Skip to contentSkip to main navigationSkip to footer

Archiwum 1945: Jak ostatecznie upadł dawny porządek na Górnym Śląsku

Pociąg barak oddalający się po torach w gęstą mgłę, widoczny przez ogrodzenie z drutu kolczastego.

Flaczek.com | Historia regionalna

„Jak złodzieje opuściliśmy naszą ojczyznę”. Ucieczka z Bytomia i okolic w styczniu 1945 roku

Relacja Georga Kürschnera z łamów Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt to nie suchy raport, lecz gęsty od szczegółów zapis rozpadu codzienności: od wesela w Miechowicach, przez gorączkowe pakowanie dzieci do pociągu, aż po nocną ucieczkę samochodem przez Gliwice w chwili, gdy front zaciskał się na Bytomiu.

Główne źródło: Georg Kürschner, „Unsere Flucht aus der Beuthener Heimat”, marzec 1965, s. 29–32 Zakres: Bytom, Miechowice, okolice Gliwic, styczeń 1945 Temat: mikrohistoria Tragedii Górnośląskiej

Gdy mówi się o Tragedii Górnośląskiej, najczęściej przywołuje się wielkie liczby: tysiące zabitych cywilów, dziesiątki tysięcy deportowanych do Związku Sowieckiego, obozy pracy, grabież przemysłu i dramat powojennej weryfikacji. Te liczby są konieczne, ale same nie pokazują najważniejszego: jak wyglądała chwila, w której zwykły świat pękał na oczach mieszkańców. Właśnie dlatego tak cenne są świadectwa osobiste. Jednym z nich jest opublikowane w 1965 roku wspomnienie emerytowanego rektora Georga Kürschnera, opisujące ucieczkę z bytomskiej ziemi w styczniu 1945 roku.

Ten artykuł nie streszcza bezrefleksyjnie źródła. Traktuję relację Kürschnera jako zapis świadka: bardzo wartościowy dla odtworzenia atmosfery, topografii i kolejności zdarzeń, ale zarazem osadzony w konkretnej perspektywie niemieckojęzycznego mieszkańca regionu. Taka perspektywa nie unieważnia relacji, lecz wymaga spokojnej, krytycznej lektury.

Zrujnowane centrum Bytomia w 1945 roku, widok na ocalałą wieżę kościelną po wkroczeniu Armii Czerwonej
Centrum Bytomia po przejściu frontu w 1945 roku. Zbiory archiwalne, domena publiczna.

Źródło, autor i jego punkt widzenia

Tekst zatytułowany „Unsere Flucht aus der Beuthener Heimat” ukazał się w marcu 1965 roku na łamach ziomkowskiego pisma Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt. Jego autor, Georg Kürschner, podpisał się jako Rektor i. R., a więc emerytowany rektor. Już sam ten szczegół jest ważny: nie przemawia do nas anonimowy narrator, lecz człowiek wykształcony, przyzwyczajony do porządkowania faktów, dat i nazw miejscowych. Dlatego jego relacja ma charakter nie tylko emocjonalny, ale też kronikarski.

Zarazem trzeba pamiętać, że wspomnienie spisano dwie dekady po opisywanych wydarzeniach. To nie dziennik z dnia na dzień, lecz pamięć uporządkowana po latach. Taki dystans sprzyja lepszemu uchwyceniu ciągu zdarzeń, ale może też wzmacniać ton katastroficzny albo wygładzać niektóre niejasności. Mimo to źródło pozostaje bardzo cenne, bo pozwala zobaczyć styczeń 1945 roku od środka: z perspektywy człowieka, który nie oglądał frontu na mapie, lecz słyszał syreny, biegł po bilety, dźwigał walizki i zastanawiał się, czy rano będzie jeszcze miał dokąd wrócić.

Uwaga topograficzna

W artykule zachowuję historyczne nazwy tam, gdzie autor sam nimi operuje, a polskie odpowiedniki podaję tylko tam, gdzie nie budzą wątpliwości. Dlatego pojawiają się obok siebie formy takie jak Beuthen/Bytom, Miechowitz/Miechowice, Hindenburg/Zabrze czy Gleiwitz/Gliwice. W styczniu 1945 roku właśnie taki wielojęzyczny pejzaż nazewniczy był częścią rzeczywistości regionu.

