
Czerwony kur nad Bytomiem. Jak Prusak, kuśnierz i święty Florian ratowali Śląsk przed ogniem
Dym miał wtedy inny zapach niż dziś. Gęstszy, bardziej tłusty, nasiąknięty słomą, żywicą, mokrym drewnem, sianem ze stodoły i sadzą z pieców, które ledwie wygasały po całym dniu. Wystarczyła jedna iskra, jeden podmuch, chwila nieuwagi przy otwartym ogniu, a całe miasto mogło w ciągu paru godzin zamienić się w czarny szkielet. Tak wyglądał dawny Śląsk. Tak wyglądał dawny Bytom. Miasto, w którym ogień nie był metaforą nieszczęścia. Był nieszczęściem samym w sobie.

Kiedy więc w roku 1500 płomienie przetoczyły się przez Bytom, nie zostawiły po sobie prawie nic. Ocalał tylko kościół farny pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Reszta poszła z dymem, a odbudowa trwała całe dziesięć lat. Ledwie miasto dźwignęło się z kolan, a już w 1515 roku przyszła kolejna katastrofa — tym razem nie ocalał żaden dom. To nie były pojedyncze wypadki. To był rytm epoki. Drewniane miasta, kryte słomą lub gontem, pochłaniał ogień wywołany najzwyklejszą, codzienną nieostrożnością. Nie trzeba było wojny, by sprowadzić na ulice katastrofę.
Bytom przez dziesięciolecia funkcjonował na skraju pożarowej katastrofy, powszechnie ignorując niebezpieczeństwo płynące ze swojej łatwopalnej zabudowy. Około 1800 roku w mieście stało 431 domów. Tylko 9 z nich miało dachówkę. Sto osiemdziesiąt sześć kryto gontem, a cała reszta tonęła pod słomą. W takim miejscu człowiek nie pytał, czy będzie pożar. Pytał raczej: kiedy i u kogo zacznie się tym razem.
Miasto, które bało się iskry
Dawny Bytom żył w stanie nieustannej gotowości. Na rynku, w samym sercu miasta, trzymano pierwszą sikawkę konną w drewnianej szopie. Obok była studnia z figurą św. Floriana, patrona od pożarów, który patrzył na to wszystko z kamiennym spokojem. Można powiedzieć, że miasto żyło między sikawką a modlitwą. I nie była to modlitwa szczególnie pobożna. W XVIII wieku po Śląsku krążyło przecież gorzkie powiedzenie pogorzelców: „O święty Florianie, spal nasz dom, a oszczędź inne!”. Trudno o lepszy skrót tamtej mentalności. W obliczu żywiołu ludzie nie prosili już o cud dla wszystkich. Prosili, żeby cud trafił akurat do nich.

Ta mieszanina grozy i egoizmu nie brała się znikąd. Pożar nie był romantycznym obrazkiem z łuną nad dachami. Był społeczną katastrofą. Zabierał dom, warsztat, zapas żywności, dokumenty, narzędzia pracy i nadzieję. Kiedy 16 czerwca 1804 roku o godzinie szesnastej ogień wybuchł na Przedmieściu Błotnickim, w posiadłości wdowy Mizioch, bardzo szybko przestał być pożarem jednego gospodarstwa. Spłonęło 40 domów, 20 stodół i folwark, a ogień przerzucił się jeszcze na Rozbark. Rok później 26 właścicieli otrzymało łącznie 6470 talarów odszkodowań, tych słynnych „pieniędzy bonifikacyjnych”. Tyle że pieniądz po pożarze zawsze przychodzi za późno. Najpierw przychodzi noc pod gołym niebem.
Gdy Stary Fryc stracił cierpliwość
W takich realiach władza pruska nie mogła patrzeć na pożary jak na kaprys losu. Po przejęciu Śląska zaczęła traktować ogień jak problem państwowy, a mieszkańców jak trybiki w wielkiej machinie gaśniczej. U źródeł bytomskiej ordynacji ogniowej leżał czysty pragmatyzm państwowy. Fryderyk Wielki, Stary Fryc, stary, uparty i nieufny wobec ludzkiej beztroski, uznał, że drewniane domy ze słomianymi strzechami są po prostu zbyt niebezpieczne, a przebudowa miast na murowane idzie zbyt wolno. Skoro więc ludzie nie chcą zmądrzeć sami, trzeba ich zmusić.

