1929 roku branżowa „Typografia”, warsztat drukarski (Offizin) tchnął „tajemniczym czarem”. Aby młody adept sztuki zecerskiej mógł dumnie zwać się mistrzem, musiał przejść brutalny rytuał inicjacyjny zwany Gautschen. Świeżo upieczonego czeladnika chwytano, sadzano na ociekającej wodą gąbce i oblewano z wiader (co uroczyście nazywano Wassertauff ad posteriora, czyli wodnym chrztem na siedzenie). Mokry i poobijany otrzymywał „Gautschbrief” – dyplom nakazujący oficjalnie szanować go od tej pory jako pełnoprawnego i właściwego Mistrza Czarnej Sztuki.
Gliwiccy „cechowi czarnoksiężnicy” potrafili zresztą doskonale się bawić. W 1908 roku, podczas obchodów święta św. Jana Gutenberga w lokalu „Neue Welt”, organizowali specjalistyczne zawody w Kreis-Quadräteln – grę, w której rzucano ołowianymi elementami składu. Jak notowało w 1929 roku branżowe pismo „Typografia”, drukarze mieli też swój własny, nieco makabryczny slang: pominięcie przez zecera słowa w tekście nazywano powszechnie „trupem” (Leiche). Według tego samego czasopisma błędne, podwójne złożenie wyrazu określano mianem „wesela” (Hochzeit), z kolei ostra praca korektora nosiła tam pieszczotliwe miano „Śmierci” (Tod). Swój trud i rzemiosło kwitowali zaś tradycyjnym, dumnym zawołaniem: „Gott grüß die Kunst!” (Szczęść Boże Sztuce!).
Hakerzy w 30-kilometrowej strefie. Magia fal radiowych
Kiedy wydawało się, że słowo o czarnej sztuce ostatecznie przypisano do rzemieślników i hutników, nadszedł wiek XX, a wraz z nim technologia, która dla wielu znów ocierała się o siły nadprzyrodzone. Mowa o radiu. Dziś to dla nas codzienność, ale w 1925 roku na Górnym Śląsku przesyłanie głosu i muzyki przez niewidzialne fale eteru budziło powszechny lęk – zwłaszcza wśród urzędników i wojskowych, upatrujących w nowince zagrożenia.
Jak donosiła w 1925 roku „Kattowitzer Zeitung”, ze względu na nową sytuację geopolityczną wokół granicy wyznaczono specjalną, rygorystyczną „strefę 30 kilometrów” (obejmującą m.in. Katowice). Aby w ogóle posiadać odbiornik radiowy, należało ubiegać się o pozwolenie władz wojskowych. Według relacji prasy zakaz ten rodził opór, a pasjonaci techniki po cichu konstruowali własne stacje. Kim byli ci pierwsi radiowi piraci? Ówczesne gazety nie miały wątpliwości, nazywając ich technologicznymi „Schwarzkünstlerami”.
Choć autor artykułu, podpisujący się w gazecie jako „Przyjaciel radia” (Ein Radiofreund), uważał podsłuchiwanie eteru za „niewinną przyjemność” (unschuldiges Vergnügen) i kpił z urzędniczej paniki, argumentując, że wojskowe stacje kontrolne z łatwością wyłapią każdego takiego „czarnoksiężnika”, słowo to po raz kolejny udowodniło swoją niezwykłą żywotność na Śląsku.
Słowo-lustro śląskiej duszy
Od przerażających parobków rzucających uroki na krowy w Biskupicach, przez Józefa Lompę przytaczającego historię o chciwym młynarzu, wynalazców w Wesołej, dumnie oblewanych wodą drukarzy w Gliwicach, aż po katowickich konstruktorów nielegalnych radiostacji – śląski „Schwarzkünstler” przeszedł długą drogę.
Historia tego jednego słowa to tak naprawdę historia transformacji całego Górnego Śląska. Ziemia, która jeszcze w XVIII wieku mocno tkwiła w zabobonie, zaledwie kilka dekad później stała się potęgą przemysłową i technologiczną Europy. A dawna, ludowa magia wcale z niej nie zniknęła. Po prostu zamieniła się w dymiące kominy, wielkie fortuny i inżynierski geniusz, którego – tak jak dawnych czarów – nikt do końca nie potrafił pojąć.
Źródła i opracowania:
- Lasik, G., Von Schwarzkünstlern und ihrem Unwesen im Beuthener Lande, [w:] „Aus dem Beuthener Lande” (Beilage des Verbandes der heimatkundlichen Arbeitsgemeinschaften), Bytom 1927, nr 1.
- Lompa, J., Das Schloß Tentschin, [w:] „Der Oberschlesische Wanderer”, Gliwice 1833, Jg. 6, nr 15.
- Aulich, F., Johann Christian Ruberg, [w:] „Männer der Heimat” / „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt”, listopad 1960, nr 11 (oraz przedruk: „Der Oberschlesische Wanderer”, 1943, Jg. 116, nr 172).
- Repetzki, K., Geschichte der oberschlesischen Industrie. 4. Die Gräflich Schaffgotsch’sche Werke GmbH, [w:] „Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt”, grudzień 1951, nr 13.
- Verdienstvolle Söhne unserer Heimat. Johann Christian Ruberg, der „oberschlesische” Faust, [w:] „Unser Oberschlesien”, wrzesień 1962, nr 19.
- Nota biograficzna: Ruberg, Johann Christian, [w:] „Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt”, październik 1985, nr 10.
- Johannisfest der Buchdrucker, [w:] „Der Oberschlesische Wanderer”, Gliwice 1908, Jg. 81, nr 153.
- Sprachen und Bräuche im Buchdruckgewerbe. Das Idiom der Gutenbergjünger, [w:] „Typografia”, 1929, R. 3, nr 12.
- Etwas über Radio, [w:] „Kattowitzer Zeitung”, Katowice 1925, Jg. 57, nr 254.