Od wesela do rozkazu ewakuacji

Siła relacji Kürschnera polega na tym, że katastrofa nie zaczyna się w niej od huku artylerii, lecz od sceny niemal domowej. W sobotę 13 stycznia 1945 roku autor bierze jeszcze udział w uroczystości rodzinnej u rektora Cibisa w Miechowicach: świętowana jest tam ceremonia zaślubin najstarszego syna, Kurta. Ta scena nie jest tylko ciekawostką. Pokazuje, że nawet na kilka dni przed załamaniem się sytuacji ludzie kurczowo trzymali się resztek normalności.

Nad tym pozornym spokojem wisi jednak cień wielkiej ofensywy Armii Czerwonej, rozpoczętej 12 stycznia na przyczółku baranowskim. Kürschner notuje, że już wtedy przeczuwał, iż mogą to być dla Górnego Śląska „ostatnie dni Pompejów”. To jedno z najmocniejszych sformułowań całego tekstu. Nie chodzi w nim o literacką przesadę, lecz o poczucie, że świat, w którym żyło się od lat, może zniknąć nagle i bezpowrotnie.

Przełom następuje w środę 17 stycznia około godziny 8.30. Autor otrzymuje wiadomość, że prezydent rejencji zaleca kobietom i dzieciom opuszczenie górnośląskiego okręgu przemysłowego. Od tej chwili wszystko przyspiesza. Żona przybywa do szkoły pośpiesznie wezwana przez męża, w domu zaczyna się gorączkowe pakowanie, do piekarza trzeba jeszcze odnieść ciasto chlebowe, dzieciom narzuca się ciepłe ubrania, a bagaże trafiają na sanki. W tych drobiazgach jest cała prawda o ewakuacji: najpierw nie myśli się o historii, lecz o chlebie, płaszczach, walizkach i o tym, czy małe dzieci nie przewrócą się na oblodzonej drodze.

  • 13 stycznia: rodzinne wesele w Miechowicach, jeszcze w cieniu pozornej normalności.
  • 17 stycznia rano: dochodzi wiadomość o zalecanej ewakuacji kobiet i dzieci z okręgu przemysłowego.
  • Tego samego dnia po południu: rodzina autora wyrusza do Hindenburga, by złapać pociąg na południowy zachód.

Kobiety i dzieci do pociągu

Najbardziej przejmujące partie wspomnienia dotyczą wyjazdu żony i dzieci. Rodzina idzie w zimowym wichrze w stronę gospody Waldhof i dalej ku stacji. Autor podkreśla, że dzieci były tak małe, iż na śliskiej drodze trzeba je było niemal cały czas prowadzić za rękę. Potem jest tramwaj, Hindenburg, dworzec i walka o bilety. Jeszcze wtedy, jak wspomina, wielu ludzi nie wiedziało o skali zagrożenia.

Prawdziwa groza zaczyna się już w pociągu. Skład jest przepełniony, spóźniony, ludzie cisną się z walizkami i plecakami, dzieci siedzą z tornistrami oraz maskami gazowymi. Matka z trudem przeciska się do przedziału z małym dzieckiem, część rodziny jedzie na platformie przy wagonie, wielka walizka stoi obok nóg. W Neisse część pasażerów oburza się na uciekinierów z Górnego Śląska, oskarżając ich o niepotrzebne „chomikowe” wyprawy. Dopiero gdy słyszą, że okręg przemysłowy otrzymał rozkaz ewakuacyjny, w wagonie zapada cisza.

To bardzo ważny fragment. Pokazuje, że chaos stycznia 1945 roku nie był doświadczeniem jednolitym. Różne części Śląska i zaplecza sudeckiego wiedziały o zagrożeniu w różnym stopniu. Jedni już uciekali, drudzy jeszcze sądzili, że sytuację da się przeczekać. Tym mocniej widać, jak kruche było poczucie porządku: wystarczyła jedna kolejowa podróż, by przekonać się, że administracja, kolej i obieg informacji działają już tylko częściowo.

Relacja Kürschnera jest cenna właśnie dlatego, że zamiast abstrakcyjnego słowa „ewakuacja” daje nam konkretny obraz: dzieci z tornistrami, bagaże na sankach, platformę wagonu, wielką walizkę i matkę próbującą przepchnąć się do środka przepełnionego pociągu.

To nie wielka strategia, lecz codzienny wymiar katastrofy.