I tak w 1775 roku, z polecenia Królewskiej Pruskiej Kamery Wojenno-Domenalnej we Wrocławiu, dla Bytomia wydano drukowaną Ordynację Ogniową. Nie była to luźna rada ani prośba o rozwagę. To był regulamin życia w mieście, które miało przestać zachowywać się jak skład opału. Potem przyszły kolejne etapy uszczelniania systemu: nowa ordynacja z 1822 roku, przygotowana przez landrata von Tieschowitza i licząca aż 142 paragrafy, a następnie aktualizacja z 1844 roku. Ta ostatnia nakładała na urzędników nowy obowiązek: ordynację należało odczytywać dwa razy w roku przed zgromadzoną społecznością, by upewnić się, że zasady bezpieczeństwa dotarły do każdego mieszkańca.
Za nieusprawiedliwioną nieobecność przy gaszeniu groziło 16 groszy kary. Za palenie tytoniu w stajniach albo używanie nocą otwartego ognia do prania czy pieczenia — 1 talar albo kara cielesna. Tak, kara cielesna. Egzekwowanie nowej ordynacji opierało się zatem na twardym rygorze, w którym kary fizyczne stanowiły prawnie usankcjonowane narzędzie utrzymania porządku w mieście. Był w tym jakiś paradoks: Śląsk uczył się nowoczesności batem.
Bytom pod rozkazami: każdy coś niesie, każdy gdzieś biegnie
Najciekawsze w tych dawnych ordynacjach jest jednak to, że pokazują świat zorganizowany z niemal teatralną drobiazgowością. W obliczu ognia żaden mieszkaniec nie mógł pozostać bierny. Państwo z góry narzuciło każdemu obywatelowi i cechowi rzemieślniczemu ściśle określone obowiązki ratownicze.
Każdy właściciel domu musiał mieć pod ręką skórzane wiadro, drewnianą sikawkę ręczną, topór i drabinę. Miasto trzymało własny sprzęt: jedną sikawkę konną, sto skórzanych wiader, cztery kadzie na wodę, dwa duże i dwa małe bosaki. W ratuszu czekało jeszcze pięćdziesiąt drewnianych sikawek ręcznych, osiem bosaków i numerowane drabiny. Nawet cechy miały rozpisane wyposażenie jak małe oddziały polowe. Sukiennicy dysponowali trzema bosakami, dwiema drabinami, dziesięcioma wiadrami i dziesięcioma sikawkami. Kowale mieli podobny zestaw, szewcy jeszcze więcej drabin. Ogień nie był więc prywatną sprawą pogorzelca. Był sprawą całego miasta, podzieloną z bezwzględną, urzędniczą dokładnością na konkretne role.

Prawdziwe mięso tej historii tkwi właśnie w podziale ról. Skuteczność akcji gaśniczej w dawnym Bytomiu zależała w równym stopniu od dostępnego sprzętu, co od żelaznej dyscypliny narzuconej obywatelom. Rzeźnicy mieli czerpać wodę, a że w mieście działało aż sześć studni, mogli krążyć między nimi jak ludzkie pompy. Krawcy mieli wypatrywać złodziei i szabrowników. Stolarzom powierzono ochronę Urzędu Podatkowego, bo nawet w płomieniach państwo nie zapominało o swoich papierach. Mieszkańcy przedmieść, chłopi i robotnicy dniówkowi dostawali robotę najcięższą: zrywali i burzyli zagrożone dachy, by odciąć ogień od kolejnych budynków. Ich zadaniem było fizyczne tworzenie pasów zaporowych. Oznaczało to konieczność niebezpiecznej, ręcznej rozbiórki zagrożonych dachostanów, często własnych lub sąsiedzkich domów, aby uchronić resztę miejskiej zabudowy.