Miasto w stanie rozpadu

Po odesłaniu rodziny autor wraca do Martinau i czeka na dalszy rozwój wydarzeń. Z zapisu widać, jak szybko rozpada się zwykłe życie instytucji i ulicy. 18 stycznia przychodzi decyzja o zamknięciu szkół do odwołania. Na ulicach widać już zaplecze cofającego się frontu. W Martinau formuje się kompania Volkssturmu. Część nauczycieli może wyjechać, inni nadal czekają. W mieszkaniach spuszcza się wodę z instalacji centralnego ogrzewania i chowa dobytek do piwnic, jakby jeszcze wierzono, że po wszystkim będzie do czego wrócić.

Znakomity jest także epizod z podróżą autora do Katowic i Bielska, gdzie miał stawić się w związku z kursem dla dowódców kompanii Volkssturmu. W rzeczywistości ten wyjazd okazuje się już niemal bezsensowny: transporty się rwą, kwater nie ma, a wojskowo-administracyjny porządek istnieje głównie na papierze. Wspomnienie mówi więc nie tylko o strachu przed Armią Czerwoną, ale i o rozsypywaniu się samego państwa niemieckiego na tym terenie.

Szczególnie mocny jest opis nalotu i zamieszania wokół szkoły zajętej przez żołnierzy własowskich. Kürschner zanotował, że usunięto częściowo zaciemnienie i zapalono światła, przez co budynek stał się dogodnym celem. Po bombardowaniu autor dowiaduje się o ofiarach śmiertelnych w sąsiedztwie. Ta scena dobrze pokazuje, jak w ostatnich dniach przed wejściem frontu ludność cywilna zostaje dosłownie wciśnięta między walące się struktury wojskowe, braki organizacyjne i własny lęk.

Rozpad administracji

Szkoły zostają zamknięte, rozkazy przychodzą z opóźnieniem, a nawet urzędowe polecenia tracą praktyczne znaczenie szybciej, niż docierają do wykonawców.

Rozpad bezpieczeństwa

Naloty, alarmy, improwizowane kwatery wojskowe i krążące sprzeczne pogłoski sprawiają, że zwykli mieszkańcy nie wiedzą już, przed czym bardziej się chronić: przed bombami, frontem czy własną zwłoką.

Uchodźcy i cywile idący przez zaśnieżoną, zrujnowaną ulicę w Gliwicach zimą 1945 r., obok szyldu Grenzland-Mühle
Uchodźcy i cywile pośród ruin w pierwszych dniach po przejściu frontu. Na pierwszym planie widoczny szyld „Grenzland-Mühle” oraz zniszczone kamienice w Gliwicach. Zima 1945 roku.

Ostatni samochód na zachód

Kulminacyjna część relacji dotyczy decyzji o ostatecznej ucieczce. Kürschner opisuje najpierw zawiedzioną nadzieję na wyjazd z pomocą znajomych, potem informacje o zbliżających się radzieckich czołgach i strzałach słyszanych od strony Stolarzowic. W pewnym momencie wahanie się kończy. Skoro ogień dociera już do skraju miejscowości, trzeba ruszać natychmiast.

Uciekinierzy wsiadają do Opla i jadą w ciemności przez skrzyżowanie przy Reichsstraße 5, obok Waldhofu, dalej przez Pilzendorf i Schakanau ku Gliwicom. Autor zapamiętał po drodze rzeczy, których nie wymyśliłby żaden późniejszy dekorator pamięci: biało maskowane działo przeciwpancerne stojące przy drodze, ludzi machających z walizkami, proszących o zatrzymanie, a zarazem beznadziejną świadomość, że w samochodzie nie ma już miejsca. To jeden z najbardziej gorzkich motywów tekstu. Nie ma tu heroicznej ewakuacji; jest wstyd, bezsilność i świadomość, że nie wszystkich da się zabrać.

Trasa prowadzi dalej przez Ostropę w stronę Raciborza, a następnie do Głubczyc. Tam uciekinierzy spotykają bytomskiego landrata z Wangeneheim, ciekawego wieści z okręgu przemysłowego. Ten drobny epizod odsłania jeszcze jeden wymiar stycznia 1945 roku: nawet urzędnicy wyższego szczebla próbują już tylko zdobywać informacje, a nie realnie kierować biegiem zdarzeń. Następnego dnia podróż kończy się w Riegersdorfie. Pierwszy etap ucieczki zostaje zamknięty, ale utraconej ojczyzny nie da się już odzyskać.