A kuśnierze? Pruskie przepisy zlecały temu cechowi zadania stricte policyjno-porządkowe. Zanim kuśnierze objęli wartę przy miejskich kasach, mieli obowiązek siłą wyciągać z domów tych mieszkańców, którzy ignorowali alarm i zbyt opieszale reagowali na zagrożenie.
Nawet fajki nie wolno było zapalić
Władze pruskie kładły równie silny nacisk na prewencję. Surowe przepisy, wprowadzane z woli samego króla, znacząco ograniczały swobodę mieszkańców, zabraniając mężczyznom palenia tytoniu nawet na otwartej ulicy. W mieście, w którym wciąż dominowała łatwopalna, słomiana zabudowa, władze państwowe uznały tak radykalne środki ostrożności za absolutnie konieczne do przetrwania ośrodka.

Ordynacje ogniowe szybko przestały być jedynie katalogiem kar i zakazów. Z biegiem lat ewoluowały w stronę precyzyjnych instrukcji technicznych i organizacyjnych, standaryzujących każdy etap akcji gaśniczej. Główne ramy prawne dla całej prowincji śląskiej ustalano etapami. W 1765 roku wydano regulamin ogniowy dla terenów wiejskich. Trzynaście grudnia 1776 roku Kamera Wrocławska ogłosiła nową, zrewidowaną ordynację ogniową dla miast na Śląsku. To już nie był świat improwizacji. Dokument dokładnie opisywał budowę i konserwację sikawek, węży, pojemników na wodę, punktów jej poboru, drabin, bosaków, a nawet szop na sikawki. Regulował procedury prób sprzętu, zasady podpinania zaprzęgów konnych i systemy dostarczania wody. Innymi słowy: pożar przestał być wyłącznie nieszczęściem. Stał się zagadnieniem administracyjnym.
A kiedy 1 czerwca 1794 roku wprowadzono Powszechne Prawo Krajowe, sprawa została domknięta instytucjonalnie. Odpowiedzialność za bezpieczeństwo publiczne spadła na policję. Władze policyjne dostały prawo, by twardo nakazywać gminom zakup publicznego sprzętu gaśniczego, a koszty miały pokrywać same gminy. W ten sposób państwo zagwarantowało sobie odgórną kontrolę nad bezpieczeństwem, przerzucając jednocześnie całkowity ciężar finansowania infrastruktury gaśniczej na barki lokalnych społeczności.
Gliwice, czyli rachunek wystawiony przez płomienie
Jeżeli Bytom uczył się ostrożności przez wieki, to Gliwice doświadczyły czegoś jeszcze bardziej upokarzającego: pożary zaczęły tam wystawiać miastu konkretne rachunki. Już w 1601 roku ogień zniszczył archiwa miejskie. Potem było jeszcze gorzej. 19 września 1711 roku od stajni na Rynku zapaliło się miasto. Spłonęło 150 domów, ratusz i browar. Straty oszacowano na 64 778 talarów. Niespełna dwadzieścia lat później, 30 października 1730 roku, kolejny wielki pożar wybuchł u poczmistrza Józefa Schedorna. Tym razem zniszczonych zostało 68 domów i ulica żydowska, a straty wyniosły 40 351 talarów.
To już nie były pojedyncze katastrofy. To był finansowy nokaut. Gliwice, by uniknąć bankructwa, musiały wyprzedawać wsie kameralne, między innymi Knurów i Krywałd. Otrzymały też w 1731 roku cesarski zasiłek, Brandsubsidium. Gdy miasto zaczyna sprzedawać własne zaplecze, by spłacić skutki pożaru, wiadomo, że ogień przestaje być lokalnym problemem straży i staje się sprawą ustroju.

Nic więc dziwnego, że i tu weszło prawo. W 1766 roku wprowadzono ordynację ogniową opartą na pruskiej z 1719 roku, a w 1858 zastąpiono ją nową. Jednak najciekawszy zwrot nastąpił dopiero wtedy, gdy z pomocą przyszła nowa kultura mieszczańska. 25 kwietnia 1861 roku powstało Męskie Towarzystwo Gimnastyczne. Na pierwszy rzut oka — niewinna organizacja od ćwiczeń. W praktyce — kuźnia kadr dla straży. To właśnie z takich kół gimnastycznych rodziła się nowoczesna dyscyplina pożarnicza: sprawne ciało, posłuszeństwo, refleks, umiejętność działania zespołowego. W XIX wieku straż pożarna wyrastała często nie z romantycznego zrywu, lecz z dobrze zorganizowanej kultury stowarzyszeń.
Gliwice zresztą szybko pokazały, że traktują sprawę serio. W 1877 roku miasto podzielono na pięć rewirów i pięć stacji zgłoszeniowych. Potem przyszła infrastruktura: strażnica przy Breslauer Straße 1, budowana około 1907 roku i rozbudowana w 1925, była już nie tylko remizą, lecz całym technicznym organizmem, łączącym stajnie miejskie, wagę, kuźnię i centralę telefoniczną. A jednak nawet wiek pary i telefonów nie uchronił przed tragedią. 24 marca 1919 roku podczas próby „Świętej Elżbiety” w gliwickim teatrze wybuchł pożar, w którym zginęło 76 dzieci. Skutek był natychmiastowy i bardzo konkretny: obowiązek wystawiania wart pożarniczych na imprezach. Dawny świat uczył się przez katastrofę. Wprowadzenie tego nakazu stanowiło typowy przykład rozwoju ówczesnych przepisów, które uszczelniano najczęściej dopiero w bezpośrednim następstwie tragicznych zdarzeń.
Katowice: młode miasto, stare problemy
Katowice były młodsze od Bytomia i Gliwic, ale ogień nie dawał im żadnej taryfy ulgowej. Kiedy 11 września 1865 roku uzyskały prawa miejskie, liczyły 4815 mieszkańców i jako świeżo upieczone miasto nie miały właściwie funduszy na ochronę przeciwpożarową. Gwałtowny rozwój przestrzenny młodego miasta znacząco wyprzedził organizację służb ratowniczych. Władze Katowic musiały w krótkim czasie wypracować i sfinansować zupełnie nowy, miejski system bezpieczeństwa przeciwpożarowego.
Pierwsza udokumentowana wzmianka o katowickiej ordynacji ogniowej pojawia się 5 października 1868 roku. I jest w tym coś znamiennego, że podczas debat nad organizacją straży rozważano po prostu zmuszenie wszystkich obywateli do udziału w obronie przeciwpożarowej na podstawie obowiązującego prawa.

Ale i tutaj nowoczesność przyszła przez stowarzyszenia. Impuls do powstania straży dał Męski Związek Gimnastyczny założony w 1860 roku. Początkowo magistrat odmawiał wsparcia, tłumacząc się pustą kasą i miejskimi inwestycjami. Dopiero gdy dr Holtze zadeklarował, że gmina użyczy ochotnikom miejskiego sprzętu gaśniczego, 4 sierpnia 1875 roku na posiedzeniu Związku Obywatelskiego zapadła decyzja o utworzeniu straży. I tak w środku lata 1875 roku powstała Ochotnicza Straż Pożarna. Powstanie ochotniczej formacji w Katowicach wymagało przejścia drogi od oddolnej inicjatywy do usankcjonowanej instytucji. Kluczowe okazało się tu formalne poparcie lokalnych zrzeszeń obywatelskich oraz wynegocjowanie od magistratu darmowego dostępu do miejskich zasobów sprzętowych.
Na początku XX wieku Katowice weszły w kolejny etap. Nowa ordynacja ogniowa z 4 lutego 1905 roku podporządkowała wszystkie formacje gaśnicze — ochotniczą, zawodową i rezerwową — jednemu wspólnemu dowództwu. To już był pełnoprawny miejski aparat bezpieczeństwa. Co więcej, statystyki pokazują coś bardzo ciekawego. W 1904 roku straż wyjeżdżała 119 razy. Od 1 stycznia do 14 maja 1905 roku wzywano ją już 171 razy, ale tylko 18 razy do zagrożenia pożarowego. Aż 138 razy chodziło o transport i pomoc medyczną. Reszta to inne formy pomocy. Wtedy właśnie śląskie straże zaczęły przeistaczać się z pogromców ognia w służbę od wszystkiego. Kilkanaście lat później nieprzypadkowo dorobią się przezwiska „dziewczyny do wszystkiego”.
Koniec ery wiader. Jak maszyny zastąpiły rzemieślników
To jest chyba najciekawszy punkt tej opowieści. Dawniej pożar gasili rzeźnicy, kuśnierze, krawcy, stolarze, chłopi, robotnicy dniówkowi i każdy, kto akurat został dopadnięty przez alarm. Potem do gry weszły kółka gimnastyczne, z których wyrastały karne i sprawne oddziały ochotników. Wreszcie walkę z ogniem przejęły w pełni profesjonalne, koszarowane jednostki zawodowe.
W Bytomiu ten przełom widać szczególnie wyraźnie. W 1910 roku miasto miało już dwupojazdowy pociąg gaśniczy, złożony z autopompy i drabiny mechanicznej, i zyskało status Zawodowej Straży Pożarnej. To moment symboliczny. Ogień, z którym przez stulecia walczono głównie rękami, bosakiem, wiadrem i krzykiem, zaczął być wreszcie gaszony przy użyciu zmechanizowanego sprzętu. Mechanizacja nie była tylko postępem technicznym. Była też znakiem, że miasto przestało liczyć wyłącznie na doraźny odruch wspólnoty.

Równolegle zmieniał się status samych strażaków. W XX wieku do bytomskiej straży zawodowej nie trafiał byle kto. Kandydat musiał być zdrowy fizycznie i najlepiej pochodzić z branży metalowej lub drzewnej — miał być kowalem, ślusarzem albo stolarzem. Strażacy mieszkali z rodzinami bezpośrednio w budynku strażnicy. To już nie była okazjonalna służba sąsiedzka. To był styl życia.
Następnie formacje straży pożarnej zaczęły przejmować odpowiedzialność za nowe obszary bezpieczeństwa miejskiego. W latach dwudziestych zawodowe straże pożarne na Śląsku przejęły także transport chorych. Od gaszenia ognia do wożenia rannych i chorych droga okazała się zaskakująco krótka. Stąd ironiczne, ale bardzo trafne określenie: „dziewczyna do wszystkiego”. Jest w nim coś rozczulająco brutalnego. Społeczeństwo szybko przyzwyczaja się do tego, że kiedy przychodzi nieszczęście, zawsze jest ktoś, kto ma przyjechać, podnieść, ugasić, przewieźć, opatrzyć i posprzątać.
Wszyscy równi wobec pożaru: cieszyńska lekcja solidarności
Na końcu tej historii nie stoi jednak ani maszyna, ani paragraf. Stoi zmiana mentalna. Najlepiej widać ją w Cieszynie w 1868 roku. Tamtejsze pożary obnażyły nie tylko brak fachowego dowodzenia, ale i coś bardziej wstydliwego — klasową niechęć do brudnej roboty. Gdy 24 października 1868 roku na Sachsenbergu spłonęły dwa domy i stodoła, współczesny raport odnotował rzecz niezwykłą: do gaszenia przystąpili mężczyźni wszystkich stanów. Co więcej, z radością zauważono, że ludzie lepiej wykształceni przestali traktować walkę z ogniem jako zajęcie „poniżej ich godności”. Ogień stał się wspólnym, osobistym wrogiem.
Wydarzenia te potwierdziły ewolucję postaw obywatelskich. Pożar wymusił rezygnację z tradycyjnego postrzegania obrony przeciwpożarowej jako zajęcia przypisanego wyłącznie konkretnym grupom zawodowym. Skala zagrożenia doprowadziła do zatarcia różnic klasowych, jednocząc przedstawicieli wszystkich stanów w ramach wspólnego wysiłku gaśniczego.

I właśnie dlatego ta historia tak dobrze kończy się w Bytomiu roku 1910. Nie dlatego, że miasto miało już autopompę i drabinę mechaniczną, choć to oczywiście ważne. Lecz dlatego, że za tym nowoczesnym sprzętem stały całe stulecia strachu, dyscypliny, kar, nakazów, społecznych upokorzeń, ciężkiej pracy i powolnej nauki współodpowiedzialności. Od czasów, gdy ocalał tylko kościół farny, do chwili, gdy na ulicę wyjeżdża zawodowy pociąg gaśniczy, Bytom przeszedł długą drogę od braku systemowej prewencji do pełnej profesjonalizacji, w której odpowiedź na zagrożenie oparto na nowoczesnym sprzęcie i wyszkolonych kadrach zawodowych.
A jednak gdzieś pod tą całą nowoczesnością wciąż słychać dawny ton. Trąbkę wieżowego. Dzwony. Krzyk na rynku. Łoskot drabin o mur. Kuśnierza, który wyciąga leniucha z pościeli. Krawca, który wypatruje szabrownika. Rzeźnika ciągnącego wodę ze studni. I świętego Floriana, który z kamienną twarzą patrzy, jak miasto po raz kolejny próbuje nie spłonąć…

Wykaz źródeł / bibliografia
Bibliografia podstawowa
Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt, 1960, Juli 1960 (7).
Heimatkunde von Beuthen OS.
Heimatblatt, 1963, März 1963 (3).
Heimatblatt, 1985, April 1985 (4).
Schlesien. Kultur und Arbeit einer deutschen Grenzmark.
Heimatblatt, 1985, Mai 1985 (5).
Heimatblatt, 1962, März 1962 (3).
Ochotnicza Straż Pożarna w Katowicach…, 1925.
Silesia, 1931, Nry 76-145.
Wykaz źródeł do poszczególnych wątków
1. Wstęp, groza żywiołu i drewniany Bytom. Katastrofa z 1500 r.: informacja o zniszczeniu całego miasta, z którego ocalał jedynie kościół farny pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, pochodzi z Gleiwitzer – Beuthener – Tarnowitzer Heimatblatt (1960) Juli 1960 (7). Pożar z 1515 r.: wzmianka o kolejnej katastrofie zaledwie 15 lat później, gdzie nie ocalał żaden dom, wywodzi się z Heimatkunde von Beuthen OS. oraz Heimatblatt (1963) März 1963 (3). Statystyki zabudowy Bytomia około 1800 r.: dokładne dane liczbowe – 431 domów, zaledwie 9 z bezpieczną dachówką, a aż 186 krytych gontem – wyekstrahowano z Heimatblatt (1960) Juli 1960 (7). Pożar u wdowy Mizioch: detale dotyczące wybuchu ognia z 16 czerwca 1804 r. na Przedmieściu Błotnickim, zniszczenia 40 domów i 20 stodół oraz wypłaty 6470 talarów odszkodowań („pieniędzy bonifikacyjnych”) w 1805 roku pochodzą również z Heimatblatt (1960) Juli 1960 (7).
2. Pruska inżynieria prawa: Ordynacje Ogniowe. Geneza przepisów: oparcie bytomskich zasad na „Pruskiej Ordynacji Ogniowej” z 1719 r. wywodzi się z Heimatblatt (1985) April 1985 (4). Ordynacja z 1775 r. (Kamera Wrocławska): decyzja podyktowana bezpośrednio przez Fryderyka Wielkiego, który uważał słomiane dachy za gigantyczne zagrożenie, została skatalogowana na podstawie Heimatkunde von Beuthen OS. oraz Heimatblatt (1963) März 1963 (3). Zakaz palenia fajki: radykalny przepis zakazujący mężczyznom palenia tytoniu na otwartej ulicy został zaczerpnięty z Heimatkunde von Beuthen OS.. Kolejne bytomskie reformy: nowa ordynacja z 1822 r. landrata von Tieschowitza (142 paragrafy) oraz jej bezwzględny nakaz odczytywania przed społecznością dwa razy w roku (1844 r.) pochodzą z Heimatblatt (1960) Juli 1960 (7). Fundamenty dla całej prowincji (1765-1794): wydanie regulaminu dla wsi (1765 r.), rewizja z 1776 r. wymuszająca m.in. dwie sikawki dla miasta i instrukcje techniczne, a także scedowanie odpowiedzialności na policję i wymuszenie na gminach finansowania sprzętu przez Powszechne Prawo Krajowe z 1794 r. – wszystkie te prawne detale zebrano z opracowania Schlesien. Kultur und Arbeit einer deutschen Grenzmark.
3. Organizacja, wyposażenie i zadania specjalne. System kar: grzywny w wysokości 16 groszy za nieobecność oraz 1 talar lub kara cielesna za nocne pranie i pieczenie przy otwartym ogniu pochodzą z Heimatblatt (1963) März 1963 (3). Obowiązkowy sprzęt: wymogi dla obywateli (skórzane wiadro, drewniana sikawka, topór, drabina), zasoby na Rynku i w ratuszu (100 wiader, bosaki, 50 sikawek ręcznych) oraz zaopatrzenie cechów takich jak sukiennicy i kowale odnotowano w Heimatblatt (1963) März 1963 (3). Modlitwa do św. Floriana: słynne, cyniczne śląskie przysłowie „O święty Florianie, spal nasz dom, a oszczędź inne!” zaczerpnięto z Heimatblatt (1985) April 1985 (4). Podział ról podczas pożaru: drobiazgowe zadania rzeźników przy sześciu studniach, stolarzy w Urzędzie Podatkowym, chłopów zrywających dachy oraz słynnych kuśnierzy, którzy wywlekali z domów opieszałych obywateli przed pójściem na wartę przy kasach miejskich, to informacje bezpośrednio z Heimatkunde von Beuthen OS.
4. Praktyka żywiołu: Gliwice. Gliwice – finansowy nokaut: szereg pożarów, od zniszczenia archiwów (1601 r.) po potężne zniszczenia na Rynku w 1711 r. (64 778 talarów strat) i u poczmistrza Schedorna w 1730 r. (40 351 talarów strat). Fakt wymuszonej wyprzedaży wsi kameralnych (Knurów, Krywałd) pochodzi z Heimatblatt (1985) April 1985 (4). Gliwice – pożar w teatrze (1919 r.): śmierć 76 dzieci podczas próby sztuki „Święta Elżbieta” i wprowadzenie obowiązkowych wart pożarniczych na imprezach zaczerpnięto z Heimatblatt (1985) Mai 1985 (5).
5. Profesjonalizacja, stowarzyszenia i mentalność. Narodziny z gimnastyki: utworzenie w Gliwicach (1861 r.) i w Katowicach (1860 r.) Męskich Towarzystw Gimnastycznych, stanowiących fundament straży, bazuje na publikacjach Heimatblatt (1962) März 1962 (3) oraz Ochotnicza Straż Pożarna w Katowicach… (1925). Młode miasto Katowice: uzyskanie praw miejskich w 1865 r. i pierwsza ordynacja w 1868 r.. Negocjacje dr. Holtze w 1875 r. w sprawie miejskiego sprzętu oraz zjednoczenie dowództwa w 1905 r. wyciągnięto z Ochotnicza Straż Pożarna w Katowicach… (1925). Dziewczyna do wszystkiego: przejęcie transportu medycznego (w Katowicach w 1905 r. to aż 138 na 171 wezwań) opiera się na danych z Heimatblatt (1985) Mai 1985 (5) i broszury katowickiej. Zmotoryzowany Bytom: uzyskanie statusu Berufsfeuerwehr w 1910 roku, posiadanie dwupojazdowego pociągu z autopompą i rekrutacja wyłącznie rzemieślników żyjących w strażnicach to fakty skatalogowane z Heimatblatt (1985) Mai 1985 (5). Przełamanie w Cieszynie (1868 r.): moment wielkiej solidarności społecznej podczas pożaru na Sachsenbergu, gdzie zauważono oficerów i ludzi wykształconych pracujących z poświęceniem, odrzucając uprzedzenia klasowe, zanotowano z gazety Silesia, 1931, Nry 76-145.