To właśnie wtedy pada zdanie najmocniejsze w całym wspomnieniu: że opuścili swój dom „jak złodzieje”. Nie chodziło oczywiście o winę w sensie prawnym. Chodziło o wrażenie, że człowiek opuszcza własne miejsce po kryjomu, bez pożegnania, w ciemności, z kilkoma torbami, jakby sam nie miał do niego prawa.

Co ta relacja mówi o Tragedii Górnośląskiej

Wspomnienie Kürschnera nie opisuje całej Tragedii Górnośląskiej, lecz jedynie jej styczniowy próg — moment załamania frontu, panicznej ucieczki, zniszczeń i rozpadu administracji. W szerszym planie dramat regionu dopiero się wtedy zaczynał. Po przejściu Armii Czerwonej przyszły grabieże, mordy, gwałty i podpalenia, a od lutego do maja 1945 roku trwały deportacje mieszkańców Górnego Śląska do pracy przymusowej w Związku Sowieckim. Według ustaleń IPN wywózki objęły co najmniej 46 tysięcy osób, a około jedna czwarta deportowanych nie wróciła.

Powojenny terror nie skończył się wraz z ustaniem działań frontowych. W komunistycznej Polsce powstała sieć obozów, a jednym z najstraszniejszych symboli tego etapu stał się Obóz Pracy w Świętochłowicach-Zgodzie, działający na terenie dawnej filii KL Auschwitz. Oficjalnie odnotowano tam 1855 zgonów, choć rzeczywista liczba ofiar mogła być wyższa. W ten sposób doświadczenie styczniowej ucieczki łączy się z późniejszymi represjami, deportacjami i przymusową przebudową tożsamości regionu. Pomaga to dobrze uchwycić również materiał IPN z mapami, fotografiami i relacjami świadków z Miechowic, Przyszowic, Łabęd i Zgody.

Ceglana brama Miejsca Pamięci Zgoda w Świętochłowicach z tablicą upamiętniającą ofiary z lat 1942-1945
Pozostałość po obozie Zgoda w Świętochłowicach. Brama z tablicami upamiętniającymi ofiary. Fot. K. Łojko, zbiory IPN.

Dlatego relacja z Heimatblatt jest tak ważna również dla dzisiejszego czytelnika z Bytomia czy okolic. Nie mówi ona wyłącznie o „niemieckim wypędzeniu” ani wyłącznie o „wkroczeniu wyzwolicieli”. Pokazuje bardziej pierwotny poziom doświadczenia: strach ludności cywilnej, rozpad świata miejskiego, chaos komunikacyjny, obojętność wielkich struktur wobec losu pojedynczych rodzin. To jest właśnie ten moment, w którym historia przestaje być abstrakcją i wchodzi do mieszkania, szkoły, tramwaju i wagonu kolejowego.

Wniosek

Jeśli chcesz pisać o Tragedii Górnośląskiej rzetelnie, nie wolno poprzestać ani na samych statystykach, ani na samych wspomnieniach. Liczby pokazują skalę, ale dopiero takie świadectwa jak relacja Kürschnera odsłaniają temperaturę wydarzeń: pośpiech, zimno, odrętwienie, poczucie końca i to wstydliwe doświadczenie, że własny dom opuszcza się bezradnie, niemal po kryjomu.

Bibliografia i źródła

  • Georg Kürschner, „Unsere Flucht aus der Beuthener Heimat”, Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, März 1965 (3), s. 29–32.
  • Irena Siwińska, „Tragedia Górnośląska”, IPN — syntetyczne omówienie represji, deportacji i kontekstu wydarzeń z 1945 roku.
  • Instytut Pamięci Narodowej, Tragedia w cieniu „wyzwolenia”. Górny Śląsk w 1945 roku. Materiały edukacyjne, Katowice 2015.
  • IPN, materiały edukacyjne i wystawowe dotyczące Tragedii Górnośląskiej 1945.
  • Adam Dziurok, opracowania i edycje źródłowe dotyczące obozu w Świętochłowicach-Zgodzie.
  • Kornelia Banaś, Sebastian Rosenbaum, Z przeklętego raju. Zapiski Górnoślązaków deportowanych w 1945 r. do ZSRS, Katowice 2009.
Tagi: #Bytom #Miechowice #TragediaGórnośląska #1945 #GeorgKürschner #Heimatblatt #Gliwice #Zabrze #Zgoda
0
0

There are no comments yet

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *